niedziela, 30 stycznia 2011

"Uczmy się od Żydów"

Napisał mi na Twitterze młody człowiek, że przeszłość Polski go nie interesuje, żyje teraźniejszością. Wszystko, co było nie ma już znaczenia. Owszem, groby bliskich, pamiątki po nich - tak, ale katastrofa, śmierć prezydenta, kto był z odznaczonych ostatnio przez Bronisława Komorowskiego TW? To już było i się zmyło. – jak mawia młodzież.
Wyraźnie młodym znudziła się nie tylko historia, ale w ogóle Polska.
Cóż, najlepszym lekarstwem na takie postawy jest wyjazd za granicę. Uczy pokory i szacunku dla własnego kraju. Po pierwszych zachwytach przychodzi czas na pokorne znoszenie upokorzeń i agresji tylko dlatego, że się jest obcym.

Dla tych upartych, wyzwolonych kosmopolitów mam mądry felieton posła Janusza Wojciechowskiego, opublikowany na stronie wpolityce.pl 27 stycznia 2010.
Uczmy sie od Żydów.

Posłuchajmy w dzisiejszej audycji:
20:16 Felieton: Janusz Wojciechowski - Uczmy się od Żydów (wstęp Katarzyna, czyta Katarzyna) http://wpolityce.pl/

Przypominam przy okazji, że 185 audycja Niepoprawnego Radia rozpoczyna się o godz. 19.OO http://radiopl.pl/

środa, 26 stycznia 2011

Kampanię wyborczą czas zacząć

Czego boi się Jarosław Kaczyński, wie Tomasz Kalita.
Ja nie wiem, czego się boi były premier i prezes PiS.
Wiem natomiast, co zrobiłby dziś z takimi politykami
Józef Piłsudski.


Nie na każde szczekanie trzeba reagować, a już na pewno
nie na takie, podyktowane, zatwierdzone przez WSI do
realizacji w polskich mediach w porozumieniu z NKWD, KGB,
FSB, GRU czy jak to się tam teraz nazywa?

Rzecznik SLD, łudząco przypomina Palikota, widać w tym
samym miejscu i od tych samych nauczycieli pobierał
lekcje.
Mniejsza z tym. Czy prędzej czy później skończy tak
jak Palikot.
Jeśli piszę o tej CZERWONEJ SWOŁOCZY (proszę mi wybaczyć, ale nie ma tu innego określenia dla piaru robionego w ten sposób), to dlatego, że przypomniała mi ona jakże wciąż aktualną broszurę Józefa Mackiewicza z 1944 r. - Optymizm nie zastąpi nam Polski.
Pisze on tam:
Dopóki istnieje bolszewizm na świecie, największym
wrogiem każdego narodu jest bolszewik danego narodu.
Gdybyśmy zatem chcieli uszeregować. Według numeracji,
aktualnych wrogów Polski, uzyskalibyśmy następującą tabelę:
Wróg nr 1- Polak bolszewik
Wróg nr 2 - Bolszewik w ogóle
Wróg nr 3 – Niemiec.


Zastanawiam się, do jakiej kategorii zaliczyć partie, kluby, polityków i ich rzeczników, którzy spolegliwie powtarzają kłamstwa propagandy putinowskiej. Mają na każde zawołanie formułkę „niecnego wykorzystywania do polityki katastrofy smoleńskiej”, sami robią to jednak bez zająknięcia i bez skrupułów szkodząc Polsce.

Myślę też i o tych, którzy bez namysłu przyjmują wersje
Kalitów o tajemniczych naciskach śp. Prezydenta na pilotów
i inne kłamstwa.
Do nich, jak znalazł, pasuje dalszy ciąg wspomnianej
tu broszury:
…wrogiem o numerze nadrzędnym, niejako przedpierwszym, jest ten dobry i uczciwy Polak, który nam wmawia, że bolszewizm nie jest straszny /…/, że walka przeciw niemu nie jest aktualna.

Naprawdę bolszewizm pod żadną postacią już nie istnieje, a haniebne wypowiedzi Kality to tylko marketing polityczny?

Od pewnego czasu moje myśli przy zmywaniu krążą wokół winnych słabości Polski, która dzięki tzw. reformie Balcerowicza, potem Buzka, wstąpieniu do UE miała z roku na rok stawać się krajem zasobnym i zbliżać się poziomem życia do Zachodu.
I był taki moment, taki krótki błysk nadziei w 2005 roku; obniżenie podatków, pobudzenie budownictwa, odnawianie dróg dzięki coraz większej zamożności samorządów i możliwości korzystania z dotacji unijnych, spadało bezrobocie, wielu Polaków wychodziło z bankowych pułapek kredytowych. Odnawiało mieszkania, kupowało samochody, inwestowało we
własny mały biznes. Stypendia dla absolwentów dawały szansę na zmniejszenie się bezrobocia wśród młodzieży kończącej szkoły i studia.

Od 2007 powoli wszystkie działania mogące pobudzić polską gospodarkę zamarły. A najgorsze jeszcze przed nami. Z szumnego expose premiera nie pozostało nic.
Kopie się nas i poniża na arenie międzynarodowej.
Byle agencina może dyktować newsy w niby-polskiej prasie, a rzecznik popłuczyn po PZPR robi nową gębę szefowi kosztem polskiej racji stanu. Zalewa nas tandeta, przytłacza najróżniejszy marketing, Od samych reklam różnych specyfików można się rozchorować.

Tych, którzy to widzą i znają przyczyny, ogarnia wściekłość.Setki blogowych notek suchej nitki nie zostawiają na rządzie Tuska.
Teraz mają łatwiej. Od feralnych występów Donalda Tuska po opublikowaniu raportu MAK wolno już krytykować szefa i wklejać zdjęcia, które dotychczas były zarezerwowane tylko dla Kaczyńskich.
http://i.wp.pl/a/f/jpeg/21947/tusk_mina_pap550.jpeg

Biedny Tusk nie czytał widać Mackiewicza, bo jakby trochę podszkolił się w najnowszej historii, to wiedziałby, że z nim jest tak, jak niegdyś z Wasilewską, Wędrychowskim czy Berlingiem. Myśleli, że uprawiają politykę. Tymczasem, byli absolutnie niczym poza numerami oznaczonymi, zamiast cyfrą, własnymi nazwiskami na przynętę. Politykę uprawiali Sowieci.

Kto dziś ją uprawia w Polsce?

Narzekaniem i jazdą po Tusku niczego jednak nie zwojujemy. Będziemy też ostatnimi durniami, jeśli nabierzemy się na „konstruktywną krytykę” w łonie partii PO.

Tak sobie myślę machając ścierką w mętnej wodzie, że znowu jesteśmy robieni w konia. Bierzemy medialne rozpoczęcie kampanii wyborczej za początek końca rządów establishmentu za pomocą zmiany „numerów”, tymczasem schemat łudząco podobny jest do zmian I. sekretarzy PZPR.
Wódz zakrzyknie – POMOŻECIE?, a naród odpowie – POMOŻEMY!
I po wyborach będzie znowu "500" dni spokoju i intensywnej
pracy „reformatorskiej”.

Jest jakaś szansa?
Na początek logiczne myślenie i męska decyzja.Jeśli prawdą jest, że nie liczy się ten, kto podpisuje, ale ten, kto dyktuje, to pora ustalić, kto, co i dlaczego dyktuje i dlaczego tak potulnie wszyscy, to dyktando przepisują?

http://www.rp.pl/artykul/535226.html?print=tak

To jednak nie wystarczy. Jeszcze trzeba brać przykład z naszych wrogów i dotrzeć z wiedzą do każdego Polaka – niekoniecznie salonowym językiem i w postaci uczonych wywodów.
Pojawiła się nawet szansa. Kilku porządnych dziennikarzy straciło pracę w „niezależnych” mediach.

Będą tak biadolić i użalać się czy wezmą się do pracy?

środa, 19 stycznia 2011

Czas na marketing DOBREJ NOWINY

Nie, nie będę dziś pisać ani o raporcie MAK, ani o Tusku, to już przeszłość, choć wydaje się, że wciąż trwa.
O samej katastrofie pisze i mówi tylu mądrych ludzi, że gdzie tam mamie Katarzynie do nich. Mogę tylko wyrazić swoją wdzięczność i uznanie, że chce się im drążyć, czytać, dokumentować, prostować ścieżki w gąszczu dezinformacji i kłamstw. Narażać się na ośmieszanie i niewybredne ataki.


Jeśli cokolwiek mam do dodania, to może tylko jedno. Katastrofa smoleńska, jak nigdy dotąd, pokazała Polakom, kto naprawdę rządzi i gdzie pobiera żołd. Czy można sobie wyobrazić parlament, rząd, partie jakiegokolwiek kraju,który nie mówiłyby jednym głosem, w sprawie tak ważnej, jak wyjaśnienie okoliczności śmierci głowy państwa, dowódców i najważniejszych osób w kraju?
Nawet dzieciak jest w stanie zrozumieć, że od tego zależy nasza suwerenność. Jeśli można bezkarnie wsadzić do samolotu polskie władze i pozbawić ich życia, to można wszystko zrobić z takim państwem i jego mieszkańcami.

