wtorek, 19 września 2017

„Nowa tradycja” pomysłem na reformę służby zdrowia?

„Rząd chce rewolucji w ustawie o cmentarzach. Dopuszczalne stanie się rozsypywanie prochów – pisze Rzeczpospolita”. A za nią powtórzyli te rewelacje Gość Niedzielny i TVP Info.

Przyznam, że mocno zbulwersował mnie ten news. Jest on tak dalece obcy naszej kulturze i tradycji, wierze chrześcijańskiej, że mogę sobie pomysł Głównego Inspektoratu Sanitarnego za aprobatą Ministerstwa Zdrowia wytłumaczyć jedynie uleganiem lobby zarówno zakładów pogrzebowych jak i samorządów, które skąpią nowych miejsc na pochówek naszych bliskich oraz naciskami deweloperów szukających nowych placów pod zabudowę.

Na pewno spodoba się on wszystkim walczącym z polską tradycją odwiedzania grobów w Dzień Zaduszny i Wszystkich Świętych.
Bardzo też wdzięczni będą za nią przestępcy.

Albo minister Konstanty Radziwiłł z Janem Bodnarem naoglądali się za dużo filmów amerykańskich, albo chodzi o przykrycie kiepsko idącej reformy służby zdrowia.

Tłumaczenie, że projekt jest jedynie zalegalizowaniem nielegalnych praktyk, nie wytrzymuje krytyki. Co by było, gdybym, np. w testamencie zapisała, że zgodnie z moją wolą proszę mnie pochować w przydomowym ogródku pod ukochaną jabłonią? Czy pozwolono by na to rodzinie? A może pozwolono by, zgodnie z wolą nieboszczyka, trzymać go w zamrażarce w piwnicy lub urnę z prochami przy łóżku ukochanej żony?

Niech mi nikt nie opowiada, że nowelizacja prawa w sprawie pochówku to wybór a nie nakaz.
Podobnie jest bowiem z chowaniem naszych zmarłych w jednej mogile. Owszem rodzina ma wybór; może wykupić miejsce obok, a może kolejną trumnę lub urnę wcisnąć na dziadka czy babcię. Nie testament w większości przypadków o tym decyduje, a wysokość zasiłku pogrzebowego i zaporowa, dla wielu, cena miejsca na cmentarzu.

Mówi się, że śmierć zrównuje wszystkich, biednych i bogatych. Czy na pewno?
Jak to jest, że tylko na nekropoliach narodowych takich jak Powązki grób nie jest likwidowany nawet wtedy, gdy nikt z rodziny już się nim nie opiekuje, zaś na cmentarzach komunalnych trzeba co 20 lat kupować miejsce pochówku powtórnie, by nie został „zasiedlony” przez nowego lokatora, a kości naszych zmarłych nie wysypano do wspólnego dołu lub skremowano?
Sarkofag sowieckiego zbrodniarza Bolesława Bieruta nie może być bez wrzasku oburzenia zlikwidowany, a można bez problemu ślad istnienia zwykłego Polaka zaorać? Tyle tylko jesteśmy warci?

Czy to normalne? Pytam, bo jestem z rodziny, która swoich przodków zostawiła w Tarnopolu. Przed laty przez ukraińskich gospodarzy miasta zostali potraktowani spychaczem, a na miejscu ich mogił wybudowano bloki mieszkalne.

Tyle się nasłuchałam, naczytałam o polskiej tradycji pamięci i szacunku do zmarłych, a tu tymczasem może się okazać, że zjem w Kątach Rybackich dorsza, który połknął ze smakiem wielbiciela nowej tradycji rozsypywania prochów na morzu.

Naprawdę Ministerstwo Zdrowia nie ma nic innego do roboty, tylko nowelizować ustawę o cmentarzach?
Tak tylko pytam, Panie Ministrze Konstanty Radziwille, bo nie mogę uwierzyć w to, co dziś przeczytałam. Rozumiem, że nie jest Pan projektem zbulwersowany, bo Pan i Pana rodzina z pewnością będzie miała kiedyś przepiękny nie tylko pogrzeb ale i grób rodzinny, którego nikt nie zaorze i nie postawi na tym miejscu, np. kolejnej Biedronki czy Lidla.

_______________________________________________

Ilustracja: Cmentarz w Klukach z XVIII w

Zapraszam do słuchania
audycja 876 (czwartkowa)

piątek, 25 sierpnia 2017

Prezydent wymienia płot

„Jeśli nie widzisz pożytku z tego płotu, na pewno nie pozwolę ci go usnąć. Odejdź i pomyśl. Kiedy wrócisz do mnie i powiesz, że widzisz sens jego istnienia. Wówczas może będzie wolno ci go zniszczyć”. – tak rozumiał reformowanie w odróżnieniu od deformowania mój ulubiony pisarz G.K.Chesterton

Myślę o tym coraz częściej, gdy obserwuję działania prezydenta Andrzeja Dudy.

Przyznaję, nie rozumiem celu ostatnich jego posunięć.
Od pierwszych dni kampanii wyborczej wszystko, o czym mówił, co zapowiadał, łykałam jak pelikan ufając, że tym razem nie będę się wstydzić, ani za zachowanie prezydenta, ani za brak wiedzy czy woli działania w drużynie, z jakiej się wywodził i jaka wyznaczyła mu zaszczytną rolę Prezydenta Najjaśniejszej.
Moje zaufanie było absolutne, dziś już takie nie jest. A to dlatego właśnie, że „zburzył ów płot”, ale nie potrafił przekonać, dlaczego to zrobił.

Pisałam już o tym, więc nie będę się powtarzać, zaznaczę tylko, że po raz pierwszy niepokój ogarnął mnie przy ustawie o reformie oświaty. Sądziłam wtedy, że tylko droczył się i dlatego do ostatniej chwili nie podpisywał jej.
Dziś myślę, że było to dystansowanie się od programu PiS, w domyśle z uzasadnieniem; reforma kiepsko przygotowana, ale ja przypilnuję, by obyło się bez kolizji. Oczko, oczywiście, w stronę przeciwników reformy. Tak na wszelki wypadek, gdyby coś nie wyszło, to nie jego wina.

Kiedy 3 maja zadeklarował pomysł referendum konstytucyjnego, pomyślałam sobie, że przejął działkę, na którą PiS po prostu nie ma czasu i nie chce zaczynać nowego tematu przy zwariowanej totalnej opozycji, która gotowa dać się rozjechać, byleby choć jedna reforma nie wyszła. A przy okazji uaktywni Polaków i zmusi do wyborów samorządowych.
Po wysłuchaniu przemówień podczas debaty konstytucyjnej, zorganizowanej przez NSZZ „Solidarność” w Gdańsku, zaczynam podejrzewać, że plotki, iż prezydent rzeczywiście uwierzył w tworzenie bloku z udziałem elektoratu Kukiz 15 nie są tak całkiem bezpodstawne.
A już na pewno takie plany zaświtały w głowie Piotra Dudy. To wrzucanie przy każdej okazji tematu akcji Ruchu Oburzonych nie pozostawia złudzeń.

Kto pamięta?

16 marca 2013 r. w Sali BHP Stoczni Gdańskiej powstała Platforma Obywatelska Oburzonych. W spotkaniu brali udział nie tylko działacze „Solidarności”, ale i związkowcy OPZZ, zmieleni.pl, przeciwnicy ACTA i rodzice przeciwni wysyłaniu sześciolatków do szkoły. Na czele Platformy stanął Piotr Duda i Paweł Kukiz.

Po szczegóły odsyłam do Internetu, choćby na stronę radia Wnet
Platforma Oburzonych: Kukiz i Duda chcą zmian

Ruch w tak szerokim układzie politycznym w kontrze do rządzącej wówczas koalicji PO/PSL nie mógł przetrwać, ale utorował drogę Kukizowi do Sejmu, a Piotr Duda zawarł na piśmie w czasie kampanii słynne porozumienie między związkiem a przyszłym prezydentem. Do tego właśnie porozumienia odwołał się Piotr Duda w swoim przemówieniu robiąc jednocześnie oko do Pawła Kukiza.

Czy podobało się to Prezydentowi?

Trudno wyczuć, ale wygląda na to, że proponowany przez prezydenta termin referendum nie jest wcale tylko symbolicznym nawiązaniem do rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę.
Wiadomo nie od dziś, że Kukiz15 rozpaczliwie szuka elektoratu do wyborów samorządowych za pomocą, jak niegdyś hasła okręgów jednomandatowych, tak dziś za jakimkolwiek referendum. Wiadomo, że im większa będzie frekwencja, tym mniejsze szanse konkurentów.
Temat zmian w konstytucji ponadto bardzo wygodny w czasie kampanii, bo nie trzeba będzie pracować nad konkretnym programem samorządowym, z tym bowiem może być krucho.

Czy takie ustalenia zostały poczynione na spotkaniu z Kukizem przed vetem prezydenta do ustaw reformujących sądownictwo?

Sądząc po przemówieniu Marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, PiS zna kulisy owego spotkania i z ogłoszeniem terminu referendum będzie zwlekać.
Prezydent raczej nie był zbyt mocno przygotowany do wyjaśnienia Polakom, dlaczego konstytucja powinna być zmieniona. Udawanie, że oto rozpoczęły się szerokie konsultacje społeczne kiepsko wypadło. Nie da się obronić pośpiechu referendalnego z mówieniem, że praca nad konstytucją będzie trwała przynajmniej z 5 lat.

