środa, 11 lipca 2018

Fakty skrywane pod kwiatami

Pamięć jest ulotna i dlatego, między innymi, zmieniają się nasze poglądy, ale nie zmieniają się fakty, one tylko giną w mroku niepamięci, by wrócić ze zdwojoną siłą.
I tak jest z ludobójstwem na Kresach. O jednych zdarzeniach się pamięta, inne pokrywa milczeniem, a jeszcze inne otrzymują nową interpretację w zależności od tego, kto rządzi, a kto w opozycji. I tak będzie dopóki choć jeden uratowany od śmierci pamięta, jak było naprawdę, a i on może swoje doświadczenie podporządkuje środowisku politycznemu, do którego należy.

Mam nieodparte wrażenie, że spin doktorzy skrupulatnie przeglądają daty historyczne i kombinują jakby je wykorzystać do kampanii wyborczej. A ponieważ następuje trzyletni wysyp wyborów, to kwiaciarnie mogą spodziewać się sporego utargu na kwiatach i wieńcach.
Maszerować pod pomniki będziemy od rocznicy do rocznicy, a politycy będą wygłaszać przemówienia; ostre, wyciskające łzy lub łagodne zawierające mniej rażące słownictwo, np. zamiast ludobójstwa, czystka etniczna.
Już sobie wyobrażam, jakie burze mózgów przeszły przez kancelarie; Sejmu, Senatu, Prezydenta, Premiera i biura partyjne przed rocznicą 11 lipca rzezi wołyńskiej, krwawej niedzieli, która jest tylko symboliczną datą trwającego od września 1939 r. polowania na Polaków na Kresach, o czym pisze w portalu Polonia Chrystiana 24.pl Tomasz Kolanek Ludobójstwo na Kresach to nie tylko Rzeź Wołyńska!

Ta burza mózgów w instytucjach państwowych, oczywiście, dotyczyła nas, nie polityki. To dla nas Prezydent Rzeczypospolitej modlił się w Łucku, złożył wieniec w ruinach spalonego kościoła i złożył kwiaty na polu, gdzie kiedyś była wioska.
Prawdziwa polityka została ustalona w zaciszu gabinetów Petra Poroszenki i Andrzeja Dudy.
Czy wglądało to tak? Ty pojedziesz na Ukrainę a ja do Polski. Ty będziesz mówić do Polaków to, co chcą usłyszeć, a ja to, co chcą usłyszeć moi.
Oczywiście trywializuję ustalenia dyplomacji, ale czy to ma jakiś znaczenie dla faktów? Co tak naprawdę ustalono? Dlaczego Poroszenko chce się spotkać z Andrzejem Dudą podczas szczytu NATO? O czym będą rozmawiać? Tego Polacy się nie dowiedzą, przynajmniej nie teraz.
A ja za każdym razem, gdy oglądam takie teatrum przypominam sobie rok 2006 i uroczystości „pojednania” w Pawłokomie.
Prasa, zwłaszcza lewicowa, szeroko rozpisywała się o tym, że Prezydent Lech Kaczyński przeprosił Ukraińców za popełnione przez Polaków zbrodnie, przebaczył nam Juszczenko i nikt się nie martwił w tym momencie o prawdę historyczną. Obaj wznieśli wieczorem toasty na cześć pojednania polsko – ukraińskiego.
A w lipcu odbywał się festiwal Kultury Ukraińskiej w Sopocie, właśnie w rocznicę rzezi wołyńskiej i Misiu Kamiński, ówczesny rzecznik prasowy Lecha Kaczyńskiego, w soroczce wywijał na scenie przytupasy.
Oburzenie Polaków było tak wielkie, że prezydent Lech Kaczyński zdał sobie sprawę, iż nie można „jednać” się ponad głowami żyjących ofiar i w samolocie przyznał, że zbrodnie OUN UPA to ludobójstwo.
Warto jednak przypomnieć słowa z przemówienia Prezydenta w Pawłokomie, które do dziś skutkują fałszowaniem historii i próbą zrównania zbrodni ukraińskich rzeźników z akcją „Wisła”.
Wiele jest jeszcze tragicznych miejsc, wiele mogił, często bezimiennych, po obu stronach granicy. Sprawiedliwe i godne jest, aby na każdym z tych bezimiennych, dotąd nieupamiętnionych grobów, bliscy ofiar – od kilkudziesięciu lat pozbawieni możliwości oddania im szacunku – mogli postawić krzyż i odmówić modlitwę. Musimy mówić o bolesnej, trudnej przeszłości otwarcie, krok za krokiem, wypracowując jedną, sprawiedliwą ocenę wszystkich ówczesnych, wojennych tragedii – i tych polskich, i tych ukraińskich. Wszystkie tragiczne wydarzenia w Pawłokomie, na Chełmszczyźnie, na Wołyniu, we Wschodniej Galicji, towarzyszące akcji „Wisła”, powinny znaleźć rzetelne wyjaśnienie w dialogu polityków, historyków i zwyczajnych ludzi. Mocne i trwałe pojednanie można zbudować bowiem tylko w oparciu o prawdę. Nie możemy zmienić przeszłości, ale możemy sprawić, by nie determinowała przyszłości.
Jak trwałe to było pojednanie dziś widać. Prezydent Andrzej Duda prosi o pozwolenie na ekshumowanie i godne pochowanie zamordowanych Polaków. A Poroszenko w tym samym czasie na polskiej ziemi przebywa z ukraińskim wojskiem w otoczeniu duchownych i Ukraińców w Sahryniu. Prezydent Andrzej Duda składa kwiaty w polu, Poroszenko w Polsce pod pomnikiem ofiar ukraińskich.
Coś ktoś z tego rozumie?
Komu powinno zależeć na dobrych stosunkach z Polską; Ukrainie czy nam?
Długo tak polityka wyłuskiwania Ukrainy z łap Moskwy będzie kosztem honoru Polski? Może dość, skoro nie widać efektów?

Tymczasem my łapiemy polityków za słówka, oburzamy się, gdy prawią komunały, które znamy na pamięć. Naiwny jest jednak ten, kto patrzy, słucha i oczekuje twardych ocen, szczegółów, potępienia i zdecydowanych żądań zamiast próśb.
Zapomniał naiwny o polskich Ukraińcach? To dla nich ta delikatna mowa polityków i pojednawcze wypowiedzi niektórych dziennikarzy, relatywizowanie wydarzeń. Na pewno nikt z ich głosów nie zrezygnuje, a już na pewno nie PSL czy PO.

Zbyt dobrze pamiętam awanturę Mirona Sycza, posła PO, który zmusił wojewodę olsztyńskiego, z nadania PSL, do wycofania swego poparcia dla sympozjum w 65 rocznicę Rzezi na Wołyniu, abym mogła uwierzyć, że już zawsze będziemy wspominać i czcić ofiary banderowskich rezunów, a Prezydent Ukrainy przeprosi Polaków nie tylko za zbrodnie swoich rodaków, ale i za fałszowanie historii.

Kampania wyborcza kampanią, ale historia uczy też, że dla żadnych celów politycznych czy doraźnych, wyborczych, nie uda się jej zakłamać. Można przemilczać niewygodne fakty, urządzać uroczystości, ale nie da się wmówić Polakom, że była to wojna domowa, a tego przecież oczekuje strona ukraińska .Każdy polityk poniesie w tym zderzeniu klęskę.

Na koniec zapytam Ukraińców, którzy wierzą, iż była to wojna domowa, bo Polacy byli źli wobec nich i tak samo mordowali, a żołnierze OUN i UPA chcieli wolnej Ukrainy i o nią walczyli.
Czy zgodzą się, przy całym szacunku do nieporównywalnej skali ofiar, by Wielki Głód potraktować jako uzasadnioną względami politycznymi domową wojnę Stalina z Ukraińcami, by umocnić Związek Sowiecki?
Czy nie jest to pytanie retoryczne?
Zapraszam do słuchania

_______________________________________________

Ilustracja: http://www.bibula.com/?p=102635

Zapraszam do słuchania
audycja 959 (czwartkowa)

czwartek, 5 lipca 2018

O knowaniach barbarzyńców i postawie Polaków w pięknej i mądrej książce

Książki z półki mamy Katarzyny

Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja, skrwawiona w wojnach na pewno na pokój zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata, ma swoją cenę, wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor.

Tymi słowami 5 maja 1939 roku kończy swoje przemówienie w Sejmie Józef Beck minister spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej. Była to odpowiedź na żądania Niemców korytarza przez Pomorze do Prus Wschodnich i Gdańska. Tak zdecydowana odmowa wobec III Rzeszy spotkała się z entuzjastyczną owacją na stojąco, bo była oczekiwana przez Polaków i wszystkie ówczesne siły polityczne.
W PRL słowa te stały się powodem do kpin zarówno z ministra jak i rządu polskiego, a także wojska, które z szabelką wybrało się na niemieckie czołgi, a potem zwiało przez Zaleszczyki z ogarniętego wojną kraju.

