piątek, 16 kwietnia 2021

Miód, piołun i trucizna

Nie da się ukryć, że Polska jest na zakręcie. Przysłowiowego konia z rzędem temu, kto wie, dlaczego Prawo i Sprawiedliwość wręcz w masochistyczny sposób niszczy swój dorobek i sukcesy. Niewiele wiemy, jaka jest rzeczywista sytuacja gospodarcza i finansowa Polski. Patrząc na ulice pełne samochodów hybrydowych, na osiedla z nowymi szeregowcami, na zabudowane jeszcze do niedawna łąki we wsiach w pobliżu miast, mamy się całkiem dobrze. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że to wszystko na kredyty, które wielu będzie spłacać do końca życia. Nie wiemy też, jakie są prawdziwe zależności Polski od UE, nie mamy pojęcia, jak będzie wyglądała dalsza współpraca ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki, jak skończy się wojna z Rosją o Nord Stream2, która może zakończyć się blokadą Bałtyku. Jest wiele problemów, o których się nie pisze, nie dyskutuje dociekliwie i krytycznie.

Dyplomacja wymaga ciszy, ale i zaufania do władz. I z tym zaufaniem właśnie największy problem. Sprzeczne komunikaty, brak skutecznej reakcji na nieprawdziwe wiadomości, prężenie piarowskie muskuł wobec TSUE i KE, a potem zgoda na uzależnienie budżetu od przestrzegania prawa i głosowanie za tzw. paszportem covidowym. I tak można wymieniać...

Zacznijmy jednak najpierw od miodu.

Pierwsza kadencja PiS razem z przystawkami dała nadzieję, że wreszcie idziemy w dobrym kierunku, że odzyskujemy należne nam miejsce w Europie. Umiejętności organizacyjne Beaty Szydło, zaangażowani w dobrą zmianę ministrowie i najważniejsze; dotrzymywanie słowa i realizacja programu, wszystko to budowało zaufanie do rządu.

Przypomnijmy sobie przynajmniej te najważniejsze zmiany.
1. Cofnięcie wydłużenia wieku emerytalnego. Przy okazji uporządkowano ZUS i przestano straszyć jego upadkiem.
2. Reforma systemu oświaty, likwidacja gimnazjów, wydłużenie o rok nauki w liceum.
3. Cofnięcie obowiązku szkolnego dla sześciolatków.
4. Zakaz odbierania dzieci rodzicom z powodu biedy.
5. Zablokowanie wprowadzenia podatku katastralnego i prywatyzacji lasów państwowych.
Z realizacji zadań strategicznych zapewniających bezpieczeństwo wymieńmy
6. Odzyskanie stoczni.
7. Przekop Mierzei Wiślanej.
8. Uratowanie PL LOT przed bankructwem.
9. Odzyskanie strategicznego PZU, zablokowanie sprzedaży Azotów i Polskiej Żeglugi Bałtyckiej.
I najważniejsze:
10. Odbudowa armii, w tym powołanie Wojsk Obrony Terytorialnej i przywrócenie wojsk na granicy wschodniej, doprowadzenie do stacjonowania wojsk amerykańskich.
Celowo nie wymieniłam na samym początku 500+, wyprawkę szkolną, odblokowanie zamrożenia wynagrodzeń w budżetówce, bo były to działania mające wspomóc likwidację biedy i umożliwić reformy w administracji, służbie zdrowia czy systemie emerytalnym.

Piołun

I nagle zaskoczenie, PiS pracuje przez wiele tygodni nad zmianą rządu. Otrzymujemy zapewnienia, że nie będzie zmiany premiera. Tymczasem szok, odchodzi Beata Szydło, wymieniony zostaje minister obrony Antoni Macierewicz. Możemy dyskutować czy dobrze się stało. Na pewno jednak musi niepokoić stwierdzenie Jarosława Kaczyńskiego, że nie spodziewał się takiej popularności Beaty Szydło. Wybory do PE to poparcie społeczne potwierdziły. To zaskoczenie prezesa świadczy o tym , że realizując swoją koncepcję zmian w kraju słabe miał, a dziś możemy powiedzieć – ma, rozeznanie w prawdziwych nastrojach społecznych.
Obserwatorom kampanii wyborczej z 2019 r. musiały zapalić się czerwone lampki, że w drużynie zaczyna pękać jedność. Kampanię praktycznie prowadził Jarosław Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki. Odpuszczono praktycznie kampanię do Senatu.

Pęknięcia potwierdziły wybory prezydenckie. Długo by rozpisywać się o zawirowaniach wokół ordynacji wyborczej. Ale jedno na pewno wszyscy pamiętają - zapewnienie premiera, że epidemia jest w odwrocie i możemy bez obaw iść do lokali wyborczych.

Ale to nie koniec niespodzianek. W październiku nagle akcja zachęcająca do szczepienia na grypę, szczepionek jednak nie było, więc akcja upadła.
Znowu zamknięto szkoły, znienacka cmentarze, zachęcano staruszków do siedzenia w domu i tylko wolno nam było do woli robić zakupy w trzy pod rząd niedziele. Święta miały być podobne do Wielkanocy, tylko 5 osób przy stole.

Tu zatrzymam się na chwilę w opisie przy policji, która reagowała na donosy, że gdzieś tam ludzie świętują w niedozwolonej liczbie. Policji nie przeszkadzały demonstracje z nazistowskim znakiem „Strajku kobiet”, ani dewastowanie kościołów. Ze stoickim spokojem patrzyli jak profanuje się figurę Chrystusa pod kościołem św. Krzyża w Warszawie. Dziś policja poszła dalej. W poniedziałek samochody policyjne w Olsztynie pilnowały czy wszyscy noszą maseczki, gdzieś indziej z determinacją rozgoniono wesela. Nikogo to nie dziwi? Nikt nie widzi nadużywania policji do uczenia moresu społeczeństwa? Z góry zaznaczam, że nie oburza mnie użycie pałki, jeśli ktoś prowokuje wyzwiskami i pluje na mundur. Tylko nie rozumiem dlaczego policja nagle rozgania demonstracje, podczas gdy bierna była przy protestach przeciwko zakazowi aborcji eugenicznej. Było to rządowi na rękę, można było usprawiedliwić zwlekanie z publikacją orzeczenia TK? Policja jest od ochrony obywateli przed złodziejami i bandytami, jest do ochrony demonstracji również tych, które są niewygodne władzy. Nie trzeba rozganiać, są kamery i zawsze można prowokatora plującego na mundur zaprosić na rozmowę i ukarać mandatem. A już urządzanie łapanek tych co maseczek nie noszą i wkraczanie do domów jest nadużyciem władzy. Mój dom, moja twierdza. I tylko nakaz sądowy może tę twierdzę zdobyć.

Dziś już wiemy, że zamykanie, ograniczanie, presje niczego nie zmieniły, wprost przeciwnie, śmiertelność nie tylko z powodu covid może przerażać.
Kompromitacją okazało się udawanie konsultacji z Radą Medyczną, w której brakuje epidemiologów. Okazało się też, że RM nie ma żadnych badań, na podstawie których udzielała rekomendacji.
Nieopatrznie wygadał się przed świętami rzecznik MZ mówiąc - „to była marchewka, a teraz będzie kij” . Komuś widocznie pomyliło się demokratyczne państwo z obozem karnym.
Przedłużanie opresji rodzi bunt i rozgoryczenie podsycane przez przeciwników rządu i agenturę wpływu. Marchewki może nie starczyć dla wszystkich, zamknąć i zamurować Polaków też się nie da. Chaos wynikający ze sprzecznych komunikatów i decyzji, gra premiera z ministrem zdrowia w dobrego i złego wujka wykorzystuje opozycja, a Zjednoczona Prawica płynie na Tytaniku i walczy z brakiem maseczki u Grzegorza Brauna na obradach Sejmu robiąc mu świetną kampanię wyborczą.
Mocno dziwiłabym się, gdyby ta sytuacja nie była wykorzystywana do budowania kolejnej partii bis za pomocą Hołowni. Wiadomo też, że nawet największa „marchewka” nie zmieni wyborców niechętnych władzy, co najwyżej napędzi inflację.
Zrażenie sobie wsi było fatalnym posunięciem, bo to najwierniejszy elektorat. Przekupienie młodzieży ustawą futerkową też nic nie dało. Młodzież dziś słucha „trenera sportowego”, bo mówi do nich ich językiem i nazywa rzeczy po imieniu.

Trucizna

To jednak tylko gorzki piołun, z tego można jeszcze wyjść zdrowym i wzmocnionym, gdyby nie pełzająca mafia, dla której rządy dobrej zmiany były śmiertelnym zagrożeniem w przypadku wyłudzania Vat.
Mafia, jaka by nie była, by przeżyć musi mieć dostęp do polityków i wymiaru sprawiedliwości. Politycy mają umożliwiać zdobywanie i pranie brudnych pieniędzy, prawnicy i sądy bronić przed nieuchronną karą.
Odwlekanie reformy sądownictwa okazać się może śmiertelną trucizną, co pokazały ciągnące się latami śledztwa bez aktów oskarżenia aż do przedawnienia, ucieczki pod ochronę immunitetu. Decyzje sądu takie jak w sprawie Nowaka pokazują słabość państwa.

Co będzie dalej? Zwycięży mafia, układy czy Polska? Ktoś wie?