Oczywiście prawdopodobny układ z Pawłem Kukizem i Piotrem Dudą nie wyjaśnia wszystkiego, jeśli chodzi o zawetowanie ustaw, ale przypomina wydarzenia, które tylko z pozoru stały się już historią kampanii prezydenckiej.
Pozostaje tylko westchnąć i przypomnieć Prezydentowi, jak zachował się Kukiz w drugiej turze. Trzeba być bardzo naiwnym, by wierzyć i zawierzyć swoją prezydenturę takim sojusznikom.

Nie ma jednak tego złego, co by nie mogło wyjść na dobre. Temat zmiany konstytucji trzeba było ruszyć.

Jeśli jednak prezydent sądzi, że Polacy dadzą się nabrać na szerokie konsultacje bez programu działania, to grubo się myli.
Mogę mówić tylko za siebie. Nie wezmę udziału w niby - referendum bez jasnego powiedzenia, co jest złe w obecnej konstytucji. Nie wystarczą mi ogólne stwierdzenia „płot trzeba wymienić”, bo minęło 20 lat od jego zbudowania.
I proszę szanownych demagogów nie wmawiać mi, że oto teraz społeczeństwo napisze swoją konstytucję.
Póki nie będę miała jasności, skąd ten nagły pomysł prezydenta na referendum bez projektu zmian konstytucyjnych żadnych takich tam bajek nie kupię. Teraz oczekuję, że Prezydent nie będzie blokował więcej reformowania kraju i jak najszybciej przedstawi swoje projekty ustaw reformujących KRS i SN. Wtedy może uwierzę, że „płot należy zburzyć” i prezydent naprawdę do tego dąży.

_______________________________________________

Ilustracja: Platforma Oburzonych: Kukiz i Duda chcą zmian

Zapraszam do słuchania
audycja 869 (niedzielna)

piątek, 18 sierpnia 2017

Jest interes do zrobienia

Czy jest ktoś z mojego pokolenia, wychowanego w PRL, kto nie zna skeczu „Sęk” kabaretu „Dudek”? Nie wierzę, że się ktoś taki jeszcze uchował. Młodych informuję, że wciąż można go odnaleźć w Internecie i obejrzeć, posłuchać, ba, nawet tekst jest, dla tych, co nie słyszą.
Mnie za każdym razem rozśmiesza jeden malutki fragment rozmowy telefonicznej dwóch Żydów:
- Jest interes do zrobienia.
- Interes? Ile można stracić?
- Co się mnie pytasz, ile można stracić! Się mnie natychmiast zapytujesz ile można zarobić!
I to jest sedno robienia interesów; wiedzieć, ile można zyskać, a ile stracić.
Nikt nie jest w stanie w tym prześcignąć Żydów. Są tacy, którzy zalecają Polakom pobieranie od nich nauki.
Ostatnio na Twitterze podrzucono pomysł wynajęcia żydowskiej kancelarii adwokackiej do negocjowania i uzyskania reparacji od Niemiec za II wojnę światową. Podchwycił go berliński mecenas Stefan Hambura i podzielił się nim z widzami TVP info.
Pomysł świetny, bo każdy wie, iż nikt tak dobry nie jest w negocjowaniu odszkodowań jak żydowskie kancelarie.

Co zyskalibyśmy? Przede wszystkim pewność, że będziemy traktowani poważnie a nie jak ubodzy krewni, którym przypomniało się, że ktoś coś jest im winien.
Najważniejszy jednak zysk to nie same reparacje, a możliwość przebicia się do opinii światowej, że Polska była największą ofiarą niemieckiego nazizmu.

Co stracilibyśmy? Poza świętym oburzeniem Niemców, wściekłego ataku lewackiej propagandy i wrzasku totalnej opozycji w kraju? - Nic.

Tak się niektórzy rozochocili w tych pomysłach na dobry interes, że idą dalej. Bloger zuberegg pisze:
Część środowisk żydowskich domaga się od Polski zwrotu pieniędzy za majątek utracony w Polsce podczas II WŚ. Nasze stanowisko winno więc być takie - oczywiście zapłacimy wam, zaraz po tym, jak otrzymamy zapłatę od Niemców. Pomóżcie nam załatwić u nich tę sprawę.
Przyznam, że oniemiałam, bo tego nie mógł podsunąć nikt inny jak tylko mistrz w robieniu interesów.
Nie wiem, co autor tego pomysłu zyskałby, ale wiem na pewno, że dla Polski to groźny interes ze stratami wizerunkowymi nie do odrobienia.
Po pierwsze –roszczenia majątkowe organizacji żydowskich są już dawno uregulowane traktatem odszkodowawczym zawartym między USA a rządem Polski z dnia 16 lipca 1960 r. (umowa indemnizacyjna)
Zgodnie z art. 1 tegoż traktatu/umowy rząd Polski zobowiązał się zapłacić, a rząd USA przyjąć, 40 mln ówczesnych dolarów amerykańskich za całkowite uregulowanie i zaspokojenie wszystkich roszczeń obywateli USA, zarówno osób fizycznych jak i prawnych z tytułu nacjonalizacji i innego rodzaju przejęcia przez Polskę mienia oraz praw i interesów związanych lub odnoszących się do mienia, które nastąpiło w Polsce przed dniem podpisania i wejścia tego układu w życie. Spłata tego zobowiązania przez Polskę następowała w rocznych ratach i została w całości spłacona i rozliczona dnia 10 stycznia 1981 roku.
Umowa indemnizacyjna pomiędzy USA I PRL
Po drugie – prawo polskie umożliwia jedynie roszczenia spadkobierców a nie organizacji.

Dyskusja więc na temat roszczeń żydowskich jest bezprzedmiotowa. I chyba wszystko zostało już wyjaśnione podczas spotkania z premierem Jarosławem Kaczyńskim i marszałkiem Sejmu Markiem Jurkiem a Komitetem Wykonawczym Conference on Jewish Material Claims Against Germany, reprezentantami World Jewish Restitution Organization (Światowej Organizacji Restytucji Mienia Żydowskiego) i ambasadorem Izraela w Polsce Davidem Pelegiem w 2007 r. O czym pisała onegdaj „Fronda” (Roszczenia Żydów z USA i Izraela do Polski to hucpa) Domyślam się, że pomysł ten, by związać starania o reparacje z roszczeniami żydowskimi, otworzyłby problem powtórnie. A z Polaków zrobiłby współwinnych zbrodni niemieckich na narodzie żydowskim, z czym usilnie próbujemy walczyć. Z pewnością niejednemu nie tylko w Polsce ten fakt spodobałby się.

Konia z rzędem temu, kto wie na pewno, o co chodzi w podniesieniu tematu reparacji i jak to dalej się potoczy, skoro nawet podsekretarz stanu w MSZ Marek Magierowski nie został wtajemniczony i jego szef musiał prostować niefortunną wypowiedź.
Podrzucone zgniłe jajo? Dyplomatyczny manewr przyblokowania arogancji niemieckich polityków? Tego nie wiemy. A pomysłowi wynajęcia żydowskich adwokatów pikanterii dodało spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z przedstawicielami polskich środowisk żydowskich.
O czym tak naprawdę rozmawiali, dlaczego z Jarosławem Kaczyńskim a nie z premier rządu czy szefem MSZ?
Snucie domysłów i pomysłów na odzyskanie reparacji ma jednak swoje granice. I w żadnym wypadku nie może szkodzić Polsce.
Polityka międzynarodowa to nie kupno tartaku i zrobienie dobrego interesu i w tym właśnie tkwi sęk, którego nijak niektórzy nie potrafią dostrzec.

_______________________________________________

Ilustracja:Kabaret Dudek - Sęk

Zapraszam do słuchania
audycja 867 (niedzielna)

środa, 16 sierpnia 2017

„Konstytuta” czy konstytucja?

W szkole pani pyta - Co miał na myśli autor wiersza? Dzieci szukają odpowiedzi, ale z góry wiadomo, że pani i tak jako obowiązującą podyktuje własną wersję. I tak też stało się z przemówieniem prezydenta przed defiladą Wojska Polskiego.

Czy zdanie: To jest armia Rzeczypospolitej Polskiej, to nie jest niczyja armia prywatna, to armia, którą powinniśmy wspólnie kształtować, to armia, która własną piersią broni Polski - odnosiło się do opozycji, czy było prztyczkiem w nos min. Antoniego Macierewicza?

Żadne tam argumenty, przypominanie haniebnych wypowiedzi totalnej opozycji o WOT jako prywatnej armii Antoniego Macierewicza, nie mają żadnego sensu. Każdy ma swoją panią, która mu dyktuje jedynie słuszną odpowiedź.

Podpowiem rozemocjonowanym dziennikarzom i z prawa i zlewa, że tematów do grzania może być więcej:
1. Dlaczego obok Prezydenta zamiast Pani premier Beaty Szydło stał szef BBN Paweł Soloch?
2. Dlaczego Pani premier stała na trybunie w drugim rzędzie i nie składała kwiatów razem z min. A. Macierewiczem?
3. A w ogóle to dlaczego Prezydent sam składał wieniec pod pomnikiem Naczelnika Józefa Piłsudskiego, a MON dopiero na końcu uroczystości?
4. Itd itp. Zupełnie jak w piosence Agnieszki Osieckiej „Okularnicy”.

I tak, co najważniejsze, najistotniejsze w przemówieniu prezydenta, o czym naprawdę warto dyskutować i spierać się, rozmyje się w emocjonujących polemikach.