Nie przyjmuję do wiadomości, że to tylko marketing polityczny. Potulne podnoszenie ręki jak wódz każe, wytupywanie, gdy padają słowa prawdy, wręczanie kwiatów odpowiedzialnym za bałagan w państwie, nie może być jedynie przejawem lojalności partyjnej. Są granice, po przekroczeniu których można już tylko stanąć pod pręgierzem z tabliczką:
OJCZYZNĘ MIAŁEM TAM, GDZIE PŁACĄ NAJWIĘCEJ ZA ZDRADĘ
Szkoda, że pod tym pręgierzem staną zbyt późno, bo że staną, to nie mam wątpliwości.

Na marginesie najważniejszych newsów podsuwanych już nie tylko z dnia na dzień, ale z godziny na godzinę, przemykają informacje równie istotne.
Od razu wyjaśniam, by nie było wątpliwości. Nie uważam, że wyjaśnienie katastrofy nie jest w tej chwili najważniejsze.
Jest to klucz do odnowy życia politycznego i naprawy Rzeczpospolitej. Tylko pozornie batalia o wyjaśnienie przyczyn katastrofy przysłania bieżące, gospodarcze czy społeczne problemy. Dobrze, że tematu nie odpuszczamy.

Wyobraźmy jednak sobie, że winni zostają ukarani i wyeliminowani z polskiej polityki,WSI rozwiązane. Są wybory, nie ma już PO, Tuska. I co? I co dalej? Czy widać więcej niż teraźniejszość?

Tak sobie rozmyślam, a po głowie wciąż chodzi mi zdanie mamy bł. ks. Jerzego. - Siebie zmieńcie, to i Polska się zmieni.
Pani Marianna Popiełuszko, matka zamęczonego w bestialski sposób księdza mogłaby nam prawić morały, grzmieć na mataczenie w śledztwie, bezkarność winnych mordu, zdradę i zapomnienie ideałów, dla których ks. Jerzy oddał życie, a ona mówi o modlitwie i o zmienianiu siebie.

I była na to szansa. Otrzymaliśmy w darze błogosławionego, który mógł przypomnieć, co w życiu jest najważniejsze, mógł nauczyć młodych modlitwy za Ojczyznę i służenia jej wiedzą, nauką i pracą, wiernością Dekalogowi.
Tymczasem odfajkowaliśmy tę błogosławioną dla Polski uroczystość. Ktoś się wystraszył w polskim Kościele wielkości zwykłego kapłana i zamiast duchowych wielomiesięcznych przygotowań do beatyfikacji, zafundowano nam marketing na rzecz Świątyni Opatrzności.
I gdzieś tam uleciały bez echa i bez refleksji słowa mądrej kobiety, która wiek przeżyła i doskonale wie, co życiu wskazuje drogę nadając mu sens i dlaczego jej syn ukochał modlitwę.

Marzy mi się rzucenie Polaków na kolana?

Tak, marzy mi się takie samo rzucenie na kolana, jakiego dokonał niegdyś Prymas Tysiąclecia Stefan kardynał Wyszyński.
Patrzył dalej niż ktokolwiek z ówczesnych Polaków. Kiedy już nie było w PRL skrawka wolności, kiedy wszystko zagarnięto, kościoły dla patriotów były otwarte dzień i noc. I nic to, że wielu z szukających pomocy pisało potem donosy, nic to, że i pod sutannami ukrywali się współpracownicy tajnych służb.
Pod oficjalną propagandą i zniewoleniem płynął wartki nurt wiedzy kształtującej charaktery i patriotyzm. To nieprawda, że tamto działanie było bezowocne. Wmawia się nam to, abyśmy zwątpili. Wielu z tamtych uczestników potajemnych spotkań na plebaniach i kościołach do dziś służy, wychowało też swoich następców. Tłumy żegnające Prezydenta i Jego Małżonkę, Ofiary katastrofy, służba harcerzy, Marsz Wolności, Ruch przypominający każdego miesiąca datę 10 kwietnia, najdobitniej o tym
świadczy. Widać też przy okazji, jak ogromny jest głód tożsamości narodowej, tylko nie ma już wśród nas Wielkiego Prymasa, który umiałby go zaspokoić na miarę współczesności.

Czy jednak dziś taki nurt, płynący niezależnie od zalewu propagandy, tandety i kłamstw jest możliwy?

TO MUSI BYĆ MOŻLIWE! Inaczej po prostu Polski nie będzie, bo nikomu nie będzie potrzebna.
Zacznijmy jednak od siebie. Nasz naród otrzymał kolejny niezasłużony dar.

JAN PAWEŁ II WIELKI POLAK 1 MAJA NA PLACU ŚW. PIOTRA ZOSTANIE OGŁOSZONY BŁOGOSŁAWIONYM.

Nie pozwólmy, by szansa odnowy ducha polskiego i tym razem została zmarnowana.
Jakoś od pewnego czasu gnębi mnie niejasne przeczucie, że skoro już nie można było tej beatyfikacji przeszkodzić, to czerwoni obywatele świata czasowo przefarbowani na socjaldemokratów i liberałów zrobią wszystko, by ją pomniejszyć i sprowadzić do łzawej uroczystości, tak jak to robiono z pielgrzymkami do Ojczyzny Ojca świętego. Może warto już teraz usiąść do Jego pism, czytać i modlić się za Ojczyznę, pracować dla siebie i dla niej tak jak On nas tego uczył? Może warto pomyśleć o organizowaniu się nie tylko na modlitwie, ale i nauce z niepoprawnych podręczników?

Może czas na marketing DOBREJ NOWINY? Bo tak sobie myślę, że PO przeminie, Tusk przeminie, ale tylko po to, by jak mawiał Prymas Wyszyński, butelka wódki przeszła z rąk jednego pijaka do rąk innego.

środa, 12 stycznia 2011

Kiedy nam życie zaszkodzi…


Mężczyzna zarażony wirusem A/H1N1 zmarł w szpitalu św. Łukasza w Tarnowie. Kolejne przypadki zachorowań zanotowano w Łodzi, w Krakowie, a także w województwie śląskim. W poniedziałek wczesnym popołudniem w ministerstwie zdrowia będzie obradował komitet pandemiczny.


Młody mężczyzna zakażony wirusem A/H1N1 zmarł w Szpitalu Wojewódzkim im. Św. Łukasza w Tarnowie - poinformowała dyrektor placówki Anna Czech.



W Słupsku zmarł zakażony wirusem A/H1N1 41-letni pacjent Szpitala Wojewódzkiego. Drugi w poważnym stanie leży w szpitalu. Istnieje podejrzenie zakażenia u dwóch innych pacjentów. Wirus niebezpiecznej grypy zabrał już 2 ofiary. Drugą jest dwuipółletnie dziecko z Kętrzyna.

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,8926094,Kolejna_ofiara_swinskiej_grypy__41_latek_ze_Slupska.html

W tym samym artykule czytamy:

„Wirus A/H1N1wywołał dwa lata temu pandemię grypy . Eksperci alarmują, że w tym roku świat może czekać druga fala pandemii. Jednak według naukowców wirus ten nie jest bardziej niebezpieczny od zwykłej sezonowej grypy, a wokół ogłoszenia przez Światową Organizację Zdrowia stanu pandemii narosło wiele kontrowersji” .

I tak każdego dnia. A ulubionym zdjęciem jest ręka, w którą wkuwa się zbawienna igła sącząca ze strzykawki szczepionkę.

Tak w polskiej prasie(ciekawe czy w innych krajach też) postępuje zmiękczanie naszej  odporności na marketing farmaceutyczny. Jeszcze kilka lat temu mogłam przeczytać, że szczepienie przeciwko grypie nie ma sensu, ponieważ szczepionka zawiera wirusy już nieaktualne. Każdy sezon ma swoją grypę.  A tu patrzcie, A/H1N1 jest niezniszczalny.

Dziś karty zostały wyłożone na stół:

Do lekarzy zgłasza się coraz więcej pacjentów z wysoką temperaturą, bólem głowy, mięśni. Takich objawów lekceważyć nie wolno. To może być grypa. Do tej pory w Radomiu i w powiecie odnotowano łącznie ponad 3,6 tys. przypadków tej choroby. To nie epidemia, ale okres, w którym chorujemy najczęściej, dopiero przed nami.

 

 Widać współpraca z lekarzami nie układa się najlepiej, bo nawet ewidentne przypadki grypy często w kartach pacjentów są  opisywane jako zwykłe przeziębienie. Znam to z rodzinnego doświadczenia. Dlaczego? Tego akurat nie wiem, ale gra toczy się na pewno nie o nasze zdrowie, lecz kasę.

Czy w podziale tej kasy biorą również udział media, prasa  i dziennikarze?