Ta głęboko kłamliwa i niesprawiedliwa propaganda przez dziesiątki lat wtłaczana polskim uczniom w szkołach do dziś powtarzana jest przez wielu dyskutujących o klęsce wrześniowej, cytujących przy okazji słowa o „płaszczu i guziku” z wcześniejszego przemówienia nie Józefa Becka, jak się niektórym wydaje, a generała Edwarda Rydza-Śmigłego, wygłoszonego podczas XII Zjazdu Związku Legionistów Polskich w 1935 roku.
O ile w PRL propaganda ta służyła deprecjonowaniu sanacyjnej Polski i była ochotnie powtarzana przez chwalców nowej władzy, o tyle zupełnie niezrozumiałym staje się jej powtarzanie w dzisiejszej wolnej Polsce, między innymi, przez tzw. „prawicowych rewizjonistów” polskiej historii powołujących się na polityków i publicystów II Rzeczpospolitej przeciwnych polityce ministra Józefa Becka.
Wszelka krytyka takich postaw spotyka się z oburzeniem zwiedzionych demagogią rewizjonistów.
Rozprawia się z nimi w mistrzowski sposób dziennikarz, publicysta i historyk Piotr Gursztyn w swej najnowszej publikacji „Ribbentrop – Beck – CZY PAKT POLSKA – NIEMCY BYŁ MOŻLIWY?
Książkę tę czytałam, a właściwie studiowałam kartka po kartce, rozdział po rozdziale przez kilka tygodni. W międzyczasie odbywały się promocyjne spotkania z autorem i powstało kilka ważnych recenzji. Nie natknęłam się na żadną, która by kwestionowała jej wartość merytoryczną czy literacką.
Cóż ja mogłabym dodać do takich opinii jak choćby te, które znajdują się na okładce książki?
To celne wyczerpujące podsumowanie dyskusji o tym czy Polska mogła uniknąć swojego losu podczas drugiej wojny światowej. Świetna historyczna publicystyka – pisze Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego.
Piotr Semka - Autor chwycił rewizjonistycznego byka za rogi. Pokazał, że flirt z Hitlerem byłby wasalizacją Polski. Książka napisana ze swadą i znajomością epoki.

To tylko dwie entuzjastyczne opinie z wielu.
Jeśli chodzi o mnie, zwykłego czytelnika szperającego w książkach historycznych, to zachwyca mnie właściwie wszystko; bogactwo erudycyjne, przemyślana kompozycja pracy, prowadząca czytelnika przez meandry polskiej i międzynarodowej dyplomacji, decyzji świata, który zmierzał nieuchronnie do zagłady wszystkiego, co do tej pory było kanonem życia społecznego i politycznego, warsztat historyka uzasadniającego swoje wnioski w źródłach, a nie w modnej dziś postawie wbrew oczywistym faktom: Ja tak uważam, to moje zdanie. Mam do tego prawo.

Piotr Gursztyn mówi jasno - dyskusja o decyzji Becka to spór o podmiotowość Polaków, jakie mamy prawa we wspólnocie międzynarodowej i bez wahania broni decyzji ministra.
Polacy mieli prawo odmówić, a Hitler nie miał prawa napadać w odwecie ani tym bardziej „karać” nas masową eksterminacją. Kwestionowanie prawa do odmowy jest jednoczesnym opowiedzeniem się po stronie Hitlera.

To ta część końcowa, publicystyczna, książki mówi o tym i można by się z nią spierać, gdyby nie szeroka panorama wcześniej opisanej sytuacji Polski na tle innych europejskich krajów i polityki dwóch barbarzyńców; Hitlera i Stalina, która nie zostawia żadnych złudzeń.
Ustępstwa wobec Hitlera pokazały, że barbarzyńcy nie liczyli się z nikim i z niczym. Realizowali swój plan podziału i podboju Europy jednych skazując na upokarzający wasalizm innych na zagładę jako podludzi.
Sojusze również kończyły się dla narodów tragicznie, jak w przypadku Rumunii, która do dziś ponosi tego skutki w otwarciu się na komunizm i totalne wyzbycie się kraju z kultury, zabytków i postaw patriotycznych.
Książki o wrześniu 1939 roku i II wojnie światowej zwykle skupiają się na polityce mocarstw. Tymczasem Piotr Gursztyn nie szczędzi czasu na pokazanie sytuacji innych krajów środkowo–wschodniej i zachodniej Europy. I w morzu faktów nie da się obronić teza, że real – polityka zmniejszyłaby ogrom zniszczeń i tragedii polskiej. Nie udało się wydłużyć czasu na przygotowanie kraju do obrony - pisze autor - Mieliśmy swoją Ojczyznę zaledwie 19 lat, potrzeba było przynajmniej jeszcze 10, by uzbroić polską armię. Ale na pewno wart był twardej postawy Polski fakt, że nie wyszedł Hitlerowi blitzkrieg, a wojna z Polską stała się wojną światową, a nie lokalną, nad którą świat przeszedłby do porządku tak jak w przypadku Austrii czy Czech.

Nie chcę opowiadać treści książki, bo każdy musi przeczytać ją sam. Choćby tylko po to, by wyleczyć się z historycznej polityki wstydu, którą uprawiano po 1989 roku, odzyskać poczucie godności i wartości polskiej historii tradycji insurekcyjnej.
Historyk stwierdza-

Aktywizm – a konkretnie odmowa Becka, wojna obronna 1939 roku, działania Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, Państwo Podziemne, walka Armii Krajowej ze szczególną rolą Powstania Warszawskiego – uchronił nas przed losem dużo gorszym, niż Polska zaznała.
I daje odpowiedzi, które opierają się o fakty nie przemilczając argumentów zwolenników polityki rozsądku tradycji „realistycznej” i obala je.
Nie zostawia też suchej nitki na koncepcjach „historycznych” wymyślonych na potrzeby szokowania czytelnika i zarabiania na braku wiedzy i szukaniu sensacji.

Jedno jeszcze muszę koniecznie dopowiedzieć.
Książka pisana jest językiem publicysty, nie stroni, od mowy potocznej, czytelnik nie musi czytać jej ze Słownikiem wyrazów obcych. Każdy rozdział, a jest ich 12, to konsekwentne pokazywanie wydarzeń, odwoływanie się do opinii świadków historii i dokumentów, o istnieniu których wiedzą przede wszystkim historycy i ciekawscy pasjonaci historii.
I tu też dodam kończąc moją opowieść o pięknej i mądrej książce, że każdy znajdzie w niej starannie przygotowany wykaz literatury i aneks nazwisk. Dzięki temu może już sam kontynuować swoją podróż po historii drugiej wojny światowej.

_______________________________________________

Ilustracja: moje zdjęcie

Zapraszam do słuchania
audycja 957 (czwartkowa)

piątek, 29 czerwca 2018

Krajobraz po „niby – bitwach”

Osoby śledzące wydarzenia polityczne od roku zadają sobie pytanie, co dalej z realizacją programu Prawa i Sprawiedliwości? Mnożą się „konstytucje”, konferencje, wywiady, przemówienia jak jest dobrze, ale kluczowe reformy, zwłaszcza służby zdrowia, repolonizacji mediów, chyba przerosły możliwości i wciąż są w sferze dyskusji programowej.

Radość ma swoją cenę

Za to jak z rękawa posypały się kolejne obietnice socjalne dla następnych grup społecznych. Wiadomo wybory. Niektórzy modlą się, by były one jak najczęściej, bo wtedy od dołu do góry biega św. Mikołaj.
Tym, którzy je wymuszają protestami i strajkami, warto przypomnieć, czym to się kończy na przykładzie genezy zabierania dzieci od rodziców przez Jugendamty w Niemczech, Bavernet w Norwegii, makabryczne wyroki sądów w sprawie ich życia i śmierci w Kanadzie czy Wielkiej Brytanii.
Państwa przejęły kontrolę nad rodziną poprzez socjal; coś za coś. Ostrożnie cieszmy się z pomocy państwa, bo przy ponownym dojściu do władzy liberalnych oszołomów skończy się to dla wielu dzieci tragicznie. Temat na oddzielną dyskusję.

Polityka dialogu z silniejszymi

Bezsensowne veto prezydenta zatrzymało reformę wymiaru sprawiedliwości. Wobec buty i arogancji sędziów z namaszczenia Okrągłego Stołu władza, wydaje się, jest bezsilna.
Koncepcja dialogu z Komisją Europejską w tej sprawie właśnie ponosi klęskę. Eksperyment ze zmianą szefa MSZ nie powiódł się.
Nie można bezkarnie zapraszać do domu gościa, by się przed nim tłumaczyć z ustawienia mebli i dziwić się, że umeblowanie mu się nie podoba. Są granice dialogowania, zwłaszcza z przeciwnikiem, który tylko udaje, że prowadzi dialog, a robi sobie kampanię wyborczą.

Trąbienie o sukcesach w przypadku relokacji emigrantów wywołuje ironiczny uśmiech, bo jest to bajka dla ciemnego luda i wielu z nas się na to nabrało. Wystarczy spojrzeć na polskie ulice w dużych miastach. Wszelkie pytania kierowane do rządu zbywane są milczeniem.