_______________________________________________

Ilustracja: https://alebank.pl/covid-19-straty-gospodarki-przekroczyly-185-mld-zl-w-ciagu-pierwszego-roku-pandemii/?id=361879&catid=25926

Zapraszam do słuchania
audycja 1238 ( niedzielna)

czwartek, 4 lutego 2021

Eugenika dziś

„Trzy pokolenia imbecylów wystarczą” – powiedział sędzia Sądu Najwyższego Wirginii orzekając zgodność z ustawą sterylizacyjną nakaz sądowy sterylizacji młodej kobiety, ograniczonej umysłowo, której matka również była upośledzona.
Oburzający dziś zapewne wielu z nas wyrok i równie skandaliczne uzasadnienie miało miejsce w 1927r. i było konsekwencją zachwytu tzw. postępowych postaci nad Galtonowskim pomysłem ulepszania rodzaju ludzkiego.
W Nowym Jorku powstało Towarzystwo Galtona propagujące owe ulepszanie za pomocą sterylizacji.
W 1915r. w cztery lata po śmierci Galtona idea eugeniczna otrzymała prawne podstawy. W stanie Indiana uchwalono pierwszą ustawę o sterylizacji „zatwardziałych przestępców, idiotów, imbecylów i gwałcicieli”. Wkrótce zrobiła to większość stanów Ameryki. Dokonano około 60 tys. nakazanych przez sądy sterylizacji.

W ślad za stanami USA poszła Kanada, Szwecja, Norwegia i Szwajcaria. Zainteresowanie eugeniką rosło w wielu krajach. Pomysł taki, by usankcjonować to prawem praktycznie objął świat, w tym całą Europę, choć nie dokonywano wszędzie sterylizacji. Nie było jej również w ojczyźnie Galtona.
Także w Polsce eugenika zyskała swoich zwolenników, by wspomnieć choćby lidera polskiej eugeniki – lekarza Leona Wernica, pozytywistę, zachwyconego filozofią Spencera - Aleksandra Świętochowskiego, przyrodnika Benedykta Dybowskiego, czy polityka Ludwika Popławskiego. I nie były to rozważania czysto intelektualne. W eugenice szukano rozwiązań problemów społecznych, jak choćby likwidację nierządu, za sprawą którego rozprzestrzeniały się choroby weneryczne.

O ile zarówno Galton jak inni zwolennicy eugeniki mówili o ulepszaniu człowieka, podobnie jak robili to rolnicy z bydłem, o czym pisał Karol Darwin, o tyle nie miało to związku z rasizmem. Uważano, że można dzięki sterowaniu populacją uwolnić społeczeństwa od niektórych chorób, zwłaszcza psychicznych, patologii i przestępstw.

Eugeniczny eksperyment rasowy rozpoczął się w Niemczech.

Objął 400 tys. ludzi uznanych za dziedzicznie upośledzonych, których poddano sterylizacji. Wiele z tych osób po prostu zostało zamordowanych. Opróżniono w ten bestialski sposób szpitale psychiatryczne, ochronki, a nawet rodziny z osób upośledzonych czy kalekich.
Jednocześnie utworzono program Lebensborn ( źródło życia). Dorodne, zdrowe kobiety zapładniali członkowie SS, by otrzymać czystą rasę aryjską.
Ten nieludzki program poprzedzony został propagandą, a następnie prawem stanowionym. To komisje lekarskie orzekały, kogo należy poddać sterylizacji i w konsekwencji zamordowaniu.

Dziś każdy ma dostęp do wiedzy na temat eugeniki. Wystarczy posłużyć się wyszukiwarką w Internecie, by otrzymać szczegółową wiedzę, zarówno medyczną jak i etyczną.
Dlaczego więc sięgnęłam do tego tematu tak już wszechstronnie opracowanego?
Przez lata zdołano nam wmówić, że eugenika to pseudonauka, a nazistowski eksperyment w dziedzinie biologii ostatecznie pogrzebał tę pseudonaukę.
„Nazistowski eksperyment w dziedzinie biologii rasowej wywołał wstręt do eugeniki, który ostatecznie spowodował wstręt do tego ruchu. Genetycy odrzucili eugenikę jako pseudonaukę, zarówno ze względu na zbyt wielki nacisk kładziony przez nią na stopień dziedziczenia inteligencji i osobowości, jak i naiwne podejście do złożonych i tajemniczych sposobów prowadzących do wzajemnego oddziaływania wielu genów w celu określenia cech ludzkich” – pisze Jim Holt w książce „Idee, które zmieniły świat”.

Pozostaje więc zapytać, jak zmieniła eugenika świat?

Kilka akapitów dalej ten sam autor wyjaśnia, że wiedza o genach przez lata rozwinęła się. Dziś w okresie prenatalnym rodzice mogą się dowiedzieć o wadzie swojego dziecka, np. Zespole Downa lub chorobie Taya – Sachsa i podjąć decyzję o aborcji.
Jeśli to nie jest praktyczne zastosowanie eugeniki, to co to jest? Czym różni się aborcja od decyzji sędziego Sądu Najwyższego Wirginii, o której wspomniałam na początku? Czym różni się eugenika zastosowana przez niemieckich nazistów od eliminacji dzieci kalekich z upośledzeniem w Holandii czy w Belgii? Czy tylko humanitarnym zabijaniem w szpitalach?
Reakcja na stwierdzenie przez Trybunał Konstytucyjny niezgodności z polską konstytucją przesłanki eugenicznej w prawnym dopuszczeniu do aborcji wywołała wściekłość lewackich oddziałów szturmowych dziczy.

Grozę budzić może to, co dzieje się w szpitalach Wielkiej Brytanii. Pacjent staje się własnością szpitala. O jego życiu lub śmierci decyduje sąd. Tak, sąd, który wydaje wyroki na podstawie rozszerzonej definicji o śmierci klinicznej. Przypadek Polaka w Plymouth (plymef), zagłodzonego na śmierć odsłonił proceder przeznaczania pacjentów w śpiączce jako dawców narządów. Poza Polską i Watykanem nie było reakcji żadnej instytucji międzynarodowej. Trwa ciche przyzwolenie na podobne praktyki.

Wszyscy pamiętamy przypadek Eluany Englaro z Włoch zagłodzonej w 2009 r.
Pytałam wówczas:

Dziś umarła Eluana, skazana na śmierć głodową. Kto następny?

Notka jest jedynie w moim archiwum na blogu. Dziwnym trafem nie mogę jej znaleźć poprzez internetową wyszukiwarkę, dlatego zamieszczam ją pod notką po raz wtóry, ponieważ nadal jest aktualne postawione pytanie – Kto następny?

Te same mechanizmy działania lekarzy i sądu zostały zastosowane w obu przypadkach. W podobny też sposób uśmiercono małego Alfiego. Ale, co gorsze, podobnie zachowali się niektórzy dziennikarze informując o śmierci głodowej. Jak mantrę wszyscy zgodnie wypisywali obowiązującą formułę: „która/który była/był w stanie wegetatywnym”, co w przypadku zarówno Eluany jak i Sławomira nie było prawdą. Wydarzenia ostatnich tygodni jak i te poprzednie dotyczące Eluany i Alfiego pokazują jak eugenika w dzisiejszym świecie jest stosowana i jakimi metodami omija się prawo zakazujące aborcję eugeniczną i eutanazję.

Nie wiem czy kogoś przekonam, ale wiem jedno, że jeśli chcemy nazywać się nadal ludźmi, to musimy o tym mówić i pisać, choćby były to głosy wołających na pustyni.

_______________________________________________

Jim Holt, Idee, które zmieniły świat

Ilustracja: https://img1.dmty.pl//uploads/202009/1599838605_tsfc9b_600.jpg

Zapraszam do słuchania
audycja 1218 (czwartkowa)

__________________________________________________

Dziś umarła Eluana, skazana na śmierć głodową. Kto następny

(notka z 2009r)

Eluana Englaro nie żyje. Zagłodzono Eluanę zgodnie z prawem.

Nie umiem ani tego skomentować, ani tym bardziej zrozumieć. Nie będę więc powtarzać tego, co już powiedziano, napisano, wykrzyczano. Cóż można więcej powiedzieć, napisać wykrzyczeć ponadto?!

Na pasku najświeższych wiadomości www.dziennik.pl. przeczytałam, że Eluana została odłączona od aparatury podtrzymującej życie przez 17 lat. Widać prawda o wydaniu wyroku na śmierć głodową niepełnosprawną kobietę była zbyt okrutna nawet dla szukających sensacji dziennikarzy. Nie umiem bowiem sobie inaczej wytłumaczyć tego kłamstwa. Eluana nie była przypięta do „maszynerii podtrzymującej życie”. Eluana tak jak każdy spała i budziła się, nie miała odleżyn, bo mogła siedzieć. Eluana tym różniła się od pełnosprawnych dziennikarzy, którzy posłużyli się kłamstwem w komunikacie o jej śmierci, że pokarm przyjmowała za pomocą sondy. Jeśli sonda jest „maszynerią podtrzymującą życie”, to wkrótce do sądów trafią pozwy o pozwolenia na zaprzestanie podawania pokarmu dzieciom karmionym od urodzenia pozajelitowo. Być może powołując się na kazus Eluany już wkrótce prawo do wody i chleba będą mieli tylko ci, którzy w chorobie Alzheimera odróżnią chleb od kamienia, wodę od mleka i nie trzeba będzie ich karmić łyżeczką. Być może, być może…

Cieszę się, że jestem stara i może uda mi się mimo choroby umrzeć godnie przed wszystkimi tymi „być może”. Już dziś jednak współczuję moim wnukom, bo „być może” ktoś skaże ich na taką właśnie „litościwą” śmierć głodową w majestacie prawa.
Nie założę się bynajmniej o to, że taka śmierć nie spotka kłamiących dla „estetyki” dziennikarzy. Tego oczywiście nikomu nie życzę, dlatego winnam im specjalną dedykację ku przestrodze.

