środa, 22 lipca 2015

Kiedy tak schamieliśmy?

Nie, nie chcę nikomu psuć humoru, ani smaku popcornu czy piwa. Nie chcę też, by ktoś poczuł się urażony, że nazywam go chamem, bo pije na koncercie piwo, ale sami oceńcie, mam rację czy czepiam się?
O co chodzi? A no, po pierwsze, o zamianę sali kinowej na smażalnię popcornu, a po drugie, koncertu - na pijalnię piwa.

Od kilku lat nie chodzę do kina, bo nie wytrzymuję smrodu, jaki unosi się w sali kinowej, rozgrzanej wielbicielami wielgaśnych tutek kukurydzy smażonej na tłuszczu wielokrotnego użytku. A raczej nie wytrzymuje go moja wątroba i poczucie estetyki.
Nie wiem czy nie jestem zbyt staroświecka, ale dobry film wciąż uważam za sztukę i z tego też powodu nie oglądam go ani w tv, gdy tną go bezlitośnie reklamami, ani w kinie w oparach popcornu.
Buntuję się przeciwko traktowaniu sztuki jako ilustracji do reklam, buntuję się przeciwko traktowaniu mnie jako prymitywa, któremu iluzję filmowej narracji można przykryć maścią na obolałe nogi. Takim już jestem dziwolągiem i chyba się nie zmienię.

Nie mogę jednak w żaden sposób zrozumieć, dlaczego ktoś idzie do kina tylko po to, by nażreć się, popić Mirindą czy Coca-Colą nadpalony tłuszcz i czknąć wywalając nogi na oparcie sąsiedniego krzesła. Przecież to wszystko można mieć za darmo w domu!

Pamiętam z dzieciństwa, kiedy naśmiewano się z pegeerowskich wycieczek do stolicy, których uczestnicy na operowych przedstawieniach spali, albo rozwijali długo i namiętnie cukierki czekoladowe w szeleszczących papierkach czy też pluli słonecznikiem, klaskając nie w tym miejscu, gdzie trzeba. Krążyły nawet na ten temat przaśne dowcipy, pełniące przy okazji rolę podręcznika savoir vivre.
Dziś nie ma pegeerów i nie ma też przedstawień operowych czy teatralnych dla proletariatu. Proletariatu też coraz mniej, bo i przemysłu jak na lekarstwo, ale braku ogłady towarzyskiej nie da się tak łatwo wyeliminować. I tak narodził się nam nowy obyczaj tym razem kinowy; żremy popcorn tam, gdzie kiedyś szeleściły jedynie papierki cukierków.

A czemu czepiam się piwa żłopanego na koncertach? Zaraz wyjaśnię.

Moje pokolenie mogło bezkarnie słuchać jedynie „Mazowsza” czy „Śląska”. Muzykę poważną skutecznie obrzydzali nam w wielu rodzinnych domach albo sąsiedzi, albo domownicy krzycząc na zbyt głośno nastawione radio czy patefon; zamknij ten jazgot, głowa puchnie od tego rzępolenia!
A jednak czasem udawało się posłuchać jazzowych standardów, uczestniczyć w niezapomnianym koncercie pianisty czy cyklicznej popołudniówce muzyki symfonicznej. Tak, tak były kiedyś takie, np. dla studentów, uczniów. Wstęp był groszowy, a szpanem było zaliczać się do elity, której słoma z butów nie wychodziła, choćby koncert był przeraźliwie nudny, a instrumenty niedostrojone.
Do dziś przechowuję programy oper, operetek czy przedstawień teatralnych z czasów studenckich. Przybieram się, by je upamiętnić w blogu, bo mogą dziś niektórych „konsumentów kultury III RP” przyprawić o zawrót głowy.

Koncerty jazzowe to inna para kaloszy.

Muzyka ta była ostro atakowana przez komunistyczną krytykę jako przejaw zgniłego imperialistycznego Zachodu.
Bikiniarskie spodnie, kolorowe skarpetki lub nagie stopy w rozczłapanych mesztach, za duża marynarka i kapelusz, to były atrybuty wolności na miarę PRL ostro tępione przez władzę.
Historię, jak stopniowo do Polski przenikał jazz i najlepsze światowej sławy zespoły, można odnaleźć dziś w Internecie i we wspomnieniach muzyków.
Atmosferę wśród artystycznej bohemy PRL można też odnaleźć w twórczości znanego popularyzatora jazzu - Leopolda Tyrmanda.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Z tego samego powodu, dla którego napisałam o przyczynach mojego bojkotu sal kinowych.

Przed kilkunastoma dniami miałam okazję posłuchać mistrza trąbki jazzowej, grającego przed laty z Michałem Urbaniakiem, Andrzejem Trzaskowskim, kwintetem Komedy, Adamem Makowiczem, by wspomnieć tylko kropelkę w morzu najsławniejszych dżezmenów, po całej Europie i Ameryce.
Frajdę sprawił syn, kupując rodzicom bilet na koncert kwartetu Tomasza Stańko w Olsztynie.
Trochę nas zaskoczyło miejsce tego koncertu; amfiteatr w podzamczu. Nasz zachwyt dla niego, nie tylko jako muzyka ale i kompozytora, podpowiadał raczej salę koncertową Olsztyńskiej Filharmonii.
Nic to, pomyśleliśmy, lato, krążąca w powietrzu atmosfera minionych „Nocy bluesowych”, zapewnienie większej liczbie słuchaczy artystycznych przeżyć za stosunkowo małą cenę, zapewne kierowała tym pomysłem.
Jakież było nasze zdziwienie, gdy zapowiadając występ, pani nawet nie pokazała się na scenie. Ukryta gdzieś tam, umiała wydusić z siebie jedynie nazwisko głównego bohatera wieczoru dodając zdawkowe - „światowej sławy muzyk”. Muzycy kwartetu nie dostąpili już tego zaszczytu.
Bez wstępu potoczyły się znane melomanom standardy i improwizacje na instrumenty. Złota trąbka „polskiego bikiniarza” brzmiała tak, że można było zapomnieć o niewygodnych ławkach i przeciskających się co parę minut do ubikacji sąsiadach.

I tu kończę moje rozmyślania przy zmywaku wyjaśniając sedno ich złośliwego tytułu. Dlaczego tak schamieliśmy? Dlaczego koncert Stańko został przez organizatorów tak niechlujnie odwalony, dlaczego jazzman nie doczekał się nawet małego kwiatuszka, wszak dzień wcześniej obchodził swoje 73 urodziny. Dlaczego w trakcie koncertu nieustannie krążyła panienka z tacką pełną plastikowych szklanek piwa? Napoju tak moczopędnego, że trudno było nie biegać do wychodka, choćby w tym czasie ze sceny wybrzmiewała właśnie słynna „Kołysanka” Komedy z filmu „Dziecko Rosemary”…

Po koncercie pojawiły się entuzjastyczne recenzje: Ikona polskiego i światowego jazzu, Tomasz Stańko, wystąpił na deskach olsztyńskiego amfiteatru. Występ giganta świata jazzowego obejrzał tłum olsztynian w różnym wieku – śmiało można więc powiedzieć, że muzyka Stańko łączy pokolenia.

A ja zachwycona mistrzem, wdzięczna, że mogłam posłuchać na żywo muzyki, za którą przepadam, psuję sobie nastrój pytaniem o coś, czego nijak nie pojmę.

Powiedzcie mi, kochani, kiedy tak schamieliśmy, że staliśmy się dodatkiem do popcornu i do piwa? Czy jest na to jakaś rada?

źródło: Rozmyślania przy zmywaku;)

__________________________________________________________

zdjęcie: Tomasz Stańko Kwartet wystąpił w amfiteatrze

Zapraszam do słuchania

audycja 651 (czwartkowa)