 

Pieniądze nie śmierdzą, w końcu grypa to nie zawał i o śmiertelną dawkę pavulonu nikt nie posądzi. Nikt też nie będzie wiedział czy zachorował łagodniej, bo zaszczepił się przedtem, czy po  prostu jest jego organizm odporny.  Nikt nie dociecze czy zachorował na grypę, bo nie zaszczepił się, czy też zachorowałby  nawet, gdyby to zrobił. A może to tylko było przeziębienie?

 

Doprawdy, z grypą to złoty interes dwa razy do roku. Od placebo aż półki uginają się w sklepach spożywczych. Gdyby ludzie jeszcze chcieli się szczepić, to kasa lałaby się prawie przez cały rok. Przećwiczono to na ptasiej grypie. Znaleźli się tacy wybitni aktorzy jak Kazio Marcinkiewicz i wszyscy uwierzyli w śmiertelne zagrożenie.

 Dobrze było, ale się skończyło. Niektóre państwa po ogłoszeniu pandemii świńskiej grypy wydały ogromne pieniądze na szczepionki, których obywatele wcale nie chcieli.

 

Tym razem Polska jednak nie dała się nabrać. Nie wiem jakim cudem, ale Ewie Kopacz udało się nie ulec presji koncernów i nie zakupiła szczepionek.  A my przy okazji dowiedzieliśmy się, że za owe panaceum na grypowe świństwo producenci nie chcą wziąć odpowiedzialności.

Nie przeszkadzało to jednak straszyć nas  pandemią. Presji uległ nawet ś.p. Janusz Kochanowski zamierzając za swoją chorobę żądać od ministerstwa symbolicznej złotówki odszkodowania. Strach pomyśleć, co by było, gdyby szczepienie było obowiązkowe.  Cyniczna gra koncernów żerujących na strachu, niewiedzy i biedzie zakończyła się na Ukrainie.

 

W efekcie Specjalna Komisja  Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy wszczęła śledztwo sprawdzające czy Światowa Organizacja Zdrowia pandemii nie wymyśliła  pod naciskiem koncernów farmaceutycznych.

 

Każda grypa jest niebezpieczna, bo niesie za sobą, jak wszystkie choroby wirusowe, groźbę powikłań, stąd nasze babcie, mamy przestrzegały przed przechodzeniem grypy. Pakowały nas do łóżka, poiły miksturami na poty, wyciągały ze spiżarek maliny, żurawiny, miód i czosnek. Smarowały olejkiem kamforowym plecy i stopy, czuwały w nocy, gdy temperatura podnosiła się niebezpiecznie, robiły kompresy. Nigdzie się nie śpieszyły, nie musiały bać się, że szef skrzywi się na kolejne zwolnienie, były dla nas. Dziś jest inaczej. Standardowe 3-5 dni zwolnienia i trzeba do pracy, a dzieci do przechowalni. Nierzadko kończy się to długotrwałym leczeniem powikłań. Czasem tych powikłań nie wytrzymuje organizm i kończy się tragicznie tak, jak tragicznie kończy się wiele innych chorób, o których w sezonie grypowym milczy prasa. Widać nie są tak interesujące jak „newsy” w stylu – „Grypa A/H1N1 zaatakowała Śląsk”.

 

A ja tak sobie przy tym moim zmywaku rozmyślam. O co tak naprawdę chodzi tym razem? O wyprzedaż zalegających w magazynach szczepionek? Czy może o to?

 

Temat pandemii ma się również znaleźć w programie sesji Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, która odbędzie się między 25 a 29 stycznia. Przewodniczący Zgromadzenia Lluis Maria De Puig decyzję o ogłoszeniu pandemii świńskiej grypy nazwał "największym skandalem medycznym w historii".

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7446375,Bedzie_sledztwo_WHO__Pandemia_A_H1N1_mogla_byc_celowa.html

 

Zastanawiam się też, ile tak naprawdę kosztowałyby leki, gdyby od ich ceny odjąć agresywne kampanie reklamowe koncernów farmaceutycznych, które jak hieny cmentarne czuwają, kiedy nam życie zaszkodzi.

 

środa, 5 stycznia 2011

Ach, ta dzisiejsza młodzież!

Słyszę zgorszone głosy wokół mnie i w internetowych dyskusjach. Ach, ta dzisiejsza młodzież! Pije, ćpa, łajdaczy się. Jest bez ideałów, lekko traktuje seks, nie jest wytrzymała na przeciwności losu, nie radzi sobie ze stresem. A w ogóle jest agresywna i chamska.

To takie obiegówki, z którymi trudno dyskutować, bo zarówno krytykujący jak i młodzież jest różna. Winę za rozluźnienie obyczajów upatruje się w wychowaniu bezstresowym, zapracowaniu rodziców, braku stawiania wymagań w szkole, presji grup rówieśniczych, mody czy po prostu braku szans (bezrobocie, bieda).
Sama mogę podać wiele przykładów zachowania młodych ludzi, które najgrzeczniej mówiąc, szokują normalnego człowieka.
Ostatnio jechałam tzw. okejką po zakupy.  Z tyłu dobiegała do mnie rozmowa;
- Ja tego tak… (…przerywnik burdelowy) nie zostawię. Powiedziałam jej …(…przerywnik burdelowy). Co o tym…(…przerywnik burdelowy) sądzisz?
Ponieważ słyszałam miły, dziewczęcy głos, absolutnie nie pasujący do przerywników, obejrzałam się. I zobaczyłam chłopca i dziewczynę. Oboje jak z żurnala.  Młodzi, dorodni, piękni i z natury i z wyglądu, a słownik jak z rynsztoku. Dlaczego? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Czy można tu mówić o jakiejś patologii, degeneracji? Modny ubiór, kosmetyki, wypasione komórki… bieda? Chyba nie. A jednak takie słownictwo onegdaj słyszałam wśród podpieraczy budek z piwem. Zrobiło mi się ich żal.

Każdy problem niedostosowania społecznego czy nawet konfliktu z prawem, alkoholizmu narkomanii jest inny. Statystyki są nieubłagane:
  • Piwo pije 73% chłopców i 67% dziewcząt
  • Wino 69% chłopców i 36% dziewcząt
  • Wódkę zaś odpowiednio 14% i 7%
Podobno według badań, prawie każdy młody człowiek zna albo dilera, albo osoby, które biorą narkotyki. Znaczna ich część również chociaż raz ich spróbowała. Są obecne na dyskotekach i prywatkach.

Po Sylwestrze oburzenie; młodzież chlała, ćpała i rzygała.
Nie znam wieku tych oburzonych, ale widać nie są w moim, bo inaczej pamiętaliby, że w każdym pokoleniu jest narzekanie na młodzież i w każdym pokoleniu aktualne jest przysłowie – „Zapomniał wół jak cielęciem był”. Nawet za komuny, kiedy wolno było chodzić po mieście tylko do 20-tej, a za papierosy i alkohol wylatywało się ze szkoły, młodzież nie była wolna ani od picia, ani od wąchania czy narkotyków. Seks też nie był tylko małżeński. Czy można mówić o podobnej skali? Nie wiem, bo wtedy o tym się ani nie mówiło, ani nie pisało. Mogę posługiwać się swoimi obserwacjami. W ogólniaku byliśmy grzeczni, a jeśli był alkohol, to w domu, gdy rodzice wyjechali. Inaczej rzecz miała się w internatach. Tu tradycyjnie znajdowano sposoby na późne powroty i czasem lała się czysta z czerwoną kartką lub bełt.
Za to życie studenckie, chyba było podobne jak dziś. Od imprez nikt nie stronił, a  akademik mimo pilnowania porządku przez jawnych i tajnych cerberów, nierzadko chwiał się od nadużycia procentów, zwłaszcza po zaliczeniach czy egzaminach. 

Dziś więc przesunęła się  wyraźnie granica swobody niedozwolonej, niszczącej psychikę i zdrowie dzieci i młodzieży. Ale stało się coś więcej, coś bardziej niepokojącego; przesunęła się granica bezsilności wobec takich zachowań zarówno w domu jak i w szkole czy na ulicy. Oczywiście, nikt nie przyzna się do bezsilności, więc możemy mówić tu jedynie o tolerancji niewłaściwych zachowań. 

Coś mi się jednak wydaje, że bezsilność jest udawana, a tolerancja wymuszona biznesem.  Przecież starzy nie pójdą pod ratusz strzelać landrynkowym winem musującym, nie zaopatrzą się w zgrzewki browarów. Na młodych szukających taniego Sylwka zawsze można liczyć.
Lepiej jest usiąść ze znajomymi przy stole, pić w cieple swoją wódeczkę, rozmawiać o trudnych czasach i trudnej młodzieży, niż zainteresować się, co w tej chwili moje kilkunastoletnie dziecko robi.