Oto fragment książki, którą powinni znać, ba, czytać ją do poduszki każdego wieczoru, gdy przyjdzie im kiedykolwiek ochota na produkowanie kłamstw w imię obłędnej idei decydowania, kto ma prawo żyć, a kto jest już tylko bezużyteczną i kosztowną „rośliną”.

W podsumowaniu refleksji na marginesie procesu Eichmanna Hannah Arendt napisała:
„Dobrze znany jest fakt, że Hitler rozpoczął akcję masowych mordów od przyznania „śmierci z łaski” „nieuleczalnie chorym”, ostatnim zaś etapem swych planów eksterminacyjnych zamierzał uczynić likwidację Niemców „z uszkodzeniami genetycznymi” (osoby cierpiące na choroby serca i płuc). Zresztą poza wszystkim jest rzeczą oczywistą, że zabójstwami tego rodzaju można objąć jakąkolwiek grupę ludzi, co oznacza, że zasada doboru zależy wyłącznie od przygodnych okoliczności. Łatwo sobie wyobrazić, że w zautomatyzowanej ekonomice nieodległej przyszłości ludzie mogą ulec pokusie zgładzenia wszystkich osób, których iloraz inteligencji plasuje się poniżej pewnego poziomu”. ( Hannah Arendt, Eichmann w Jerozolimie”, s.374)

Tak, „zło jest banalne”, wystarczy je tylko ubrać w odpowiednią argumentację, ustanowić odpowiednie prawo, cierpliwie oswajać z nim społeczeństwa odpowiednio dobranym słownictwem i malutkimi kłamstwami.
Dziś umarła Eluana, skazana na śmierć głodową. Kto następny?

niedziela, 24 stycznia 2021

Jak niszczyć Trybunał Konstytucyjny

Jak niszczyć Trybunał Konstytucyjny i podać na tacy przepis dla opozycji?

Do tej pory w konflikcie z polskim Sądem Najwyższym, Komisją Europejską i Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej powoływaliśmy się na polską konstytucję i jedyny organ mający prawo do orzekania, co jest zgodne z nią, tj. Trybunał Konstytucyjny.
Dziś partia, która w nazwie ma prawo i sprawiedliwość pokazuje nam figę. Pokazuje, jak można ominąć prawo i orzeczenia TK, które odpowiada rządzącym.

Art. 190. Orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego /Dz.U.1997.78.483 - Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r./ mówi jasno:
1. Orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego mają moc powszechnie obowiązującą i są ostateczne.
2. Orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w sprawach wymienionych w art. 188 właściwość Trybunału Konstytucyjnego podlegają niezwłocznemu ogłoszeniu w organie urzędowym, w którym akt normatywny był ogłoszony. Jeżeli akt nie był ogłoszony, orzeczenie ogłasza się w Dzienniku Urzędowym Rzeczypospolitej Polskiej "Monitor Polski".

Po ogłoszeniu orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w sprawie niezgodności z konstytucją prawa do aborcji dzieci z podejrzeniem nieuleczalnej choroby czy kalectwa zapanowała ze strony obrońców życia radość, bo ustne uzasadnienie wyroku sędziego sprawozdawcy jasno pokazywało, że nie do prawa stanowionego należy decyzja o życiu i śmierci dziecka poczętego. Mało tego, jest ono również niezgodne z prawem międzynarodowym.
Na stronie TK pojawiło się rozporządzenie Prezes TK Julii Przyłębskiej o przekazaniu orzeczenia do niezwłocznej publikacji. W przestrzeni medialnej pojawiła się też informacja, że rząd powinien zrobić to w przeciągu siedmiu dni.

Negatywnej reakcji prezydenta Andrzeja Dudy nikt się nie spodziewał. Za to do treści wyroku TK najwyraźniej było przygotowane Porozumienie z Jarosławem Gowinem na czele.
Był już nawet gotowy projekt legislacyjny, który pozwoliłby na ominięcie orzeczenia.
Prezydent najpierw wysłał do Polaków z komunikatem swego doradcę, córkę Kingę, by przekonała nas, że kobieta powinna mieć prawo wyboru (młoda, ambitna prawniczka nie zauważyła, że TK nie pozbawił kobiet wyboru między własnym życiem a życiem dziecka w sytuacji zagrożenia. Ta przesłanka nadal pozostanie w prawie).
Potem nasz prezydent zabawił się w posłańca i projekt Gowina przedstawił jako przygotowany w przez Kancelarię Prezydenta.
Zdał sobie chyba jednak sprawę, że drogo go to będzie kosztowało w politycznej karierze po zakończeniu kadencji i dziś już nawołuje do publikacji orzeczenia.

A jak zachował się premier Mateusz Morawicki?
Wygłosił płomienną mowę, z której wynikało, że przyjmuje orzeczenie, a Rządowe Centrum Legislacji wkrótce je opublikuje.
Kiedy publikacja nie następowała, a opinia społeczna nalegała, zapowiedział, że zrobi to, jak tylko Trybunał Konstytucyjny prześle uzasadnienia wyroku.
W tej sytuacji Prezes TK miała możliwość udzielenia tylko jednej odpowiedzi premierowi. Proszę nie wciągać TK do polityki rządu. Żadne prawo nie wiąże publikację orzeczenia z koniecznością otrzymania pisemnych uzasadnień wyroku.
Co robi Pani prezes?
A no tłumaczy się, że uzasadnień nie ma, bo sędziowie, zgłaszający zdanie odrębne, do tej pory ich nie przesłali. W ten oto sposób TK został wciągnięty w grę polityczną rządu.
Jak długo będzie prowadzona ta gra? Ach, to nam już min. Michał Dworczyk dobitnie wyjaśnił w rozmowie z red. Mazurkiem w RFM.
Zapytany o znaczenie słowa „niezwłocznie” stwierdził, że oznacza to tak szybko, jak to możliwe. A dlaczego trwa to już 3 miesiące? A no, tłumaczył to emocjami i protestami.
(W tym miejscu złośliwie warto by zapytać, kto w Polsce rządzi; Lempart, feministki, importowana z Niemiec antifa, opozycja czy Zjednoczona Prawica?)
Ponowne odwołanie się też w rozmowie do braku pisemnych uzasadnień wyroku budziłoby politowanie, gdyby nie fakt kolejnego wsparcia, choć już nie tak jednoznacznego jak do tej pory, za to pełnego dezinformacji, ze strony TK.
Trybunał Konstytucyjny przekazał, że uzasadnienie wyroku ws. aborcji będzie opublikowane wraz z uzasadnieniami zgłoszonych zdań odrębnych. Jak dodał, niektórzy sędziowie nie wysłali jeszcze takich wyjaśnień. Zdaniem TK, taki tryb postępowania regulują "przepisy prawa" – podaje Polsat news.
Niemal w tym samym czasie w Naszym Dzienniku czytamy komunikat samego TK:
„Wobec pojawiających się w przestrzeni publicznej nieprawdziwych informacji dotyczących ogłoszenia uzasadnienia wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 22 października 2020 r. w sprawie K 1/20 Biuro Prasowe TK wyjaśnia, że zdania odrębne do wyroku zgłosili Sędzia Leon Kieres i Sędzia Piotr Pszczółkowski. Zarówno STK Leon Kieres, jak i STK Piotr Pszczółkowski złożyli już pisemne uzasadnienia swoich zdań odrębnych”. (Sobota-Niedziela, 23-24 stycznia 2021, Nr 18 (6980)
O co w tym wszystkim chodzi?
Raczej nie powinniśmy mieć złudzeń, gdy do całej tej gry na zwłokę dodamy zdecydowaną opinię w sprawie „kompromisu aborcyjnego” prezydenta Lecha Kaczyńskiego, do którego tak skwapliwie odwołuje się przy różnych okazjach prezydent Andrzej Duda przypominając, że prof. Lech Kaczyński był zwolennikiem kompromisu aborcyjnego.
„Jeśli chodzi o sprawy związane z aborcją, to uważam, że osiągnięty 15 czy 14 lat temu kompromis jest kompromisem, którego nie wolno naruszać. Powtarzam, nie wolno naruszać!” – powiedział prezydent Lech Kaczyński zastrzegając, że mówi to jako prezydent a nie w imieniu jakiejkolwiek partii.