czwartek, 16 lipca 2015

Wybór mebli należy do właściciela domu

Jesteśmy narodem chrześcijańskim, w przeważającej mierze katolikami. Doświadczenie krzyża łączyło nas w walce o niepodległą Polskę. Z naszego domu wyszedł największy z rodaków św. Jan Paweł II. To dziedzictwo sprawia, że w wielu krajach postrzegani jesteśmy jako społeczeństwo wierne Bożym przykazaniom. A my w kraju już zaczynamy rozumieć, że nie zawsze tacy jesteśmy. Ulegamy propagandzie, presji, przyglądamy się, jak łamana jest polska tradycja, kultura, jak wprowadzane jest prawo mające za nic polską konstytucję. Pozwalamy by inni meblowali nasz dom według swojego gustu. Co gorsze, dajemy się prowokować do zachowań niegodnych katolika i Polaka, kupujemy kolejny recital nowomowy o tolerancji wymagającej rezygnacji z własnej tożsamości i własnego bezpieczeństwa.
Przez lata robiono nam gębę antysemitów, by wymusić odszkodowania, choć nie jesteśmy odpowiedzialni za niemieckie zbrodnie i komunistyczne czystki partyjne władzy narzuconej nam przez sowieckiego okupanta.
Teraz rozpoczął się kolejny szał propagandowy.
O zgrozo! nie chcemy przyjmować uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu, choć grozi im zagłada.
Jesteśmy społeczeństwem ksenofobicznym - zawsze byliśmy zdystansowani nie tylko wobec osób z odległych krajów i innych kultur, ale też obcokrajowców w Polsce - Romów, Litwinów, Białorusinów czy Ukraińców - twierdzi psycholog społeczny prof. Janusz Czapiński i dodaje - spojrzenie na obcokrajowców zmienia się dopiero, gdy ich obecność w Polsce można przekuć na konkretny zysk, typu zatrudnienie na czarno Ukrainki do sprzątania.
Nie wiem, na jakiej podstawie psycholog społeczny może wyciągać takie wnioski, bo przeprowadzone badania nie upoważniają do nich.
Po pierwsze, nie jest to prawda, wręcz odwrotnie, byliśmy przez wieki krajem przyjmującym obcych, którzy u nas znajdowali schronienie i stawali się Polakami z wyboru wnosząc w polską kulturę swoją wiedzę i umiejętności.
Nie wycinaliśmy w pień wierzących głosząc jednocześnie hasło - Liberté, égalité, solidarité!
Nie wypędzaliśmy edyktem z Polski Żydów.
Konflikty narodowościowe były, ale to dla Polaków głównie kończyły się masowymi grobami.
Tylko ignorant i człowiek złej woli taką opinię jak psycholog prof. Czapiński może głosić.
Dziś to mniejszości, jak choćby niemiecka, próbują nam, Polakom meblować państwo.
Po drugie, obowiązkiem naukowca jest porównanie, jak ma się to do reakcji na inne narody w państwach Europy.
Nie słyszałam o pobiciu w Polsce jakiegokolwiek obcokrajowca tylko za to, że jest innej narodowości czy innej kultury. Mówienie o Ukrainkach służących Polakom jest cynicznym szczuciem, odgrzewaniem kompleksów narodowościowych II RP.
Zapytam szanownego profesora psychologa. A gdzie pracują Polki w Niemczech, komu zmieniają pieluchy i podcierają tyłki? A jednak nie mamy tam statusu mniejszości narodowej, a dzieci z rodzin mieszanych są germanizowane.
W Polsce mniejszość niemiecka ma wszystkie prawa, to samo jest z Ukraińcami Cyganami czy Litwinami.
A już mówienie o ksenofobii w przypadku przyjmowania emigrantów z krajów muzułmańskich zakrawa na kiepski czarny humor.
Jeśli profesor nie odróżnia uzasadnionego lęku od ksenofobii, to znaczy, że powinien swój tytuł profesorski powiesić na kołku. Jeśli tego lęku nie rozumie psycholog społeczny, to biedna jest polska nauka.
Jak można się nie bać przybyszów z krajów muzułmańskich, kiedy od lat docierają do nas informacje i obrazy okrucieństwa wojen wywoływanych przez ekstremistyczne i terrorystyczne organizacje muzułmańskie. Mapa zagrożeń atakami terrorystycznymi w Europie wyraźnie wskazuje, że zagrożenie to jest wprost proporcjonalne do liczby społeczności muzułmańskich w danym kraju.
Przecież nie o lęk wobec samej religii islamskiej tu chodzi, choć jej odłamy głoszą śmierć bezbożnym i nie jest to wymysł ksenofobów a fakt. Od wieków jednak żyją wśród nas muzułmanie i nie czujemy przed nimi strachu. Swoje miejsce w ojczyźnie okupili nie tylko pracą ale również walką w jej obronie. Są pełnoprawnymi obywatelami Rzeczpospolitej i nikt, poza lewackimi ekologami, nie dyktuje im, jak mają żyć i jaką tradycję zachować.
Polacy nie żyją już za żelazną kurtyną komunistycznego baraku, wiedzą, co się dzieje we Francji czy Wielkiej Brytanii.
W przyjmowaniu, między innymi, przez nas uchodźców, których nie chcą czy nie mogą przejąć kraje południowej Europy kryje się wiele pytań, wśród nich najważniejsze o nasze bezpieczeństwo.
Niczego Polakom nie wyjaśniono, o niczym nie poinformowano, np. jak będzie wyglądał status uchodźców, gdzie będą mieszkać, co z pracą, na jak długo przyjmujemy ich?
Najbardziej irytuje fakt, że władza wszystkich, którzy zadają te niewygodne pytania, obrzuca epitetami ksenofobów, nacjonalistów i niewdzięczników za pomocą pismaków i dyżurnych autorytetów. Kolejna doskonała okazja do podziałów społecznych w gorącym okresie wyborczym.
Nie trzeba Polakom przypominać, że od 1831 r. tj. od klęski powstania listopadowego po rok 1981 jesteśmy narodem emigracyjnym z powodów politycznych, a do dziś narodem emigrantów zarobkowych.
Nie jesteśmy niewdzięcznikami i pamiętamy, że gdy wybuchła rewolucja bolszewicka i zapanował chaos, tysiące polskich sierot na Dalekim Wschodzie przed śmiercią głodową uratował japoński rząd przyjmując ich do siebie mimo różnic kulturowych.
Pamiętamy też, że muzułmański Iran przyjął ponad 120 tys. Polaków ewakuowanych z Syberii. Byli to żołnierze, kobiety i dzieci, sieroty i półsieroty. Polscy wychodźcy zostali rozlokowani w irańskich miastach, gdzie spotkali się z serdecznym i niezwykle gościnnym przyjęciem miejscowych władz i ludności.
Nie ma na kuli ziemskiej miejsca, kraju, gdzie by nie można było spotkać rodaków.
Bywa, niestety i tak, że Polak Polakowi na emigracji wilkiem, nie jesteśmy bowiem narodem aniołów.
Nie jest to jednak przywara tylko polskich emigrantów, choć stereotypy każą nam wierzyć, że inne nacje są solidarne, pomagają sobie i trzymają się razem. Najsilniejszy mit to solidarność społeczności żydowskich, co jest oczywistą bzdurą, z którą już dawno rozprawiła się Hannach Arendt w „Korzeniach totalitaryzmu”.
Wyjątkowo obrzydliwe jest jednak służalcze poniżanie Polaków przez niektórych dziennikarzy w Polsce. Posługują się przy tym językiem pogardy, kłamstwem i manipulacją faktami.
Kiedy trwała akcja zbierania podpisów pod petycją przyjęcia chrześcijan z Syrii, byliśmy posądzani o wybiórcze traktowanie miłosierdzia wobec bliźnich. Krytykowano rząd, który zgadzając się na ich przyjęcie, musi wydać, co prawda nie pieniądze, bo te gwarantuje Fundacja Estery, ale wizy chrześcijańskim uchodźcom.
Kiedy przed kilkoma dniami przybyły do nas pierwsze rodziny Koptów media mainstreamowe celowo przemilczały fakt, że są to rodziny chrześcijańskie i bynajmniej nie z liczby 2000 tych, których zobowiązała się przyjąć Ewa Kopacz w imieniu polskiego państwa. Tylko w portalach katolickich mogliśmy jasno wyczytać, że uchodźcy ci sami sobie opłacili podróż wyczarterowanym samolotem.
Z powodu tej manipulacji w Internecie pojawiły się liczne głosy oburzenia i protesty przeciwko sprowadzaniu islamistów do Polski. Atmosferę dodatkowo podgrzano informacją, że w Warszawie powstał drugi już meczet dla muzułmanów. Dyżurny propagandzista Żakowski nie omieszkał oskarżyć „słoiki” o podrzucenie świńskich łbów do meczetu.
Skala nienawiści do wszystkiego co polskie u tego pismaka przechodzi wszelkie granice. Piana pogardy cieknie z każdej jego wypowiedzi i nie jest w tym odosobniony.
Siła, z jaką atakuje się i prowokuje Polaków broniących własnej kultury i tożsamości przybiera cechy gwałtu psychologicznego. Trudno bowiem nieustannie tłumaczyć, że nie jest się wielbłądem. Normalny człowiek, w tym chrześcijanin, wie, że jego obowiązkiem jest udzielenie schronienia uciekającym przed zagładą bez względu na narodowość i wyznanie. Tu nie może być dyskusji, bo każdy z nas może się znaleźć w takiej sytuacji. Rzecz w tym, że na takiej postawie żerują politycy i to cynicznie wykorzystując ją do walki właśnie z religią.
Do narzucania nam ulicznych homo-orgii i tęczowego symbolu na Placu Zbawiciela w Warszawie doszła teraz nagonka na Polaków, którzy słusznie boją się, że w ślad za uchodźcami z krajów muzułmańskich przybędą do nas bojówkarze.
Nie bada się przyczyn niechęci Polaków do muzułmańskich uchodźców, nie dyskutuje się z Polakami, nie wyjaśnia niczego, po prostu obrzuca się inwektywami manipulując faktami.
Ciekawe, że znowu tolerancji i gościnności uczą nas ci sami, którzy wmawiają Polakom antysemityzm zniekształcając przez lata obraz historii Polski do tego stopnia, że, jak pisze prof. Andrzej Nowak, z badań socjologicznych wynika, iż
pewien procent społeczeństwa /.../ zwłaszcza w najmłodszym pokoleniu, wychowanym właśnie w III RP, jest zdania, że w Katyniu też główną ofiarą byli Żydzi – i to, że zabijali ich tam Polacy.
Niech mi ktoś znajdzie państwo, poza krajami totalitarnymi, w którym władza, opłacana przez obywateli jest tak wrogo nastawiona do własnego narodu i służąca obcym interesom.
Niech ktoś znajdzie choć jedną gazetę w Niemczech, która z taką pasją niszczy wszystko, co niemieckie, tak jak to robią dziennikarze polskojęzycznych gazet z polskością.
Trzeba być wyjątkowym szubrawcem, żeby atakować rodaków za to, że bronią własnego domu przed multikulturą wiedząc, co stało się ze społeczeństwami Zachodu, wiedząc też lepiej niż szarzy obywatele, że polityka multikulturowa jest jedynym skutecznym sposobem na poradzenie sobie z krnąbrnymi Polakami.
To tak jakby walczyć dyrektywą unijną o to, jak mają być umeblowane wszystkie domy w naszym kraju; jakie mają tam być telewizory, komputery, jak ma wyglądać sypialnia, kuchnia i jakie mają stać książki na półkach. Wszystkiego po trochu, w ramach poprawności politycznej i hamak, i tapczan, i palenisko na wook, i mikrofalówka. Na jednej ścianie Che Guevara, na drugiej Mahomet, a krzyż najlepiej pod łóżkiem, bo może ateista się obrazić.
Tym właśnie jest multikulturowość, która dodatkowo grozi w czasie kryzysu budzeniem się demonów skrajnego nacjonalizmu i atakiem na Bogu ducha winnych obcokrajowców, jak to miało miejsce ostatnio w Irlandii wobec polskiego nastolatka.
To o to chodzi wszystkim Lisom, Żakowskim, Paradowskim i Olejnikom; zetrzeć wszystko, co jest polskie, zniszczyć, wdeptać w ziemię poprzez edukację, kulturę i publicystykę. Pasja, z jaką to robią przy każdej okazji każe pytać, kim są ci ludzie, komu służą i jakie pieniądze za to biorą. To, jakich mieli rodziców i dzięki komu mają pracę w mediach, już wiemy dzięki książce Resortowe dzieci, ale to wszystkiego nie wyjaśnia.
Naprawdę czas najwyższy zrobić z tym porządek. Jesteśmy we własnym domu i mamy prawo go meblować jak sobie życzymy i żaden pismak nie będzie nam dyktował, ani nas wyzwał i poniżał.
Nie dajmy się jednak podpuszczać do aktów przemocy. Dyskutujmy merytorycznie, nie stosujmy demagogii w stylu pajaca pod muszką. Przyjęcie uchodźców wymaga logistycznych i prawnych rozwiązań. Społeczeństwo powinno wiedzieć, jakie rozwiązania przygotowuje władza, jakie z tego czekają nas niebezpieczeństwa, jak władza zamierza przed nimi nas bronić.
Te trzy świńskie ryje w meczecie są sygnałem, że komuś bardzo zależy na pogromach. To wygodne, nie trzeba wtedy analizować przyczyn masowej emigracji z Afryki, nie trzeba odpowiadać na kłopotliwe pytania Co dalej? Czy całą Afrykę przeniesiemy do Europy? Czy masowa islamizacja państw europejskich to bezradność rządów czy też świadoma polityka?
Pytań jest więcej i bynajmniej nie wynikają one z ksenofobii, a z sytuacji międzynarodowej, która narzuca poszczególnym państwom politykę niszczącą ich bezpieczeństwo.
Mamy prawo domagać się od polskiego rządu obrony polskich interesów i nie jest to chory nacjonalizm.
Mamy prawo domagać się, by w pierwszej kolejności, wreszcie umożliwiono Polakom żyjącym w postsowieckich republikach powrotu do Ojczyzny, bo to nie oni wyemigrowali, ale ojczyzny pozbawił ich wróg.
Mamy wreszcie prawo domagać się od polskiego rządu obrony interesów Polaków mieszkających na Litwie, w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii, bo takie jest prawo Unii Europejskiej funkcjonującej również dzięki pracy i pieniądzom polskiego podatnika.
Jeśli rząd tego nie robi, to znaczy, że nie jest polskim rządem i czas pokazać mu czerwoną kartkę, zamiast kupować lewacką propagandę i skakać sobie w dyskusjach do oczu ku uciesze piarowskich spin doktorów.
To nasza ojczyzna i pora umeblować ją po swojemu, ale nie pod dyktando różnej maści ideologów, którzy o niczym innym nie marzą jak tylko o tym, by na naszych lękach załapać się do władzy i przez kolejne lata układać w Parlamencie z nudów pasjanse.
źródło: Rozmyślania przy zmywaku;)