Stało się jeszcze coś, czego ja w młodości nie doświadczyłam. Nigdy nie usłyszałam od osób starszych, odpowiedzialnych za mnie, że przekraczanie granic jest „normalką”. Każdy z nas wiedział o konsekwencjach picia, ćpania czy wagarowania i był szczęśliwy, że jakiś wybryk mu uszedł płazem. Doskonale wiedzieliśmy, co nam wolno, a czego nie. Normalne było nie przekraczanie granic, lecz  skłonność przypisana młodości i buzującym hormonom łamania tabu. Zawsze zakazany owoc  pociągał i czasem skutki tego były opłakane. Tragedia zaczyna się jednak dopiero tam, kiedy próbowanie zakazanego owocu staje się normą.

Wchodzę na niebezpieczny teren narzekania na młodzież i szukania winnych?
Zgoda. Zmieniam temat i zaczynam się zastanawiać, może mi ktoś odpowie lub wskaże, gdzie wiedzy szukać.

Jak to jest, że młodzi chcą studiować, nierzadko pracują i ciągną dwa fakultety? Ja miałam wakacje wolne. Czasem pracowałam jeden miesiąc, by przez następne dwa  odpoczywać. Pokażcie mi dziś młodzież, która nie szuka zarobku w czasie wakacji w Polsce lub za granicą.

Jak to jest, że znajdują czas na treningi i naukę języków, godzinami ćwiczą w szkołach muzycznych, kończą przeróżne kursy, udzielają korepetycji?

Dla zdobycia upragnionych kwalifikacji gotowi są za darmo pracować w renomowanych firmach. 

Skąd ta młodzież działająca w różnych wspólnotach, skąd młodzi ludzie pracujący w hospicjach, na koloniach dla dzieci z rodzin ubogich?

Czy młody, cyniczny drań; bez zasad, szacunku do starszych, bez ideałów, wielkich marzeń mógłby być zwerbowany do sekty? A jednak każdego roku różne sekty werbują w czasie wakacji młodych ludzi?
Czego tam szukają, dlaczego godzą się na wyrzeczenia, dlaczego guru staje się ważniejszy od rodziców, przyjaciół?

Może to i prawda, że dzisiejsza młodzież jest okropna, ale co my, dorośli, o niej tak naprawdę wiemy?

środa, 29 grudnia 2010

Sukcesy Tuska, porażka nasza

Ankieta w Dzienniku rozbawiła mnie do  łez. Wymienione w niej porażki rządów Tuska jedynie w minimalnej części obejmują wszystko, co stanowi niezrealizowany program wyborczy PO i exposé  premiera. Do sukcesów wpisano takie bzdury, że wstyd był nawet na nie odpowiadać. Przeciętny wójt statystycznej gminy mógłby takimi sukcesami się pochwalić, w przypadku premiera zakrawa to na kpinę. A przecież łaskawie oszczędzono mu przypomnienie w ankiecie wszystkich afer i nepotyzmu w rządzie.

Po dłuższej przerwie mogłam wreszcie przejrzeć doniesienia  mediów internetowych.  Wygląda na to, że w grze politycznej z udziałem dziennikarzy nie było wolnego z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Tylko zajrzałam i już news, który w przypadku, np. córki Prezydenta Lecha Kaczyńskiego byłby wałkowany co najmniej kilka tygodni. Niestety spadł z głównych stron równie szybko jak się pojawił, bo dotyczył syna Donalda Tuska. Zdążyłam jednak dowiedzieć się, że za pieniądze podatnika zadłużona i niewydolna PKP funduje synowi premiera wycieczkę do Chin.

 

 By nie tracić dobrego świątecznego humoru opowiedziałam sobie natychmiast  krążący dowcip na temat polskich kolei. Podobno wszczęto tam intensywne śledztwo po ujawnieniu przez portal WikiLeaks  rozkładów jazdy pociągów. Jak na razie jedynie od odpowiedzialności za ten niewybaczalny przeciek zdołał się wybronić minister Cezary Grabarczyk i jak donosi prasa, a komentuje portal wpolityka, dumny ze swego sukcesu poszedł za ciosem i ogłosił następny sukces anulowania 45 przetargów na budowę dróg i autostrad. Widać do upadku państwa nie wystarczyły stocznie i zakłady kooperujące z nimi,  drastyczny wzrost cen paliw i podwyżka VAT, trzeba jeszcze załatwić firmy budowlane. 

 

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że nie podniosła się żadna burza. Lewiatan nie protestuje i nie grozi premierowi TS, choć setki małych firm po prostu zbankrutują wskutek tej decyzji. I o to chodzi i o to chodzi- jak instruował niegdyś majster  czeladnika w znanym z czasów PRL skeczu.  

 

I tak prawdę powiedziawszy konwulsje rządu Tuska mogłyby przypominać kabaret, gdybyśmy byli tylko widzami, a nie ofiarami głupoty wyborczej w 2007 roku.

 

Tymczasem Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych Lewiatan nie przejmuje się takimi bzdetami, pilnie płodzi skargę do TK na Święto Objawienia Pańskiego. Bo przecież straty z powodu zahamowania strategicznych dla gospodarki inwestycji trzeba czymś przysłonić.  I najlepiej jak to będzie zagonienie Polaczków do roboty w drogie dla nich święto. 

 

Zresztą odpoczną 1 Maja a i na bezrobociu. Zarobią też komornicy  i banki. Długów nikt nie będzie bankrutom anulował. Co to to nie. Co najwyżej prolongują, by bankrut mógł zarobić na Zachodzie i oddać z nawiązką. Czyż nie o to chodzi w tym całym kryzysie? Polak pracujący na własnym, dający zatrudnienie, godziwie wynagradzany za swój wysiłek, nie ma dla banków żadnej wartości; nie bierze kredytów i nie zastawia hipoteki. Przez takich banki bankrutują i teraz trzeba je ratować. Włosy z głowy wypadają Rostowskiemu i Tuskowi od tych zmartwień. A tu jeszcze trzeba powiedzieć przyszłym emerytom, że wasze pieniądze w OFE rekwirujemy.  Czy ktoś policzył, ile będzie wynosić emerytura młodego leminga, któremu łaskawie z minimalnej pensji będzie wpływać do OFE nie 7, 3% lecz 3?

 

W tym całym pędzie do ratowania banków i nazywania tego kryzysem są i pocieszające wieści. Nie zabraknie pieniędzy dla Kancelarii Prezydenta, który beztrosko szusuje po zaśnieżonym stoku i pozuje do atrakcyjnych zdjęć. Pozazdrościł Kaziowi? Życzę mu, aby dokładnie w podobny sposób jak Marcinkiewicz zakończył swoją polityczną karierę i to jak najszybciej. Nie mam tu żadnych wątpliwości , że dla tej  dobrej dla Polski wiadomości o abdykacji Bronka zrezygnuję bez żalu z wszystkich dostarczanych przez niego wesołości. 

 

Bronek przebił ostatnim wyczynem wszystkie emocjonujące narracje. Podpisał ustawę  i będzie ją nowelizował. To się nazywa troska o emerytów. Najpierw każe  im się zwolnić, potem lituje się nad ich ciężką dolą. Ciekawe czy  w swoim genialnym projekcie wpisze nakaz ponownego zatrudnienia emerytów, którzy z powodu jego beztroskiego podpisu muszą wybierać między emerytura a pracą?  Sprawiedliwie trzeba tu przypomnieć, że Ustawę o finansach publicznych wymyślił pracowity rząd Tuska , a przyjął Parlament. Bronek nie taki znowu głupi, by winę brać na siebie. Wie doskonale, że Polak kupi wszystkie obiecanki- cacanki. Podpis złożył lojalnie, ale oczami  już nie będzie za kolesi świecił. Znowelizuje i już. Przecież obiecał.;-)

A co na to Lewiatan? Zaskarży podpisany przez Bronka bubel prawny do TK?

 

Pytam nie bez powodu, bo wielu prywatnych przedsiębiorców uwielbia zatrudniać emerytów. Opłacanie ich pracy niewiele kosztuje. A czasem dają się namówić na czarne zatrudnienie i  to już prawdziwy raj dla pracodawcy.. Emeryt ma na lekarstwa, a ZUS zasili OFE. Interes się kręci.

 

Ale to nie wszystkie sukcesy rządu Tuska. Największym, którego nie wymieniono w ankiecie, jest  gruntowne przyśpieszenie pracy wymiaru sprawiedliwości. Wczoraj zawiadomienie do prokuratury, dziś odpowiedź. Nie będzie śledztwa w sprawie „Orlików”, bo wszystko już sprawdzono i nie było żadnych uchybień.

Naprawdę to prawdziwy sukces. A porażka? Porażka jest tylko nasza.