Udawanie niektórych polityków i publicystów, że ten „kompromis” nie ma nic wspólnego z aborcją eugeniczną czy zasłanianie się protestami zdziczałych lewackich bojówek jest zwykłą polityczną hipokryzją, bo Polacy doskonale pamiętają jeszcze kampanię wyborczą i słowa Jarosława Kaczyńskiego czy Andrzeja Dudy o obronie życia od poczęcia do naturalnej śmierci.
W czasie politycznej gry na zwłokę i liczenie na zmęczenie społeczeństwa „270 dzieci, w tym 105 podejrzewanych o zespół Downa, zginęło z powodu nieopublikowania orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji eugenicznej”.(cytuję za Naszym Dziennikiem)

Jest jednak przy tym wszystkim jeszcze jeden bardzo ważny aspekt, który rujnuje powagę Trybunału Konstytucyjnego. Gra na zwłokę, którą podjął premier, zapewne przy aprobacie prezesa Jarosława Kaczyńskiego, pokazuje ścieżkę, jaką będzie mogła przyjąć opozycja, gdy dojdzie do władzy wobec orzeczeń niewygodnych.
Rujnowanie tak kruchej niezależności od gremiów międzynarodowych prawa polskiego, polskiej konstytucji, będzie nas drogo kosztowało w niedalekiej przyszłości, jeśli dalej rząd z cichym ułatwianiem ze strony samego TK, będzie brnął w grę na zwłokę. To skandaliczny i niebezpieczny precedens.

_______________________________________________

Ilustracja:https://gazetalekarska.pl/wp-content/uploads/2020/10/Stanowisko-Prezydium-NRL-w-sprawie-wyroku-Trybunalu-Konstytucyjnego-768x510.jpg

cytaty:

Wyrok TK ws. aborcji. Wyjaśniono, kiedy nastąpi publikacja uzasadnienia

Jaka była opinia Lecha Kaczyńskiego na temat kompromisu aborcyjnego?

Nasz Dziennik (Sobota-Niedziela, 23-24 stycznia 2021, Nr 18 (6980)

Zapraszam do słuchania
audycja 1215 (niedzielna)

czwartek, 17 grudnia 2020

"Dobrze urodzeni"

Był cudownym dzieckiem. Chwalił się, że w wieku 4 lat potrafił czytać, dodawać i mnożyć, recytować poezję łacińską, znał język francuski i znał się na zegarku.
Ile było prawdy w tych przechwałkach, trudno dziś dociec. Faktem jest, że był wybitnie zdolnym dzieckiem a potem w wieku dorosłym naukowcem szukającym uzasadnienia dla prawa dziedziczenia.
Niestety, wybitne zdolności nie zawsze służą ludziom i tak jest w przypadku sir Francisa Galtona, kuzyna Karola Darwina. Po przeczytaniu jego pracy O powstaniu gatunku, w której Darwin opisuje, w jaki sposób dobór ukształtował gatunki udomowionych roślin i zwierząt, wpada na „genialny” pomysł ulepszania gatunku ludzkiego.

Gdyby choć dwudziestą część kosztów i wysiłków zainwestowanych w ulepszenie ras koni i bydła przeznaczono na działania mające na celu poprawę rasy ludzkiej, jakąż plejadę geniuszy moglibyśmy stworzyć! - napisał w artykule w 1864 roku.
Datę tę uznaje się za początek eugeniki, choć sama nazwa inżynierii ulepszania ludzkich ras pojawiła się znacznie później i oznaczała „dobrze urodzonych”.

Co to oznaczało wtedy praktyce? A no nic innego tylko to, co do dziś fascynuje wielu geniuszy uznających siebie za predysponowanych do „zarządzania zasobami ludzkimi” w różny sposób. Na początku było to zachęcanie do rozmnażania się ludzi uznawanych za urodziwych, zdolnych i utalentowanych, potem dokonywano sterylizacj niepełnosprawnych fizycznie i umysłowo.
Po ogłoszeniu swojej eugenicznej tezy postanowił udowodnić, że o rozwoju człowieka decyduje nie wychowanie a dziedziczona natura. Do udowodnienia swojej tezy uporządkował i wykorzystał statystykę. W książce „Geniusz dziedziczny” przedstawił listę osób sędziów, poetów , naukowców, starając się udowodnić, że wybitne zdolności są cechą dziedziczną. W tym celu założył w Londynie „laboratorium antropometryczne”. Tysiące ludzi zgłaszało się tam do pomiaru wzrostu, wielkości głowy, mocy, rozróżniania kolorów itd. Wykresy, jakie powstały po zestawieniu tych badań miały udowodnić związek cech potomków z dziedziczeniem.
Nigdy tak naprawdę Galtonowi nie udało się udowodnić swojej eugenicznej tezy, że natura dominuje nad wychowaniem. Nigdy jednak też nie zwątpił w jej słuszność.
Pochwałę otrzymał nawet od swego kuzyna.
Teraz wiemy , dzięki godnym podziwu wysiłkom pana Galtona, że geniusz, (...) jest dziedziczony – napisał w swojej książce „O pochodzeniu człowieka” Karol Darwin.

Sam Galton był za tak zwaną pozytywną eugeniką, tzn. za zachęcaniem do wczesnego małżeństwa i wysokiej płodności elit intelektualnych. Domagał się zaprzestania działalności charytatywnej wśród robotniczej biedoty, bo tam rodzi się najwięcej dzieci. Nie odżegnywał się jednak od środków przymusu ograniczających zawierania małżeństw chorych umysłowo i ich sterylizacji.

Jak to bywa w przypadku ludzi sławnych ich teorie szybko znajdują swoich zwolenników. Wśród nich są znani po dziś dzień tacy pisarze jak George Welles czy Bernard Shaw. Wells w sterylizacji upatrywał poprawę gatunku ludzkiego. Show domagał się wolności dla ludzi, którzy spotkali się tylko po to by spłodzić potomstwo.
Eugenika wkracza do świata polityki, przenika do brytyjskiej Partii Pracy (Harold Laski, Sidney Webb) i ekonomii (John Majnard Keynes, Beatricze Webb)
Teoria Galtona znalazła swoich gorących zwolenników w Stanach Zjednoczonych. Wkroczyło tam prawo stanowione oparte o eugenikę. Ale o tym napiszę w odrębnej notce.

Dlaczego warto dziś o tym mówić i pisać?

Historia eugeniki - droga od naukowych teorii i jej wyznawców, po świat polityki i ekonomii, nie jest bynajmniej już tylko historią. Po II wojnie światowej wydawało się, że wstręt do eugeniki w wykonaniu niemieckim na trwale pozwolił pożegnać się z tą pseudonauką. Dziś jesteśmy świadkami odradzania się jej zarówno w poglądach jak i prawie stanowionym w najbardziej brutalnej wersji ubranej w prawa człowieka do aborcji i eutanazji czy w eksperymentach genetycznych. Brak wiedzy, brak oceny, co stało się w przeszłości w dużej mierze jest tego przyczyną. Nie musimy czytać naukowych książek, specjalistycznych pism, ale powinniśmy wiedzieć, czym w swej istocie jest dążenie do zapełniania świata „dobrze urodzonymi” zanim wygłosimy tak dziś popularne usprawiedliwienie zgody na prawo eugeniczne okrągłym stwierdzeniem - To jest mój pogląd mam prawo do niego.

_______________________________________________

Cytaty: za Jim Holt, Idee, które zmieniły świat, Sir Francis Galton, ojciec statystyki... i eugeniki, str.75

Ilustracja: Francis Galton

Zapraszam do słuchania
audycja 1207 (czwartkowa)

środa, 2 grudnia 2020

Gry aborcyjne

Rząd chce, aby ustawodawca zdążył dokonać takich zmian przepisów, by nie było próżni prawnej wynikającej z opublikowanego wcześniej Wyroku Trybunału Konstytucyjnego

Cytowany przez red. Artura Stelmasiaka, dziennikarza tygodnika Niedziela, fragment jest odpowiedzią urzędnika na pytanie, dlaczego do tej pory KPRM nie opublikowała orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego.
Budzi ona zdumienie, jak dalece można się posunąć w mataczeniu prawem, z którym nie zgadzają się politycy.
Jeszcze większe zdumienie wywołuje wyjaśnienie Rady Ministrów, dlaczego do tej pory nie nastąpiła publikacja orzeczenia, które powinno być opublikowane niezwłocznie.
Niewątpliwie wyrok Trybunału Konstytucyjnego podlega ogłoszeniu w Dzienniku Ustaw. Jednocześnie jednak sytuacja bardzo poważnych napięć społecznych wymaga przeanalizowania właściwej daty tej publikacji. Prezes Rady Ministrów nie może podjąć decyzji o niepublikowaniu wyroku Trybunału Konstytucyjnego, podjętego zgodnie z obowiązującą procedurą. Jednocześnie nie istnieje regulacja zobowiązująca Prezesa Rady Ministrów do publikacji wyroku Trybunału Konstytucyjnego w terminie oznaczonym konkretną liczbą dni lub datą.
Innymi słowy; Prezes RM nie może zaniechać publikacji, ale ze względu na protesty... itd, a w ogóle to nie jest zobligowany terminem.
Chciałoby się zapytać, kto w Polsce naprawdę rządzi; ulica, zagranica czy rząd wybrany w demokratycznych wyborach? Kto ostatecznie decyduje, że prawo powinno być zastosowane niezwłocznie?
Z góry uprzedzam wszystkich, którzy chcieliby dyskutować o prawie do aborcji pod tzw. pewnymi warunkami, że takiej dyskusji nie podejmę. Nie jestem Panem Bogiem, by rozstrzygać o życiu i śmierci innych.
Nie wiem natomiast czy wszyscy zdają sobie sprawę z konsekwencji decyzji odwlekania publikacji mimo wskazania na niezwłoczne wejście w życie wyroku po opublikowaniu.
Do tej pory wkładano nam w głowy, że prawo było łamane przez opozycję, a wyroki TK służyły do uzasadniania bezprawia rządu Donalda Tuska. Tak było w przypadku zagarnięcia pieniędzy z OFE i nie tylko, bo również w sprawie ustawy o podniesieniu wieku emerytalnego. Przykładów zapewne możemy poszukać więcej.
Dziś odwlekaniem publikacji orzeczenia TK w sprawie niezgodnego z Konstytucją prawa do aborcji eugenicznej i kuriozalnymi uzasadnieniami takiej decyzji rząd wpisuje się w praktykę poprzedników.
Pokazuje, jak można wykorzystać protesty kierowane z zagranicy do własnej polityki i jakim to sposobem można omijać orzeczenia TK.
Lekceważyć polski Trybunał Konstytucyjny nie musi już ani TSUE, ani PE czy KE, robi to polski rząd.
Przy okazji wciąga sędziów TK w grę polityczną, bo tak należy odczytywać brak publikacji Uzasadnienia i odrębnych stanowisk obu sędziów w sprawie orzeczenia. Trudno będzie odrobić zaufanie do tej instytucji.