__________________________________________________________

Brytyjskie MSZ - Hiszpania, Francja, Wielka Brytania zagrożone terroryzmem

cytat: Andrzej Nowak, Uległość czy niepodległość, Doświadczenie krzyża, str. 184

Zapraszam do słuchania

audycja 649 (czwartkowa)

czwartek, 9 lipca 2015

Ciuciubabka tym razem nie przejdzie

A już wydawało się, że o pozorowanym sprzeciwie PiS (oddanie ustawy do TK) wobec skandalicznego podwyższenia wieku emerytalnego na żądanie lobbystów firm ubezpieczeniowych , Polacy zapomnieli. Tymczasem jeszcze kilka takich pięknych „kojących” deklaracji i PiS ma zapewnioną kolejną kadencję w ławach opozycji.

Słucham, czytam i uszy myję, oczy przecieram, bo nie wiem czy ktoś Pani Beacie Szydło jakiego zioła nie dosypał:

Kandydatka PiS na premiera podtrzymała obietnicę obniżenia wieku emerytalnego. Nie wykluczyła jednak, że w sprawie systemu emerytalnego może zostać przeprowadzone referendum. "Trzeba uruchomić dużą dyskusję ekspertów, możliwe, że decyzja o modelu emerytalnym powinna być podjęta przez Polaków w referendum" - stwierdziła Szydło.

Już w czasie konwencji uderzyła mnie rozbieżność między wyborczymi hasłami a szczegółami dotyczącymi realizacji najważniejszej deklaracji - obniżenia wieku emerytalnego - sądziłam jednak, że się przesłyszałam.

Wynik wyborów prezydenckich jest dowodem, że Polacy uwierzyli Andrzejowi Dudzie. Tym kredytem zaufania są w stanie obdarzyć również PiS. Pod jednym wszakże warunkiem; nikt już z nimi nie będzie grał w ciuciubakę i weźmie odpowiedzialność za składane obietnice nie kryjąc się za bzdurnym referendum.

Stoczyłam z miejscowymi lemingami bojowe dyskusje, zapewniając, że program tej partii to nie są czcze obietnice, a pierwszym projektem będzie nowelizacja ustawy emerytalnej i powrót do poprzedniego wieku emerytalnego. Zostałam przez nich wyśmiana, a dziś mam już wątpliwości czy przypadkiem nie są oni lepiej poinformowani ode mnie.
Zapytam więc wprost, by rozwiać wszelkie wątpliwości i wyzbyć się podejrzliwości. Czy taki scenariusz przewiduje sztab ekspertów Beaty Szydło?

1.Andrzej Duda po zaprzysiężeniu kieruje do Sejmu jeszcze tej kadencji projekt, który zapowiadał w kampanii wyborczej i o którym nieustannie przypomina kandydatka na premiera.
Jasne jak słońce, że zagrywka mistrzowska. Nie trzeba jednak fusów, by wywróżyć jej los. W najlepszym wypadku komisje sejmowe nie zdążą z opiniowaniem projektu do wyborów, a PO będzie opowiadać, jak bardzo chce, ale nie może.

2. PiS wygrywa wybory; wyborcy i związki zawodowe upominają się o realizację przyrzeczenia. PiS dzielnie pracuje i zapowiada referendum.
Jednym słowem kolejne referendum kosztujące ponad 100 mln po to, by zapytać Polaków czy chcą być zdrowi i bogaci czy też odpowiada im rola fundatorów nagród prezesowi ZUS i dofinansowanie zakładów pogrzebowych po przejściu na emeryturę.

Jakaś choroba referendalna opanowała polityków?!
Przypominam, że Polacy bardzo chcieli, by odbyło się referendum w sprawie Traktatu Lizbońskiego. Entuzjazmu również wśród polityków PiS nie było. A może, gdybyśmy wtedy wsparli Irlandię, nie byłoby dziś niedemokratycznych struktur w UE? To już jednak przeszłość, niech tym tematem zajmują się historycy, ale teraz mamy szansę wreszcie urządzić po swojemu własny dom, Polskę. Nie zmarnujmy tego strachem przed cofnięciem decyzji, która bardzo skrzywdziła Polaków.
Opowiadanie o referendum w sprawie kształtu ustawy emerytalnej jest żenującym wybiegiem i Polacy tego nie kupią, a kredyt zaufania, jakim obdarzone zostało PiS dzięki Andrzejowi Dudzie zostanie bezpowrotnie zniszczone.

Nie trzeba referendum, by dotrzymać obietnicy danej przez Jarosława Kaczyńskiego. Przypomnijmy news:
Jarosław Kaczyński: składamy projekt ustawy, która skraca wiek emerytalny
Projekt ustawy przygotowany przez PiS przewiduje przywrócenie stanu sprzed ostatniej reformy emerytalnej od 1 stycznia 2015 r. Prezes PiS zapowiedział, że projekt zostanie złożony w sejmie jeszcze dziś – donosiły media 17.10.2014.
Nie ma kwestii społecznej, która by bardziej poruszała ludzi i która by tak ludzi jednoczyła, jak kwestia przedłużenia wieku emerytalnego. Gdziekolwiek jesteśmy i jakiekolwiek to jest spotkanie, to się o tym mówi natychmiast, wybuchają brawa i żądania zmiany są jednoznaczne. Wynika to także z wszelkiego rodzaju badań - dowodził wówczas Jarosław Kaczyński na konferencji prasowej.
W podobnym duchu wypowiadał się w czasie kampanii Andrzej Duda i dlatego Polacy mu uwierzyli.

Co takiego stało się, że nagle projekt, który był gotowy już w 2014 r. dziś trzeba poprawiać, a Polakom opowiadać bajki o referendum? Znowu postraszeni zostaliśmy dokonaniem niekorzystnego ratingu zamówionym przez firmy ubezpieczeniowe?
Jeśli tak, to trzeba mówić o tym otwarcie, a nie mamić obietnicami bez szans na realizację w zapowiadanym kształcie. Zasługujemy na poważne traktowanie, daliśmy tego dowód. Nie wolno nieodpowiedzialnymi wypowiedziami marnować tego.