Wazelina w cenie

Wspieranie PiS przez media publiczne to kompletne fiasko. Polega ono na bezwzględnym chwaleniu wszystkich decyzji i pokazywaniu, że więcej nic zrobić nie można, bo szaleje opozycja totalna w kraju i zagranicą. Faktem jest, że szaleje, bo ma powody, traci kasę i grożą więzienia, ale to nie może być główny temat przekazu medialnego.
Programy publicystyczne niczym się nie różnią od debat przedwyborczych. Nie przekonują nikogo,co najwyżej gruntują podziały. Rzadko są merytoryczne i uczciwe i chyba nie taki ich cel. Nie po to przychodzą politycy do studia, by głosić prawdę. Leje się strumieniem propaganda.
Media społecznościowe również przyjęły taką opcję i dzielą się ze względu na sympatie polityczne. Każdy, kto ma inne zdanie, widzi problem inaczej, jeśli nie zostanie nazwany agentem FSB lub Mossadu, to na koniec otrzyma sakramentalne pytanie: A widzisz jakąś alternatywę dla PiS? I to zamyka dyskusję niczym prawo Godwina.
Jednym słowem, głosujemy na PiS, bo nie mamy wyboru? Kiepska to laurka dla partii rządzącej i nie najlepiej świadczy o wyborcach.
PiS też kiedyś nie miał szans, a zdobył mandat do rządzenia, a efemerydy noszą nawet teki ministerialne.
Czy nie tak lekceważono opozycję AfD w Niemczech i Ruch Pięciu Gwiazd we Włoszech?

Ale nie w tym problem, a w sposobie komunikowania się ze społeczeństwem i swoimi wyborcami.
Pierwszy szok
przeżyliśmy przy zmianie rządu. Jednego dnia kwiaty i gratulacje, owacje na stojąco po odrzuceniu wniosku opozycji o odwołanie premier rządu, akcja na fb i twitterze – Murem za Panią Premier, a drugiego uzasadnianie potrzeby zmiany rządu.
Ówczesna bezradność narracji mści się do dziś. Premier Morawiecki, moim zdaniem, nigdy nie zdobędzie takiego poparcia społecznego jak Beata Szydło. Zawsze będzie się kojarzył z liberałami, choćby nie wiem jak głośno przekonywał, że chce Polski solidarnej. I nie ma to znaczenia, że tak krawiec kraje, jak mu materiału staje, bo o trudnościach nie mówi się, poza zrzucaniem winy na totalną opozycję.
Leje się propaganda sukcesu, a nie jest to najlepszy sposób na dłuższą metę.

Dziś przeżywamy drugi szok.

Wykorzystując Mundial, pogodę i wakacje PiS przeprowadza akcję pojednania z Izraelem. Nowelizuje ustawę IPN uchylając zapisy o penalizacji kłamstw dotyczących współwiny Polaków za zbrodnie niemieckie. Robi to w skandaliczny sposób, łamiąc procedury stanowienia prawa, co natychmiast wykorzystuje opozycja w Parlamencie Europejskim.

Trudno zorientować się w przyczynach takiego zachowania.

1) Szantaż? Czyj i wobec kogo?
2) Pretekst do załagodzenia konfliktu z Izraelem i Kongresem Żydów Amerykańskich?
3) Szukanie obrony przed konsekwencjami amerykańskiej ustawy #447 o zwrocie bezspadkowego majątku żydowskiego?
4) Warunek wizyty Prezydenta RP w USA?
Pytań może być więcej.
Odpowiedzi znają tylko ci, którzy za tę bezprecedensową akcję odpowiadają. A historycy w przyszłości będą pisać na ten temat rozprawy tak, jak dziś po kilkudziesięciu latach niektórzy rewidują decyzję o braku zgody rządu polskiego na przystąpienie Polski do Antykomiternu przed II wojną światową. Takie jest prawo badań historyków.
Zadanie polityka jest inne. Podejmuje decyzje niepopularne, ale jeśli nie chce stracić władzy, musi je przekonywująco uzasadniać.
Nie można przez pięć miesięcy grzmieć, że nikt nam prawa nie będzie pisać i nikt nie będzie cenzurować nam ustaw, a potem robić woltę, po której oczy dostają zeza z wrażenia.

Przyjrzyjmy się argumentom

PiS - Nowelizacja i tak była martwa nie do zastosowania poza granicami Polski.
Przeciwnicy - To po co było ją uchwalać? Skoro martwa, to dlaczego tak ważna dla Izraela i USA?
PiS - Osiągnęliśmy wielki sukces normalizacji stosunków z Izraelem.
Przeciwnicy - Bzdura. Deklaracja nic istotnego nie wnosi. Już są jej przeciwnicy po obu stronach. A nowelizacja nadal grozi sądami historykom i publicystom. Tym ostatnim argumentem posłużył się nasz dzielny obrońca praw obywatelskich jednej opcji, Adam Bodnar.
Mało kto jednak dziwi się, że o tym, kto był ofiarą zbrodni II wojny światowej decyduje Izrael. Są jednak i tacy, którzy dostrzegają nie bez słuszności, że to koniec naszej suwerenności. Teraz każde ustawy będą musiały mieć kolaudację w Izraelu, zanim zostaną uchwalone. Nawet jak jest to tylko czysta złośliwość, to w pewnych sytuacjach całkiem realna. Czy tak będzie, przekonamy się przy procedowaniu ( jeśli do tego dojdzie) ustawy reprywatyzacyjnej. Czy to będzie nasz następny szok zafundowany przez PiS?
Są jeszcze dwa, najbardziej groźne argumenty, które zostały podane na tacy totalnej opozycji i wrogom Polski.
Sposób procedowania sam w sobie był niebezpiecznym precedensem i zemści się czy prędzej, czy później. Słusznie prof. Andrzej Nowak nazwał to niezrozumiałą rejteradą, która złamała wszystkie reguły stanowienia prawa.
Przy okazji uważnym obserwatorom może przyjść do głowy, kiedy porówna awanturę w dyskusji przed głosowaniem z wynikami głosowania, że teatr odpowiada wszystkim stronom, a wrzaski, okupacje mównicy są grą pozorów.
Zjednoczona prawica może usprawiedliwiać swoje trudności, a opozycja chwalić się, że nie porzuca broni. Jednym słowem „niby – bitwy”, po których wszyscy są zadowoleni. Czy nie jest to przypadkiem zarządzanie emocjami wyborców?
Drugi argument dotyczy Ukrainy. Banderowocy na tę nowelizację i deklarację będą się powoływać i domagać się podobnego traktowania jak Żydów.

Podsumowanie:

Na wyniki polityczne akcji „Pojednanie z Izraelem” będziemy czekać i przyjdzie nam jeszcze niejedno gorzkie przebudzenie ze snów o potędze.
O tandetnej dziennikarskiej apologetyce nie warto wspominać, bo to samo się kompromituje.
Nie mogę jednak przemilczeć wypowiedzi Prezesa Jarosława Kaczyńskiego w dzisiejszym (29 VI) wywiadzie. Wynikało z niej, że osiągnęliśmy wielki sukces. Izrael pozwolił nam mówić o tym, że jesteśmy ofiarami a nie współodpowiedzialnymi za Holokaust. Możemy już śmiało o tym mówić i walczyć o dobre imię.
Mam nadzieję, że to tylko brak doboru słów, a sukces leży gdzie indziej, bo jeśli nie, to znaczy, że jest gorzej niż myślimy i niewiele już możemy zrobić.
Mimo wszystko nie wolno krytykującym działanie rządu i partii zamykać ust argumentem - bo opozycja to wykorzysta. Żydzi w Polsce muszą wiedzieć, że nie kupiliśmy ich narracji, że polityka ich wobec Polski będzie miała fatalne skutki w nastrojach antyżydowskich. Jesteśmy jedynym w Europie krajem, gdzie synagogi i szkoły żydowskie nie muszą być chronione przez policję. Oczekujemy nie tylko deklaracji, ale przeprosin za haniebny atak prezydenta i premiera Izraela i zaprzestania wtrącania się w polskie ustawodawstwo szantażem.
Tego nie powie żaden polityk, ale my możemy. Politycy też muszą wiedzieć, co naprawdę myślimy. Alienacja władzy zawsze jest groźna.
Prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu kiedyś wydało się, że do pojednania polsko - ukraińskiego wystarczy uroczystość w Pawłokomie. Co wyszło, z tego pojednania, dziś już wiemy.
Oby nie było tak z pojednaniem polsko – żydowskim.
Krajobraz po staczanych „niby – bitwach” nie jest wesoły, ale czy to pierwszy raz Polacy muszą walczyć o swoje? Walczmy jednak z wrogami a nie ze sobą. Są sprawy, na których nie należy robić kampanii wyborczej.