Jest jednak i inna strona całej tej hucpy rządu wokół owego orzeczenia.

Doskonale szefowie Zjednoczonej Prawicy z Prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim na czele zdawali sobie sprawę, że orzeczenie z 1997 r. w sprawie niezgodności z Konstytucją przesłanki zezwalającej na aborcję ze względów społecznych pośrednio odnosi się również do aborcji eugenicznej, a mimo to przez całą pierwszą kadencję spychano problem z komisji do podkomisji dając pole do wykorzystywania przez opozycję problemu aborcji do rozbijania obozu władzy.
Zgłaszane projekty służyły do walki politycznej w Sejmie zarówno przez opozycję jak i PiS. Nie było żadnej woli rozwiązania sytuacji. A tak zwany kompromis aborcyjny odpowiadał wszystkim, bo praktycznie zezwalał na aborcję na życzenie. Kto bowiem sprawdzał czy diagnoza lekarska o prawdopodobnym upośledzeniu dziecka w łonie matki jest prawdziwa?
W szpitalach do tej pory obok sal, w których ratuje się życie wcześniaków rozlega się niemy i głośny krzyk dzieci wyrywanych spod serca matki, dzieci, które umierają na stole aborcyjnym, bo zostały przeznaczone na śmierć.

Jest jeszcze jeden aspekt całej batalii o życie nienarodzonych.

Dyskusja toczy się w obecności osób niepełnosprawnych, w tym z zespołem Downa. Protesty uliczne, które wydają się być na rękę rządzącym ogłaszają im, że nie mieli prawa urodzić się, a przez to, że się urodzili urządzili swoim matkom piekło.
Długo tak jeszcze rząd i posłowie mają zamiar bawić się cynicznie ich kosztem?

Kto wreszcie z głoszących szumne hasła obrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci w czasie kampanii wyborczych odważy się głośno powiedzieć, że aborcja eugeniczna to nic innego jak kontynuacja teorii Galtona, która zaczęła się od setek tysięcy przymusowych sterylizacji, a skończyła nazistowskim prawem mordowania kalek w Niemczech? A dziś odżyła w próbach dokonywania sterylizacji kobiet w rodzinach wielodzietnych, „szczepionkach” prowadzących do bezpłodności dziewczynek afrykańskich, w wymuszaniu na rządach prawa do aborcji, w prawie w belgijskim i holenderskim eutanazją na „życzenie” nie tylko starych i chorych ale i dzieci.

_______________________________________________

Ilustracja: https://nczas.com/wp-content/uploads/2020/01/Aborcja_nczas-696x464.jpg

Zapraszam do słuchania
audycja 1203 (czwartkowa)

czwartek, 19 listopada 2020

Dyktatura prawa

Lewica czy prawica? To zależy, po której stronie króla staniesz. Masz dylemat? Wybieraj. Możesz stracić głowę lub zdobyć władzę.

Jakie to było proste za czasów mojej młodości. Tu byliśmy „MY”, a tam „ONI”. Trudno było odróżnić czy ONI byli źli, byli narzuconą władzą, obcą okupacją, gdy nie było możliwości poznania innego świata.
Znali go sprzed wojny rodzice, ale gdy się wkracza w świat dorosłych, trzeba to i owo odrzucić, zbuntować się, uznać, że ta rzeczywistość, w której żyję, jest szyta na miarę mego pokolenia, a tamta, nieznana, już nie moja. Jak mogłoby być inaczej, skoro nie wiedziało się jak jest gdzie indziej?

Śmieszą mnie wszyscy, którzy mówią o swojej młodości w PRL z głębokim przekonaniem, że od zawsze byli antykomunistami, walczyli o obalenie komuny i o niepodległość Polski.
Dochodzenie do własnego światopoglądu, własnych wyborów postaw politycznych nie kupuje się na targu czy w sklepie za żółtymi firankami, to proces. O zbrodniach komunizmu nie mówiło się, obowiązywała wersja band i bandytów. Marzeniem większości było nauczyć się żyć w miarę po ludzku, a nie obalać ludową władzę. Tego nauczyliśmy się bardzo szybko, choć nie obyło się bez krwawych ran.

Długo jeszcze po 1989r. rzeczywistość była czarno – biała; byliśmy MY i ONI, tzn. komuniści, a Zachód jawił się jako oaza wolności, sprawiedliwości i dobrobytu, zwłaszcza dla tych z nas, którzy wprawdzie mogli już rozjeżdżać się po świecie, bo mur padł, ale nie mieli na to pieniędzy. Gorzkie doświadczenia wyjeżdżających za pracą do Niemiec nie nastrajały do zwierzeń.
Masowe bezrobocie, bieda sprawiły, że scena polityczna zaczęła się dzielić niczym drożdże w cieście.

Tak opisuje okres transformacji w krajach demobaraku Roger Scruton.

W Europie Wschodniej po upadku komunizmu obowiązywała reguła, że grupa awanturników tworzy partię polityczną, wygrywa wybory dzięki szczodrym obietnicom, a potem uwłaszcza się na majątku narodowym i w następnych wyborach przepada z kretesem.

Niedawno zmarły angielski konserwatysta mimo poczynionych obserwacji podczas podróży do komunistycznej Czechosłowacji, Polski czy Węgier nie do końca jednak zdał sobie sprawę z przyczyn, dla których „Unia Europejska mimo to postanowiła rozszerzyć się na nowe demokracje” i kto tak naprawdę był założycielem tych partii awanturników. (Temat wiedzy intelektualistów zachodnich o prawdziwej sytuacji politycznej pod rządami komunistów zostawiam na inną okazję.)

Lata mijały, w Polsce bieda rosła wraz z bezrobociem, a polski premier „Karol” chwalił się, że dzięki taniej sile roboczej przybędą do Polski zachodni inwestorzy.
Gdzieś podzialiśmy się MY, a ONI wrócili do władzy. Nadal jednak po dziś dzień ze słownictwa nie wyrzuciliśmy tego MY - teraz to „prawacy” czy jak kto woli „prawica” i ONI – nadal komuniści tylko rzadziej, a częściej „lewacy” czy jak kto woli lewica. I tu zaczyna się problem, który narasta, bo wszystko nam się pomieszało i nie bardzo wiemy już czym jest prawica, a czym lewica. A tu jeszcze na dokładkę niektórzy nazywają siebie republikanami, a jeszcze inni konserwatystami, o monarchistach i skrajnej prawicy wolę już nie wspominać. I bądź tu szary obywatelu mądry, znajdź różnice.
Na ten brak pytań o to, kto jest kto, nie narzekają tylko politycy. Wszystkie niuanse programowe giną w ferworze emocji wyborczych. Każde zaprzeczenie własnym, głoszonym jeszcze niedawno poglądom, można wytłumaczyć potrzebą zdobycia elektoratu.
Pocieszyć może nas tylko, że na tym, jak mawiali nam komuniści, zgniłym Zachodzie też od nadmiaru dobrobytu pomieszało się i trudno dziś odróżnić CDU od SPD Partię Pracy od Partii Konserwatywnej, demokrację od demokracji liberalnej itd.

I niech by tak było, niechby ocena polityków i partii odbywała się w wyborach na podstawie rzeczywistych wyników rządów, gdyby nie to, że nikt już nie opisuje rzeczywistości, ani dziennikarze, ani też socjolodzy czy politolodzy, wykładowcy na uniwersytetach. Zamiast tego dociera do nas jedynie kreacja rzeczywistości, a zatomizowane społeczeństwo nie bardzo wie już jak wygląda rzeczywistość poza własnym podwórkiem.

Moje refleksje nad kondycją demokracji nie są odkrywcze, wiemy to od dawna. Rozumiemy coraz bardziej, że narzędzia, które wobec nas stosują politycy, to rozgrzewanie emocji, dezinformacja rozsiewana przez agenturę wpływu i pożytecznych idiotów, zwykłe kłamstwo obliczone na niewiedzę.
Dręczą mnie jednak wciąż pytania:
Czy tak musi być? Czym to grozi? Czy jest jakakolwiek szansa, by uporządkować przynajmniej wiedzę o społecznej i politycznej rzeczywistości?

Każdy zapewne ma swoją odpowiedź. Podzielę się więc i ja swoją.