Przyznam, że ostatnimi wypowiedziami Pani Beaty Szydło jestem zbulwersowana. Dotyczy to nie tylko wieku emerytalnego, ale również wycofywania się z retoryki, która dała zwycięstwo Andrzejowi Dudzie.
Trzeba się w końcu zdecydować czy Polska jest w ruinie czy nie, bo Polacy mają oczy i widzą, jak wygląda ich powiatowa i gminna ojczyzna poza uczęszczanymi drogami, nie trzeba im okularów, nie boją się hejterów wklejających zdjęcia z folderów biur podróży.
Jeszcze kampania nie zaczęła się na dobre, jeszcze wszystko można przemyśleć, jeszcze można zmienić doradców, ale jedno jest pewne; z Polakami nikt więcej grać w ciuciubabkę nie będzie.

źródło: Rozmyślania przy zmywaku;)

_______________________________________________________

fot. Łódź Odysa

Zapraszam do słuchania:

audycja 648 (niedzielna)

piątek, 3 lipca 2015

Strach - najdoskonalsze narzędzie zarządzania poddanymi

W chwilach zagrożenia, chaosu politycznego i społecznego, utraty poczucia bezpieczeństwa, nastroje społeczne radykalizują się. Obcy przybysze, nie tylko emigranci z Afryki, ale również z biedniejszych krajów europejskich, stają się wrogami.
Odżywa dyskusja na temat ułomności demokracji, powraca tęsknota za rządami silnej ręki.
Na ile są to reakcje naturalne, a na ile efektem manipulacji nami przez władców tego świata? Strach to najdoskonalsze narzędzie zarządzania poddanymi.

Ułomność demokracji przez wieki raz po raz dawała o sobie znać, toteż po licznych kataklizmach wojennych postanowiono międzynarodowym prawem je ukrócić i jeśli nie cały świat, to przynajmniej cywilizowany Zachód uczynić wyspą zgody, solidarności i pokoju. Na straży miały stać uroczyste ratyfikacje dokumentów regulujące formy współżycia między narodami.

Temu miała służyć, między innymi, Karta praw podstawowych Unii Europejskiej. Miała ona gwarantować obywatelom godność osoby ludzkiej, wolność i solidarność. Dopełnieniem tych wartości, przypomina Jürgen Roth, jest niezbywalne prawo do sprawiedliwości.
Niemiecki dziennikarz w książce Cichy pucz, która polskiemu czytelnikowi otwiera oczy na prawdziwe mechanizmy polityczne funkcjonowania Europy, skupia się na ekonomicznym podporządkowaniu sobie państw przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy do spółki z Komisją Europejską i Europejskim Bankiem Centralnym.

Swoją opowieść o Europie korumpowanej przez Trojkę rozpoczyna autor od przypomnienia greckiej definicji demokracji, czyli władzy pochodzącej od ludu. Zaraz potem jednak dodaje, że sam twórca tej definicji, Perykles nie gardził publicznymi pieniędzmi dla korumpowania swojego suwerena.

Nie trudno więc pojąć na czym polega dziś europejski cichy pucz niszczący demokrację.
„Bandy rabunkowe” dokonały w ostatnich latach niewyobrażalnego wyczynu. Już w kilku krajach europejskich zdołały pod pretekstem „koniecznych reform” wprowadzić nowy porządek społeczno – polityczny, którego żaden świadomy naród nie przyjąłby bez walki. /…/ Globalna elita zawiązana w tajemnicy przed opinią publiczną skupiła w swoich rękach ogromną siłę polityczną i gospodarczą. Jej dążeniem jest przede wszystkim utrzymanie władzy oraz pomnażanie własnego majątku – pisze w przedmowie autor „Cichego puczu”.

Brzmi to jak teoria spiskowa, jak jeden z wielu straszaków, by odebrać wolę suwerennej polityki poszczególnym państwom, coraz bardziej uzależnionym od międzynarodowego kapitału i hojnie udzielanych pożyczek za cenę zaciskania pasa, które polega głównie na likwidacji miejsc pracy i pozbawianiu z dnia na dzień socjalnych zabezpieczeń.

Po zmianach systemowych w imię wolnego rynku i rachunku ekonomicznego przychodzi kolej na zmiany ideologiczne, czego świadkami byliśmy niedawno nie tylko w Europie, np. w Irlandii, ale również w USA.
Zmiany wyglądają z grubsza tak jak w przypadku Polski, z finałem, który obserwujemy nie tylko w Grecji, ale całej południowej Europie; w Hiszpanii, Portugalii, na Cyprze czy we Włoszech.
Moje pokolenie nie musi wytężać umysłu, by poszczególne etapy umieć wymienić. Pamiętamy, jak rzucały się nasze dzieci na gumę do żucia, gdy syty Niemiec odwiedzał nasz barak, pamiętamy paczki z czekoladą, kawą, oliwą. Wszystkie te luksusy oglądaliśmy zza żółtych firanek sklepów peweksowskich.
W długich kolejkach staliśmy po papier toaletowy, a sklepy zachodnie, gdy komuś udało się wyjechać, wydawały się rajem na ziemi.
Tęskniliśmy do normalności, a za główną przeszkodę w jej urzeczywistnieniu uważaliśmy Związek Sowiecki i polskich komunistów. I słusznie, ale kłopot w tym, że o Unii Europejskiej niewiele wiedzieliśmy. Pragnienie dobrobytu i strach przed „Ruskimi” kierował naszymi wyborami.

Nie zauważaliśmy raf, nie słuchaliśmy przestróg tych, którzy na Zachód wyemigrowali. Większość z nas zachowywała się jak wygłodniałe małpy w klatce, wypuszczone nagle do dżungli pełnej smakowitych owoców.
Balcerowicz, a właściwie jego mocodawcy, nie mieli problemów, by uczynić z Polski jeden handlowy market.

Długo by gadać, nie na jedną notkę czy nawet książkę temat, ale myślę o tym, kiedy teraz czytam jak rodzimi liberałowie pokrzykują gromko na leniwych Greków żyjących ponad stan.
Zapominamy, że to, miedzy innymi, socjal pociągał i nadal pociąga polskich emigrantów. A i tu w kraju chętnie może przymknęlibyśmy oko na głodowe stawki płacy minimalnej, gdybyśmy mieli kredytowe gwarancje takie, jak mają Brytyjczycy w przypadku bezrobocia czy taką opiekę medyczną i takie warunki materialne do wychowywania dzieci jak na Wyspie.

Nie, nie mamy już pragnienia bycia na swoim za wszelką cenę i bez łaski kredytodawcy.
Niezależny islandzki Biartur z powieści Laxnessa broniący swojej ziemi czy polski Drzymała to już, wydaje się, przeszłość.
A może się mylę, może jednak nie? Jak to jest naprawdę z tą nasza wolą bycia niezależnymi, wolnymi od nałogu konsumpcji?
Pozostawiam odpowiedzi socjologom i wracam myślą do Grecji.
W całej tej hałaśliwej dyskusji o greckim bankructwie chciałabym usłyszeć choć jeden głos ekonomicznego eksperta, który wyjaśni, na czym mają polegać reformy w Grecji, które warunkują dalsze zadłużanie kraju, a których tak się Grecy boją.

Wciąż pytam i nie znajduję w dyskusjach medialnych odpowiedzi na najważniejsze pytania:
Skoro Grecja od lat żyła ponad stan rozbuchanymi przywilejami, to dlaczego MFW udzielał wciąż nowych pożyczek?
Chyba gwaranci ich, kraje strefy euro, musieli zdawać sobie sprawę, że zadłużenie nie będzie mogło być spłacone?
Dlaczego ryzykowali bankructwa swoich banków w Grecji?
Komu opłaca się ryzyko niewypłacalności Grecji?

Cząstkową odpowiedź znajduję jedynie u Rotha. Pisze on:

Najwyraźniej rządząca elita jest przekonana o intelektualnej i moralnej ułomności obywateli, których łatwo można zwieść wykreowanymi mitami, kłamstwami bądź iluzjami. Obecnie zadłużenie jest cenione niemal tak samo jak złoto, ponieważ wierzyciele – banki, fundusze hedgingowe i ponadnarodowe koncerny – mogą przy jego pomocy sprawować kontrolę nad pogrążonymi w kryzysie krajami południowoeuropejskimi, wraz z całymi ich zasobami.

Nigdy nie byłam w Grecji, nie wiem czy Grecy są leniwi i dlatego zadłużeni. Bardziej jednak od tej wiedzy interesuje mnie co innego. Czy obecny kryzys, który spowodował, że lewicowy rząd ogłosił referendum, to zagrywka Aleksisa Tsiprasa czy Trojki, by zmusić Grecję do tzw. reform?
Wkrótce przekonamy się o tym i dowiemy czy Grecja pójdzie drogą Islandii czy Portugalii wprowadzając potulnie dyrektywy MFW mimo sprzeciwu społeczeństwa.

Powie ktoś - Co nas obchodzi Grecja, nie jesteśmy w strefie euro, starcza nam na raty spłaty odsetek długu tak horrendalnego, że nie warto się nim przejmować, bo i tak za życia nawet obecnych niemowlaków nie da rady go spłacić, więc czym się martwić?

Nie wiem, jakie wnioski z kryzysu w Grecji wyciągają inni, ale mój nie jest wesoły.
Wygląda na to, że jesteśmy w tej chwili na przedostatnim etapie polityki cichego puczu, choć nie leżymy w południowej Europie.
Jeśli tam eksperyment z rozbijaniem demokratycznych państw Europy powiedzie się neoliberałom, bywalcom elitarnych spotkań przy okrągłych stołach, to z pewnością następni będziemy my.
Coś mi się zdaje, że jeśli nie dotrzemy z tymi informacjami do manipulowanego medialnie społeczeństwa i z tego powodu nie zdołamy zmienić władzy, odsunąć od państwowych instytucji obecne słupy międzynarodowego finansowego gangu, jakimi niewątpliwie są członkowie rządu PO/PSL, to będziemy następni w kolejce.
I dla ratowania swojej egzystencji zgodzimy się nie tylko na minimalną płacę, umowy śmieciowe, konwencję antyprzemocową i gender w szkołach, ale i na autonomię Śląska, Kaszub, utratę Szczecina, powrót „wypędzonych” na Ziemie Odzyskane, likwidację emerytur, publiczne hospicja zamiast szpitali.