_________________________

Zapraszam do słuchania
audycja 956 (niedzielna)

środa, 13 grudnia 2017

Kto pyta, ten błądzi

Słuchałam exposé nowego premiera Mateusza Morawieckiego. Nie usłyszałam nic, czego nie mówiła wcześniej premier Beata Szydło, czego nie byłoby w programie jej rządu. I dobrze, bo to był dobry program i trzeba go kontynuować.
Jedyna różnica, to doskonałe przygotowanie piarowskie. Każda część zapowiedzi działań programowych kończyła się wdzięcznym bon motem. Wszystko okraszone symboliką walki z komuną Solidarności Walczącej i mającym wycisnąć patriotyczne łzy przywołaniem siedzącego w ławie poselskiej ojca.
Atmosfera euforii wśród posłów Klubu Parlamentarnego PiS i wściekłość opozycji, chamskie okrzyki, mimo że na galerii siedział korpus dyplomatyczny. Szkoda, że dyplomaci nie pozostali na czas debaty, bo zobaczyliby prawdziwy obraz polskiego Sejmu i prymitywizm niektórych posłów.

Gdzieś tam w tym samym czasie obradował Senat nad uchwalonymi przez Sejm ustawami reformy sądownictwa autorstwa prezydenta, a pod Senatem garstka chuliganów, podpuszczana przez senatorów opozycji, atakowała policję.
Wszędzie można traktować łobuzów pałami, tylko nie u nas. Bo jakby to wyglądało, gdyby w świat poszły zdjęcia akcji policyjnej w wigilię rocznicy wypowiedzenia wojny narodowi przez juntę Jaruzelskiego.

Przez moment wydawało się wszystkim, że to już koniec, że teraz rząd zajmie się pracą. Urzędnicy odetchną z ulgą, bo nie będzie wymiany kadrowej, nowych dyrektorów, kierowników, wojewodów, kolegów z piaskownicy na miejsce poprzedniej ekipy. Ale nie. Nic z tego. Prezes ogłosił, że nastąpi w styczniu głęboka rekonstrukcja rządu z naciskiem na określenie – głęboka.
Do kogo to było adresowane? Do prezydenta, ministrów, opozycji, zagranicy?
Nie wątpię, że to był przekaz zaplanowany przez prezesa w określonym celu. Adresat zapewne usłyszał to, ale po co nam taka informacja, skoro nie uczestniczymy świadomie w grach politycznych, a jedynie jesteśmy manipulowani i bombardowani sprzecznymi dywagacjami dziennikarzy i polityków?

Czy dziennikarze ośmielą się o to zapytać? Wątpię. Sami będą tworzyć odpowiedzi. Nie zadaje się niewygodnych pytań. I dotyczy to wszystkich dziennikarzy również tych z TVN czy Polsatu.
Co by to było, gdyby gromada dziennikarzy polowała na wywiad z szefem Kancelarii Prezydenta i zapytała o udział Andrzeja Dudy w fecie Polsatu u boku Piotra Kroka, Piotra Podgórskiego, Zygmunta Solorza – Żaka, TW Zyg. w jednej osobie? Jak czuł się w towarzystwie właściciela stacji telewizyjnej opluwającej rząd ugrupowania, z którego wystartował do prezydentury i jego samego?
Co by było, gdyby dociekliwy dziennikarz na korytarzu Senatu zapytał marszałka Karczewskiego, dlaczego zamiast w Teatrze Polskim ze swoimi partyjnymi koleżankami i kolegami świętował razem z prezydentem galę Polsatu? Straciłby dziennikarz pracę?

Nie twierdzę, że wybrana przez nas władza ma się z każdego działania nam spowiadać. Są sprawy, które załatwia się za zamkniętymi drzwiami i ustala, co może przeniknąć do opinii publicznej. Nie znaczy to jednak, że z obowiązku patrzenia rządzącym na ręce zwolnieni są dziennikarze.
Gdybym chciała zamiast informacji propagandową papkę, oglądałabym od rana do wieczora TVN 24 czy Polsat. Płacę abonament, tymczasem zamiast wiadomości mam wyreżyserowany spektakl propagandowy. I nie ma to znaczenia, że akurat wspierający dobrą zmianę. Bo ktoś wciąż traktuje mnie, widza, obserwatora tego spektaklu z pogardą sądząc, że nie mam prawa do rzetelnej informacji, bo jej nie zrozumiem, ale można manipulować moimi emocjami i wychodzi na to, że, kto pyta, ten błądzi.

To zupełnie tak jak wtedy, gdy ważyły się losy Traktatu Lizbońskiego. Odegrano przed nami sztukę teatralną z oczekiwaniem na wyniki powtórnego referendum w Irlandii, choć zdrowy rozsądek nakazywał wsparcie Irlandii ogłoszeniem referendum w Polsce.
Nie zrobiono tego, bo podobno jesteśmy za głupi, jak stwierdziła Danuta Hubner, by decydować o tak poważnych sprawach. Zadziwiająca zgodność rządzących z Brukselą.
Nie wątpię, że prezydentem Lechem Kaczyńskim kierowały dobre dla Polski motywy działania, ale czy trzeba było udawać, kombinować? Nie wystarczyło powiedzieć wprost. Podpiszę, bo nie chcę, by Polska była izolowana? Wtedy moglibyśmy się spierać, dyskutować merytorycznie a nie pod wpływem emocji.

I teraz jest podobnie. A jak nie kupujemy narzucanej dezinformacji, to jesteśmy głupimi niewdzięcznikami, którzy nie ufają prezesowi.

Naprawdę nikogo z Prawa i Sprawiedliwości nie razi zrobienie z TVP i Polskiego Radia tuby propagandowej?!

Zamiast dociekać, pytać, spieramy się czy słusznie, czy nie, czy dobrze, jeszcze lepiej... itd. ale bez żadnej wiedzy o kulisach gry w całej sprawie. Odpowiadamy za polityków, piszemy im usprawiedliwienia. Krzyczymy na tych, którzy pytają, bo przecież nasi, bo trzeba mieć zaufanie do Jarosława Kaczyńskiego.
Nie twierdzę, że nie, ale nie pozwalajmy się tak łatwo zbywać. Pytajmy i nie odpowiadajmy za nich. Nie jest żadnym wstydem, powiedzieć – Nie wiem. Chcę wiedzieć, a jak nie możecie powiedzieć, to nie manipulujcie mną.

Kupujemy wszystko jak leci, choć nawet dziecko zadałoby pytania. Dlaczego? I dlaczego w takim stylu? I dlaczego takie huśtanie nastrojami społecznymi i dokładanie napięcia do awantur opozycji?
Jeśli nie chciano nas wtajemniczać, bo nie można, bo gra toczy się, to czy trzeba dolewać oliwy do ognia?

Po latach kolejne pokolenie dowie się prawdy, nowi propagandziści będą uzasadniać, krytykować i dziwić się, że łykaliśmy to wszytko bez zastrzeżeń.
Dziś wszyscy pytający o sens ostatnich wydarzeń politycznych odsyłani są do diabła, bo podobno nie ufają, pomagają opozycji itd, itp.
Co rozsądniejsi nie piszą jednak laurek. Przyznają, że nie rozumieją sytuacji i wstrzymują się z oceną.
Tylko czy dano nam wybór postawy wobec kolejnego grudniowego spektaklu, tym razem również udziałem zjednoczonej prawicy?
Czy wolno nam pytać; po co, dlaczego i czy na pewno zjednoczona? Czy pytania mają sens?
Nie chcę mieć łatwych propagandowych i spiskowych odpowiedzi, chcę być jedynie szanowana, a nie manipulowana bez względu na to czy robi to opozycja czy władza.

_______________________________________________

Ilustracja: http://s.tvp.pl/images/f/6/d/uid_f6deab34b359e1d8bf7a9376c6e2bfab1512658036984_width_268_play_0_pos_4_gs_0.jpg

Zapraszam do słuchania
audycja 900 (czwartkowa)

sobota, 18 listopada 2017

Jaki jest ten plan?

Eskalacji napięcia między prezydentem a rządem i Parlamentem nie widać końca. Do czego ostatnie wydarzenia polityczne w Polsce zmierzają? Jak to się skończy?

Zaczęło się od cyrku z reformą oświaty. Nikt nie pyta dziś prezydenta, gdzie są jego wysłannicy, którzy mieli nadzorować jej wykonanie. Reforma ma się dobrze. Broniarz pomocy prezydenta nie potrzebuje.

Potem była próba przekupienia elektoratu Kukiza referendum w setną rocznicę odzyskania niepodległości. Budowanie narracji wokół zmian w konstytucji jakoś jednak dziwnie szybko zgasło.

Ale prawdziwa bomba miała dopiero nadejść przy reformie sądownictwa. Pod Sejmem i Pałacem szalała opozycja, finansowana przez Sorosa. Pan prezydent wypoczywał z małżonką w Juracie i czekał cierpliwie na rozwój wypadków.
Nie przeszkadzało mu szarganie pamięci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, choć w kampanii wciąż się na Niego powoływał. A kiedy Parlament przegłosował ustawy mimo wrzasku ulicy i zagranicy, jak grom z jasnego nieba spadło weto i kłamstwa, że nikt z nim niczego nie konsultował.
Prowokację i inwektywy ze strony babci Zosi i rzecznika przetrzymał minister Zbigniew Ziobro. Dziwnie natomiast zaczął się zachowywać Jarosław Gowin.