Uważam, że pod żadnym pozorem nie wolno nam zatracić kontaktu z rzeczywistością, nie wolno nam dać sobie wmówić, że NASI nami nigdy nie manipulują, zawsze mówią prawdę i mają rację, a ONI to złodzieje, zdrajcy, którzy nas nienawidzą. Świat nie jest czarno – biały i należy opisywać go takim, jak go widzimy, jak go rozumiemy. Umiejętność rozróżniania taktyki wyborczej czy dyplomacji od rzeczywistości może choć w małym stopniu ograniczyć traktowanie wyborców jak idiotów.
Ostanie wydarzenia pokazują jak łatwo manipulować naszymi emocjami. I niestety robią to również „NASI”.

Wulgarne hasła, rynsztokowy język, profanacja świętości to nie tylko brak wychowania, a świadome wprowadzanie języka Lewicy, nazwanego przez Orwella nowomową.
Marksistowskie - zmieniając słowa, zmieniamy rzeczywistość - dla inżynierów społecznych zachowań to narzędzie do stygmatyzowania wrogów. Wrogiem walki o „równość i wyzwolenie” jest przeszłość; tradycja, historia, rodzina, religia. „My” stoimy na przeszkodzie wprowadzania postępu.
Nie wolno nam godzić się z taką oceną, z bezkarnym niszczeniem naszej tożsamości dla świętego spokoju czy taktyki wyborczej.
Moje pokolenie pamięta młodzieńczy peerelowski szpan chodzenia do teatru czy w filharmonii w swetrze. Teatr Wielki stał się proletariacki. Architektura, meble, przedmioty, ubiór, zachowanie, język dziś emanuje brzydotą, do której już przywykliśmy.
Nie wolno nam też dać sobie wmówić, że państwo nie musi bronić ludzkiej wartości, jaką jest każde ludzkie życie, bo jest to sprawa sumienia. Nikt nie nakazuje dokonania zabicia dziecka poczętego czy uśpienia starca, który cierpi na demencję, państwo daje tylko prawo wyboru w imię wolności - tłumaczą nam zwolennicy wolności od odpowiedzialności.
Można oczywiście wyłączyć się, żyć w swojej rzeczywistości, nie narzucać innym swoich przekonań, jest tylko jeden problem. Kiedy przyjmiemy postawę - „moja chata z kraja” już nie tylko uciekniemy od wolności, ale pozwolimy, by prawo stanowione nas ubezwłasnowolniło. Była dyktatura proletariatu, teraz mamy dyktaturę poprawności politycznej czy zamieni się ona w dyktaturę prawa?

_______________________________________________

Ilustracja: http://www.politykaglobalna.pl/2009/02/dyktatura-sedziow/

Zapraszam do słuchania
audycja 1199 (czwartkowa)

wtorek, 10 listopada 2020

Ślepa wiara w sukces kompromisu

„Wiceprzewodniczący Trybunału Stanu zwrócił się do ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego o zbadanie czy protesty po orzeczeniu TK ws. aborcji inspirowane są z zagranicy – podaje Nasz Dziennik”, a zanim TVP info, onet, wp.

Sędzia Piotr Łukasz Andrzejewski w swoim wniosku zwraca uwagę na naruszanie przez protestujących prawa karnego, cywilnego i administracyjnego, narażanie kraju na szerzenie się epidemii.
Za szczególnie groźne uznaje podważanie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego jako uderzenia w fundamenty prawne państwa.

Jak podaje Nasz Dziennik, w piśmie swoim stwierdza, między innymi: charakter tych działań wskazuje na zaplanowane ich wcześniejsze przygotowanie organizacyjne, strukturalne o wymiarze terenowym i ogólnokrajowym, a zakres treści materiałów przygotowanych w tym celu oraz sprzętu wymagało struktur nie tylko w Polsce ale i zagranicą.

Tę informację powtórzyły media publiczne i niektóre portale, nie wzbudziła jednak większego zainteresowania w komentarzach na Twitterze. Prawdę powiedziawszy, nie dziwię się, bo nie trzeba wielkiej przenikliwości, by zauważyć reżyserię podobną do tej w innych krajach i kosztowne wydatki związane z realizacją protestów.

Zdziwienie budzi, że dopiero teraz taki wniosek sędziego TS pada. Można tylko mieć nadzieje, że i bez tego listu były i są prowadzone działania kontrwywiadowcze i rozpoznawani są prawdziwi mocodawcy protestów w Polsce i zagranicą.
Wszystkich nas zdumiewała bierność policji i negatywna reakcja ze strony Episkopatu, opozycji jak i przemilczenia rządu, na wezwanie wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego do obrony kościołów. Zapewnienie min. Mariusza Kamińskiego o zdecydowanych działaniach wobec protestujących nie potwierdziły się.

Ulice wielkich miast i małych miasteczek opanowała wulgarna wrzeszcząca dzicz spod znaku runa sig (Siegrune) przypominając najczarniejszy czas rozwścieczonych bojówek Hitlerjugend w III Rzeszy.
I ten właśnie znak wywołał we mnie skojarzenia z niemieckimi działaniami dywersyjnymi na Śląsku i w Gdańsku przed wybuchem II wojny światowej. Dywersanci przerzucali i organizowali magazyny broni, klamer do wykolejania pociągów, tzw. wybuchowych konserw „Pudliszek”, odbiorników radiowych, które miały przekazać rozkaz Hitlera o rozpoczęciu napadu na Polskę itp.
Władze polskie tropiły i aresztowały dywersantów, a niektórych przyłapanych później z bronią w ręku, rozstrzelano. I tu podnosił się wrzask na cały świat w prasie niemieckiej, jak to nieludzko Polska traktuje niemiecką mniejszość.
Niestety, nasi sojusznicy z naciskiem interweniują, by nie drażnić Niemców. Na rozkaz Becka wypuszcza się z więzień aresztowanych dywersantów. Z tysiąca pięciuset wolno było zatrzymać tylko pięćdziesięciu.

Kiedy nastąpiło w sierpniu odprężenie i ludzie wrócili do swoich zajęć wierząc, że nie wybuchnie wojna, piekło zaczęło się w Gdańsku. Melchior Wańkowicz w książce Wrzesień żagwiejący tak opisuje:
"Ulice Gdańska zaroiły się mundurami, ludność niemiecka została powołana pod broń. Ludność polska poddana terrorowi”, między innym, przez rozszalałe puszczone ze smyczy bojówki Hitlerjugend.
Tak, z takimi samymi znakami, jakie mają maseczki protestujących kobiet dziś w Polsce.
Dlaczego po przeczytaniu artykułu Scenariusz napisany zagranicą? skojarzył mi się on z przygotowywaniem pretekstu do napaści na Polskę we wrześniu 1939 r?
Wiem, że historia nie powtarza się dosłownie, ale mechanizmy działań w polityce są takie same i cel też. Podporządkowanie sobie krajów Środkowej Europy.
Każdy kto obserwuje to, co dzieje się w kraju i w Brukseli w Komisji Europejskiej za prezydencji niemieckiej nie może mieć wątpliwości, o co w tym wszystkim chodzi.

Hitler zakładał przejmowanie państw rozsadzając je wewnętrznie poprzez dywersję, chaos, poczucie zagrożenia i wysyłanie fałszywych obrazów sytuacji w świat. Niemcy byli ofiarami i bronili swoich obywateli, mieli według strategii Hitlera prawo do interwencji. Tak o zrozumienie prosił führer ambasadora Francji.
Żaden kraj, mający poczucie honoru, nie mógłby tolerować polskich prowokacji. Francja, będąc na miejscu Niemiec, już dawno wypowiedziałaby wojnę.

Dziś nie o napaść zbrojną na Polskę chodzi, a o podporządkowanie sobie jej nękaniem, oskarżaniem o łamanie wartości europejskich, obalenie polskich instytucji, w tym TK, wywoływanie chaosu, załamania gospodarki i zmęczenia Polaków.

Wiceprzewodniczący TS zwraca uwagę, że scenariusz jest taki sam jak przy protestach Black Liwes Matter, atakuje się świętości, tradycję i wartości.

Przed 71 laty Polska po interwencji sojuszników odwołała mobilizację, a kiedy ją powtórzyła, było za późno. Dziś ślepa wiara, że trzeba rozmawiać i negocjować, bo wszystko da się ustalić na zasadzie kompromisu, może nas drogo kosztować.
Nie łudźmy się, agentury mamy w Polsce w bród i to nie tylko z Niemiec. Celem protestów nie jest prawo do zabijania na życzenie. Ten cel zostanie osiągnięty, gdy uda się obalić legalnie wybrany rząd. Reszta samo już przyjdzie.
Zapraszam do słuchania
audycja 1197 (czwartkowa)

piątek, 20 marca 2020

Pytania graniczne

Pojawiają się w przestrzeni publicznej próby oceny sytuacji, w której znaleźliśmy się z powodu niewidzialnego koronawirusa. Najczęściej powtarzane:
- Nic już nie będzie takie jak dotąd.
Tych, którzy z takim przekonaniem już dziś definiują przyszłość, nie można nie zapytać:
- Jak zatem będzie, gdy pandemia się zakończy? Co zmieni się, a co powróci? Czego zmiany będą dotyczyć; polityki, ekonomii, kultury, w tym nauki, filozofii, etyki, religii? Co do życia społecznego powróci? I może jedno z ważniejszych, choć nie najważniejsze pytanie:
- Kto dziś układa nam odpowiedzi na nie?