Czującym niedosyt mogę jeszcze dorzucić pewną plotkę, krążącą wśród historyków, która doda pikanterii współczesnym sporom; kto ważniejszy prezydent czy minister.
Podobno nasz wielki wódz gen. broni Władysław Sikorski - Prezes Rady Ministrów, Minister Spraw Wojskowych, Minister Sprawiedliwości rządu na uchodźstwie tak przesuwał krzesło, by siedzieć zawsze przed prezydentem. (Niestety, nie wiem, którego prezydenta to dotyczyło, bo było ich kilku).

Kto interesuje się historią, ten wie, że spory o pierwszeństwo nie są w polskiej tradycji niczym nowym.
W swoim wykładzie z dn. 16 listopada 1924 r. Józef Piłsudski mówił o pierwszych dniach konstytuowania się rządu Polski rodzącej się do niepodległości ze zlepka ziem pod zaborami. Mówił o gettach, jakie wytworzyły wśród polityków poszczególne zabory. Niby wszyscy mówili tym samym językiem, a jednak nie rozumieli znaczenia słów, których inni używali.
Zdawało mi się, że mam do czynienia z ludźmi, z których każdy mówi innym językiem, chcąc widzieć w słowach to, czego w tych słowach nie było i robiąc wrażenie ludzi, którzy przyszli jedynie po to, aby w twarz sobie pluć, a nie po to, by sobie podać ręce – wspomina Józef Piłsudski.
Później było jeszcze gorzej. Kwestia organizacji najwyższych władz wojskowych po zwycięskiej Bitwie Warszawskiej stała się przyczyną licznych konfliktów i sporów kompetencyjnych, wprowadzając chaos do życia politycznego w odrodzonym państwie na kilka lat.
Projekt ustawy o organizacji najwyższych władz obrony państwa został tak sformułowany, by utrudnić przyszłemu wodzowi jego odpowiedzialną pracę i by ją oddawać w ręce innych – pisze Naczelnik.
Źródłem konfliktu była źle napisana Konstytucja marcowa (1921). Co o niej sądził J.Piłsudski nie trzeba przypominać, bo to jeden z najbardziej znanych cytatów z powiedzeń Marszałka.
Lubię go, więc nie odmówię sobie przyjemności przytoczenia.
Ja tego, proszę pana, nie nazywam Konstytucją, ja to nazywam konstytutą. I wymyśliłem to słowo, bo ono najbliższe jest do prostituty.
Co dziś powiedziałby Marszałek o obowiązującej Konstytucji z 1997 r. i projektach dowodzenia Armią Wojska Polskiego?
Może to samo? Tego się, oczywiście, nie dowiemy i podejrzewam, że domysły będą zależeć od punktu siedzenia. Co innego będzie sądził prezydent i BBN, a co innego MON.

W jednym na pewno obie strony się zgodzą; potrzebna jest nowa konstytucja, która jasno określi kompetencje obu urzędów. Ostatni konflikt między prezydentem a szefem MON, którego podobno nie ma, pokazuje wyraźnie, że jest to pilna potrzeba.
Rzecz jednak w tym, że chyba w dzisiejszych uwarunkowaniach politycznych wewnątrz kraju i w UE praktycznie niemożliwa.
Obawiam się bowiem, że jak na tej lekcji języka polskiego, będą różne odpowiedzi, ale i tak dyskusja będzie się toczyć nie na tematy ważne dla systemu politycznego Polski, a o związkach jednopłciowych i prawach gejów do adopcji dzieci.
Wszechobecna pani – poprawność polityczna - ma swoją wersję konstytucji i na pewno będzie chciała ją nam podyktować.

_______________________________________________

Ilustracja:Święto Wojska Polskiego

Zapraszam do słuchania
audycja 866 (czwartkowa)

środa, 9 sierpnia 2017

Co dalej?

Ostatnie decyzje prezydenta zmuszają do stawiania trudnych pytań.

Najpierw sumuję to, co już za nami.

Przypominam sobie kompromitującą Kancelarię Prezydenta korespondencję z Ministrem Obrony Narodowej, Antonim Macierewiczem. Rzecznik Prezydenta Marek Magierowski pytany wówczas, czy prezydent ma zaufanie do szefa MON, odparł, że "prezydent ma wątpliwości w kilku kwestiach dotyczących polityki ministra Macierewicza i oczekuje precyzyjnych odpowiedzi na zadane pytania".
Szokiem dla mnie była forma publicznej rozmowy ponad głową premier Beaty Szydło i ton, w jakim poinformowano o korespondencji.
W pierwszej chwili parsknęłam śmiechem, bo na „cara batiuszkę” to prezydent nie wygląda, a nie tak buduje się autorytet Urzędu Prezydenta Rzeczypospolitej. Potem, tak jak większość, zareagowałam emocjonalnie nie szczędząc gorzkich słów.
Dodatkowo kompromitacją trąciło żądanie wyjaśnień od szefa MON w sprawie działań wobec oficerów Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Obrony oficerów współpracujących z FSB nawet w najśmielszych dywagacjach nikt się chyba nie spodziewał.
Wydawało się, że konflikt został zażegnany i poszedł w zapomnienie, zwłaszcza że Pani Premier zdecydowanie stanęła po stronie Antoniego Macierewicza ucinając spekulacje na temat ewentualnej dymisji, co bardzo rozczarowało medialne tuby agentury wpływu.
Premier Beata Szydło płaci do dziś ostracyzmem ze strony Kancelarii Prezydenta za swoją zdecydowaną postawę. Spektakularnie widoczne było to podczas wizyty prezydenta Donalda Trumpa.

Największe atrakcje dopiero miały nadejść.

To, w jakim stylu prezydent zawetował ustawy o reformie KRS i SN przeszły najśmielsze wyobrażenia. Piłsudski onegdaj udał się do Sulejówka, nasz prezydent skromniejszy, wyruszył do Juraty i beztrosko odpoczywał z żoną prując fale wodnym motorem, czy jak to się tam nazywa, bo nigdy tym nie pływałam. A w Sejmie i na ulicach szalała totalna opozycja opłacana ze wschodniej i zachodniej strony.
Myślę, że tak jak ja, wielu obserwujących wydarzenia oczekiwało, że prezydent zdecydowanie potępi destabilizację państwa, ale nie. Zamiast tego otrzymaliśmy weto z śmiesznie głupim uzasadnieniem. Przy okazji opozycja i część prawicy snuła projekcje na temat rozbicia koalicji rządowej.

W tym momencie nawet polityczny laik musiał zadać sobie pytanie – Prezydent był świadomy takich konsekwencji swojego postępowania czy tak mu wyszło?

Na szczęście Jarosław Kaczyński zażegnał konflikt stonowaną i pojednawczą, bez atakowania prezydenta, oceną wydarzeń podczas rozmowy w TV Trwam i Radiu Maryja.
Było to bardzo potrzebne, bo przecież kampania prezydenta i PiS skupiała się głównie wokół tych właśnie mediów. Wielokrotnie później słyszałam jak słuchacze gorliwie polecali Matce Najświętszej naszego prezydenta, premier i rząd.

Sytuacja się uspokoiła, przycichły ostre spory o słuszność weta i zaczęła się merytoryczna dyskusja wśród publicystów i niektórych polityków. Jednak po zapoznaniu się z pisemnym uzasadnieniem weta zaczęły się mnożyć dywagacje na temat prawdziwych przyczyn odrzucenia ustaw.
Czy z własnej woli, czy też pod przymusem Jarosław Gowin zasygnalizował buńczucznie, że nie ma mowy o odrzuceniu weta w Sejmie, bo on tego nie poprze.
Wbrew insynuacjom lojalnie zachował się min. Zbigniew Ziobro. I chwała mu za to, że nie uległ emocjom.

Wkrótce gdzieś tam na marginesie bieżących newsów dotarła informacja, że prezydent nie podpisał wniosków Antoniego Macierewicza o nadanie sztandarów wojskowych pierwszym trzem brygadom WOT.
Dlaczego? Warto, by ktoś zapytał prezydenta. Nie podoba mu się obrona terytorialna czy zazdrości sukcesów Antoniemu Macierewiczowi? Bo że WOT nie podoba się Putinowi, Merkel i opozycji, to wiemy.

Nie mnie rozstrzygać, gdzie leży źródło konfliktu z ministrem; w ambicjach obu panów, konstytucji czy może naciskach tajemniczych doradców w BBN czy KP. Faktem jest, że niepodpisanie tych wniosków i teraz - nominacji generalskich nie może już w żaden sposób być usprawiedliwione i nie dlatego, że ktoś ma przerost ambicji, nie umie rozmawiać, mści się, daje nauczkę czy coś tam jeszcze, o czym nie wiemy, ale dlatego, że jest to groźne dla bezpieczeństwa państwa.

Jaki sygnał wysyła prezydent agenturze rosyjskiej przed manewrami Rosji ZAPAD 2017?
Co mają myśleć sojusznicy w NATO?
A co mają myśleć zwykli dowódcy i żołnierze WP?
Czy nie powinny te sprawy być rozstrzygane w zaciszu gabinetów po sprawdzeniu czy nie ma podsłuchów?

I może jeszcze jedno pytanie, które wraca do mnie jak bumerang, ile razy myślę o zaistniałej sytuacji.

Co dalej? Jakie nam atrakcje szykuje prezydent? Czy weta prezydenta będą podporządkowane jego koncepcji zmian w konstytucji, o których nic nie wiemy?
Jestem ostatnią osobą, która pójdzie teraz na referendum w tej sprawie, ale o tym może kiedy indziej porozmyślam przy swoim zmywaku, bo i cóż mi pozostało jak nie zmywać gary i czekać na rozwój sytuacji.