A może już nikt więcej o żadną zgodę nie będzie nas pytał, tylko postraszy Putinem albo zamachami islamistów? Strach to przecież najdoskonalsze narzędzie zarządzania poddanymi.

źródło: Rozmyślania przy zmywaku;)

_______________________________________________________

fot.rys. Andrzeja Zaręby

Zapraszam do słuchania:

audycja 646 (niedzielna)

środa, 1 lipca 2015

I chcieliby, i nie mogą

Polityka to sztuka kompromisu, a prowadzenia jej unikać nie może także Kościół. Zdawał sobie z tego sprawę Jan Paweł II i dlatego w swojej encyklice „Ewangelium vitae” dopuszczał kompromis. Jeśli godziwy projekt nie zyskuje poparcia, to parlamentarzysta może zgodnie ze swoim sumieniem poprzeć prawo stanowiące mniejsze zło – pisał. Do tego nauczania odwołał się polski Episkopat w czasie prac rządowych i parlamentarnych nad ustawą dotyczącą in vitro i wystosował apel do polityków jasno formułując stanowisko Kościoła i stwierdzając brak możliwości w tym wypadku kompromisu.

Nowe prawo, które utrwalałoby swobodę dysponowania życiem ludzkim, jak to ma miejsce obecnie, nie tylko nie zasługuje na poparcie, ale rodzi obowiązek stanowczego sprzeciwu. Przyjęty przez Radę Ministrów projekt ustawy o leczeniu niepłodności zawiera rozwiązania, które uniemożliwiają jakikolwiek udział katolika w pracach służących jego przyjęciu.

Stanowisko to zostało powtórzone przed przyjęciem skandalicznej ustawy, nie wiedzieć czemu, nazwanej „ustawą o leczeniu bezpłodności”.

Każdy, kto choć trochę interesował się tematem wie, że Polska była ponaglana do prawnych rozstrzygnięć w sprawie procedur sztucznego zapłodnienia i badań z wykorzystaniem ludzkich embrionów.
Wiadomo też, dlaczego zwlekano tak długo z ustanowieniem tego prawa. Brak jego pozwalał na „wolnoamerykankę” bez konieczności kontroli prawnej, która ograniczałaby zyski prywatnych klinik. Złoty interes, finansowany z budżetu państwa mógł kwitnąć bez odpowiedzialności, a sam problem doskonale nadawał się do wyborczego antagonizowania Polaków. I nie omieszkano z tego skorzystać w czasie kampanii prezydenckiej.

Pośpiech, z jakim wrócono do projektu rządowego, jego legislacja z naruszeniem wszelkich standardów prawnych jest już w tej chwili nie tylko emocjonalnym zarządzaniem kampanią wyborczą do Parlamentu, ale zabezpieczeniem sponsorów PO po klęsce wyborczej. Nie ma najmniejszej co do tego wątpliwości. Fakty nie dają się już ukryć, są zbyt oczywiste.

Stanowisko Kościoła było nie tylko jasne i pryncypialne, ale poparte również analizą prawną Kwalifikację prawną procedury zapłodnienia pozaustrojowego w świetle przepisów prawa polskiego oraz przepisów międzynarodowych przedstawił Instytut Ordo Iuris

Dla każdego posła katolika było jasne, że głosując za przyjęciem tej ustawy wyklucza się ze wspólnoty Kościoła. Nie było bowiem żadnej racji, która pozwalałaby na odrzucanie poprawek wnoszonych przez posłów i forsowanie niezgodnej z prawem polskim i międzynarodowym ustawy. Ustawę jednak przyjęto mimo stawianych zarzutów prawnych i etycznych.

Co na to nasi pasterze?

Głosowanie ws. in vitro pokazuje, że posłowie udają katolików - mówi abp Gądecki. Zaraz potem jednak „Przewodniczący KEP ma wątpliwości czy parlamentarzyści katoliccy wiedzieli na pewno, nad czym głosują i mieli pełną świadomość tego, jak głosują. Czy zostały im przedstawione uczciwie regulacje zawarte w ustawie o "leczeniu niepłodności".
Żeby mówić o ewentualnych karach, należy przeanalizować dokładnie warunki i okoliczności głosowania nad ustawą - zwraca uwagę arcybiskup. Ludzie Kościoła sami domagali się uregulowania kwestii in vitro, jednak te regulacje poszły w zupełnie przeciwnym kierunku, niż się spodziewali – dodaje abp Gądecki A ja tę wypowiedź streszczam za Gosciem.pl Nie będę jednak jej komentować. I tylko mam nadzieję, że świeccy katolicy nie odczytają tej wypowiedzi za przyzwolenie na głosowanie bez brania pod uwagę postaw moralnych swoich kandydatów, w tym traktowania najważniejszego; Magisterium Kościoła, które nie podlega żadnym kompromisom sumienia.

Na marginesie bulwersującej wypowiedzi Przewodniczącego KEP chciałabym jednak podzielić się inną nieco refleksją, która, być może, jest jedną z odpowiedzi na niejednoznaczne reakcje naszych pasterzy w sprawach wynikających bezpośrednio z Ewangelii Chrystusa.

Przed rokiem byłam w swojej rodzinnej parafii i serce mi się krajało z żalu. Nie da rady przywrócić jej świetności, zachować najcenniejsze rzeźby ołtarzy pamiętające dłuta uczniów Wita Stwosza, bez pomocy bogatych darczyńców i państwa. Wokół bezrobocie i emigracja, coraz mniej wiernych na niedzielnych mszach św. Grosiki rzucane na tacę nie wystarczają na bieżące opłaty, a cóż dopiero na konserwatorskie remonty średniowiecznej świątyni.
Kiedy przecieka dach, niszczeją zabytkowe obrazy, a wierni potykają się o dziury w posadzce, trzeba tęgo ruszać głową, by pozyskać środki na ratowanie zabytkowych świątyń.

I tak to się zaczyna; wydeptana ścieżka do prezydentów, burmistrzów czy wójtów w niejednej parafii, niejeden obiad i rozmowy przy okazji parafialnych uroczystości z wpływowymi politykami. Czasem uda się pozyskać dotację z Ministerstwa Kultury, czasem kapną sporym groszem emigranci i udaje się kolejną dziurę w dachu załatać.

Kiedy dziwimy się, że nasz proboszcz milczy w ważnych sprawach moralnych, a w kazaniu czy homilii unika drażliwych tematów, warto zapytać, dlaczego to robi? Może w naszej parafii nie ma już wspólnoty troszczącej się o to, co przed wiekami zbudowali nasi przodkowie na Bożą i ludzką chwałę?
Może cieszymy się, że mamy takiego obrotnego i pracowitego proboszcza, że wszystko potrafi załatwić sam?
A może przestało nas to już obchodzić i cieszymy się, że ludzki proboszcz nie zagląda już nam zbytnio w sumienia?

Czy tak być musi? Czy tak powinno być?

Jaką cenę proboszcz płaci za te dotacje, jaką cenę płaci miejscowy ordynariusz? Czy remont XIII, XV - wiecznego kościoła musi kosztować sojusz kropidła z tronem? A co jeśli ten sojusz wymaga milczenia lub naginania do polityki Bożych przykazań?

Niestety, zdarza się to coraz częściej nie tylko w małych, biednych parafiach. Tajemnicą poliszynela są dziwne sojusze niektórych biskupów, by wspomnieć choćby szokującą liberalną postawę ś.p. abpa Życińskiego wobec skandalu załatwienia nieletniej „Agacie” aborcji przez ówczesną minister zdrowia Ewę Kopacz, czy dziwnego piskorzenia się kardynała Nycza w aferze z prof. Chazanem. O „wypędzaniu krzyża” do kościoła spod prezydenckiego pałacu przez tegoż kardynała nie będę już litościwie rozpisywać się, bo każdy warszawiak wie, że budowę Świątyni Opatrzności trzeba zakończyć, a mieszkańcy Wilanowa są bogaci, ale mają tę wadę, że głosują na PO i lubią Hanię.

Nie chcę niczego sugerować, ani podejrzewać abp Gądeckiego o polityczne uniki, nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że o wymigującej się od jednoznacznej oceny polityków mieniących się katolikami i jednocześnie głosujących za ustawą o in vitro zadecydował polityczny kompromis wobec obecnej władzy.
Głupie i brzydkie wnioski wyciąga mama Katarzyna przy swoim zmywaku?

źródło: Rozmyślania przy zmywaku;)

_______________________________________________________

Fot.In Vitro

Zapraszam do słuchania:

audycja 645 (czwartkowa)

piątek, 26 czerwca 2015

Mają zniknąć i znikną?

Nie przypuszczałam, że jeszcze kiedykolwiek sięgnę do informacji zawartych w „Gazecie Wyborczej”, a jednak muszę, bo temat szczególny i do tego doskonale obrazujący stosunek obecnej władzy do Polski, Polaków i problemów, z jakimi wielu z nas się boryka.

Już zapomnieliśmy dzięki odpowiedniej polityce informacyjnej o ofiarach mrozów wśród bezdomnych, zapomnieliśmy o powodzianach, losie bezrobotnych targających się z rozpaczy na własne życie, chorych bezskutecznie szukających pomocy i lekarstw.
Problemy rozwiązywane są hurtowo; o trudnych tematach nie pisze się w mediach mainstreamowych, no, może czasem, by wycisnąć łezkę z oka, wywołać emocje, wesprzeć kampanię wyborczą jakiegoś radnego czy posła.
Problem biedy, jeśli już trzeba poinformować, zamykany jest w zimnych i obojętnych dla odruchów serca, statystykach.