--------------


środa, 8 grudnia 2010

Stereotyp bezsilnego Polaka


„Ludzkość podzieliła się jakby na tych, którzy wierzą we wszechmoc człowieka (wierzą, że wszystko jest możliwe, jeśli się wie, jak pokierować masami) oraz tych, dla których podstawowym doświadczeniem stała się własna bezsilność”. – pisze w pierwszych latach po wojnie Hannah Arendt

Wydaje się, że przez dziesięciolecia wiara tych pierwszych w możliwość odpowiedniego pokierowania masami  powiodła się w 100%. Pozostali wprawdzie tacy, którzy twierdzą, że nie dają sobą kierować i swój rozum mają. Z nimi jednak też sobie poradzono. Z własnej nieprzymuszonej woli izolowali się „od całego świata” i wierzą, że „leżą na dowolnie wybranym boku”. Nie jest to bynajmniej zasługa oddziaływania przeboju Maryli Rodowicz. Każdy ratuje się, jak może, by nie zwariować. Po telewizyjnych serialach oglądanych przez żony, ci drudzy - bezsilni wielbiciele szklanego ekranu, gdy dom zasypia sprawiedliwym snem, przeszukują programy lub strony niekoniecznie sportowe, by dać sobie godne zajęcie, wolne od polityki i rozgrzeszyć grzechem swoją bezsilność.

W rzeczywistości, zgodnie z zaleceniem konsultanta politycznego i tak skazani są na „emocjonującą narrację” w windzie na temat polityki bez klasy Jarosława Kaczyńskiego.Temat nieco zużyty, ale nie wypada zaprotestować, bo o pracę trudno.

Siadamy przy biurku, klikamy bezmyślnie na Onet czy wp, potem jeszcze Rzepa, czasem Dziennik, a czasem portal regionalny. Z niewielkimi niuansami, wszędzie to samo, więc musi być prawda.  Owszem, zdarza się, że dzieli się ktoś przy porannej kawie informacją bulwersującą, np. tą, że Anna Komorowska zataiła sprytnie wstydliwą biografię. Ale … i już mamy gotowe usprawiedliwienie dla ukrywania tych faktów przed nami w czasie kampanii wyborczej. Nie musimy wstydzić się, że głosowaliśmy na „nie wiadomo czy hrabiego”.

Podobny los spotyka informacja o kłamstwach w sprawie smoleńskiej. Jeśli już w żaden sposób przy zdjęciu pociętego i porozrzucanego wraku samolotu nie możemy zapomnieć zapewnień telewizyjnej dziennikarki o zbieraniu szczątków samolotu kawałek po kawałeczku, by dociec przyczyn katastrofy, bo tak dzieje się na całym świecie, to pozostaje w odwodzie myśl. A co my możemy zrobić? Ruscy i tak nam nie pozwolą.

I tak pokrótce, w dużym uproszczeniu, ale bez szkody dla wizerunku, mamy ulubiony stereotyp Polaka, przez którego Tusk może bezkarnie zawierać niekorzystne umowy z Gazpromem, planować budowę elektrowni atomowej nie z członkiem UE ale z Rosją, milczeć albo dezinformować w sprawie rury gazowej, a Komorowski obściskiwać się wiernopoddańczo z Miedwiediewem. 

Ten stereotyp działa również na poziomie lokalnym. Zboczeniec seksualny o mało nie wygrał wyborów, bo ten głupi naród…

Różne mądre głowy analizują, informują, dociekają, dlaczego to, dlaczego tamto.
A ja tak myślę sobie, że chyba ów stereotyp zaczyna się kruszyć, skoro Polską zaczynają sobie wycierać gęby politycy działający na jej szkodę. Coś mi mówi, że szok po wyborach prezydenckich jeszcze nie przeszedł. Przestraszono się wyniku  Jarosława Kaczyńskiego, czy rosnącego patriotyzmu Polaków? Przecież nikt nie zawłaszczałby sobie mitu śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jaki urósł z dnia na dzień. Nikt nie wydzierałby  PiS wyborczego hasła, gdyby to się nie opłacało. Może stąd te desperackie chwyty piarowskie i klękanie przed carem Wszechrusi, bo czas się kończy i trzeba załatwić sobie desant?

Nie mam ani więcej informacji, ani dostępu do tajnych źródeł. Moja skala pomiaru uwikłania politycznego wszystkich bez wyjątku struktur państwowych i instytucji użyteczności publicznej jest na miarę mego doświadczenia i obserwacji.  
Słyszałam, że wśród prawników krąży dowcip. Polska jest podobno jedynym krajem, w którym władza najpierw działa, a potem do działania poszukuje odpowiedniego prawa. Tak było w sprawie dopalaczy.  

Co dociekliwsi na szczęście na dowcipach nie poprzestają i pytają.
Jak to możliwe, że wbrew prawu i zgodnie z nieistniejącym prawem, stawiana jest na baczność w dzień wolny od pracy  instytucja powołana do ochrony prawa obywateli?
Jak to możliwe, że Sanepid uczestniczy wraz z policją w przedsięwzięciu bezprawnym na polecenie premiera? Dlaczego nie pytają o to dziennikarze premiera ani nie zadają pytań o okoliczności akcji głównemu inspektorowi sanitarnemu?

Dziwią się i dziś. Jak to możliwe, że nie ma tłumu dziennikarzy i reporterów pod drzwiami różnych urzędów po lekturze  49  (i nie tylko) numeru Gazety Polskiej?
Toż emocji i dyskusji dla dziennikarzy i publicystów starczy na tygodnie. I to nie tylko z powodu Rodzinnej historii prezydentowej czy wywiadu z Jarosławem Kaczyńskim. Każda strona to pytanie do Prokuratury, Arabskiego czy CBA i agenta Tomka Kaczmarka.

Po odstawieniu lektury papierowego wydania tej gazety włos się na głowie jeży. Czy to wszystko prawda? A jeśli tak, to ktoś taki jak mama Katarzyna musi się zapytać czy to tylko teatr? Nie ma czym się przejmować, można spokojnie wybrać bok i ułożyć się do snu? Mnie to nie dotyczy?
Wszystko to przecież już było. Złudzenie „złotego wieku” świat już przerabiał. W dwudziestoleciu międzywojennym też najważniejsza była ekonomia i gospodarka, a polityka stała się teatrem, emocjonującą narracją przy dostatnim stole. Niestety nie dla wszystkich i to był błąd, który niewyobrażalną dotąd tragedię kosztował.

Mój instynkt samozachowawczy podpowiada mi, że jest gorzej niż to opisuje nawet Gazeta Polska. I ona nie porusza zbyt często tematów, które mogłyby w decydujący sposób odsłonić chory system naszego państwa. Czytając artykuły mocne i dociekliwe można by pomyśleć, że sam system nie jest zły; psują go układy i mafijne powiązania, niewłaściwi ludzie na stanowiskach, niewłaściwa partia, a nie zachowane status quo PRL.  No cóż, nie będę się spierać, światowi ludzie wiedzą więcej niż mama Katarzyna.

Patrząc na nerwowe ruchy  miłościwie nam panujących, mimo wszystko, ogarnia mnie nadzieja, że okres poczucia bezsilności  już się kończy.
Czekam  jeszcze  na dzień, w którym w Gazecie Polskiej przeczytam  nie tylko o paskudnych tajemnicach Pierwszej Damy, ale również znajdą się relacje, np.  z procesów takich jak Władka, na opisanie którego zdobył się tylko jeden bloger MarkD w notce - Zwycięzca http://markd.pl/zwyciezca/  , ale żaden dziennikarz. (Jeden nawet miał szczerą wolę, ale widać mu nie pozwolono.)
Czekam na ten wysiłek, wciąż czekam, kiedy jakiś wolny dziennikarz  poświęci też trochę cennego czasu na odsłonięcie nie tylko afer, ale systemu, który na te afery zezwala. Czekam na prześledzenie choćby losów opozycji, która w tych samych sądach, nierzadko przed kolegami tych samych sędziów, którzy ich skazywali, domaga się rehabilitacji za represje i prześladowania już przez 20 lat.   
Powie ktoś, że marzę i skończę jak tysiące matek, żon i dzieci zamordowanych polskich patriotów w ubeckich więzieniach i od zomowskich kul; rozgoryczona i samotna. A Jaruzelskiego  i tak nikt nie osądzi. Jak nie osądzono morderców Generała „Nila”.