Zwolennikom wzmocnienia władzy prezydenta polecam na koniec przemyślenie: Co by było, gdyby silną władzę konstytucyjną miał prezydent Wałęsa? Czy musiałby liczyć się w Moskwie przy podpisywaniu układu o dobrosąsiedzkich stosunkach z Rosją z treścią telegramu Jana Olszewskiego? (przypomnijmy: Nocna zmiana za odrzucenie dyktatu Rosji) Co by było, gdyby mocną pozycję prezydentowi dała konstytucja, a prezydentem był ktoś taki jak Bronisław Komorowski?

_______________________________________________

Ilustracja: Wykop

Zapraszam do słuchania
audycja 864 (czwartkowa)

sobota, 5 sierpnia 2017

Cisza między faktami

Jako kilkuletnia dziewczynka leżałam w szpitalu po operacji wyrostka. To był czas, kiedy jeszcze w peerelowskich szpitalach pracowały siostry zakonne w czepcach z białymi anielskimi skrzydłami. Czułe i dobre jak mama, za którą się tęskniło, zwłaszcza w bezsenną noc, kiedy na sąsiednim łóżku chłopiec w moim wieku płakał z bólu i strachu, że jutro będą zrywać opatrunki na ranach po oparzeniu.

Myślę o tej traumie z dzieciństwa (chłopiec bowiem zmarł) za każdym razem, gdy jakieś rany są rozdrapywane, choć wydawało się, że już można zdjąć opatrunek, bo pod nim tylko blizna.
Dzieje się tak nie tylko, gdy rana jest fizyczna, ale także, a może przede wszystkim, gdy dotyka ran psychicznych.
Ileż to recept wymyślono na leczenie takich ran. Czy w ogóle są one uleczalne?

Wojnę znam z opowiadań rodziców, książek i filmów. Zrosła się tak z moim dzieciństwem, że często w snach powracała, jakbym w niej uczestniczyła.
Za młoda byłam, za bardzo wpatrzona w przyszłość, którą sobie w marzeniach budowałam, by zadawać rodzicom pytania bardziej dociekliwe. Nigdy ich nie zapytałam, jak sobie radzą, gdy my zasypialiśmy, a w domu zapadała cisza, ze wspomnieniami. I normalna kolej rzeczy, już nie zapytam.

Dlaczego myślę o tym, dlaczego próbuję odpowiedzieć sobie na pytania, na które nie ma odpowiedzi? Bo znowu, ze zdwojoną siłą wróciła przeszłość.

Młodzi ludzie z Niemiec, Ukrainy, Polski czyszczą groby jeńców wojennych w Łambinowicach. Z nieudawaną szczerością mówią, że chcą poznać przeszłość wojny.
Co może być piękniejszego, co można jeszcze wymyślić lepszego dla porozumienia między różnymi narodami, państwami? Szlachetne i piękne cele, tylko przyklasnąć.
Niestety, ja w skuteczność takich bandaży na niezagojone rany nie wierzę, zwłaszcza gdy opierają się o półprawdy.
Wciąż słyszę mamę, kiedy mówi: Nie zna wojny ten, kto nie żył na Kresach.

To takie dziwne wojenne sytuacje, kiedy jeden wróg staje się obrońcą przed drugim wrogiem. W innych częściach Polski to przed Niemcami się ucieka. Ale na Wołyniu Niemcy dają bezpieczeństwo – mówi czeski pastor z Kupiczewa, wspominając legalne kupno broni od Niemców dla obrony przed banderowcami.(1)

Z faktami o ogromie zbrodni banderowców i Niemców będzie musiał zmierzyć się czy prędzej czy później młody Ukrainiec czy Niemiec, choćby wyczyścił wszystkie groby na wojennym szlaku. Czy nie będzie chciał ich usprawiedliwić?

Poczucie krzywdy, upokorzenie, jakie Polaków spotyka ze strony niemieckich polityków i dziennikarzy przy aplauzie unijnych urzędników, musiało doprowadzić do zerwania bandaży, w które Polaków owijano. Okazało się, że pod nimi zamiast blizn, są zadawnione rany, wracają obrazy krwawych nierozliczonych i nieprzebaczonych zbrodni, które wcale nie zostały zapomniane i za które nikt nie przeprosił.

Nie ma nic gorszego jak w imię pojednania stawiana jest między faktami cisza.
Czy prędzej czy później wróci ze zdwojoną siłą piekąca rana. I nie pomoże tu pojednawcza odpowiedź na pytanie

– „Kto mówi prawdę? - Każdy ma tu swoją pamięć. Każdy ma swoją historię”.(2)
Jesteśmy teraz tego świadkami.

Czy można zabić własną żonę i dzieci, by udowodnić, że jest się Ukraińcem? Można, choć wydaje się to nieprawdopodobne.
Czy może naukowiec pracować nad wynalazkiem sprawniejszego zabijania ludzi? Może. Czy można zadenuncjować, wydać na śmierć sąsiada, bo jest Polakiem, Żydem? Można. Mało tego, można znajdować dla tych czynów uzasadnienie, konieczność dziejową i po latach mieć pretensje, że wciąż pamiętamy i przypominamy tym, którzy z różnych powodów wolą zapomnieć.

Kiedy w imię poprawności politycznej zapada cisza między faktami, otwierają się rany i odradzają się bestie. Czy jest na to jakaś rada?

1Witold Szabłowski, Sprawiedliwi zdrajcy Sąsiedzi z Wołynia. Gdy jedni mordują, drudzy rzucają się, by ratować, str. 284;
2 Tamże str. 133

_______________________________________________

Ilustracja:Dyskutują o historii. W Łambinowicach trwa obóz młodzieżowy

Zapraszam do słuchania
audycja 863 (niedzielna)

środa, 26 lipca 2017

Jak to było, Panie Prezydencie?

Polski sen o wielkości się kończy. Bezpieka i Niemcy rozgrywają Prezydenta - podsumował ostatnie wydarzenia we "Frondzie" Jerzy Targalski. Wywołały one konsternację i niedowierzanie.

Reforma sądownictwa jest konieczna, ale ustawa o tak dużym znaczeniu, nie może być pisana na kolanie – stwierdziła Zofia Romaszewska.
To żona nie żyjącego już opozycjonisty, Zbigniewa Romaszewskiego, członek Kapituły Orderu Orła Białego doradca społeczny Prezydenta RP.

Skąd Zofia Romaszewska wie, że ustawa była pisana na kolanie i dlaczego przy okazji porównała ciężka pracę Ministra Sprawiedliwości do prokuratorów stalinowskich?
No cóż, każdemu wolno mieć własne zdanie, ale dlaczego udziela głupich rad i jeszcze się tym popisuje w mediach?
Wiem, narażam się wszystkim, dla których stwierdzenie - działacz opozycji PRL - rozstrzyga o wszystkim. Ja takiego nabożeństwa do kombatantów nie mam i nie chce mieć. Oduczyli mnie od tego: Kuronie i Michniki, Frasyniuki, Piniory. I tak się składa, że mam do tego moralne prawo.

Szanuję przeszłość Pani Zofii, ale to nie zmienia faktu, że fizyk nie jest osobą kompetentną, by doradzać Prezydentowi RP w tak fundamentalnych sprawach jak weto do najważniejszych ustaw reformujących zabetonowane sądownictwo w Polsce.
Przyznam, że w pierwszej chwili rozbawiło mnie uzasadnienie Prezydenta, który stwierdził, że ostatecznie przekonała go opinia Zofii Romaszewskiej. Tego po doktorze nauk prawnych nie spodziewałam się.

Nadal nie rozumiem, dlaczego prezydent Andrzej Duda nie oparł się na opinii, choćby profesorów z Akademickich Klubów Obywatelskich im. Lecha Kaczyńskiego? (List otwarty do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w sprawie reformy wymiaru sprawiedliwości)

Nie rozumiem na czym polega praca Kancelarii Prezydenta, która nie zdołała przedstawić Prezydentowi merytorycznej opinii na temat procedowanych ustaw. Dlaczego musiał odwoływać się do emocjonalnej i niekompetentnej opinii politycznej? Dlaczego mijał się z prawdą twierdząc, że nie miał szans na konsultacje?

Te i inne wątpliwości rozstrzygną kiedyś historycy, kiedy dotrą do dokumentów i notatek urzędniczych. Nie pierwszy raz bowiem zaskakuje swoich wyborców Prezydent Andrzej Duda. Miał przecież ogromną ochotę zawetować reformę o systemie oświaty. Szopka, jaką wtedy odstawił z powołaniem "aniołów stróżów" przy podpisaniu ustawy, musiała upokorzyć nie tylko minister Annę Zalewską, ale i samą Panią Premier Beatę Szydło.
Złośliwi mówili, że doradzała mu wtedy żona – nauczycielka. W to nie wierzę, ale z pewnością była to akcja pozyskania wyborców wśród nauczycieli.
Podobnie było z zawetowaniem ustawy reformującej działalność Regionalnych Izb Obrachunkowych.
Weto nie odbiło się echem, bo była już w toku praca nad reformą sądownictwa. Miało ono jednak ten sam cel; pozyskanie przychylności samorządowców.

Tę słabość psychologiczną naszego |Prezydenta do wybicia się na niezależność, nawet kosztem cudzej pracy i pomysłów, jak w przypadku referendum w sprawie zmiany konstytucji, doskonale muszą znać prawdziwi mocodawcy protestów.
Wiedzą, że Pani Premier to twarda sztuka i nie łatwo ją namówić do zmiany kursu. I tak sobie myślę, że chyba wyszło im z Prezydentem.