Gdzieś tam na marginesie ważnych spraw biegają do hospicjum wolontariusze, krzątają się zakonnice, miejscy strażnicy obchodzą pustostany i miejskie kanały czy ogrodowe altanki, by ratować życie nikomu już niepotrzebne.
Organizacje pozarządowe otwierają dla ludzi z marginesu, jak się zwykło o nich mówić, jadłodajnie. Przychodzą do nich nie tylko głodni bezdomni, ale również bezrobotne rodziny czy emeryci.
I tylko raz na rok przed Wigilią Bożego Narodzenia przychodzą na miejskie place dziennikarze, by sfilmować Wigilię dla biednych, bezrobotnych i bezdomnych. Łza się w oku kręci; jacy jesteśmy dobrzy, hojni i jak współczujący.
Nie w głowie nam pytania, dlaczego liczba wyrzuconych poza nawias społeczeństwa każdego roku rośnie. Nie czas po temu, gdy migają na choinkach lampiony, parują uszka w barszczu przy akompaniamencie polskich rzewnych kolęd.
Wigilia się kończy i kończy się temat. Bieda przestaje być medialna, ba, psuje wizerunek miasta, kraju.
Czasem nie da się jej jednak w żaden sposób ukryć, bo na świeżo wyremontowanym chodniku w centralnym punkcie miasta, w pobliżu ważnych urzędów, każdego dnia staje długa kolejka do jadłodajni. Jak reagują mieszkańcy kamienicy?
Mieszkańcy kamienicy narzekają na zajęty przez biednych chodnik oraz na to, że klatka schodowa robi za wychodek.
Na co oburza się radna miasta?
- Kolejka blokuje ul. Jagiellońską, jest to szlak do urzędu marszałkowskiego i urzędu wojewódzkiego. To nie najlepsza wizytówka dla miasta. Na sesji zapytałam, czy nie można zmienić lokalizacji jadłodajni. Oczywiste jest, że powinna ona dalej funkcjonować - powiedziała "Faktowi" radna Rojewska.
Gdzie widzi problem autor artykułu?
Nawet jeśli chciała pomóc w ten sposób mieszkańcom kamienicy, to zabrała się do tego w najgorszy z możliwych sposobów. Co nam mówi tak naprawdę radna?
Radna Katowic niczym nie różni się od nowej Marszałek Sejmu, Kidawy – Błońskiej, która w grzebaniu po śmietnikach widzi jedynie takie sobie hobby. Komunikuje dziennikarzom:
Są ludzie, którzy w taki sposób przyjęli styl swojego życia, że chodzą i grzebią po śmietnikach, nie, nie będą złodziejami, będą segregować śmiecie, sprawdzali czy są dobrze segregowane.

Różnica między reakcją byłej już rzeczniczki rządu a radną polega tylko na tym, że prawnuczce prezydenta RP Stanisława Wojciechowskiego, który podobno uczył wnuki odpowiedzialności za los innych ludzi, głęboko obojętny jest człowiek głodny, grzebiący razem z bezdomnym psem i kotem w miejskim śmietniku. Tymczasem radnej Rojewskiej jest po prostu wstyd, bo kolejka głodnych psuje wizerunek pięknego chodnika i majestat urzędu.
Dziennikarz wprawdzie dostrzega problem i w ostrych słowach potępia radną, ale głównym powodem jego oburzenia nie jest bieda i bezdomność czy brak godziwych warunków w jadłodajni, pozbawionej sanitariatów, a pogrzebanie nieodpowiedzialną wypowiedzią radnej rozwiązania problemu mieszkańców kamienicy.
Nikt natomiast nie mówi, jak pomóc, jak podać wędkę stojącym w kolejce za miską zupy, by wrócili do życia.

Skoro tak, skoro nie ma wyjścia, a głodni psują wizerunek wielkiego miasta i trzeba ich ukrywać przed gośćmi Europejskiego Kongresu Gospodarczego, to może przyda się stary sprawdzony w Związku Sowieckim sposób?
Przypomniałam go sobie, kiedy na twitterze przeczytałam news Jana Boruca: Kolejka po darmową zupę psuje wizerunek miasta? Radna Katowic wstydzi się biedy?
Stalin rozwiązał problem inwalidów wojennych, którzy zalegali miejskie place i ulice. Byli wszędzie. Bez rąk, nóg, głodni i obszarpani żebrali w socjalistycznym raju i psuli jego wizerunek.
Któregoś pięknego poranka zniknęli. Przestali być wyrzutem socjalistycznej ojczyzny, która „zadbała” o nich. Umieściła ich w obozach, a tam już bez świadków umierali z głodu i chorób pośród szczurów i nie psuli więcej krajobrazu zwycięzcom wojny ojczyźnianej z faszystami.

Rozkaz - „Mają zniknąć!” - został wykonany – zniknęli.

Czy taki scenariusz odpowiada mieszkańcom kamienicy i radnej?
Czy chodzi tylko o to, by długa kolejka wykluczonych zniknęła z świeżo wyremontowanego chodnika i nie zakłócała władzy obrazu „złotego wieku dla Polski”, o którym tak głośno mówił w kampanii prezydenckiej Bronisław Komorowski?
Gorzko ironizuję, ale przecież coś z problemem długiej kolejki do jadłodajni trzeba zrobić, jakoś go rozwiązać, by nie śmierdział.
Dziś może uda się go upchnąć w jakieś podwórko familoków. A jutro?

_______________________________________________________

(Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)

Zapraszam do słuchania:

audycja 644 (niedzielna)

czwartek, 21 maja 2015

Panie Kukiz, nieodpowiedzialna Pana gra

Obiecałam sobie, że się nie odezwę przed II turą wyborów, bo tyle mądrych analiz wyników I tury już czytałam, że zdanie mamy Katarzyny od zmywaka niewiele może zmienić, ale nierozważnym słowem może popsuć. Tak się jednak wściekłam przy porannej prasówce, że muszę przynajmniej się wyładować rzucając garnkami w zmywaku.

Najpierw może z góry coś zastrzegę.
Jeśli wierzyć deklaracjom znanych mi osób głosujących na Kukiza w I turze wyborów, w niedzielę zagłosują na Andrzeja Dudę.
Nie do końca jednak ufam ich deklaracjom, bo są to ludzie wcale nie młodzi i w układach nomenklatury miejscowej tkwią od lat, nabożnie jednocześnie składając rączki każdej niedzieli w kościółku.
Taki to zwyczaj od czasów PRL panuje w miejscowym establishmencie. Kiedyś była w kieszeni czerwona legitymacja i gorliwe machanie szturmówką w pochodach, a w niedzielę starą warszawą, albo polonezem przeciskanie się ścieżkami pasma lasu do Gietrzwałdu. I tylko cierpliwości Mateńki mogą zawdzięczać, że żaden konar w dach samochodu nie walnął za obłudę sumienia.

Dziś przy korycie ciasno, więc starzy „oburzeni” ciągną młodych, twierdząc, że są antysystemowi. Nie dam złamanego szeląga za ich głos na Andrzeja Dudę.
Ale jak ich nowe guru, stwierdza, że „znów musimy wybrać mniejsze zło”,  to trafia mnie szlag.

Panie Kukiz, ryzykowna Pana gra.

Wciąż jeszcze mam nadzieję, że nie jest to gra pokroju Leppera (nie, aż tak źle Pana nie oceniam) i że nie skończy się to „wysypywaniem zboża” na tory lub, co gorsze, grą, którą po przegranej w wyborach prowadziło PO, zmuszając PiS do koalicji z V kolumną w 2005 roku.
Rozumiem, że pracuje Pan na elektorat w wyborach parlamentarnych i nie chce jasno określić czy pójdzie Pan do wyborów i czy zagłosuje na „mniejsze zło”, by nie zrażać „różowych” w swoim elektoracie.
Oby ta Pana taktyka nie wyszła bokiem Polsce, bo na kogo zagłosuje elektorat Kukiza, to każdy już w swoim środowisku wie.
Rzecz nie w tym i dlatego wychodzę przed taktyczny szereg i walę prosto z mostu aż mi w zmywaku pękają stalowe garnki.

Dziś mamy tylko jeden wybór; albo otwieramy drzwi do zmian w Polsce, albo młodych wysyłamy na ulicę, bo nie podoba nam się PiS. Tylko kto razem z nimi pójdzie na tę ulicę? Warto odpowiedzieć sobie już dziś na to pytanie.

Gra idzie o Polskę. Nic nie ryzykujemy, prócz tego, że pozostaniem w domu, albo głosowaniem na Komorowskiego betonujemy układ, który już po wyborach parlamentarnych pokaże nam, gdzie raki zimują.
Ustawa o podatku katastralnym czeka już tylko na rozporządzenie.
Do wyborów finanse będą reanimowane, po wyborach zacznie się u nas „Grecja”. A kto uważa że straszę, to niech łaskawie zainteresuje się tym, co dzieje się na południu Europy; w Grecji, Portugalii czy we Włoszech i przeczyta Jurgena Rotha „Cichy Pucz”.
Wiem, że to dla elektoratu Komorowskiego za trudna lektura, ale dla młodych oburzonych (i słusznie) jak najbardziej.
Warto sięgnąć po wiedzę, zanim tyłki Wam skopią na polskim Majdanie, a nowy Wałęsa zagospodaruje Wasz gniew.