Niech tam, skoro tak być musi… Nie ma to dla mnie znaczenia. Po prostu każdy musi robić swoje. A moje, to nic innego, jak odzyskanie skrawka wolnej przestrzeni w Polsce dla takich jak ja.  Może i wygodnie jest żyć w ułudzie, że mam prawo leżeć na dowolnie wybranym boku, ale co ja zrobię, jak  lubię stać, patrzeć prosto w oczy i śmiać się w nos  tym, którzy chcieliby mnie zwalić z nóg, bo wydaje się im, że z takim jak ja już sobie skutecznie poradzili.

wtorek, 30 listopada 2010

Moja ojczyzna – to życie

Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi dziś,
jak potrafimy być nimi jutro?
— Phil Bosmans

Mróz szczypie w policzki i nos. Iskrzą się płatki śniegu i skrzypią pod butami. Małe nóżki psiaka niosą w zaspy, pyszczkiem je rozgarnia, parska śniegiem, który wciska się w wiecznie wąchający wszystko nos. Nie wiem czy jego radosny taniec wokół własnego ogona jest tą samą radością co moja. Brakuje mi słów, by wykrzyczeć mój zachwyt, więc milczę. A w sercu dziękczynienie za tę chwilę. Mogłabym powiedzieć tu i teraz: Trwaj chwilo jesteś szczęśliwa.
Śmieję się sama z siebie. Jakby ci tyłek przymarzł do spodni, a dom byłby beznadziejnie daleko i beznadziejnie zimny, pusty, bez pragnienia i możliwości powrotu, też powiedziałabyś: trwaj chwilo jesteś szczęśliwa? Ile wytrzymałabyś na mrozie i kiedy zaczęłabyś zamiast dziękować, złorzeczyć, przeklinać los, obwiniać świat zły i zimny?
Jasne, moja słodka chwila szczęścia jest beztroska, bo w zasięgu wzroku jest mój bezpieczny, ciepły dom, wcale nie pusty i nie samotny.

Przywołana do porządku przez własny rozsądek zaczynam wracać do rzeczywistości. A ta podsuwa mi kalkulator. Jak zima będzie sroga, na ile wystarczy opału? Jak przyoszczędzić?
I czemu w tym węglu tyle kamienia, dlaczego drewno takie drogie? Co dziś ugotuję na obiad? Kiedy po zakupy… pranie. Oj, jak  nie lubię prasować. I po co mi to czytanie, pisanie, kiedy i tak najważniejsza jest zupa w garnku…

Psu tez jakoś zrobiło się niewesoło. Do łapek przyczepiły się kulki śniegu. Wygryzane raz po raz stają się bryłkami lodu, które przeszkadzają w bieganiu. Potulnie wraca do smyczy i zapewne marzy, jeśli psy umieją marzyć, o misce pełnej żarcia. W domu wyciąga się przed kominkiem, zasypia i już nic więcej do szczęścia mu nie brakuje.

I ja wciskam się w fotel z mocnym postanowieniem dokończenia czytania mądrej książki. Jak na kiczowatym filmie. Prychające w kominku iskrami kawałki grabu, ciepło rozchodzące się po domu. Ta chwila też mogłaby trwać. Jak długo? Zapadam w półsen, rozleniwiona spacerem i gorącą herbatą. Książka znowu nie doczytana. Na nic mocne postanowienia. Uciekł mi czas. Nie dogonię.  Teraz już zwykła domowa krzątanina.
Gdyby jej nie było? Gdybym mogła do woli siedzieć w fotelu, czytać, myśleć, marzyć?

Nie. Na samą myśl o takim życiu robi się smutno. Lubię moją krzątaninę, lubię usłyszeć: Pyszne! Nigdzie takich flaczków nie jadłem. Lubię lepić pierogi. Siedzę sobie przy stolnicy, a jedynym moim zmartwieniem jest czy ciasto nie za twarde, czy nie rozgotują się… A może farsz za słony? I ten ser jakiś taki mało odciśnięty a ziemniaki wodniste.

Czasem zapominam się i uciekam myślami w przeszłość. Widzę mamę jak lepi swoje pierożki i opowiada mi, jak trzeba robić, by się nie rozklejały, a ciasto nie było za twarde. Siedzę obok niej i pytam: A babcia też lepiła pierogi? Dobrze wiem, o co pytam, bo za pierogami w długim szeregu ustawiały się mamine wspomnienia. Słucham i sprawdzam. Która wersja jest prawdziwa? Ta sprzed roku czy teraz? Przyszła i na mnie kolej, wspominam i jest moja opowieść, bo i ja dodaję, koloryzuję, upiększam i dramatyzuję.

Dom to ciepło, zapach i smak. Szczęśliwy to dom, w którym jest miejsce na prawdziwy kominek i pachnie świeżo upieczonym chlebem. Jak  się jeszcze ma dla kogo ten chleb piec, z kim go jeść, to wtedy jest to naprawdę DOM, dla którego warto żyć, pracować, poznawać, uczyć się, wyjeżdżać i wracać.

Wychodzę wieczorem na ganek. Zanurzam się w ciemność, by podziwiać konstelacje gwiazd – właściwą miarę wielkości człowieka. Nawet nie pył kosmiczny, drobina gleby ziemskiej, a widzi, słyszy, czuje i opisuje. Ponad miarę wyposażony w  tajemnicę istnienia. Bywa że tak jest zachwycony gwiazdami i możliwością ich podziwiania, że wierzy w swą potęgę i moc równą Bogu. Mało tego, twierdzi, że posiadł tajemnicę szczęścia i koniecznie chce, by inni mu uwierzyli. Wystarczy jednak, by od tego zadzierania w górę głowy zabolał go kark, ubyło trochę szarych komórek, zwiotczały mięśnie, wyblakły oczy i stępiał słuch, a wszystko wraca do właściwych proporcji.
Nie wszyscy się z tym godzą. Niektórzy w oczekiwaniu na rewolucję i komunę wiecznej szczęśliwości tu na ziemi, wyskakują szpitalnym oknem, bo nie mogą znieść, że nowej rewolucji wciąż nie ma. Żal mi ich, modlę się za nich, ale proszę Boga, by ich marzeń nie spełniał.

Kto wymyślił, że człowiek nie może być w pełni szczęśliwy, bo trwoży go utrata szczęścia? Czy to przypadkiem nie takich właśnie ludzi pyta Phil Bosmans: „ Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi dziś, jak potrafimy być nimi jutro”?

Nie wiem, co będzie jutro. Może mojego jutra już nie będzie? Nie mam na to wpływu.
Mogę jeszcze tylko powtórzyć za poetą „Ma patrie  c’est la vie”. I nieważne, że ono może przestać mnie kochać, dopóki ja żyję, kocham je nad życie.  I dobrze mi jest z tą miłością.
Mogę tylko mieć pretensje do życia  o to, że tak późno odkryło przede mną swoją tajemnicę.

Pocieszam się, że i tak mam szczęście, bo mogłabym umrzeć i nigdy nie dowiedzieć się, dlaczego czasem jestem tak szczęśliwa, że patrzę w gwiazdy i zasypiam przy kominku zamiast czytać mądre książki.

------------

Post scriptum
- Kiedy przestaje być prawdziwe i godne, nie jest już nic warte - mówił. Monicelli do końca był aktywny. Jeszcze niedawno brał udział w protestach przeciwko redukcji państwowych dotacji na kulturę, twierdząc, że tylko ona wyróżnia Włochy spośród innych krajów. Głosował na partię komunistyczną i miał bardzo wywrotowe przekonania. Zapytany, na co ma największą nadzieję, odpowiedział ostatnio, że ma nadzieję, że skończy się piękną rewolucją. Rewolucją, której nigdy nie było we Włoszech.


---------------

Zapraszam w czwartek do słuchania w 168 audycji Niepoprawnego Radia www.radiopl.pl ,a potem w powtórkach aż do niedzieli.


środa, 24 listopada 2010

Socjalizm tak – wypaczenia nie

W przyszłym tygodniu do Warszawy na zaproszenie Grzegorza Napieralskiego zjedzie śmietanka europejskiej lewicy, w tym szefowie rządów… - donoszą media.

I proszę, nikt nie protestuje, nikt nie przypomina o komunizmie, nikt nawet nie chrząknie, że socjalizm prowadzi do totalitaryzmu i że to przerabiał świat zarówno w wydaniu narodowym jak i internacjonalistycznym. Nikt nie wzywa do blokad i manifestacji.

Oczywiście, zaraz tu ktoś mi pod notką napisze, że socjalizm to nie komunizm.

I tak się to kręci od lat. Walczyliśmy z komuną, choć PRL nie była podobno komunistyczna. Wystarczyło zmienić nazwę i już PZPR stała się legalną partią socjalistyczną.
Ups, przepraszam, jaki tam socjalizm, toż to socjaldemokracja. Komunistów w Polsce nie było i nie będzie.  A że wódz - Napieralski w odpowiedzi na przypomnienie zbrodni PRL pod kierownictwem jedynie słusznej partii, od której spadkobierczyni - SLD się nie odcięła, mówi nie o systemie lecz o złych ludziach, którzy te zbrodnie popełniali, to już drobnostka. Czekałam tylko kiedy w debacie socjaldemokrata Napieralski wypowie zaklęcie „niby-komunistów” - „Socjalizm tak, wypaczenia nie”.

Przecież wyroki na żołnierzy AK, podziemia niepodległościowego, działaczy ruchu ludowego, to  tylko źli ludzie wydali, to źli ludzie do nich strzelali. Źli ludzie są winni a nie PZPR, UB i SB. W każdym systemie tacy są.