Zaproszenie Tuska na obchody Święta Niepodległości to następna butelka oliwy wylana do ognia. Nie da się tego faktu czytać w oderwaniu od mającej się w tym samym czasie rozpocząć europejskiej akcji pd tytułem "Faszystowska Polska".
I tu znowu zaskakujące zachowanie prezydenta. Strzela niczym z armaty do faszystów. Mówi jednak nie o rasizmie a o ksenofobii i antysemityzmie. Do tablicy tym wywołuje Żydów polskich i izraelskich. Zagraniczna prasa grzmi wciskając kłamstwa swoim czytelnikom.
Dziwnie słabo brzmi oburzenie prezydenta wobec rezolucji PE, a właściwie prawie wcale go nie ma, poza potępieniem europosłów głosujących przeciwko Polsce.

Awantura jeszcze trwa, a prezydent przypadkowemu dziennikarzowi wygłasza opinię na temat ministra Antoniego Macierewicza. Nazywa to opinią prywatną, bo tak myśli. Nie przeprasza, a potwierdza ją w udzielonym wywiadzie, czym wylewa następną butelkę oliwy do ognia.
I wszytko to można by było jakoś wytłumaczyć, gdyby nie fakt, że w tym czasie Departament USA finalizuje zgodę na sprzedaż Polsce zintegrowanego systemu obrony powietrznej i przeciwrakietowej Patriot. Gen. Jarosław Kraszewski czy prezydent czują się niezadowoleni z tego powodu? A może ktoś inny pociąga za sznurki?
Nie śmiem nawet przypuszczać, że nieodpowiedzialna wypowiedź prezydenta miała na celu przeszkodzić tym negocjacjom. Tłumaczę to sobie jedynie zbiegiem okoliczności. Czy wszyscy w to uwierzą?

To nie koniec jednak wszczynania awantur przez Kancelarię Prezydenta. Dziś minister prezydenta Paweł Mucha zapowiedział kolejne weto prezydenta do nowelizacji ordynacji wyborczej. Zapowiedź ta została poprzedzona mętną opinią PKW. Znowu przypadkowy zbieg okoliczności?

Pora zapytać, skąd to nagłe wzmożenie prezydenckiej agresji wobec swego elektoratu i partii, której zawdzięcza wszystko; od pieniędzy na kampanię po program, pod którym tak chętnie się podpisuje i pozuje na jego współtwórcę?
Najwięcej, oczywiście, byliby w stanie Polakom wyjaśnić Małgorzata Sadurska i Marek Magierowski. Ze zrozumiałych względów milczą.

Kto śledzi wrzutki piarowców na twitterze, ten zapewne pamięta, że od jakiegoś czasu dziwne zachowanie prezydenta tłumaczono potrzebą poszerzenia elektoratu, a potem już śmiało brzmiał głos: Andrzej Duda miał lepszy wynik wyborczy niż PiS.
Znikła gdzieś kultura polityczna. Tandem Zofia Romaszewska – Krzysztof Łapiński wywołuje salwy śmiechu, ale i oburzenia. Mnożą się apele o zmianę rzecznika i wycofanie się pani Zosi. Oboje ośmieszają prezydenta. Prezydentowi jednak to nie przeszkadza. Wydaje się, że wszystko idzie zgodnie z planem.

Jaki jest więc ten plan?

Uważam, że odpowiedź znajdziemy, gdy cofniemy się do roku 2006/7. Premierem jest Marcinkiewicz. Głównie bryluje, niczego nie reformuje. Opozycja wrzeszczy, że pora, aby odpowiedzialność za rząd wziął prezes PiS.
Premierem zostaje Jarosław Kaczyński. Ręce ma jednak związane koalicją z Lepperem i Romanem Giertychem. Nie to jest jednak najważniejsze, a nieustanne awantury, kłótnie, prowokacje, czarny piar wobec braci Kaczyńskich i wobec PiS.
Polacy nie wiedzą, że zagraniczni sponsorzy dwoją się i troją, by zohydzić im rządy PiS. I udaje się im to z nawiązką. Wybory 2007 spychają na 8 lat PiS do opozycji. Dla Polski był to czarny czas, ale nie został zmarnowany przez Jarosława Kaczyńskiego. Partię prowadzi do zwycięstwa z całym pakietem wypracowanego programu.

Co się zmieniło od tego czasu? PiS ma większość parlamentarną i prezydenta ze swego ugrupowania, może mimo awantur reformować kraj. Opozycja, która miała być koalicyjną alternatywą podzieliła się i nic już nie jest w stanie ją uratować. Z każdym dniem traci elektorat, a mimo to brnie w niebyt ze swoją narracją.
Mafijne układy nie złożyły jednak broni, dla wielu baronów PO rządy PiS to perspektywa więzienia i utraty gigantycznych fortun. Naciska też europejska lewica, bo za przykładem Węgier i Polski pójdą i inne kraje.

Jaka jest szansa na odsuniecie PiS od władzy? Tylko jedna; podzielenie elektoratu PiS. Kto może ten elektorat podzielić, ba, kto już dzieli? Tylko prezydent. I robi to z coraz większą determinacją, bo jak na złość Jarosław Kaczyński i cała dobra zmiana na czele z Panią Premier ze stoickim spokojem przyjmują coraz agresywniejsze ataki na PiS i ministrów rządu. Robią swoje.
Rozżaleni wyborcy ślą inwektywy pod adresem prezydenta i zarzekają się, że nigdy na Andrzeja Dudę nie zagłosują. A prezydent wcale tym się nie przejmuje, a jego rzecznik nazywa nas ormowcami internetu.
Na co liczą? Mają nadzieję, że podzielimy się - jak niegdyś na zwolenników Wałęsy i Mazowieckiego, tak dziś na zwolenników obozu prezydenckiego i Jarosława Kaczyńskiego. Liczą, że PiS wystawi swojego kandydata i nie udzieli poparcia Andrzejowi Dudzie. Tego będą bowiem oczekiwać wyborcy PiS.

Czy tak się stanie?

_______________________________________________

Ilustracja: http://s.tvp.pl/images/c/6/f/uid_c6f45859cb2e1479f5e9b10a2c9da1d41484242228364_width_633_play_0_pos_3_gs_0.jpg

Zapraszam do słuchania
audycja 893 (niedzielna)

wtorek, 19 września 2017

„Nowa tradycja” pomysłem na reformę służby zdrowia?

„Rząd chce rewolucji w ustawie o cmentarzach. Dopuszczalne stanie się rozsypywanie prochów – pisze Rzeczpospolita”. A za nią powtórzyli te rewelacje Gość Niedzielny i TVP Info.

Przyznam, że mocno zbulwersował mnie ten news. Jest on tak dalece obcy naszej kulturze i tradycji, wierze chrześcijańskiej, że mogę sobie pomysł Głównego Inspektoratu Sanitarnego za aprobatą Ministerstwa Zdrowia wytłumaczyć jedynie uleganiem lobby zarówno zakładów pogrzebowych jak i samorządów, które skąpią nowych miejsc na pochówek naszych bliskich oraz naciskami deweloperów szukających nowych placów pod zabudowę.

Na pewno spodoba się on wszystkim walczącym z polską tradycją odwiedzania grobów w Dzień Zaduszny i Wszystkich Świętych.
Bardzo też wdzięczni będą za nią przestępcy.

Albo minister Konstanty Radziwiłł z Janem Bodnarem naoglądali się za dużo filmów amerykańskich, albo chodzi o przykrycie kiepsko idącej reformy służby zdrowia.

Tłumaczenie, że projekt jest jedynie zalegalizowaniem nielegalnych praktyk, nie wytrzymuje krytyki. Co by było, gdybym, np. w testamencie zapisała, że zgodnie z moją wolą proszę mnie pochować w przydomowym ogródku pod ukochaną jabłonią? Czy pozwolono by na to rodzinie? A może pozwolono by, zgodnie z wolą nieboszczyka, trzymać go w zamrażarce w piwnicy lub urnę z prochami przy łóżku ukochanej żony?

Niech mi nikt nie opowiada, że nowelizacja prawa w sprawie pochówku to wybór a nie nakaz.
Podobnie jest bowiem z chowaniem naszych zmarłych w jednej mogile. Owszem rodzina ma wybór; może wykupić miejsce obok, a może kolejną trumnę lub urnę wcisnąć na dziadka czy babcię. Nie testament w większości przypadków o tym decyduje, a wysokość zasiłku pogrzebowego i zaporowa, dla wielu, cena miejsca na cmentarzu.