Nie mam ambicji futurologa politycznego, więc nie będę na nie odpowiadać. Interesuje mnie bardziej, co dziś wkłada się nam w głowy, abyśmy łatwiej przełknęli odpowiedzi wcale nie nasze.

A jakie są te nasze, indywidualne, wynikające z wiedzy, obserwacji i własnego doświadczenia?
No właśnie, co wiemy tak naprawdę o sytuacji, która każe nam siedzieć w domu, powodując lęk o siebie i bliskich.

Mogę mówić tylko za siebie.

Mówią mi, że jestem w grupie ryzyka. Nagle dostrzegam, że nie tylko ja się martwię o swoją rodzinę, ale bliscy martwią się o mnie. Nie powiem, żeby było to przykre doświadczenie, wprost przeciwnie.
Z przerażeniem natomiast odbieram informacje o eugenicznych pomysłach walki z wirusem typu: zaniechania leczenia ludzi w hiszpańskich domach opieki społecznej czy czteromiesięcznej kwarantannie dla Brytyjczyków po siedemdziesiątce.
Jakże inaczej brzmią apele władz w Polsce o troskę i opiekę nad ludźmi starymi, chorymi i samotnymi. I nie ma dla mnie znaczenia czy jest to do końca możliwe. Ważne, że daje mi nadzieję.
Wiedza pozwala mi też w miarę rozsądnie rozpoznawać fake newsy i dezinformację. Znam słynne powiedzenie - na wojnie pierwsza umiera prawda - i staram się oddzielać plewy od ziarna. O tym, jak skutecznie to robię, dowiem się zapewne, gdy zaraza minie, jeśli oczywiście, jak wielu z nas, nie padnę łupem niewidzialnej drapieżnej kulki.
Padają mity o sytej, bogatej cywilizacji zachodniej. Dramat włoskich lekarzy, którzy nie są w stanie ratować wszystkich zarażonych koronawirusem powodującym zapalenie płuc. Sami też umierają.
Kiedy to piszę, padł kolejny mit. Umierają również młodzi ludzie, którzy uwierzyli, między innymi w Belgii, że wirusa można pokonać ibupromem. Nie ma już podziałów na ludzi starych i młodych, każdy z nas może śmiertelnie zachorować.

A co wynika z moich obserwacji?

Zdumienie. Zdumienie reakcjami na kwarantannę czy pozostawanie w domu.
Pamiętam doskonale, jak ciężko mi było przetrwać trzymiesięczny pobyt w szpitalu w stanie wojennym, braku odwiedzin rodziny, aresztowanego męża. Pamiętam, jak ciężko było nam pogodzić pracę z wychowaniem synów; gonitwa, bieda, kolejki, strach przed skutkami napromieniowania po przejściu chmury radioaktywnej z Czarnobyla. I może dlatego zupełnie nie rozumiem skarżących się ojców na brak miejsca odosobnienia przed rozbrykanymi potomkami.
Jeszcze niedawno wszelkie problemy wychowawcze tłumaczono brakiem czasu zapracowanych rodziców. Dziś, okazuje się, że to chyba nie do końca było tak, skoro potrzebny jest niektórym instruktaż, jak przetrwać ten trudny czas z rodziną.
Niektórzy zapewne sięgają po notatki z kursów coachingu, by stawiać sobie graniczne pytania, jak dalej żyć? Mam nadzieję, że odkryją, jak głupie i naiwne były te pytania, jakich idiotów korporacyjnych robili z nich trenerzy i jak bardzo nie przystają one do zaistniałej sytuacji.

Zawsze znajdujemy się w jakieś sytuacji i staramy się ją wykorzystać lub zmienić, walczyć z przeciwnościami. Jest jednak zasadnicza różnica między byciem w określonej sytuacji, a sytuacją graniczną.
Według Karla Jaspersa, który był twórcą tego pojęcia, sytuacja graniczna jest czymś, co dosięga człowieka, a on nie ma na nią wpływu, ale może mieć wpływ na sposób przeżywania jej.
Czy dziś mamy taką sytuację?
Ile w niej potwierdzenia, że nasze życie jest wartościowe, że dokonywaliśmy właściwych wyborów, a ile kontestacji, że nie wszystko miało sens? Ile świadomości, że nie wszystko zależy od nas, że musimy sobie odpowiedzieć, jak dalej chcemy żyć? Co wybieramy? Co dla nas jest naprawdę ważne i w kim, w czym pokładamy nadzieję, która nadaje naszemu życiu sens? Bez czego możemy się obejść, bo straciło swoją wartość, swój urok?
Bez odpowiedzi na te graniczne pytania stwierdzenie – nic już nie będzie takie jak dotąd – staje się pustym frazesem.

_______________________________________________

Ilustracja:To, za co byłbyś w stanie umrzeć...

Zapraszam do słuchania
audycja 1131 (niedzielna)

środa, 9 października 2019

Warto odzyskać słuch

Ostatnie popisy Lecha Wałęsy nie zasługują na poważne komentarze. Analizę jego psychiki, zdeprawowanej przez współpracę z SB, cwaniactwo, pazerność i zwyczajną głupotę, zostawiam psychoanalitykom. Chcę jednak zwrócić uwagę na pewne zjawisko, którym manipulują z powodzeniem spin doktorzy przy każdych wyborach. Jest nim głuchota elektoratów na merytoryczne argumenty i okopywanie się przy swoim.

Wiele osób uważa, że, gdybyśmy wiedzieli o Wałęsie to, co dziś wiemy, nikt by na niego nie zagłosował w wyborach prezydenckich.
Czyżby?
Pomijam tu fakt, że wybieraliśmy w II turze między Wałęsą a Tymińskim, ale nie znaczy to, że nikt nie wiedział, kim jest Wałęsa. Wiedzieli, nawet mówili głośno i wielu z nas, zwykłych wyborców, wiedziało.
Zaufanie do wodza z ludu było jednak silniejsze. Wszystko to, co o nim szeptano, rozpuszczano pocztą pantoflową, przypisywaliśmy komunistom i agenturze, która chciała nam go obrzydzić.
Udało się jednak nas podzielić na zwolenników Tadeusza Mazowieckiego i Lecha Wałęsę. I nie jest ważne, że wówczas frant franta był wart, choć tego wówczas nie dostrzegaliśmy, ale to, że pierwszy raz po stanie wojennym nastąpił w Solidarności tak głęboki rów nie do zakopania. To było jedno z najważniejszych zwycięstw Kiszczaka po magdalenkowej zdradzie.
SB już nie ma, PZPR przeszła mutacje w SLD i inne popłuczyny komuny, ale nie zaginęły metody działania.
Czy można wymyślić jeszcze większe absurdy niż program gospodarczy od wyborów do wyborów głoszony przez Janusza Korwina- Mikke? Stek wykluczających się haseł, z którymi żaden poważny ekonomista nie chce dyskutować.

Korwin poszedł jednak dalej, cynicznie prowokuje tekstami, które żaden polityk, nawet gdyby był święcie przekonany, że ma rację, nie wyjawiałby w obawie, że straci wyborców.
Zakłada stronę na rosyjskim propagandowym Sputniku, udziela też tam wywiadów. Mówi, że car Aleksander II był dla Polski dobrym królem i na jego cześć śpiewano pieśń, wywózki na Sybir nie były straszne, bo niewolnikom płacono za pracę.
Jego program polityczny to połączenie z Rosją, wystąpienie z NATO, UE, wypędzenie wojsk amerykańskich z Polski. Łaskawie dodaje, że rubla na razie nie będziemy musieli przyjmować.

Jest rubikon, za który nie można w Polsce wyjść nie tracąc twarzy, honoru i zwolenników. Taką granicą jest Rosja; ta dawna, z czasów zaborów i ta obecna.
A jednak cyniczny, spasiony, drań, śmieje się w nos. Mówi niemal wprost; ja wszystko mogę powiedzieć. Możecie mi naskoczyć, nazwać agentem, żaden z „konfederatów” mi nie podskoczy, bo to ja mam kasę. Chcecie subwencję, chcecie mieć pieniądze? To pokorniutko łykajcie moje bezczelne hasła, umieszczajcie na stronie „Sputnika” swoje twarze, wywiady, teksty, róbcie, co wam każę. Każdego, kto pokazuje wam, że głoszę bzdury ekonomiczne i program polityczny pisany w Moskwie, lżyjcie, wyzywajcie, nazywajcie durniami, nie podejmujcie politycznej, merytorycznej dyskusji. Bądźcie głusi na argumenty, a wygracie.
Zobaczcie! Umieszczam na listach wyborczych całą swoją rodzinę, głoszę program Targowicy, a i tak znajdą się chętni, by na mnie zagłosować. Polacy to durnie, skubać ich można do woli. Robię to przy każdych wyborach i z tego żyję.

Czy przypadkiem nie taką logiką kierował się Kiszczak posługując się Wałęsą?

Dla zwolenników Konfederacji nic nie znaczy, że Polakom żyje się lepiej, że odbudowywana jest poprzez inwestycje suwerenność kraju na wschodnich i zachodnich granicach, że odzyskaliśmy stocznie, uniezależniamy się od Rosji Przekopem Mierzei, że budujemy drogi z północy na południe, a nie tylko z zachodu na wschód, że odbudowujemy armię, tworzymy Wojskową Obronę Terytorialną. Dla nich to tylko pisowska propaganda.