Historycy kiedyś dojdą, jak było, tacy jak ja, zaskoczeni, upokorzeni, linczowani słownie przez dziennikarskich cyngli GW i Der Newsweeka, muszą się domyślać i składać strzępy informacji. Moja teoria brzmi więc tak:

1. Pan Prezydent czekał, że minister Zbigniew Ziobro poprosi o audiencję i opinię. Nie doczekał się, więc milcząco bawił na salonach książęcą parę, gdy dzicz PO i Nowoczesnej obrażała słowami, gestami Jarosława Kaczyńskiego brata prezydenta, którego tak często przywołuje jako swój największy autorytet, śp. Lecha Kaczyńskiego.

2. Zadzwonił Tusk do prezydenta i został odprawiony z kwitkiem, fakt ten został nagłośniony, co bardzo się nam wszystkim spodobało. Pochwaliliśmy Prezydenta.

3. Tusk poskarżył się Merkel, a ta jak to kobieta krewka, zadzwoniła i zażądała, postraszyła, przekonała (?), że musi zablokować ustawy, bo inaczej…
Tego nie wiemy. Za to wiemy na pewno, że Kancelaria Prezydenta skrzętnie pominęła w komunikacie informację o jednym z tematów tej rozmowy, tj. o procedowaniu ustaw dotyczących Sądu Najwyższego.

4.Mógł, oczywiście, Prezydent poinformować o tym Premier i ustalić strategię działania. Tak postępuje drużyna.
Ale chyba zaiskrzyła myśl, że jest okazja pojednać się przynajmniej z częścią opozycji, np. z Kukiz15 i podkreślić swoją niezależność.
Sęk w tym, że było mało czasu, więc na początek postawienie warunków, pod jakimi podpisze ustawę.

5. Niestety, PiS się nie obraziło i spełniło życzenie, mimo dantejskich scen pod Sejmem.
Nie było wyjścia, trzeba było szukać sojuszników, w końcu należy się jakaś wdzięczność za nieopublikowanie Aneksu. I pomoc przyszła z Jasnej Góry, a przewodniczący Episkopatu pięknie podziękował wykładnią prawną o równowadze trójpodziału władzy. Zachowanie biskupów polskich wobec całej tej przygotowanej skrupulatnie akcji astroturfingu, do którego włączono również watykański dziennik L'Osservatore Romano to oddzielny temat i wart również podsumowania.

Tu podzielę się tylko jedną refleksją.
Kiedy na Twitterze ktoś (nie pamiętam, niestety autora) domagał się reakcji Episkopatu na skandaliczne nawoływanie do przemocy przez polityków opozycji i dzikie wrzaski, wyzwiska pod Sejmem prowokujące zamieszki, fuknęłam, żeby nie mieszać do tego Kościoła.
Kościół jednak wmieszał się sam i pochwalił prezydenta ani słowem nie odnosząc się do zmasowanej akcji obalenia legalnie wybranego rządu.
"Zapomniał" też potępić zachowanie prowokatorów i odciąć się od dezinformacji zawartej w L'Osservatore Romano. Mało tego, w jednym rzędzie swoim wcześniejszym apelem o pojednanie postawił prowokatorów z resztą społeczeństwa, które się kłóci, które jest podzielone.
Czemu mnie to nie dziwi? Historia uczy owieczki, że politykę uprawiali hierarchowie, a ginęli księża. Z rzadka, odwrotnie.

Nie wiem czy było tak, jak piszę.
Faktem jest, że straciłam zaufanie do mojego Prezydenta i na pewno tego poniedziałku 24 lipca, dzień po historycznej rocznicy przystąpienia do Targowicy króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, nie zapomnę do końca życia.
Kto bliżej „tronu” niech szuka innych odpowiedzi na pytanie, kto trafniej ocenił weto Prezydenta; Jerzy Targalski czy Zofia Romaszewska? A może ktoś inny? Opinii i ocen jest wiele, można dociekać.

Mnie pozostaje głosowanie za trzy lata. I już dziś wiem na pewno, że jeśli szczęśliwie dożyję, zagłosuję na tego kandydata, którego wskaże - Jarosław Kaczyński i Jego partia.

_______________________________________________

Ilustracja:https://wpolityce.pl/kultura/350168-rozumiem-weto-prezydenta-dudy-nawet-popierajacy-trumpa-amerykanie-byli-zdumieni-ustawa-o-sn

Zapraszam do słuchania
audycja 860 (czwartkowa)

poniedziałek, 22 maja 2017

Ad vocem Grzechg:Polityczna hybryda zamiast wolnej Polski

Będzie demokracja, głosowanie co cztery lata, będzie opozycja. Będą prawicowe portale, prasa nowych i starych niepokornych, będzie Prawo i Sprawiedliwość, "zapędzone"  do obrony tożsamości narodowej, a jego wyborcy będą izolowani w życiu publicznym.
Rzeczywiście, trudno nie zgodzić się z autorem tej diagnozy. Polsce grozi sytuacja, w której rząd nie będzie miał wpływu na życie w gminach, powiatach czy sejmikach. Nad tym w tej chwili zapewne główkują pijarowcy opozycji; jak utrzymać wpływy, nierzadko mafijne, na prowincji i w dużych miastach po wyborach samorządowych. Bloger, Grzechg diagnozuje:
I nie ma większego znaczenia, że  jeszcze dziś czy pojutrze, PiS ma władzę. Bo decydująca gra toczy się w przestrzeni medialnej, a tu Prawo i Sprawiedliwość, jeśli nie będzie perfekcyjne w każdej decyzji, dosłownie, w każdej jednostkowej wypowiedzi do kamery, skazane jest w dłuższej perspektywie na porażkę.
A w komentarzu Stronnika pod notką czytam:
Polacy czekają nadal na zasadniczą dobrą zmianę.
A ja pytam; na jaką zmianę czekają Polacy? Na co czekają Polacy? I którzy Polacy?

Przyznaję, szlag mnie trafia, stąd zamiast komentarza pod notką, piszę własną. Temat bowiem gorący i polemiczny, ale nie da się go uniknąć, jeśli nie chcemy zmarnować zwycięstwa, z którego byliśmy tak dumni.

  Pytam więc: Kto ma zrobić ten porządek? Rząd, posłowie czy Polacy w swoich regionach?!
Rząd robi, co może, na co pozwalają warunki, w tym międzynarodowe.
Sejm porządkuje. Są błędy taktyczne i może też czasem głupota i pycha niektórych posłów. Są też ograniczenia; nie wszyscy ministrowie są z PiS, a o tym zapominamy.  Nie można też przewrócić wszystkiego, chyba, że zamierzamy ogłosić rewolucję. W organizacji majdanu Putin i opozycja chętnie nam pomogą.
Nie usprawiedliwiam, ale nie da się zmienić systemu bez zmian oddolnych, w tym w partii. Skala umaczania w układy jest niewyobrażalna. Przykład z brzegu, który mnie bulwersuje.

W grudniu 2016 r."IPN wskazał długoletniego przewodniczącego zarządu warmińsko-mazurskiej "Solidarności" i zarazem radnego wojewódzkiego z ramienia PiS, Józefa Dzikiego, jako tajnego współpracownika (TW) służby bezpieczeństwa PRL. "S" oczekuje wyjaśnień od Dzikiego".

I co? Ma odwołać go Kaczyński?

"Zarząd Regionu "Solidarności" nie zawiesił Dzikiego w jego obowiązkach. Dziki jest też radnym PiS, ale nie należy do partii. Szef klubu radnych PiS w sejmiku województwa warmińsko-mazurskiego Patryk Kozłowski przyznał, że nie wiedział dotąd o publikacji IPN".

Albo zaczniemy wskazywać swoim posłom w regionach, czego oczekujemy, organizować się i wymuszać zmiany, albo przestańmy biadolić.
Rząd ma swoją strategię i ją realizuje. Pogońmy do roboty dół partyjny, wojewodów. Nie damy rady? No to nie będzie dobrej zmiany.

Przegrana PiS to:
podatek katastralny, obozy emigrantów, likwidacja obrony terytorialnej, powrót do emerytury w wieku 67 lat, likwidacja 500+ itd. Jednym zdaniem; zwijanie Polski.
Pomóżmy więc, bo same manifesty niczego nie zmienią.

Zgadzam się, media publiczne to katastrofa, podobnie jest z Twitterem i Facebookiem oraz z niektórymi portalami prawicowymi, które głównie specjalizują się w dokopywaniu PiS. W TVP Kurski powinien być odwołany i to natychmiast, formuła publicystki i informacji zmieniona.
Brak profesjonalnego piaru na pewno zemści się, to nie ulega wątpliwości.
Potrzebna jest jednak nasza aktywność na portalach. Nie może być tak, że guru Ziemkiewicz, Michalkiewicz, Karnowski czy Sakiewicz to autorytety, które głównie służą do dzielenia prawicy. Albo zaczniemy dyskutować o konkretach,  a nie kto jest lepszym patriotą i czy nacjonalizm jest niezbędny w miłości Ojczyzny, kiedy nastąpi rekonstrukcja rządu (bo że nastąpi, to pewne - tak twierdzi tzw.  "konstruktywna"  opozycja Kukiz15 - i my to kupujemy bez zmrużenia oka) itd,  albo pogrzebią nasze nadzieje na dobrą zmianę.
Kupujemy wciąż piar przeciwnika, wciąż liczą się dla nas słupki i podrzucane tematy. Nie widzę, np. na prawicy zażartej dyskusji na temat odbywającego się Kongresu Wielki Projekt, a szkoda. A powinno huczeć od merytorycznych polemik. Problem w tym, że do tego potrzebna jest wiedza, a nie emocje.