Mówi się, że śmierć zrównuje wszystkich, biednych i bogatych. Czy na pewno?
Jak to jest, że tylko na nekropoliach narodowych takich jak Powązki grób nie jest likwidowany nawet wtedy, gdy nikt z rodziny już się nim nie opiekuje, zaś na cmentarzach komunalnych trzeba co 20 lat kupować miejsce pochówku powtórnie, by nie został „zasiedlony” przez nowego lokatora, a kości naszych zmarłych nie wysypano do wspólnego dołu lub skremowano?
Sarkofag sowieckiego zbrodniarza Bolesława Bieruta nie może być bez wrzasku oburzenia zlikwidowany, a można bez problemu ślad istnienia zwykłego Polaka zaorać? Tyle tylko jesteśmy warci?

Czy to normalne? Pytam, bo jestem z rodziny, która swoich przodków zostawiła w Tarnopolu. Przed laty przez ukraińskich gospodarzy miasta zostali potraktowani spychaczem, a na miejscu ich mogił wybudowano bloki mieszkalne.

Tyle się nasłuchałam, naczytałam o polskiej tradycji pamięci i szacunku do zmarłych, a tu tymczasem może się okazać, że zjem w Kątach Rybackich dorsza, który połknął ze smakiem wielbiciela nowej tradycji rozsypywania prochów na morzu.

Naprawdę Ministerstwo Zdrowia nie ma nic innego do roboty, tylko nowelizować ustawę o cmentarzach?
Tak tylko pytam, Panie Ministrze Konstanty Radziwille, bo nie mogę uwierzyć w to, co dziś przeczytałam. Rozumiem, że nie jest Pan projektem zbulwersowany, bo Pan i Pana rodzina z pewnością będzie miała kiedyś przepiękny nie tylko pogrzeb ale i grób rodzinny, którego nikt nie zaorze i nie postawi na tym miejscu, np. kolejnej Biedronki czy Lidla.

_______________________________________________

Ilustracja: Cmentarz w Klukach z XVIII w

Zapraszam do słuchania
audycja 876 (czwartkowa)

piątek, 25 sierpnia 2017

Prezydent wymienia płot

„Jeśli nie widzisz pożytku z tego płotu, na pewno nie pozwolę ci go usnąć. Odejdź i pomyśl. Kiedy wrócisz do mnie i powiesz, że widzisz sens jego istnienia. Wówczas może będzie wolno ci go zniszczyć”. – tak rozumiał reformowanie w odróżnieniu od deformowania mój ulubiony pisarz G.K.Chesterton

Myślę o tym coraz częściej, gdy obserwuję działania prezydenta Andrzeja Dudy.

Przyznaję, nie rozumiem celu ostatnich jego posunięć.
Od pierwszych dni kampanii wyborczej wszystko, o czym mówił, co zapowiadał, łykałam jak pelikan ufając, że tym razem nie będę się wstydzić, ani za zachowanie prezydenta, ani za brak wiedzy czy woli działania w drużynie, z jakiej się wywodził i jaka wyznaczyła mu zaszczytną rolę Prezydenta Najjaśniejszej.
Moje zaufanie było absolutne, dziś już takie nie jest. A to dlatego właśnie, że „zburzył ów płot”, ale nie potrafił przekonać, dlaczego to zrobił.

Pisałam już o tym, więc nie będę się powtarzać, zaznaczę tylko, że po raz pierwszy niepokój ogarnął mnie przy ustawie o reformie oświaty. Sądziłam wtedy, że tylko droczył się i dlatego do ostatniej chwili nie podpisywał jej.
Dziś myślę, że było to dystansowanie się od programu PiS, w domyśle z uzasadnieniem; reforma kiepsko przygotowana, ale ja przypilnuję, by obyło się bez kolizji. Oczko, oczywiście, w stronę przeciwników reformy. Tak na wszelki wypadek, gdyby coś nie wyszło, to nie jego wina.

Kiedy 3 maja zadeklarował pomysł referendum konstytucyjnego, pomyślałam sobie, że przejął działkę, na którą PiS po prostu nie ma czasu i nie chce zaczynać nowego tematu przy zwariowanej totalnej opozycji, która gotowa dać się rozjechać, byleby choć jedna reforma nie wyszła. A przy okazji uaktywni Polaków i zmusi do wyborów samorządowych.
Po wysłuchaniu przemówień podczas debaty konstytucyjnej, zorganizowanej przez NSZZ „Solidarność” w Gdańsku, zaczynam podejrzewać, że plotki, iż prezydent rzeczywiście uwierzył w tworzenie bloku z udziałem elektoratu Kukiz 15 nie są tak całkiem bezpodstawne.
A już na pewno takie plany zaświtały w głowie Piotra Dudy. To wrzucanie przy każdej okazji tematu akcji Ruchu Oburzonych nie pozostawia złudzeń.

Kto pamięta?

16 marca 2013 r. w Sali BHP Stoczni Gdańskiej powstała Platforma Obywatelska Oburzonych. W spotkaniu brali udział nie tylko działacze „Solidarności”, ale i związkowcy OPZZ, zmieleni.pl, przeciwnicy ACTA i rodzice przeciwni wysyłaniu sześciolatków do szkoły. Na czele Platformy stanął Piotr Duda i Paweł Kukiz.

Po szczegóły odsyłam do Internetu, choćby na stronę radia Wnet
Platforma Oburzonych: Kukiz i Duda chcą zmian

Ruch w tak szerokim układzie politycznym w kontrze do rządzącej wówczas koalicji PO/PSL nie mógł przetrwać, ale utorował drogę Kukizowi do Sejmu, a Piotr Duda zawarł na piśmie w czasie kampanii słynne porozumienie między związkiem a przyszłym prezydentem. Do tego właśnie porozumienia odwołał się Piotr Duda w swoim przemówieniu robiąc jednocześnie oko do Pawła Kukiza.

Czy podobało się to Prezydentowi?

Trudno wyczuć, ale wygląda na to, że proponowany przez prezydenta termin referendum nie jest wcale tylko symbolicznym nawiązaniem do rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę.
Wiadomo nie od dziś, że Kukiz15 rozpaczliwie szuka elektoratu do wyborów samorządowych za pomocą, jak niegdyś hasła okręgów jednomandatowych, tak dziś za jakimkolwiek referendum. Wiadomo, że im większa będzie frekwencja, tym mniejsze szanse konkurentów.
Temat zmian w konstytucji ponadto bardzo wygodny w czasie kampanii, bo nie trzeba będzie pracować nad konkretnym programem samorządowym, z tym bowiem może być krucho.

Czy takie ustalenia zostały poczynione na spotkaniu z Kukizem przed vetem prezydenta do ustaw reformujących sądownictwo?

Sądząc po przemówieniu Marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, PiS zna kulisy owego spotkania i z ogłoszeniem terminu referendum będzie zwlekać.
Prezydent raczej nie był zbyt mocno przygotowany do wyjaśnienia Polakom, dlaczego konstytucja powinna być zmieniona. Udawanie, że oto rozpoczęły się szerokie konsultacje społeczne kiepsko wypadło. Nie da się obronić pośpiechu referendalnego z mówieniem, że praca nad konstytucją będzie trwała przynajmniej z 5 lat.

Oczywiście prawdopodobny układ z Pawłem Kukizem i Piotrem Dudą nie wyjaśnia wszystkiego, jeśli chodzi o zawetowanie ustaw, ale przypomina wydarzenia, które tylko z pozoru stały się już historią kampanii prezydenckiej.
Pozostaje tylko westchnąć i przypomnieć Prezydentowi, jak zachował się Kukiz w drugiej turze. Trzeba być bardzo naiwnym, by wierzyć i zawierzyć swoją prezydenturę takim sojusznikom.

Nie ma jednak tego złego, co by nie mogło wyjść na dobre. Temat zmiany konstytucji trzeba było ruszyć.

Jeśli jednak prezydent sądzi, że Polacy dadzą się nabrać na szerokie konsultacje bez programu działania, to grubo się myli.
Mogę mówić tylko za siebie. Nie wezmę udziału w niby - referendum bez jasnego powiedzenia, co jest złe w obecnej konstytucji. Nie wystarczą mi ogólne stwierdzenia „płot trzeba wymienić”, bo minęło 20 lat od jego zbudowania.
I proszę szanownych demagogów nie wmawiać mi, że oto teraz społeczeństwo napisze swoją konstytucję.
Póki nie będę miała jasności, skąd ten nagły pomysł prezydenta na referendum bez projektu zmian konstytucyjnych żadnych takich tam bajek nie kupię. Teraz oczekuję, że Prezydent nie będzie blokował więcej reformowania kraju i jak najszybciej przedstawi swoje projekty ustaw reformujących KRS i SN. Wtedy może uwierzę, że „płot należy zburzyć” i prezydent naprawdę do tego dąży.