To mówi wam doświadczona życiem, będąca wciąż w opozycji, wykiwana przez Wałęsę i innych cwaniaków, oburzona, która nie miała żadnych wątpliwości na kogo ma zagłosować już w I turze.
Moim kandydatem nie jest „mniejsze zło”, a człowiek, który zna Polskę i jej prawdziwe problemy społeczne, zna przyczyny i zna autorów rozkradania i niszczenia mojej Ojczyzny. Jest politykiem i wie jak politykę dla polskiej racji stanu prowadzić. A przede wszystkim ma zaplecze polityczne do niej.
Jeśli przegra, to przez tych, którzy są w układach lub boją się, że układ wyrzuci ich za burtę, gdy oddadzą głos na Andrzeja Dudę. Wkrótce się przekonają, co z robi z nimi ten układ, gdy międzynarodowa Trojka zażąda od Polski zwrotu długów lub spłaty majątku Żydów.

Jestem stara, mnie już bieda emerycka nie straszna, ale co zrobią młodzi? Wszyscy wyjadą? Dokąd? Przecież w Europie i na świecie kryzys, wojny, narastają nastroje ksenofobiczne, również w stosunku do Polaków. Czy nie lepiej wysłać na emigrację rządzący układ? Nie zrobimy tego bez zmiany na Urzędzie Prezydenta, tego „Oburzonemu” i jego młodemu elektoratowi nie trzeba chyba tłumaczyć?

_______________________________________________________

Kukiz: „Znów musimy wybrać mniejsze zło

Zapraszam do słuchania:

audycja 633 (czwartkowa)

środa, 6 maja 2015

To ma sens

Jedni pracują w sztabach wyborczych, piszą, dyskutują, agitują, przygotowują się do pracy w komisjach wyborczych, szkolą mężów zaufania, biegają z wywieszonymi na brodzie językami ze zmęczenia, by wszystko dopiąć na ostatni guzik.
Inni sterują pilotem po kanałach jedynie słusznych mediów lub surfują po wieszczących klęskę portalach i forach. Po czym w drodze do lodówki po kolejne piwo mruczą pod nosem – To nie ma sensu i tak przerżniemy. Sfałszują wynik. Tylko obalenie systemu siłą ma sens. Nie oddadzą władzy dobrowolnie.

Normalka. Tak było zawsze. Jedni walczyli do ostatka, organizowali się obok wrogich instytucji zaborców, instytucji państwowych, wychowywali dzieci do służby Ojczyźnie, bronili ziemi rodzinnej przed wyprzedażą obcym, tracili majątki, pracę, a gdy nie było już innej drogi, chwytali za broń, ginęli, zamarzali w kibitkach w drodze ku wiecznej zmarzlinie, padali w dołach śmierci od strzału w tył głowy.
Drudzy wychodzili z salonów wroga i wygłaszali płomienne mowy, pisali artykuły, książki na temat bezsensownych zbiorowych samobójstw Polaków.

Patriotyzm objawiający się w czynie nigdy nie był wartością powszechną. I nigdy nie wynikał jedynie z pobudek politycznych, zawsze wiązał się z osobistymi wyborami idei, wiary, umiłowania własnej godności i przywiązania do wolności ponad lęk o karierę, przyszłość czy nawet - życie.

Nie wiem, bo nikt tego jeszcze nie wie, jaki będzie wynik wyborów, nikt nie wie, jak zachowa się europejska „Trojka” i rosyjska partia w Polsce w przypadku klęski Komorowskiego. Może, protokoły zaleje woda, spłoną w samochodzie, zjedzą je myszy jak króla Popiela, może tym sposobem wyciągną nas na „Majdan” i będą do „chuliganów” i „warchołów” strzelać nie tylko kulami gumowymi? Któż może zaręczyć, że to się nie zdarzy?

Może być też tak jak w przypadku uchwalenia Konstytucji 3 Maja; wygrana Andrzeja Dudy zmobilizuje wrogów silnej Polski.
Nikt nie zagwarantuje nam, że ewentualne zwycięstwo Andrzeja Dudy i PiS w wyborach parlamentarnych nie przyspieszy scenariusza przećwiczonego w Hiszpanii, Portugalii czy Grecji.

Ale może być również inaczej; zwycięstwo Andrzeja Dudy zatrzyma szaleńczy wyścig z czasem w uchwalaniu ustaw niszczących do reszty Polskę.
A może być i tak, że PiS mimo wygranej nie będzie rządzić Polską, bo koalicja dotychczasowych graczy nie dopuści do tego.
Wówczas prezydent stojący w opozycji do rządzących będzie na wagę wolności. Jego nie będzie można odwołać, zakneblować czy wsadzić do Tupolewa. Ten numer już nie przejdzie.

Rodzaj broni w walce dyktuje przeciwnik. Dziś mamy karty do głosowania i urny wyborcze, jutro może być potrzebna nasza walka albo praca przy odbudowie Ojczyzny.

Nie zmarnujmy tej szansy. Nie mówmy – to nie ma sensu, bo to nieprawda. Wmawiają w nas taką postawę ci, którym bardzo zależy na niskiej frekwencji i rozbiciu głosów.

Ps. Idę na wybory z własnym długopisem. Do zobaczenia w lokalach wyborczych :-)
Pozdrawia mama Katarzyna

___________________________________________

Zapraszam do słuchania:

audycja 629 (czwartkowa)

sobota, 18 kwietnia 2015

Kto od kogo pensję pobiera

rys. Andrzej Krauze

Konflikt na Ukrainie wyzwolił domowe demony. Pisząc – domowe – mam na myśli polskie. Chyba nigdy w przeszłości w związku z tym nie był tak często cytowany Józef Piłsudski ze swoim ostrzeżeniem „Podczas kryzysów – powtarzam – strzeżcie się agentur”.
Mało kto jednak wie czy pamięta jeszcze, w jakich okolicznościach Naczelnik zdanie to wypowiedział. A warto wiedzieć, bo nic tak nie fruwa dziś między nami patriotami jak epitet agenturalnych powiązań. Jest to równie groźne jak sama agentura.

Do szukających agentów nie docierają żadne argumenty. Jesteś za wolną Ukrainą? - agentura Mosadu zrobiła ci wodę z mózgu.
Bronisz polityki Rosji, nie ufasz Ukraińcom, bo czczą Banderę? - Jesteś agentem Putina. Koniec dyskusji. W szumie emocji i niewybrednych wyzwisk ginie polska racja stanu. Chowają się prawdziwi agenci.

Przypomnijmy więc, kiedy to i w jakich okolicznościach Józef Piłsudski przestrzegał przed agenturą wrogów Polski.

Pamiętne słowa Marszałka pochodzą z przemówienia na Zjeździe Legionistów w Kaliszu 7 sierpnia 1927 r.

A zaczynało się ono tak:
...Gdy tematu dla dzisiejszego przemówienia szukałem, doszedłem do wniosku, że niedostatecznie w moich przemówieniach legionowych podkreśliłem jedną wielką prawdę naszego istnienia, naszej pracy, jedną prawdę naszego życia.

Tą prawdą było poświęcenie życia dla Ojczyzny, dla Polski – mówi dalej Piłsudski i dodał:

W pracy tej, która daje nam palmę pierwszeństwa, spotkaliśmy jednak natychmiast zjawisko, które spokojnie nazwę agenturami obcymi.
Zjawisko to nie dziwi go, ponieważ sam jako wódz korzystał z pracy własnego wywiadu. Doskonale też zdawał sobie sprawę, że towarzyszyło ono wszystkim walkom Polaków o niepodległość. Stwierdza ten fakt jako coś oczywistego:
Proszę panów, agentury obce, to jest zjawisko stałe i codzienne, towarzyszące nam rok za rokiem, dzień za dniem, jest to część naszego życia tak wielka i tak starannie w stosunku do nas ułożona, iż nasza praca – że tak powiem – jest współbieżna z pracą agentur obcych.

Jest w tym przemówieniu jednak fragment, który, choć bardzo boli, trzeba przypominać, bo i dziś kryje się w nim czarna strona naszego narodu:

Nigdy nie zapomnę wrażeń moich, jako Naczelnika Państwa, gdy nasz hymn narodowy, nasz sztandar narodowy był nieco śmieciuchem, rzuconym w kąt dla sztandarów obcych i dla hymnów obcych, tak, jakby Polacy pokazać chcieli, że to są mniejsze wartości, aniżeli wszystko, co nie jest polskie. Widziałem starania ustawiczne i stale idące bez ustanku w jednym i tym samym kierunku, aby agentury obce, płatne, były możliwie na górze państwa. Szły one krok w krok obok mnie jako Naczelnika Państwa, szukając wytworzenia kilku rządów w Polsce – obok rządów, stojących przy mnie – rządów agentur stojących poza mną. Widziałem uśmiechy reprezentantów obcych państw, gdy śmiało w oczy mi patrząc, mogli powiedzieć, że moje zamiary mogą być zniszczone zupełnie nie przez kogo innego, jak przez polskich agentów. Widziałem to, proszę państwa, i nieraz uciekałem ze swymi zamiarami do odległego pokoju, aby sekretów państwa nie wydać na rozszarpanie obcym. Uciekałem nieraz od moich najbliższych pomocników, dlatego, aby moje prawdy i moje zamiary nie były wydane na łup kogokolwiek bądź, byle był cudzoziemcem. Nigdy nie byłem pewien, że gdy piszę rozkaz, nie będzie on czytany prędzej w biurach wszystkich obcych państw, niż przez moich podwładnych. Nie byłem nigdy pewny, czy taki lub inny mój zamiar polityczny nie będzie natychmiast skontrolowany przez agentury państw obcych z taką siłą i pewnością, że musiałbym się go wyrzec.
Gorzkie to słowa, gorzkie oskarżenia o to, że plany Naczelnika zawsze rozbijały się „nie o co innego, jak o tę siłę agentur obcych, płatnych przez obcych dla szkodzenia Polsce, aby nie była ona zbyt silna, aby nie miała tej siły, jaką mogłaby mieć w tej czy innej chwili”.
I może ostatni cytat z owego historycznego przemówienia Józefa Piłsudskiego:
Nieraz myślałem sobie, moi panowie, że tak wstrętnej prawdy żadne państwo nigdy w swoim życiu nie miało i gdy szukałem porównań historycznych, znajdowałem zawsze momenty upadku Polski, gdy, proszę panów, ludzie dzielili się pomiędzy sobą tylko tym, od kogo pensję brali, czy od protektorki Polski – imperatorowej Katarzyny II, czy od przyjaciela Polski – Fryderyka Wielkiego, czy od trzeciej konkurentki – Marii Teresy.