Wygrana PiS w 2015 r. była, między innymi, efektem merytorycznego programu a nie emocji. Owszem, do pewnej grupy wyborców potrzebne są tematy wywołujące emocje, ale przynajmniej my, blogerzy czujmy się odpowiedzialni za słowo i za merytoryczną dyskusję.
Nie chcę przez to powiedzieć, że nie wolno nam krytykować PiS czy Prezydenta, wskazywać na zagrożenia, jak to zrobił bloger Grzechg i wielu innych w prawicowych gazetach czy mediach niszowych, ale róbmy to z głową i rzeczowo bez oglądania się na słupki i bez kompleksów wobec opozycji. To tylko tępe narzędzia w rękach mafijnych, agentury i Sorosa, a my musimy wygrać Polskę, nie mamy wyboru. Trzeciej szansy nie będzie

.

_______________________________________________

Ilustracja:https://obserwatorpolityczny.pl/wp-content/uploads/2016/12/Obraz1-34-300x176.jpg

Zapraszam do słuchania
audycja 841 (czwartkowa)

wtorek, 9 maja 2017

Kto bawi się kluczem do rozporka?

Trafiła do mnie tajemnicza książka, nazwana thrillerem, chyba na wyrost, która zdążyła już zdobyć swoich entuzjastów w Internecie. Zobowiązałam się do napisania recenzji, ale im bardziej myślałam o jej treści, tym bardziej miałam ochotę ją odesłać, by nie być dłużnikiem wydawnictwa „Novae Res”. Wydała mi się bowiem jakąś lekturą z kluczem, którego nie bardzo umiałam rozszyfrować, a nie chciałam być narzędziem popularyzacji niewiadomego. Ostatnie wiadomości skłoniły mnie jednak, by powieść Bartka Marcinkowskiego „Rozgrywka” wykorzystać do zilustrowania odwrotu od pewnych założeń politycznych propagandy partii lewicowych.

Niestety, nie dotarłam do informacji, kim jest autor ani skąd czerpał wiadomości do swej dziwnej opowieści. Dziwnej, bo posługuje się zupełnie bezkarnie nazwiskami autentycznych postaci, sugeruje motywy ich postępowania, posługując się zużytymi stereotypami; zły, cyniczny esbek, górujący nad ofiarą inteligencją, wykształceniem, znajomością języków, pieniędzmi - kontra ideowy, pełen poświęceń, ale naiwny opozycjonista. Łączy ich jedno przekonanie; Polacy zaakceptują wiele w postępowaniu innych, ale nigdy skłonności homoseksualnych. Dziś powiedzielibyśmy, że jesteśmy skrajnymi homofobami i peerelowskie służby o tym wiedziały.

Dla Jaruzelskiego i Kiszczaka to uzasadnienie akcji, dzięki której zamierzają utrzymać realną władzę mimo zbliżającego się upadku PRL. Dla młodych działaczy NZS i WiP to uwikłanie się we współpracę z SB w zamian za utrzymanie zboczenia w tajemnicy i przyszłe kariery w III RP na służbie Kiszczaka.

Autentyczna akcja służb pod kryptonimem„Hiacynt”przeprowadzona znienacka pod pozorem rejestracji środowisk zagrożonych wirusem HIV owocuje listą opozycjonistów praktykujących kochanie inaczej, których odtąd można będzie szantażować.
Tajemnica homoseksualnego zboczenia daje dwóm zbrodniarzom możliwość pociągania za sznurki i kierowania polityką przyszłej III RP. Ku radości naiwnego czytelnika pomysł podsunęła Kiszczakowi jego własna małżonka.

Książka jak książka, niewielu ją przeczyta, a jeszcze mniej osób wie w ogóle o operacji służb „Hiacynt” (15 listopadab1985). Nie jest to żaden thriller i nie wiem czy kogoś z mojego pokolenia jest w stanie trzymać w napięciu.
Kompozycja powieści rozłazi się w mało zindywidualizowanych dialogach i przedłużającym się psychologicznym portretowaniu bohaterów, punkt kulminacyjny,najważniejszy moment całej intrygi, gubi się, by nagle zakończyć przysięgą dochowania tajemnicy państwowej dwunastu mężczyzn przyjętych w 1990 r. do pracy w Urzędzie Ochrony Państwa.
Sama akcja „Hiacynt”nie budzi specjalnej grozy wobec dzisiejszej wiedzy o zbrodniach NKWD, UB i SB. Czytelnik bez doświadczenia życia w PRL nie będzie w stanie odróżnić, co w książce, oprócz niektórych nazwisk, jest prawdą, a co fikcją.
Niewątpliwie trzeba pochwalić autora za sporą znajomość mechanizmów działających w SB i sposobu działania ich agentów i funkcjonariuszy. Nie obca też jest mu wiedza o studenckich środowiskach opozycyjnych, poprzetykanych informatorami tajnych służb.
Wszystko to jednak trąci powierzchownością i stereotypami.
Tajemnicą pozostaje, kto ma być czytelnikiem powieści i dlaczego wdowom po Kiszczaku i Jaruzelskim nie przeszkadza użycie nazwisk ich mężów?

Książka ma jedną, niewątpliwie ważną, nie wiem czy zamierzoną, zaletę. Pozwala wyjaśnić, dlaczego od czasu do czasu ktoś posługuje się bronią Kiszczaka i przypisuje zboczenie seksualne niektórym politykom prawicy.

I tu czas najwyższy na wyjaśnienie, dlaczego postanowiłam,mimo wątpliwości,pisać o powieści Bartka Marcinkowskiego „Rozgrywka”.
Autor wysuwa śmiałą tezę o bezwzględnym braku tolerancji Polaków wobec homoseksualistów. To ten brak tolerancji stał się podobno motorem działania Kiszczaka, któremu Jaruzelski zlecił opracowanie taktyki przetrwania w przyszłej III RP.

Jeśli tak było rzeczywiście, to nic błędniejszego. Owszem, brak jest pochwały takich zachowań, ale dopóki jest to sprawa prywatna, dyskretna, raczej większość z nas udaje, że nie wie, dlaczego dwóch starych kawalerów mieszka razem. Sprzeciw wzbudza natomiast nachalna propaganda i parady równości środowisk LGBT. A tego w 1985 roku w Polsce nie było.

To wykorzystanie powszechnego strachu przed HIV a nie dyskryminacja mogło być jedynym prawdziwym motorem akcji rejestracji środowisk homoseksualnych.
Nie sądzę, by Kiszczak na tej podstawie chciał budować gwarancję dla ciągłości władzy. Jeśli już, to wiedza ta była komuś potrzebna do budowy w Polsce przyszłych organizacji LGBT, które z powodzeniem działały na Zachodzie i dyktowały polityczną poprawność, tak potrzebną do wychowania nowego posłusznego człowieka.

Lata prania mózgów propagandą w szkołach, mediach i czasopismach przyniosły efekty. Ostatnio pewna po siedemdziesiątce pani z czułością mówiła o parze homoseksualistów, w której jeden był mężem a drugi żoną, tłumacząc mi, że z naturą jeszcze nikt nie wygrał.
Tęczowe czapeczki zakładają niektóre mamy swoim małym dzieciom.
Tak jak niegdyś dobry western miał białego i czarnego konia, film antyrasistowski - aktora białego i czarnego, tak teraz obowiązkowo w serialu musi być gej lub lesbijka.
Kto rejestrował się lub logował na Twitterze, tego witają obściskujący się homoseksualiści.
Tolerancja dla homoseksualizmu wśród nastolatków stała się niemal kodeksem moralnym.
Dziś ”Hiacynt” nie musiałby być tajną operacją służb, homoseksualiści sami chętnie się tym do niedawna chwalili i nawet udało się im umieścić swojego przedstawiciela w sejmie, a potem zrobić z niego prezydenta samorządowego.

Jeśli Jaruzelski i jego kumple mieli utrzymać władzę, to na pewno nie za pomocą walki z homofobią a wprost przeciwnie, metodą Putina, który kreuje się na wybawcę świata od zgniłego Zachodu i przymyka oko na obozy Kadyrowa dla homoseksualistów w Czeczeni*.

Coś jednak ostatnio i u nas zaczęło pękać. Czyżby moda na homoseksualizm, jak na wszystkie ideologie potrzebne do zdobycia władzy, mija?

Stawiam tezę i gotowam jej bronić, że jedną z przyczyn klęski wyborczej PO/PSL było pośpieszne podlizywanie się LGBT,między innymi ratyfikacją konwencji antyprzemocowej.
Ostateczna klęska SLD również, moim zdaniem, była po części wynikiem haseł rozporkowych i usilnym wspieraniu środowisk proaborcyjnych. Wychowany w PRL elektorat oczekiwał haseł rodem z komunistycznej Międzynarodówki, a nie zapewnień, że wkrótce po zwycięstwie, kochający inaczej będą mogli się łączyć w małżeńskie stadła.
Nawet jeśli upraszczam, to ostatnie przecieki niepomyślnych wiadomości dla kumpli prezydenta Słupska i jego samego są dołujące.Wprawdzie nie zanosi się na zakładanie obozów koncentracyjnych wzorem czeczeńskim, ale na ławce opozycyjnej w przyszłych wyborach samorządowych, a i w drodze po prezydenturę państwową, stało się ciasno i zaczyna brakować miejsc dla orientacji seksualnych.
Przekonali się o tym na tzw. „Marszu wolności” geje*, którzy zamiast zaproszenia do marszu zostali nazwani marginesem a jednego z nich ochroniarz Schetyny z pogardą opluł.
Czyżby koniec parad gejowskich? Nawet jeśli tego bez „wodki nie rozbieriosz”, jak mawiają wyrodni „bracia” znad Oki, to młodym kandydatom na przyszłych działaczy LGBT czytającym z wypiekami powieść Bartka, ku przestrodze polecam przemyślenie tematu. Czy przypadkiem klucz w zamku do rozporka nie obraca się w odwrotną stronę?