Czy nie jest to ta sama głuchota, na którą zachorowaliśmy przy wyborze Wałęsy „Bolka” na prezydenta Polski i pozwoliliśmy, z malutkimi przerwami, rządzić postkomunie przez 30 lat? I czy nie te same służby, tym razem działające nielegalnie, prowadzą z Polakami grę wyborczą według utrwalonego schematu? Choroba korwinizmu to margines, choć mocno denerwuje i oburza. Trochę jednak wstyd, gdy młodzi ludzie ulegają cynicznej propagandzie pajaca z siekaczami pod muszką.
Odpowiedź na pytanie, dlaczego kolejną partię, uformowaną jedynie na potrzeby wyborów, tak właśnie prowadzi wódz, by nie wygrać wyborów, pozostawiam kontrwywiadowi i służbom specjalnym. Nie mnie to rozstrzygać.
Odpowiedzi wymaga też i inne pytanie czy chodzi tylko o dezinformację, zamęt czy również liczenie przez GRU, gdzie szukać potencjalnych współpracowników?

Warto odzyskać słuch, by nie dać się zatrudnić wrogom Polski.

Zapraszam do słuchania

_______________________________________________

Ilustracja:https://fabrykamemow.pl/memy/81916

Zapraszam do słuchania
audycja 1086 (czwartkowa)

czwartek, 18 lipca 2019

Pamiętamy o skutkach, zapominamy o przyczynach

Kresowiakom uciekającym przed banderowcami z Wołynia, Podola i Małopolski Wschodniej do głowy chyba nigdy nie przyszło, że na stare lata będą słuchać o rzezi ich rodzin jako o „historii kontrowersyjnej” i będą tacy, również w Polsce, a nie tylko na Ukrainie, którzy zechcą im wmawiać, że Stefan Bandera nie miał nic wspólnego z rzezią na Wołyniu.

„Kontrowersja” to takie ulubione słowo polityczne i publicystyczne, by nie nazwać faktów po imieniu.
O ile politycy są zmuszani strategią działania do wypowiedzi bardziej zrównoważonych, o tyle samocenzura dziennikarzy i publicystów (nie śmiem posądzać o brak wiedzy) jest niewybaczalna.

Tak jest, między innymi, w przypadku rocznic ludobójstwa popełnionego przez OUN i UPA. Wieńce, kwiaty, okolicznościowe mowy, artykuły rozmowy w mediach, wywiady, wspomnienia, poruszające filmy i co? I nic. I nadal większość przekazywanych obrazów czy informacji dotyczy tylko ofiar, a nie wiedzy historycznej o OUN i UPA. Nadal ktoś, kto nie zgłębia tematu, nie wie, jak możliwa była taka zbrodnia, okrucieństwo, przy którym strzał z pistoletu wydawał się łaską. Nadal nie wie, kim byli mordercy.
Fakt ten skrzętnie wykorzystuje Rosja do szczucia na Ukraińców. Dlatego też trudno dziś o merytoryczną dyskusję o historii ludobójstwa na okupowanych przez Niemców Kresach II Rzeczypospolitej.

Zakłamanie i ideologiczne wypieranie faktów ma jednak swoje granice. Mogę zrozumieć nawet przyczyny odradzającego się nacjonalizmu odwołującego się do Stefana Bandery na Ukrainie Zachodniej, ale nie pojmę w żaden sposób prób wybielania odpowiedzialności tego zbrodniarza za ludobójstwo na ludności polskiej.
Pokolenie pamiętające tę straszną tragedię odchodzi, a my wciąż zatrzymujemy się tylko na ofiarach, a nie na całej historii tragicznego roku 1943.
Kolejne lata miną, kolejne kwiaty zostaną rzucone, przemówienia wygłoszone, a rodziny ofiar będą pomagać, by Ukraińcy w Polsce dobrze się czuli, bo przecież to już historia i trzeba wybaczyć.
Historia wybaczenia i pojednania z Niemcami właśnie przechodzi bolesną weryfikację i pokazuje, że nie można budować pojednania na kłamstwie czy politycznej poprawności. Warto wyciągnąć wnioski.

Ale nie chodzi tu wcale tylko o pamięć, a o zasadnicze pytania, na które władze ukraińskie powinny nam odpowiedzieć, by historia się nie powtórzyła w kolejnej odmianie. Adam Podhajecki w swojej książce Pod skrzydłami III Rzeszy wymienia powstałe na Ukrainie organizacje, które od lat 90. odwołują się do nacjonalistycznej doktryny.
Należą do nich: OUN Melnika oraz OUN Bandery pod nazwą „Kongres Ukraińskich Nacjonalistów” (KUN).
Nie licząc ich, na Ukrainie dzisiaj, według politologów z Moskwy, otwarcie działają radykalne transformacje rewolucyjnej OUN – „Ukraińska Republikańska Partia, OUN-UNSCO, „Ukraińska Konserwatywna Republikańska Partia” „Ukraińska Narodowa Asambleja (UNA), i jawnie faszystowska „Państwowa Niepodległość Ukrainy”(Dierżawna Samostijnis Ukrainy /DSU) oraz radykalna partia „Swobody” – pisze autor (str. 30)

Nie wiem, czy wiedza politologów Moskiewskich jest wiarygodna, czy wsadzanie ich wszystkich do jednego worka nacjonalizmu ukraińskiego jest zasadne, ale mamy prawo pytać i żądać odpowiedzi na pytanie:
Czy organizacje ukraińskie, które odwołują się do dziedzictwa OUN i UPA mają w swoim programie lub w działaniu i głoszonych hasłach odwołania do ideologii nacjonalizmu integralnego Doncowa?
Dla każdego, kto choć powierzchownie poznał tezy integralnego nacjonalizmu Dymytra Doncowa i jego program nie ma wątpliwości, że był to nazista.
Naczelne hasło zawarte w książce „Nacjonalizm” to:
„Naród (nacja) ponad wszystko”.
A to oznaczało według jego teorii: ponad Bogiem, ponad wszelkimi zasadami moralnymi. W imię tego hasła należało unicestwić inne nacje zamieszkujące Ukrainę i tych Ukraińców, którzy sprzeniewierzyli się walce o czystość rasową, zdradzili swój naród i nie podporządkowali się nowym przywódcom.
To na takich fundamentach Stefan Bandera budował program OUN i rozkazy dla UPA.
Sam fakt, że przy okazji kolejnych rocznic banderowskich zbrodni pomija się tę ideologię śmierci, powinien nas niepokoić i powinniśmy pytać, co z ideologii Doncowa jest na Ukrainie nadal aktualne, skoro politykom ukraińskim banderyzm nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, próbują z Bandery czynić bohatera.
Próba wybielania udziału w mordach rewolucyjnej frakcji OUN oraz UPA Stefana Bandery jest nadużyciem. Spór na ten temat jest usprawiedliwianiem pomników Bandery i próbą wymazywania z pamięci historycznej jego współpracy jako agenta z niemieckim okupantem.

To do nas, do polskich historyków, autorów podręczników do historii, nauczycieli w szkołach i na uczelniach należy podawanie faktów, a nie bawienie się w półprawdy, przemilczenia umacniające przekonanie mieszkających w Polsce Ukraińców, że rzeź na Wołyniu to była wojna domowa, a Polacy tam mieszkający byli okupantami.
Politycy im tego nie powiedzą, bo stracą wyborców, niełatwo bowiem przyjmuje się prawdę, ale ktoś to musi głośno mówić, przedstawiać fakty, opisywać nie tylko mordy, poruszać serca męczeńskimi obrazami bestialstwa rzeźników spod znaku Tryzuba, ale również ideologię, która do tego doprowadziła.

Czas przestać nadgorliwie używać terminu „kontrowersja” i zamiast tego pisać prawdę. Czas, by o tę prawdę pytać nie tylko Siemaszków ( przy całym chwalebnym dorobku ich pracy dokumentującej zbrodnie) ale sięgać do źródeł, do autorów dziwnie w Polsce przemilczanych, jak choćby do Wiktora Poliszczuka, którego książek nie zoczysz na półkach księgarskich. Dziś wygląda to tak, jakbyśmy odfajkowywali kolejne rocznice i zbywali je pod pomnikami. Na uroczystościach coraz mniej uczestników i żadna lekcja historii dla młodego pokolenia nie wynika. Mówimy o skutkach, ale nie chcemy pamiętać o przyczynach w imię polityki międzynarodowej. A za błędy się płaci.

Ps.

Prezydent Andrzej Duda po spotkaniu z prezydent Słowacji Zuzanną Czaputową powiedział:
Obydwoje mamy przekonanie, że trzeba wspierać Ukrainę zarówno w jej dążeniu do stabilności, do tego, aby zachować pełną suwerenność, pełną niepodległość, a więc do zakończenia także okupacji Donbasu, Ługańska i Krymu, ale przede wszystkim także, żeby były realizowane działania reformatorskie, działania proeuropejskie Ukrainy. To jest bardzo ważne, żeby Ukraina zbliżała się pod każdym względem do państw UE i wspólnoty euroatlantyckiej.

Tak sobie myślę, że czas też wreszcie otwarcie zapytać władze ukraińskie wprost:
Czy na pewno tego chcą skoro zachowują się wobec władz polskich i wszelkich prób przyjaznej współpracy wrogo?

Zapraszam do słuchania

_______________________________________________

Ilustracja: Ideologia ukraińskiego nacjonalizmu

Zapraszam do słuchania
audycja 1062 (czwartkowa)