Czy nie jest tak dziś? Czy sednem naszej biedy, rozdarcia, podziałów i kłótni nie jest prozaiczna różnica, kto od kogo pensję pobiera? Kto jest właścicielem gazety, tv, banku czy rury gazociągu?

Przez 7 lat słuchałam biadolenia, jaki to naród głupi, bo oddał Polskę w łapy obcych. Wyprzedali zakłady pracy, banki, media. Teraz chcą sprzedać polskie lasy, by spłacić żydowskim organizacjom długi za wojnę, której byliśmy ofiarami, a polski chłop sprzedaje polską ziemię obcym, bo musi. Likwidują służbę zdrowia, szkoły, polską kulturę, a my skaczemy sobie do oczu i kłócimy się o to, kto jest lepszym kandydatem na prezydenta i obrzucamy się wyzwiskami agenturalnych pachołków.
Kłócimy się o bandę Putinowskich prowokatorów na harleyach nie pytając się o honor i dumę narodową.

Niech mi Grzegorz Braun wybaczy, ale w jego głoszonych poglądach nie słyszę nic, czego bym nie wiedziała o sytuacji Polski czego bym już ze sto razy z jego ust nie słyszała. Kandydowanie na urząd prezydenta wcale nie był tu niezbędny. Nie jest bowiem prawdą, że nie miał okazji ich Polakom przekazać. Szansę na to raz po raz sam niszczył kreśląc w swych długi przemowach wizerunek własny oszołoma i dając argumenty przeciwnikom politycznym.

W jednym jednak na pewno Grzegorz Braun ma rację, rozgrywają nas agentury. Tylko niby dlaczego miałyby nas nie rozgrywać, kiedy jedyną i ostatnią szansę na zatrzymanie Polski niszczymy brakiem odpowiedzialności za słowo? Kiedy mamy w czterech literach taktykę polityczną?

Tymczasem jest tak, jak powiedział prof. Andrzej Nowak w rozmowie z Piotrem Szlachtowiczem, żeby Polskę uratować potrzeba przywrócić państwo Polakom.
Są na to dwa sposoby: Jeden to zatrzymanie destrukcji poprzez odsunięcie od władzy Bronisława Komorowskiego.
Drugi - wygrane wybory do Parlamentu tak, aby PiS mógł rządzić samodzielnie, by nie tracił siły i czasu na przepychanki z koalicjantem. Byłby to też sprawdzian dla intencji tej partii i siłą argumentów dla tych, którzy uważają system III RP za niereformowalny.
Nie ryzykujemy nic, bo jeśli tego nie zrobimy czeka nas po jesiennych wyborach ostateczna pacyfikacja państwa tak jak to zrobiła trojka (MFW,EBC i KE) w Portugalii, Hiszpanii i Grecji.

Jest i trzeci sposób, na który z pewnością liczą, np. wspierający kampanię Grzegorza Brauna, tj. przewrócenie systemu III RP za pomocą siły protestu. Do tego jednak na pewno nie przekonają Polaków gadaniem, że wszystkiemu winni Żydzi i Amerykanie.
Do przeciętnego Polaka taki argument na pewno nie przemówi. Wprost przeciwnie; emocje nie pozwolą mu na wysłuchanie argumentów.
Ale na pewno wiedza o tym, że trojaka zażądała od rządu Portugalii likwidacji 50 tys. etatów nauczycielskich dotrze nawet do komucha, bo on najlepiej wie, że nikt tak dobrze nie wykona żądań trojki jak obecna władza. Nikt tak szybko nie podpisze niezbędnych do tego ustaw jak Bronisław Komorowski.

___________________________________________

Zapraszam do słuchania:

audycja 624 (niedzielna)

środa, 15 kwietnia 2015

Gry wyborcze

Pokolenie PRL z rozrzewnieniem wspomina czasy Gierka jako ostoję bezpieczeństwa w ludowej ojczyźnie socjalizmu z ludzką twarzą.
Było tak pięknie, praca dla każdego, wczasy i kolonie też, schabu najedliśmy się wreszcie do syta. Gorzej było z szynką, bo ta wędrowała jako luksusowa do burżua USA, „podroby” zaś jak łopatka, boczek, czy pachwina na tuszonki do braci, którzy wciąż kazali sobie płacić za „wyzwolenie” od tych, co nasze szynki żarli.

Niestety, w wyniku przejedzenia się wielu straciło pamięć i nie pamięta już słynnego hasła:

Gierek podzielił wszystkim równo, Ruskim wszystko, Polsce g.... .

Czy

Nie ma mięsa, nie ma serka, wyrzucili z partii Gierka. Raz, dwa, trzy, sekretarzem będziesz Ty!

Dlaczego wspominam o tym? A no, sytuacja z małymi poprawkami od strony psychologii społecznej, wypisz, wymaluj, podobna.
Dziś naród już wie, że został wystrychnięty na dudka, ale wciąż wierzy, że ma nieograniczony wybór. Możemy, np. pozwolić sobie na wybór poglądów, możemy w imię wolności wyboru zagłosować na monarchistę, narodowca czy zwolennika feministycznej opcji pilnowania żyrandola, możemy też po prostu nie pójść do wyborów. Wszystko możemy, to jasne.Wystarczy idolowi krzyknąć - Pomożemy! - bez pytania, komu ten pomaga.
Mało tego możemy głosić - wszyscy twierdzący , że nasz wybór jest ograniczony, ulegają propagandzie zmuszającej Polaków do wyboru między dżumą a cholerą, bo przecież PiS to tylko wentyl bezpieczeństwa, który ma spuścić z Polaków groźne dla establishmentu powietrze.
Pada przy okazji całkiem rozsądny argument; wybory to przecież okazja do przekazania Polakom uwięzionym w szkle kontaktowym prawdy o sytuacji Polski czy zareklamowania zmiany ordynacji wyborczej.

Nie będę roztrząsać, kto ma rację. Wkrótce przekonamy się na własnej skórze, kto jakiemu panu służył czy do czego został użyty.
Jeśli świadmość kreciej roli JKM w każdych wyborach nie przekonała, to na pewno ja tego nie zrobię.

Chciałabym tylko uświadomić jedno, że odbywa się to głównie za pomocą jeżdżenia po plecach PiS nie zaś władzy. Rykoszetem dostaje jedyny kandydat, który jest na tyle silny, by wykręcić żarówki w żyrandolu Pałacu Namiestnika.
Nikomu nie chcę też odbierać prawa wyboru i nikogo nie chcę przekonywać, że swoim głosem może na dobre przyspawać Komorowskiego do żyrandola, choć jest wrogiem systemu i z całej duszy nienawidzi obecnej władzy. Nieśmiało tylko przypominam, że to nie są wybory parlamentarne, a wybory prezydenta.

Na prawicy nie ma ludzi bezmyślnych, są w większości ideowcami i dlatego tak łatwo nas podpuszczać, skłócać, grać na emocjach. Przy założeniu, że wybory nie zostaną sfałszowane i odbędzie się II tura, w której zjednoczymy się w głosowaniu na Andrzeja Dudę, w tych naszych sporach nie ma nic groźnego. Wprost przeciwnie, krystalizują się poglądy systemowe, a dekownicy partyjni, których jest, nie tylko po stronie PiS, wielu, muszą się poczuć niepewnie.

Problem w tym, że wybory będą, jeśli nie sfałszowane, to zmanipulowane zarządzeniami administracyjnymi.
Mamy już tego przykłady; liczenie ręczne, powtórka z książeczek, brak jednoznacznych decyzji dotyczących przechowywania kart do głosowania, likwidacja niektórych okręgów wyborczych za granicą i wiele innych numerów, o których dowiemy się po wyborach. Dla obecnego układu to walka na śmierć i życie.

Warto więc zapytać się.

Dlaczego poza Andrzejem Dudą mainstream nie atakuje innych kandydatur prawicowych?
Dlaczego tak chętnie publikuje ich „rosnące” sondaże, ich krytyczne ataki na PiS jakby to były wybory do parlamentu?

Warto wreszcie usiąść i pomyśleć, podyskutować z przyjaciółmi.

Co będzie się działo w Polsce, gdy Komorowski wygra wybory, a co jak przegra? Co ryzykujemy?
Dlaczego tak ważne są dziś wybory prezydenckie i komu zależy najbardziej, by Andrzej Duda przegrał już w I turze?
Naprawdę warto jeszcze raz wszystko przemyśleć, zanim powtórzymy epokę późnego Gierka wskutek gier wyborczych. Nie wszystkie są uczciwe i nie wszystkie służą Polsce. Tym razem bowiem nasz wybór gry może oznaczać nie ocet na półkach i talony na malucha za książeczkę partyjną, a likwidację państwa na własne życzenie. Mamy jeszcze czas na myślenie, na własne decyzje i własne wybory. Możemy wszystko,każdy jest wolny, ale niech będzie i odpowiedzialny.

___________________________________________

foto: Gra o tron

Zapraszam do słuchania:

audycja 623 (czwartkowa)