_______________________________________________

Bartek Marcinkowski, Rozgrywka, Nowae Res 2016
*O obozach koncentracyjnych dla homoseksualistów w Czeczenii poinformowały wszystkie lewicowe i feministyczne gazety i media w Polsce.
*Gej zrobił swoje... Ochroniarz Schetyny pluje na gejów...

Ilustracja:http://x3.wykop.pl/cdn/c3201142/comment_Fb1dBLy0I4xVLRITFm5DZ0ALRb1kK0iY.jpg

Zapraszam do słuchania
audycja 838 (czwartkowa)

sobota, 25 marca 2017

Miedzy „wściekłym lewakiem” a „wściekłym rasistą”

Czy jest coś złego w tym, że ktoś jest dumny z tego, że jest biały? - pyta autor notki promującej cukierkowy filmik o pięknej, tradycyjnej białej Europie zatytułowany: Bądź dumny z białej kultury Europy! - i dziwi się, że nazwany został rasistowskim, bo przecież nikogo nie obraża.
A jednak sam fakt, że pokazuje on piękno kultury europejskiej i chrześcijańskie korzenie Europy wzbudził wściekłość środowisk lewackich, które oskarżają autorów, że eksponując takie rzeczy dowodzą swojego „rasizmu" -użala się anonim.

Mojej wściekłości ten film nie wzbudził, ale zdziwienie, że ktoś może się nabrać na tak prymitywną socjotechnikę.

Po pierwsze, samo stwierdzenie, że cywilizacja europejska budowana była przez białych jest przekłamaniem. Na bogactwo Europy i całego świata zachodniego składała się przede wszystkim niewolnicza praca mieszkańców kolonii i wypływała właśnie z rasizmu, z poczucia wyższości nad Murzynami czy Hindusami. A jak już ktoś wciska taki kit, to niech pamięta, że niewolnictwo wśród białych kwitło od zarania dziejów w samej Europie i kolor skóry nie był tu brany pod uwagę, a wynikał z podboju i stosunków feudalnych. Dziś przetrwał, między innymi, w totalitarnych ideologiach, lichwie i eugenice.

Sugerowanie, że chrześcijaństwo jest religią białych, świadczy o tym, iż autorzy nie mieli w ręku ani Ewangelii, ani katechizmu.
Nie ma już żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie - pisze św. Paweł do Rzymian.
A Jezus rozsyłając uczniów nie mówi idźcie na całą Europę, ale: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! (Mt 28,19)

Nie zamierzam negować oczywistego faktu, że u podstaw nowożytnej historii Europy było chrześcijaństwo ze swoim bogactwem ośrodków naukowych, zakonów i szkół, ze swoimi świętymi męczennikami, świadkami wiary, ale w żadnym wypadku nie decydował o tym kolor skóry.
Nie wolno też zapominać, że ta sama biała, jak chcą autorzy filmu, chrześcijańska kultura europejska pozwoliła na wyhodowanie Hitlera, Lenina i Stalina, a dziś nadal morduje dzieci nienarodzone, starców i kaleki.

Po drugie, komentarz, który tu na początku przytoczyłam stosuje charakterystyczny dla totalitarnej propagandy chwyt, który zamyka usta tym, którym ona się nie podoba.
Jeśli uznasz, że film w swej wymowie jest rasistowski, to jesteś przedstawicielem „wściekłych środowisk lewackich” w myśl zasady: Kto nie znami, ten przeciwko nam.

Pozostaje pytanie, na które każdy sam powinien sobie odpowiedzieć - Z jakiej Europy jest dumny?
Jeśli w tej odpowiedzi będzie najważnieszy kolor skóry, tzn, że albo nie ma wiedzy, albo ulega tym samym złudzeniom, które mieli Niemcy łykajacy nazistowskie hasła o wyższości rasy niemieckiej nad Słowianami czy Żydami.

Po trzecie, podobno nie ma takich ludzi, którzy nie ulegają propagandzie czy dezinformacji. Wystarczy, że ktoś mówi to, co chcemy usłyszeć i już uznajemy go za naszego. A to nie jest takie proste. Jezus dobrze o tym wiedział i dlatego przestrzegał: Nie każdy, który Mi mówi: «Panie, Panie», wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. (Mt 7, 21)

Bombardują nas dziś prawdziwe i sfabrykowane obrazy okrucieństwa bojowników Państwa Islamskiego. (Tylko fachowcy potrafią odróżnić ich autentyczność). Mnożą się zamachy, giną ludzie. Jednych opanowuje strach paraliżujący rozsadek. Inni szukają winnych sytuacji i przypisują recepty.
Słowo – lewak - obejmuje wszystkich, którzy sprawują władzę, dopuścili do eksodusu dawnych niewolników państw kolonialnych na sytą lecz wyludniającą się Europę i Amerykę.

Po drugiej stronie są ci, którzy czują się okradzeni ze swej narodowej tożsamości, kultury i religii.
Naiwnym jest jednak ten, kto sądzi, że wszystkie ruchy polityczne, próbujące zagospodarować nas, broniących się przed naporem multi-kulti, są transparentne co do celów, jakie im przyświecają, kiedy głoszą z pozoru piękne hasła.
Słuszne obawy przed napierającym terroryzmem stają się pożywką dla polityków widzących jedyną szansę w przejęciu władzy od rozzuchwalonej lewicy, która właśnie przedobrzyła i zjada własny ogon.

Poziom oświaty sprowadzony do doraźnych i funkcjonalnych czynności okraszony ideologią, w zależności od potrzeb panujących, czyni społeczeństwa bezrozumną masą ulegającą wszelkiej propagandzie.
Zdaję sobie sprawę, że zostanę za chwilę przez znających z autopsji sytuację w krajach zachodnich znokautowana informacjami o skali zagrożeń.
Nie szkodzi, przeżyję wszelkie epitety. Mam tę przewagę, że nie należę do żadnej partii. Popieranie Prawa i Sprawiedliwości nie wynika z żadnej ideologii, a z patriotyzmu. Kocham swój kraj, swój polski dom, ale nie pałam miłością do wszystkich moich rodaków. Nie tłumaczę wszystkiego, co złe w mojej ojczyźnie żydowskim spiskiem, choć zdumiewać mnie może bezkarność pyszczenia za granicą Holland i wielu aktorów maszerujących i wrzeszczących na marszach KOD pochodzenia żydowskiego.
Nie szukam łatwych odpowiedzi zamykających dyskusję, choć można się dziwić legalizacji w Polsce loży masońskiej i tolerowanie skandalicznych wypowiedzi Hartmana.

Bo jeśli są tacy silni, to jednak 2015 r. pokazał, że my nie jesteśmy bezsilni.

Z całym przekonaniem popieram politykę rządu wobec próby narzucania nam uchodźców i emigrantów z Bliskiego Wschodu, Afryki czy Czeczenii.
Od pewnego czasu niepokoją mnie jednak hasełka, które znajdują posłuch, zwłaszcza u młodych ludzi; Polska dla Polaków, Żydzi do Izraela, Ukraińcy do domu. Itp.
Jeśli ktoś ma wątpliwości, że niczym innym są one jak wykorzystywaniem młodzieńczej naiwności, to powinien sięgnąć do modnego na przełomie XIX i XX wieku pangermanizmu, przeczytać koniecznie „Płomienie” Stanisława Brzozowskiego.
Czy kochających niemiecką kulturę młodzieńców mógł ktoś posądzać wówczas o rasizm i plany budowania obozów koncentracyjnych?
A płomiennych rewolucjonistów, dyskutujących o sprawiedliwości, kształcących się, gotowych za wyznawane ideały poświęcić życie, obarczać winą za gułagi, deportacje i śmierć tysięcy rodaków tylko za to, że byli Polakami?
A jednak tak to się zaczęło. I dlatego filmiki o dumie z białej kultury Europy warto oglądać krytycznie i nie bać się etykietki „wściekłego lewaka”, choćby po to, by nie stać się „wściekłym rasistą”.

_______________________________________________

Ilustracja: Belgowie na swoich koloniach...

Zapraszam do słuchania
audycja 824 (niedzielna)

wtorek, 31 stycznia 2017

Polska racja stanu w morzu dezinformacji

Temat dotyczący stosunków polsko – ukraińskich raz po raz to przycicha, to wraca ze zdwojoną siłą.
Prezydent Andrzej Duda w wywiadzie dla „Polskiego Przeglądu Dyplomatycznego” jasno określił polską rację stanu, w tym dotyczącą polityki zagranicznej wobec Ukrainy.
„ Bieżące interesy polityczne nie powinny przesłaniać potrzeby oddania hołdu ofiarom rzezi wołyńskiej i potępienia mordu jako metody politycznej. Nie sposób mówić o pojednaniu polsko-ukraińskim bez głośnego wypowiedzenia prawdy o owych wydarzeniach. Nazwaliśmy zło po imieniu. A teraz trzeba przejść do kolejnego etapu i nazwać po imieniu dobro. Stąd moja inicjatywa, wsparta przez prezydenta Poroszenkę, by uhonorować ludzi, którzy w tamtych czasach bronili swoich sąsiadów – Polacy Ukraińców, Ukraińcy Polaków – nie zważając na konsekwencje, narażając często własne życie. To ci bohaterowie powinni stać się patronami naszego pojednania. To o nich powinni wspominać na lekcjach historii nauczyciele w Warszawie, Kijowie, Przemyślu i Lwowie. I nie oczekujmy pojednania natychmiastowego i bezwarunkowego. To będzie bardzo długi proces”.
„Musimy być głodni sukcesu” - rozmowa z Prezydentem RP Andrzejem Dudą

Jaki jest ten bieżący interes polityczny Polski?