_______________________________________________

Ilustracja: Platforma Oburzonych: Kukiz i Duda chcą zmian

Zapraszam do słuchania
audycja 869 (niedzielna)

piątek, 18 sierpnia 2017

Jest interes do zrobienia

Czy jest ktoś z mojego pokolenia, wychowanego w PRL, kto nie zna skeczu „Sęk” kabaretu „Dudek”? Nie wierzę, że się ktoś taki jeszcze uchował. Młodych informuję, że wciąż można go odnaleźć w Internecie i obejrzeć, posłuchać, ba, nawet tekst jest, dla tych, co nie słyszą.
Mnie za każdym razem rozśmiesza jeden malutki fragment rozmowy telefonicznej dwóch Żydów:
- Jest interes do zrobienia.
- Interes? Ile można stracić?
- Co się mnie pytasz, ile można stracić! Się mnie natychmiast zapytujesz ile można zarobić!
I to jest sedno robienia interesów; wiedzieć, ile można zyskać, a ile stracić.
Nikt nie jest w stanie w tym prześcignąć Żydów. Są tacy, którzy zalecają Polakom pobieranie od nich nauki.
Ostatnio na Twitterze podrzucono pomysł wynajęcia żydowskiej kancelarii adwokackiej do negocjowania i uzyskania reparacji od Niemiec za II wojnę światową. Podchwycił go berliński mecenas Stefan Hambura i podzielił się nim z widzami TVP info.
Pomysł świetny, bo każdy wie, iż nikt tak dobry nie jest w negocjowaniu odszkodowań jak żydowskie kancelarie.

Co zyskalibyśmy? Przede wszystkim pewność, że będziemy traktowani poważnie a nie jak ubodzy krewni, którym przypomniało się, że ktoś coś jest im winien.
Najważniejszy jednak zysk to nie same reparacje, a możliwość przebicia się do opinii światowej, że Polska była największą ofiarą niemieckiego nazizmu.

Co stracilibyśmy? Poza świętym oburzeniem Niemców, wściekłego ataku lewackiej propagandy i wrzasku totalnej opozycji w kraju? - Nic.

Tak się niektórzy rozochocili w tych pomysłach na dobry interes, że idą dalej. Bloger zuberegg pisze:
Część środowisk żydowskich domaga się od Polski zwrotu pieniędzy za majątek utracony w Polsce podczas II WŚ. Nasze stanowisko winno więc być takie - oczywiście zapłacimy wam, zaraz po tym, jak otrzymamy zapłatę od Niemców. Pomóżcie nam załatwić u nich tę sprawę.
Przyznam, że oniemiałam, bo tego nie mógł podsunąć nikt inny jak tylko mistrz w robieniu interesów.
Nie wiem, co autor tego pomysłu zyskałby, ale wiem na pewno, że dla Polski to groźny interes ze stratami wizerunkowymi nie do odrobienia.
Po pierwsze –roszczenia majątkowe organizacji żydowskich są już dawno uregulowane traktatem odszkodowawczym zawartym między USA a rządem Polski z dnia 16 lipca 1960 r. (umowa indemnizacyjna)
Zgodnie z art. 1 tegoż traktatu/umowy rząd Polski zobowiązał się zapłacić, a rząd USA przyjąć, 40 mln ówczesnych dolarów amerykańskich za całkowite uregulowanie i zaspokojenie wszystkich roszczeń obywateli USA, zarówno osób fizycznych jak i prawnych z tytułu nacjonalizacji i innego rodzaju przejęcia przez Polskę mienia oraz praw i interesów związanych lub odnoszących się do mienia, które nastąpiło w Polsce przed dniem podpisania i wejścia tego układu w życie. Spłata tego zobowiązania przez Polskę następowała w rocznych ratach i została w całości spłacona i rozliczona dnia 10 stycznia 1981 roku.
Umowa indemnizacyjna pomiędzy USA I PRL
Po drugie – prawo polskie umożliwia jedynie roszczenia spadkobierców a nie organizacji.

Dyskusja więc na temat roszczeń żydowskich jest bezprzedmiotowa. I chyba wszystko zostało już wyjaśnione podczas spotkania z premierem Jarosławem Kaczyńskim i marszałkiem Sejmu Markiem Jurkiem a Komitetem Wykonawczym Conference on Jewish Material Claims Against Germany, reprezentantami World Jewish Restitution Organization (Światowej Organizacji Restytucji Mienia Żydowskiego) i ambasadorem Izraela w Polsce Davidem Pelegiem w 2007 r. O czym pisała onegdaj „Fronda” (Roszczenia Żydów z USA i Izraela do Polski to hucpa) Domyślam się, że pomysł ten, by związać starania o reparacje z roszczeniami żydowskimi, otworzyłby problem powtórnie. A z Polaków zrobiłby współwinnych zbrodni niemieckich na narodzie żydowskim, z czym usilnie próbujemy walczyć. Z pewnością niejednemu nie tylko w Polsce ten fakt spodobałby się.

Konia z rzędem temu, kto wie na pewno, o co chodzi w podniesieniu tematu reparacji i jak to dalej się potoczy, skoro nawet podsekretarz stanu w MSZ Marek Magierowski nie został wtajemniczony i jego szef musiał prostować niefortunną wypowiedź.
Podrzucone zgniłe jajo? Dyplomatyczny manewr przyblokowania arogancji niemieckich polityków? Tego nie wiemy. A pomysłowi wynajęcia żydowskich adwokatów pikanterii dodało spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z przedstawicielami polskich środowisk żydowskich.
O czym tak naprawdę rozmawiali, dlaczego z Jarosławem Kaczyńskim a nie z premier rządu czy szefem MSZ?
Snucie domysłów i pomysłów na odzyskanie reparacji ma jednak swoje granice. I w żadnym wypadku nie może szkodzić Polsce.
Polityka międzynarodowa to nie kupno tartaku i zrobienie dobrego interesu i w tym właśnie tkwi sęk, którego nijak niektórzy nie potrafią dostrzec.

_______________________________________________

Ilustracja:Kabaret Dudek - Sęk

Zapraszam do słuchania
audycja 867 (niedzielna)

środa, 16 sierpnia 2017

„Konstytuta” czy konstytucja?

W szkole pani pyta - Co miał na myśli autor wiersza? Dzieci szukają odpowiedzi, ale z góry wiadomo, że pani i tak jako obowiązującą podyktuje własną wersję. I tak też stało się z przemówieniem prezydenta przed defiladą Wojska Polskiego.

Czy zdanie: To jest armia Rzeczypospolitej Polskiej, to nie jest niczyja armia prywatna, to armia, którą powinniśmy wspólnie kształtować, to armia, która własną piersią broni Polski - odnosiło się do opozycji, czy było prztyczkiem w nos min. Antoniego Macierewicza?

Żadne tam argumenty, przypominanie haniebnych wypowiedzi totalnej opozycji o WOT jako prywatnej armii Antoniego Macierewicza, nie mają żadnego sensu. Każdy ma swoją panią, która mu dyktuje jedynie słuszną odpowiedź.

Podpowiem rozemocjonowanym dziennikarzom i z prawa i zlewa, że tematów do grzania może być więcej:
1. Dlaczego obok Prezydenta zamiast Pani premier Beaty Szydło stał szef BBN Paweł Soloch?
2. Dlaczego Pani premier stała na trybunie w drugim rzędzie i nie składała kwiatów razem z min. A. Macierewiczem?
3. A w ogóle to dlaczego Prezydent sam składał wieniec pod pomnikiem Naczelnika Józefa Piłsudskiego, a MON dopiero na końcu uroczystości?
4. Itd itp. Zupełnie jak w piosence Agnieszki Osieckiej „Okularnicy”.

I tak, co najważniejsze, najistotniejsze w przemówieniu prezydenta, o czym naprawdę warto dyskutować i spierać się, rozmyje się w emocjonujących polemikach.

Czującym niedosyt mogę jeszcze dorzucić pewną plotkę, krążącą wśród historyków, która doda pikanterii współczesnym sporom; kto ważniejszy prezydent czy minister.
Podobno nasz wielki wódz gen. broni Władysław Sikorski - Prezes Rady Ministrów, Minister Spraw Wojskowych, Minister Sprawiedliwości rządu na uchodźstwie tak przesuwał krzesło, by siedzieć zawsze przed prezydentem. (Niestety, nie wiem, którego prezydenta to dotyczyło, bo było ich kilku).