Moja półka z książkami nad komputerem ugina się pod ciężarem „Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego 1945 - 1956” Atlas ten zawdzięczamy mrówczej pracy ogromnego zespołu historyków IPN Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi pod redakcją Rafała Wnuka. Tysiące nazwisk, dziesiątki organizacji, które dziś niektórzy mędrkowie kwitują jednym słowem – narodowcy, inni wprost - „faszyści”. Gdyby nie determinacja rodzin, przyjaciół, historyków, polskich patriotów, kto dziś pamiętałby o Żołnierzach  Wyklętych w III RP, która podobno powstała na gruzach komuny?

Źli ludzie do nich strzelali czy „zbrojne ramię PZPR”, od której to partii Grzegorz Napieralski nie widzi powodu, by się odciąć?

Przez 20 lat nie rozstrzygnięto czy generał Jaruzelski to działający w systemie socjalistycznym  rosyjski agent prowadzący polskie wojsko do walki z własnym narodem czy zły człowiek. Sądząc po wyczynach polskiego prezydenta; ani rosyjski agent, ani komunista, tfu!, socjalista, ani zły człowiek. To polski prezydent, który jest godzien zasiadać w RBN i doradzać w sprawach stosunków polsko rosyjskich. Co prawda stary jest i schorowany, nie ma siły zeznawać na procesie dotyczącym nielegalności i zbrodniczej działalności WRON czy masakry na Wybrzeżu w Grudniu 1970 r., ale doradzać może. Zapewne o wygody postara się Bronisław Komorowski, który podobno należał do opozycji w PRL i szczyci się kombatancką przeszłością. Takim jak ja pozostaje już tylko pytanie. Z kim i z czym walczył Komorowski a z czym ja i moi przyjaciele z „Solidarności”? Za co siedział mój mąż i tysiące działaczy legalnego związku zawodowego? Dlaczego zabito górników, zamordowano księży, skąd ofiary stanu wojennego?

Wyjątkowo cyniczna, rozrywająca naród na pół niczym skalpelem jest kolejna prowokacja, w przeddzień grudniowych rocznic, Komorowskiego, którego ostatni raz tu, w tej notce nazwałam prezydentem Rzeczpospolitej. Nie będę więcej mojej Ojczyzny i wszystkich, którzy zginęli za nią, obrażać.

Z lewackimi bojówkami, które otwarcie w Internecie publikują instrukcje walki z narodowcami nikt nie ma zamiaru wojować, bo to przecież nie komunizm, to całkiem legalna lewica. Jeśli z czymś trzeba walczyć to z patriotyzmem, który nieuchronnie prowadzi do faszyzmu, czytaj - nazizmu.

Wybiórczość i zamazywanie znaczenia terminów ideologicznych to ulubione zajęcie polityków. Ale dziś z tego powodu trwa beztroska zabawa z ogniem, który znamy z historii.

Dzięki zdecydowanej i konsekwentnej działalności organizacji żydowskich nazizm został potępiony i przynajmniej „wzrokowo” osądzony. Dziś można się jedynie spierać i mieć własne zdanie o nazistowskiej ideologii Doncowa oraz bestialskich mordach banderowców, ale dyskusji nie podlega „kłamstwo oświęcimskie”, choć to ta sama ideologia pozbawiła życia setek tysięcy ludzi w imię wolnej przestrzeni i ojczyzny bez obywateli psujących rasę.

Błąd osądzenia zbrodni ludobójstwa polega na tym, że osądzono zbrodniarzy za Holokaust, ale nie upomniano się już równie zdecydowanie o ofiary systemu nazizmu innych narodowości.
Nie istnieje tez problem zbrodni rewolucji rosyjskiej i komunizmu, w których udział wydatny mieli Żydzi. Mało tego za ruszanie tego tematu można być okrzykniętym antysemitą.

Za takie błędy historia odwzajemnia się powtórką, bo zło jest banalne.

Od procesu Eichmanna  w Jerozolimie i wykonania wyroku śmierci minęło niespełna 50 lat. Żydowska autorka Hannah Arendt biorąca jako reporterka udział w jerozolimskim procesie SS-mana próbuje nie tylko opisać jego przebieg, ale odpowiedzieć na pytanie genezy totalitarnego zła. Nie wszystkie jej odpowiedzi zadowoliły żydowskich syjonistów.
Ta na pewno nie:
"'Na ławie oskarżonych zasiadł w tym historycznym procesie nie pojedynczy człowiek, ani nawet nie sam tylko reżim nazistowski, lecz antysemityzm na przestrzeni całych dziejów'. Taką tonację ustalił Ben Gurion, a pan Hausner wiernie się jej trzymał".

I wydaje się, że na ławie oskarżonych do dziś może zasiąść tylko antysemita. Resztę zbrodni można zamknąć w stwierdzeniu Grzegorza Napieralskiego: Zawsze znajdą się źli ludzie.

Doświadczyła tego zmarła w niedzielę córka generała Emila Fieldorfa – Maria Fieldorf – Czerska.

Nie doczekała się ukarania morderców ojca. Przez lata bezskutecznie dopominała się u  władz o wskazanie grobu ojca.
Dlaczego nikt za ten mord sądowy nie poniósł kary?
W komunistycznej Polsce ci ludzie byli chronieni. To oczywiste. Natomiast po odzyskaniu niepodległości do ich osądzenia zabrakło woli politycznej. Przecież na początku lat 90. wszyscy jeszcze żyli! Żyły sędzia Maria Gurowska i słynna prokurator Helena Wolińska oraz wielu innych prokuratorów i śledczych. Niestety, rządom III RP nie zależało na ukaraniu morderców polskiego bohatera”.- wyjaśnia dziennikarzowi historyk IPN Jacek Pawłowicz
(Odnajdziemy ciało Generała „Nila” -


W zamian za to GW okrzyczała Panią Marię antysemitką, bo ośmieliła się przypomnieć, że wszyscy biorący udział w sfingowanym procesie jej ojca, byli Żydami. Czy taki finał śledztwa w sprawie mordu sądowego miałby miejsce, gdyby Generał był Żydem a sędziami byli polscy narodowcy?

Dlaczego wciąż mimo licznych dowodów masowych zbrodni, czerwonych ksiąg tych zbrodni, inaczej traktowany jest nie tylko w Polsce ale i na całym Zachodzie faszyzm, nazizm, a inaczej socjalizm i komunizm oraz jego realizatorzy? Dlaczego faszyzm łączony jest z nazizmem a socjalizm nie kojarzy się z komunizmem?

Mam swoją odpowiedź, choć z konieczności uproszczoną.
Władze totalitaryzmu czerwonego zrzuciły balast walki klasowej. Już nie ma kułaka i burżuja, nie ma dekretów o nacjonalizacji, nie ma obozów pracy. Teraz czerwony totalitaryzm przybrał maskę legalnej socjaldemokracji i cierpliwie czeka.
Po co ludzi straszyć eugeniką? Takiego prawa domagali się tylko okrutni naziści. Socjalistom czyli lewicy  wystarczy oswojenie z in vitro, aborcja z powodu zagrożenia upośledzeniem dziecka.
 Po co wymyślać jakieś utopijne ideologie o pasożytach społecznych? Wystarczy współczująca eutanazja, gdy zachorujesz, albo zbyt długo będziesz żył.
Po co zabierać ludziom ich warsztaty pracy, zakłady, domy, ziemię? Wystarczą Dyrektywy Komisji i rozbuchana do granic absurdu administracja rozdzielczo – nakazowa.
Jaki sens ma zamykanie, torturowanie i mordowanie patriotów?
Wystarczy zrównać faszyzm, nazizm  z patriotyzmem i tak wychowywać. A wyrosną nam internacjonaliści, przy których pokolenie Stanisława Brzozowskiego z „Płomieni” to naiwni idealiści.
Jaki ma sens zamykanie księży w więzieniach? Wystarczy komisja majątkowa i zeznania byłego esbeka oraz kilku usłużnych do współpracy nad zmianami w nietolerancyjnym kościele. Zboczeńcy też zostaną wytropieni i ujawnieni.
Po co wojna dla wprowadzenia wiecznej szczęśliwości. Teraz wystarczy polon, katastrofa samolotowa, agent wpływu, umowa i rura gazowa czy most energetyczny.

Przesadzam? Na straży stoją dziś demokratyczne procedury i prawo? Nie ma mowy o powtórce?
Co ja zrobię, że wciąż mam w uszach uzasadnienie europejskiej damy lewicy o przyczynach rezygnacji z referendum w sprawie TL: To za poważna i za skomplikowana sprawa, by oddawać ją w ręce nieuświadomionych wyborców. (cytuję z pamięci)
Ile następnych takich poważnych i skomplikowanych spraw odbierze się demokratycznym procedurom?

Otwartym pozostaje również pytanie do pani komisarz o to, co miała na myśli mówiąc do studentów na inauguracji roku akademickiego Akademii Ekonomicznej w Poznaniu
3 października 2008 r.:
Europa to projekt piękny, ale niełatwy. Europa nie staje się sama. To my ją budujemy i jesteśmy odpowiedzialni za jej przyszłość. A przyszłość należy przede wszystkim do Was, studentów Akademii. Na szczęście młode pokolenie Polaków to pokolenie prawdziwych Europejczyków. Życzę Wam dużo entuzjazmu dla europejskiej przygody i realizacji w niej swoich marzeń”.