Wspieranie Ukrainy w utrzymaniu niepodległego państwa i pokonania zapędów imperialnych Rosji na pewno leży w interesie Polski.

Czy chce tego Ukraina?

To pytania do polityków ukraińskich, ale i części społeczeństwa ukraińskiego, które nie może narzekać na brak wsparcia ze strony Polaków. Słusznym jest więc nasze domaganie się wzajemności.

Czy możliwe jest budowanie tożsamości narodowej Ukraińców bez gloryfikacji rezunów Bandery i Szuchewycza?

Jeśli prawdą jest, że „nie sposób mówić o pojednaniu polsko-ukraińskim bez głośnego wypowiedzenia prawdy o owych wydarzeniach”, to tę prawdę muszą przyjąć obie strony, nie tylko Polacy. A z tym Ukraińcy wciąż mają problem, o czym świadczą ostatnie wydarzenia; zakaz wjazdu na Ukrainę prezydenta Przemyśla czy dewastacja pomnika w Hucie Pieniackiej i profanacja grobów ofiar NKWD w Bykowni.
Zakaz został cofnięty, a od zburzenia pomnika odciął się Prawy Sektor, profanację grobów potępił ukraiński MSZ.

Kto więc prowokuje i próbuje zmienić relacje polsko - ukraińskie?

Oczywiście, ten, kto z takich prowokacji czerpie korzyści; może to być inicjatywa rosyjskiego GRU, a może być efektem ukraińskich wewnętrznych gier politycznych.
Jedno jest pewne. Ukraina otrzymała od polskich władz ostrzeżenie zdecydowanym działaniem dyplomatycznym.
Jarosław Kaczyński w rzeszowskim radiu nie zatrzasnął jednak drzwi, choć powiedział:
Jest ciągle niepewne czy Ukraina pójdzie w stronę, która w Polsce jest nie do zaakceptowania, czyli oparcia swojej historycznej legitymacji o tradycje UPA, o tradycje organizacji, które dopuściły się potwornych zbrodni na Polakach, czy też z tej drogi zrezygnuje.
Niektóre media jakoś tak dziwnie zbagatelizowały dalszą część wypowiedzi prezesa, pomijając ją.
Powtarzam: mamy znak zapytania i pewien niepokój, ale często bywa w polityce tak, że jest źle, a później się okazuje, że jest dobrze. Ja ciągle liczę na to że tak będzie.
(za :wpolityce.pl)

Nie wierzę, że to przypadek, a nie celowy zabieg dezinformacji, który miał zasygnalizować zmianę polityki wobec Ukrainy w wyniku haniebnych prowokacji.

Problem minionych lat rządów III RP polegał na tym, że rządzące partie stały się zakładnikami sporej i wpływowej mniejszości narodowej Ukraińców w Polsce.
Bezkarne tolerowanie usprawiedliwiania rzezi Polaków na Kresach przez OUN – UPA nie tylko w wydawanym w Polsce „Słowie” ale i działalności takich posłów jak Miron Sycz, sprawiło, że to, co było wstydliwą przeszłością ojców, stało się patriotycznym mottem ukraińskiej młodzieży.
A wszystko przekładało się na głosy wyborcze diaspory ukraińskiej. Lobby ukraińskie w Parlamencie skutecznie mogło przez lata blokować uznanie rzezi za ludobójstwo. Starzy uwierzyli, że uda się przeforsować odszkodowania za akcję „Wisła”, a młodzi w porywie patriotycznych gestów zostawiali na grobach rezunów banderowski znak Tryzuba.
Nie bez znaczenia były tu nieprzemyślane jednostronne gesty polskich hierarchów Kościoła i Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
Również śp. Prezydent Lech Kaczyński podporządkował prawdę o Wołyniu bieżącej polityce, starając się niewiele znaczącym gestem pojednania w Pawłokomie załatwić historię i przejść do budowania wspólnych polsko - ukraińskich relacji i przeciwdziałania agresji Rosji.
Co prawda, gdyby nie tragiczna śmierć, mogło go to kosztować utratę szans na drugą kadencję, ale niewątpliwie zamieszał mocno w planach Putina i zmusił Zachód do weryfikacji dyplomatycznych ocen wydarzeń w Gruzji. Zapłacił za to największą cenę – życiem.
Historyczne już ostrzeżenie: Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę! - do dziś wytycza politykę zagraniczną Polski.

Liczne gesty wsparcia Ukrainy na arenie międzynarodowej ze strony polskiej wróciły po wygranych przez PiS wyborach.

Jak może temu przeciwdziałać Rosja?

Prof. Andrzej Zybertowicz w twitterowej rozmowie z prof. Tomaszem Aleksandrowiczem stwierdził:
"Społeczeństwo informacyjne" - nieaktualne pojęcie! - by dodać: zwrot "społeczeństwo dezinformacyjne" lepiej oddaje stan spraw.
Każdy, kto szuka informacji w sieci musi uczciwie przyznać, że jest to prawda, z którą nie bardzo umiemy sobie poradzić i to nie tylko tacy jak ja blogerzy komentujący znad zmywaka bieżące wydarzenia polityczne, borykają się z tym problemem.
Bywa, że więcej czasu tracimy na sprawdzenie autentyczności informacji, niż na jej ocenę i wyrobienie własnego zdania na interesujący nas temat.
Agentura wpływu, trollowanie, pożyteczni idioci, sondy, ankiety, memy... jest tego tyle, że trudno zaufać komukolwiek, nawet własnej intuicji i wiedzy. Efektem może być tylko dezinformacja.
Tak jest i w przypadku stosunków polsko – ukraińskich. Niewątpliwie najskuteczniejszą bronią rozgrywającą politykę zagraniczną Polski wobec Ukrainy, tak jak we wszelkich technikach manipulacji opinią społeczną, są emocje.
Migawki i zdjęcia z uroczystości ku czci Bandery, rozbity pomnik, oblane farbą groby Polaków prowokują nie tylko rozgoryczenie i żal, ale i nienawiść do nacji, która uznała Polaków za odwiecznych wrogów. I nie ma tu znaczenia czy Ukraińcy są rozgrywani przez Rosję czy przez polityków robiących kariery na nacjonalizmie neobanderowców.
Oburzenie wykorzystywane jest do konfliktów w miejscowościach przygranicznych, zwłaszcza w Przemyślu. Mnożą się pretensje do rządu, za zbyt uległą politykę wobec Ukrainy. Zarzuca się przemilczanie zbrodni Ukraińców dla doraźnej strategii politycznej.

Nie zamierzam z tymi opiniami polemizować. Chciałabym jednak dla otrzeźwienia ulegającym słusznemu oburzeniu, zwłaszcza w środowiskach narodowców, uzmysłowić pewną stosowaną przez agenturę wpływu socjotechnikę.
Nasze myślenie jest kierowane na taką oto postawę:
Zbrodnie rezunów nie pozwalają na politykę proukraińską, bo Ukraińcy nie potępili zbrodniarzy i nie rozliczyli ich.
Czy jest w tym rozumowaniu błąd?
Oczywiście, że nie! Brak odcięcia się od przeszłości OUN UPA, jednoznacznego potępienia ideologii Doncowa, utrudnia bieżące relacje, czego jesteśmy ostatnio świadkami. Ale czy to oznacza konieczność rewizji założeń polskiej racji stanu?
Ci sami, którzy się tego domagają, nie widzą przeszkód w budowaniu poprawnych relacji z Rosją mimo straszliwych zbrodni ludobójczych na narodzie polskim.
Nie znam żadnych apeli narodowców do parlamentarzystów, aby rozkaz Iwana Sierowa, w wyniku którego blisko 100 tysięcy Polaków zostało zamordowanych, upamiętnić uchwałą nazywającą zbrodnię ludobójstwem i zawierającą żądanie przyznania się Rosji do winy oraz zmiany polityki historycznej.
Dlaczego akurat tak wybiórcza ich ocena zbrodni ludobójstwa? Warto poszukać konkretnych odpowiedzi. Wiele mogą wyjaśnić.

I może jeszcze jedno na koniec, co pozwoli zdać sobie sprawę, jak bardzo nami agentura wpływu manipuluje.
Internetowa akcja „Niemieckie Obozy Śmierci” przyniosła efekty. Ruch oddolny wywołał reakcje władz, ambasad polskich, różnych instytucji i organizacji oraz Polonii. Jak chcemy, potrafimy i nie czekamy, że wszystko załatwi rząd.
Ale czy ktoś zna apel nawołujący do zerwania współpracy dyplomatycznej z Niemcami w związku z ich polityką historyczną? Wprost przeciwnie, wszyscy zdają się rozumieć, że polska racja stanu wymaga współpracy z rządem niemieckim, ba, nawet wsparcia Angeli Merkel w nadchodzących wyborach.
Dlaczego nie rozumiemy tego w przypadku Ukrainy?

______________________________________________

ILUSTRACJA: wpolityce.pl

Zapraszam do słuchania
audycja 810 (czwartkowa)