Kto interesuje się historią, ten wie, że spory o pierwszeństwo nie są w polskiej tradycji niczym nowym.
W swoim wykładzie z dn. 16 listopada 1924 r. Józef Piłsudski mówił o pierwszych dniach konstytuowania się rządu Polski rodzącej się do niepodległości ze zlepka ziem pod zaborami. Mówił o gettach, jakie wytworzyły wśród polityków poszczególne zabory. Niby wszyscy mówili tym samym językiem, a jednak nie rozumieli znaczenia słów, których inni używali.
Zdawało mi się, że mam do czynienia z ludźmi, z których każdy mówi innym językiem, chcąc widzieć w słowach to, czego w tych słowach nie było i robiąc wrażenie ludzi, którzy przyszli jedynie po to, aby w twarz sobie pluć, a nie po to, by sobie podać ręce – wspomina Józef Piłsudski.
Później było jeszcze gorzej. Kwestia organizacji najwyższych władz wojskowych po zwycięskiej Bitwie Warszawskiej stała się przyczyną licznych konfliktów i sporów kompetencyjnych, wprowadzając chaos do życia politycznego w odrodzonym państwie na kilka lat.
Projekt ustawy o organizacji najwyższych władz obrony państwa został tak sformułowany, by utrudnić przyszłemu wodzowi jego odpowiedzialną pracę i by ją oddawać w ręce innych – pisze Naczelnik.
Źródłem konfliktu była źle napisana Konstytucja marcowa (1921). Co o niej sądził J.Piłsudski nie trzeba przypominać, bo to jeden z najbardziej znanych cytatów z powiedzeń Marszałka.
Lubię go, więc nie odmówię sobie przyjemności przytoczenia.
Ja tego, proszę pana, nie nazywam Konstytucją, ja to nazywam konstytutą. I wymyśliłem to słowo, bo ono najbliższe jest do prostituty.
Co dziś powiedziałby Marszałek o obowiązującej Konstytucji z 1997 r. i projektach dowodzenia Armią Wojska Polskiego?
Może to samo? Tego się, oczywiście, nie dowiemy i podejrzewam, że domysły będą zależeć od punktu siedzenia. Co innego będzie sądził prezydent i BBN, a co innego MON.

W jednym na pewno obie strony się zgodzą; potrzebna jest nowa konstytucja, która jasno określi kompetencje obu urzędów. Ostatni konflikt między prezydentem a szefem MON, którego podobno nie ma, pokazuje wyraźnie, że jest to pilna potrzeba.
Rzecz jednak w tym, że chyba w dzisiejszych uwarunkowaniach politycznych wewnątrz kraju i w UE praktycznie niemożliwa.
Obawiam się bowiem, że jak na tej lekcji języka polskiego, będą różne odpowiedzi, ale i tak dyskusja będzie się toczyć nie na tematy ważne dla systemu politycznego Polski, a o związkach jednopłciowych i prawach gejów do adopcji dzieci.
Wszechobecna pani – poprawność polityczna - ma swoją wersję konstytucji i na pewno będzie chciała ją nam podyktować.

_______________________________________________

Ilustracja:Święto Wojska Polskiego

Zapraszam do słuchania
audycja 866 (czwartkowa)

środa, 9 sierpnia 2017

Co dalej?

Ostatnie decyzje prezydenta zmuszają do stawiania trudnych pytań.

Najpierw sumuję to, co już za nami.

Przypominam sobie kompromitującą Kancelarię Prezydenta korespondencję z Ministrem Obrony Narodowej, Antonim Macierewiczem. Rzecznik Prezydenta Marek Magierowski pytany wówczas, czy prezydent ma zaufanie do szefa MON, odparł, że "prezydent ma wątpliwości w kilku kwestiach dotyczących polityki ministra Macierewicza i oczekuje precyzyjnych odpowiedzi na zadane pytania".
Szokiem dla mnie była forma publicznej rozmowy ponad głową premier Beaty Szydło i ton, w jakim poinformowano o korespondencji.
W pierwszej chwili parsknęłam śmiechem, bo na „cara batiuszkę” to prezydent nie wygląda, a nie tak buduje się autorytet Urzędu Prezydenta Rzeczypospolitej. Potem, tak jak większość, zareagowałam emocjonalnie nie szczędząc gorzkich słów.
Dodatkowo kompromitacją trąciło żądanie wyjaśnień od szefa MON w sprawie działań wobec oficerów Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Obrony oficerów współpracujących z FSB nawet w najśmielszych dywagacjach nikt się chyba nie spodziewał.
Wydawało się, że konflikt został zażegnany i poszedł w zapomnienie, zwłaszcza że Pani Premier zdecydowanie stanęła po stronie Antoniego Macierewicza ucinając spekulacje na temat ewentualnej dymisji, co bardzo rozczarowało medialne tuby agentury wpływu.
Premier Beata Szydło płaci do dziś ostracyzmem ze strony Kancelarii Prezydenta za swoją zdecydowaną postawę. Spektakularnie widoczne było to podczas wizyty prezydenta Donalda Trumpa.

Największe atrakcje dopiero miały nadejść.

To, w jakim stylu prezydent zawetował ustawy o reformie KRS i SN przeszły najśmielsze wyobrażenia. Piłsudski onegdaj udał się do Sulejówka, nasz prezydent skromniejszy, wyruszył do Juraty i beztrosko odpoczywał z żoną prując fale wodnym motorem, czy jak to się tam nazywa, bo nigdy tym nie pływałam. A w Sejmie i na ulicach szalała totalna opozycja opłacana ze wschodniej i zachodniej strony.
Myślę, że tak jak ja, wielu obserwujących wydarzenia oczekiwało, że prezydent zdecydowanie potępi destabilizację państwa, ale nie. Zamiast tego otrzymaliśmy weto z śmiesznie głupim uzasadnieniem. Przy okazji opozycja i część prawicy snuła projekcje na temat rozbicia koalicji rządowej.

W tym momencie nawet polityczny laik musiał zadać sobie pytanie – Prezydent był świadomy takich konsekwencji swojego postępowania czy tak mu wyszło?

Na szczęście Jarosław Kaczyński zażegnał konflikt stonowaną i pojednawczą, bez atakowania prezydenta, oceną wydarzeń podczas rozmowy w TV Trwam i Radiu Maryja.
Było to bardzo potrzebne, bo przecież kampania prezydenta i PiS skupiała się głównie wokół tych właśnie mediów. Wielokrotnie później słyszałam jak słuchacze gorliwie polecali Matce Najświętszej naszego prezydenta, premier i rząd.

Sytuacja się uspokoiła, przycichły ostre spory o słuszność weta i zaczęła się merytoryczna dyskusja wśród publicystów i niektórych polityków. Jednak po zapoznaniu się z pisemnym uzasadnieniem weta zaczęły się mnożyć dywagacje na temat prawdziwych przyczyn odrzucenia ustaw.
Czy z własnej woli, czy też pod przymusem Jarosław Gowin zasygnalizował buńczucznie, że nie ma mowy o odrzuceniu weta w Sejmie, bo on tego nie poprze.
Wbrew insynuacjom lojalnie zachował się min. Zbigniew Ziobro. I chwała mu za to, że nie uległ emocjom.

Wkrótce gdzieś tam na marginesie bieżących newsów dotarła informacja, że prezydent nie podpisał wniosków Antoniego Macierewicza o nadanie sztandarów wojskowych pierwszym trzem brygadom WOT.
Dlaczego? Warto, by ktoś zapytał prezydenta. Nie podoba mu się obrona terytorialna czy zazdrości sukcesów Antoniemu Macierewiczowi? Bo że WOT nie podoba się Putinowi, Merkel i opozycji, to wiemy.

Nie mnie rozstrzygać, gdzie leży źródło konfliktu z ministrem; w ambicjach obu panów, konstytucji czy może naciskach tajemniczych doradców w BBN czy KP. Faktem jest, że niepodpisanie tych wniosków i teraz - nominacji generalskich nie może już w żaden sposób być usprawiedliwione i nie dlatego, że ktoś ma przerost ambicji, nie umie rozmawiać, mści się, daje nauczkę czy coś tam jeszcze, o czym nie wiemy, ale dlatego, że jest to groźne dla bezpieczeństwa państwa.

Jaki sygnał wysyła prezydent agenturze rosyjskiej przed manewrami Rosji ZAPAD 2017?
Co mają myśleć sojusznicy w NATO?
A co mają myśleć zwykli dowódcy i żołnierze WP?
Czy nie powinny te sprawy być rozstrzygane w zaciszu gabinetów po sprawdzeniu czy nie ma podsłuchów?

I może jeszcze jedno pytanie, które wraca do mnie jak bumerang, ile razy myślę o zaistniałej sytuacji.

Co dalej? Jakie nam atrakcje szykuje prezydent? Czy weta prezydenta będą podporządkowane jego koncepcji zmian w konstytucji, o których nic nie wiemy?
Jestem ostatnią osobą, która pójdzie teraz na referendum w tej sprawie, ale o tym może kiedy indziej porozmyślam przy swoim zmywaku, bo i cóż mi pozostało jak nie zmywać gary i czekać na rozwój sytuacji.

Zwolennikom wzmocnienia władzy prezydenta polecam na koniec przemyślenie: Co by było, gdyby silną władzę konstytucyjną miał prezydent Wałęsa? Czy musiałby liczyć się w Moskwie przy podpisywaniu układu o dobrosąsiedzkich stosunkach z Rosją z treścią telegramu Jana Olszewskiego? (przypomnijmy: Nocna zmiana za odrzucenie dyktatu Rosji) Co by było, gdyby mocną pozycję prezydentowi dała konstytucja, a prezydentem był ktoś taki jak Bronisław Komorowski?

_______________________________________________

Ilustracja: Wykop

Zapraszam do słuchania
audycja 864 (czwartkowa)