Szczególnie ci wytłuszczeni przeze mnie „prawdziwi Europejczycy” budzą moją ciekawość. Na czym polega ta „prawdziwa europejskość”? I czy wiedzą już o tym młodzi Polacy i którzy; ci z Marszu Niepodległości czy ci od Tarasa?
Może tak kto odważny zapyta się o to śmietankę lewicową, w tym szefów rządów, zjeżdżającą do Polski na pomoc Napieralskiemu?


Przeciwnicy Marszu Niepodległości przebrali się w pasiaki, bo podobno miały one przypomnieć, że tak się kończy tolerowanie faszyzmu, choć był to marsz patriotów a nie faszystów.

W co mamy się przebrać, by ostrzec, że tak kończy się tolerowanie socjalizmu?

środa, 17 listopada 2010

„Granice narodu i państwa płyną poprzez kołyski”

Największym zaskoczeniem dla mnie, a myślę, że i dla wielu Polaków po 1989 r. było zachowanie się duchowieństwa polskiego, a szczególnie hierarchów, wobec przemian społecznych i kulturowych w Polsce. Ze zdumieniem odkrywałam zupełnie inne oblicze, którego nie znałam. 

Z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc odkrywałam, że nasi biskupi wprawdzie nie mieszają się do polityki, ale chętnie bywają na politycznych salonach.  Owszem, otwierają mszą św.  i kropidłem liczne uroczystości państwowe i narodowe, ale jakoś milczą, gdy dzieje się krzywda, padają zakłady, ludzie masowo tracą pracę, wysprzedawany jest majątek narodowy. Cieniutkim głosem mówią o zagrożeniach dla polskich rodzin i kultury.

Stało się to na tyle powszechne i widoczne gołym okiem, że dotarło również do Jana Pawła II.  W mojej pamięci gdzieś tam wciąż tkwią gorzkie słowa papieża podczas piątej, 10 –godzinnej,  nieoficjalnej pielgrzymki na wzgórzu „Kaplicówki” w 1995 r.

„Tym razem przybyłem nie do Warszawy, nie do Krakowa, ale do Skoczowa. Może trzeba tak dalej będzie robić. Nie do środka, ale bliżej gór i bliżej morza”.

Dlaczego nieoficjalnej, dlaczego nie organizowały jej władze Polski? O to może warto w końcu zapytać Lecha Wałęsę i ówczesnego premiera Oleksego i przedstawicieli Episkopatu Polski?
Nasza Ojczyzna stoi dzisiaj przed wieloma trudnymi problemami społecznymi, gospodarczymi, także politycznymi. Trzeba je rozwiązywać mądrze i wytrwale. Jednak najbardziej podstawowym problemem pozostaje sprawa ładu moralnego. Ten ład jest fundamentem życia każdego człowieka i każdego społeczeństwa. Dlatego Polska woła dzisiaj nade wszystko o ludzi sumienia”!- tymi słowami rozpoczął homilię.
A potem przypomniał to, o czym ani władza, ani biskupi nie pamiętali chyba  już.

Nasz wiek XX był okresem szczególnych gwałtów zadawanych ludzkim sumieniom. W imię totalitarnych ideologii miliony ludzi zmuszano do działań niezgodnych z ich najgłębszymi przekonaniami. Wyjątkowo bolesne doświadczenia ma pod tym względem cała Europa Środkowowschodnia. Pamiętamy ten okres zniewalania sumień, okres pogardy dla godności człowieka, cierpień tylu niewinnych ludzi, którzy własnym przekonaniom postanowili być wierni. Pamiętamy, jak doniosłą rolę odegrał w tamtych trudnych czasach Kościół jako obrońca praw sumienia — i to nie tylko ludzi wierzących!
Zadawaliśmy sobie w tamtych latach pytanie: „Czy może historia płynąć przeciw prądowi sumień?” Za jaką cenę „może”? Właśnie: za jaką cenę?... Tą ceną są, niestety, głębokie rany w tkance moralnej narodu, a przede wszystkim w duszach Polaków, które jeszcze się nie zabliźniły, które jeszcze długo trzeba będzie leczyć./.../ Wbrew pozorom, praw sumienia trzeba bronić także dzisiaj. Pod hasłami tolerancji, w życiu publicznym i w środkach masowego przekazu szerzy się nieraz wielka, może coraz większa nietolerancja. Odczuwają to boleśnie ludzie wierzący. Zauważa się tendencje do spychania ich na margines życia społecznego, ośmiesza się i wyszydza to, co dla nich stanowi nieraz największą świętość. Te formy powracającej dyskryminacji budzą niepokój i muszą dawać wiele do myślenia.
Bracia i Siostry!
Czas próby polskich sumień trwa!
Musicie być mocni w wierze!
Dzisiaj, kiedy zmagacie się o przyszły kształt życia społecznego i państwowego, pamiętajcie, iż zależy on przede wszystkim od tego, jaki będzie człowiek — jakie będzie jego sumienie”.

Trzeba przyznać, że nie są to ulubione cytaty ani chętnie wspominana pielgrzymka.

Słuchałam wówczas homilii Ojca świętego z Radia Maryja. I za każdym razem, kiedy dzieją się w Ojczyźnie rzeczy złe, kiedy zagrożona jest nasza wolność, tożsamość, wyśmiewana i opluwana religijność, wracam do niej. Co miał wtedy Ojciec święty nam do powiedzenia? Czy dziś, gdyby żył, powtórzyłby to samo?

Zatrzymuję się  nad zdaniem: Pamiętamy, jak doniosłą rolę odegrał w tamtych trudnych czasach Kościół jako obrońca praw sumienia — i to nie tylko ludzi wierzących.
 Wiedział, co mówi, bo znał rzeczywistość z doświadczenia. Do takiej roli Kościół polski przygotował w czasach pogardy Prymas Tysiąclecia Stefan Kardynał Wyszyński. Jego myśl i nauczanie skupiło się wokół najważniejszego wówczas zadania: Uczynić polski Kościół duchowym azylem dla wszystkich Polaków, Wielkim Domem Polaków, duchową ojczyzną, także dla mniejszych wyznań chrześcijańskich, oficjalnie skłóconych z katolicyzmem, nawet dla niewierzących – obroną ich godności ludzkiej i polskiej.

W przeciwieństwie do wielu dzisiejszych tzw. autorytetów. Prymas Stefan Wyszyński nie bał się, że zostanie okrzyczany religijnym nacjonalistą. Kościół powszechny nie był dla niego ponadnarodowy. Istniał i urzeczywistniał się w rodzinie, parafii, diecezji, w narodzie i w rodzinie narodów. Dla niego istniał prawdziwy i żywy „Kościół nad Wisłą”, kościół polski, nie tylko „Kościół w Polsce”. Ten Kościół polski miał pełnić rolę służebną. I pełnił ją w najtrudniejszych momentach naszej powojennej historii.

A kiedy trzeba było, nie bał się mówić:
Wrogowie wiedzą, co narodowi służy, a co mu szkodzi. I jeśli chcą mu szkodzić, niszczą co mu pomaga. /…/ Wrogów naszego narodu poznajemy po tym, jak się odnoszą do Boga i do moralności chrześcijańskiej. Umieją oni ocenić, sens tej moralności dla nas, wiedzą, że jest ona siłą i mocą narodu, że najlepiej służy bytowi, całości i jedności. I dlatego chcąc zniszczyć naród, niszczą jego wiarę i moralność chrześcijańską. Uczmy się, najmilsi, od wrogów doceniania tego, co najlepiej służy wolności i trwałości narodu. /…/ trzeba pamiętać, że naród zabezpiecza się bardziej  w rodzinie, niż w granicach państwa. Granice narodu i państwa płyną poprzez kołyski! To sobie zapamiętajcie! Temu duchowi pozostańcie wierni”!

Taki Kościół pamiętam z lat młodości i czasów stanu wojennego. Może mój horyzont jest zbyt blisko? Może nie rozumiem, że czas ten minął, a nastał czas Kościoła prywatnego, trzymającego się z dala od polityki, problemów społecznych, ojczyzny? A może jest on taki, bo my już jesteśmy inni? Zapomnieliśmy już skąd nasz ród?
__________________

Zapraszam do słuchania w internetowym radiu w wieczornej czwartkowej audycji i jej powtórkach
http://radiopl.pl/
__________________

Źródła:
Jan Paweł II, Homilia w czasie Mszy św. odprawionej na wzgórzu „Kaplicówka”,   PRZEMÓWIENIA PAPIESKIE — 1995 - http://mateusz.pl/jp99/pp/1995/pp19950522b.htm
Stefan Kardynał Wyszyński, Jedna jest Polska, Warszawa 2000
Ks. Czesław Bartnik, Chrześcijańska nauka o narodzie według Prymasa Stefana Wyszyńskiego, Lublin 1982