czwartek, 21 maja 2015

Panie Kukiz, nieodpowiedzialna Pana gra

Obiecałam sobie, że się nie odezwę przed II turą wyborów, bo tyle mądrych analiz wyników I tury już czytałam, że zdanie mamy Katarzyny od zmywaka niewiele może zmienić, ale nierozważnym słowem może popsuć. Tak się jednak wściekłam przy porannej prasówce, że muszę przynajmniej się wyładować rzucając garnkami w zmywaku.

Najpierw może z góry coś zastrzegę.
Jeśli wierzyć deklaracjom znanych mi osób głosujących na Kukiza w I turze wyborów, w niedzielę zagłosują na Andrzeja Dudę.
Nie do końca jednak ufam ich deklaracjom, bo są to ludzie wcale nie młodzi i w układach nomenklatury miejscowej tkwią od lat, nabożnie jednocześnie składając rączki każdej niedzieli w kościółku.
Taki to zwyczaj od czasów PRL panuje w miejscowym establishmencie. Kiedyś była w kieszeni czerwona legitymacja i gorliwe machanie szturmówką w pochodach, a w niedzielę starą warszawą, albo polonezem przeciskanie się ścieżkami pasma lasu do Gietrzwałdu. I tylko cierpliwości Mateńki mogą zawdzięczać, że żaden konar w dach samochodu nie walnął za obłudę sumienia.

Dziś przy korycie ciasno, więc starzy „oburzeni” ciągną młodych, twierdząc, że są antysystemowi. Nie dam złamanego szeląga za ich głos na Andrzeja Dudę.
Ale jak ich nowe guru, stwierdza, że „znów musimy wybrać mniejsze zło”,  to trafia mnie szlag.

Panie Kukiz, ryzykowna Pana gra.

Wciąż jeszcze mam nadzieję, że nie jest to gra pokroju Leppera (nie, aż tak źle Pana nie oceniam) i że nie skończy się to „wysypywaniem zboża” na tory lub, co gorsze, grą, którą po przegranej w wyborach prowadziło PO, zmuszając PiS do koalicji z V kolumną w 2005 roku.
Rozumiem, że pracuje Pan na elektorat w wyborach parlamentarnych i nie chce jasno określić czy pójdzie Pan do wyborów i czy zagłosuje na „mniejsze zło”, by nie zrażać „różowych” w swoim elektoracie.
Oby ta Pana taktyka nie wyszła bokiem Polsce, bo na kogo zagłosuje elektorat Kukiza, to każdy już w swoim środowisku wie.
Rzecz nie w tym i dlatego wychodzę przed taktyczny szereg i walę prosto z mostu aż mi w zmywaku pękają stalowe garnki.

Dziś mamy tylko jeden wybór; albo otwieramy drzwi do zmian w Polsce, albo młodych wysyłamy na ulicę, bo nie podoba nam się PiS. Tylko kto razem z nimi pójdzie na tę ulicę? Warto odpowiedzieć sobie już dziś na to pytanie.

Gra idzie o Polskę. Nic nie ryzykujemy, prócz tego, że pozostaniem w domu, albo głosowaniem na Komorowskiego betonujemy układ, który już po wyborach parlamentarnych pokaże nam, gdzie raki zimują.
Ustawa o podatku katastralnym czeka już tylko na rozporządzenie.
Do wyborów finanse będą reanimowane, po wyborach zacznie się u nas „Grecja”. A kto uważa że straszę, to niech łaskawie zainteresuje się tym, co dzieje się na południu Europy; w Grecji, Portugalii czy we Włoszech i przeczyta Jurgena Rotha „Cichy Pucz”.
Wiem, że to dla elektoratu Komorowskiego za trudna lektura, ale dla młodych oburzonych (i słusznie) jak najbardziej.
Warto sięgnąć po wiedzę, zanim tyłki Wam skopią na polskim Majdanie, a nowy Wałęsa zagospodaruje Wasz gniew.

To mówi wam doświadczona życiem, będąca wciąż w opozycji, wykiwana przez Wałęsę i innych cwaniaków, oburzona, która nie miała żadnych wątpliwości na kogo ma zagłosować już w I turze.
Moim kandydatem nie jest „mniejsze zło”, a człowiek, który zna Polskę i jej prawdziwe problemy społeczne, zna przyczyny i zna autorów rozkradania i niszczenia mojej Ojczyzny. Jest politykiem i wie jak politykę dla polskiej racji stanu prowadzić. A przede wszystkim ma zaplecze polityczne do niej.
Jeśli przegra, to przez tych, którzy są w układach lub boją się, że układ wyrzuci ich za burtę, gdy oddadzą głos na Andrzeja Dudę. Wkrótce się przekonają, co z robi z nimi ten układ, gdy międzynarodowa Trojka zażąda od Polski zwrotu długów lub spłaty majątku Żydów.

Jestem stara, mnie już bieda emerycka nie straszna, ale co zrobią młodzi? Wszyscy wyjadą? Dokąd? Przecież w Europie i na świecie kryzys, wojny, narastają nastroje ksenofobiczne, również w stosunku do Polaków. Czy nie lepiej wysłać na emigrację rządzący układ? Nie zrobimy tego bez zmiany na Urzędzie Prezydenta, tego „Oburzonemu” i jego młodemu elektoratowi nie trzeba chyba tłumaczyć?

_______________________________________________________

Kukiz: „Znów musimy wybrać mniejsze zło

Zapraszam do słuchania:

audycja 633 (czwartkowa)

środa, 6 maja 2015

To ma sens

Jedni pracują w sztabach wyborczych, piszą, dyskutują, agitują, przygotowują się do pracy w komisjach wyborczych, szkolą mężów zaufania, biegają z wywieszonymi na brodzie językami ze zmęczenia, by wszystko dopiąć na ostatni guzik.
Inni sterują pilotem po kanałach jedynie słusznych mediów lub surfują po wieszczących klęskę portalach i forach. Po czym w drodze do lodówki po kolejne piwo mruczą pod nosem – To nie ma sensu i tak przerżniemy. Sfałszują wynik. Tylko obalenie systemu siłą ma sens. Nie oddadzą władzy dobrowolnie.

Normalka. Tak było zawsze. Jedni walczyli do ostatka, organizowali się obok wrogich instytucji zaborców, instytucji państwowych, wychowywali dzieci do służby Ojczyźnie, bronili ziemi rodzinnej przed wyprzedażą obcym, tracili majątki, pracę, a gdy nie było już innej drogi, chwytali za broń, ginęli, zamarzali w kibitkach w drodze ku wiecznej zmarzlinie, padali w dołach śmierci od strzału w tył głowy.
Drudzy wychodzili z salonów wroga i wygłaszali płomienne mowy, pisali artykuły, książki na temat bezsensownych zbiorowych samobójstw Polaków.

Patriotyzm objawiający się w czynie nigdy nie był wartością powszechną. I nigdy nie wynikał jedynie z pobudek politycznych, zawsze wiązał się z osobistymi wyborami idei, wiary, umiłowania własnej godności i przywiązania do wolności ponad lęk o karierę, przyszłość czy nawet - życie.

Nie wiem, bo nikt tego jeszcze nie wie, jaki będzie wynik wyborów, nikt nie wie, jak zachowa się europejska „Trojka” i rosyjska partia w Polsce w przypadku klęski Komorowskiego. Może, protokoły zaleje woda, spłoną w samochodzie, zjedzą je myszy jak króla Popiela, może tym sposobem wyciągną nas na „Majdan” i będą do „chuliganów” i „warchołów” strzelać nie tylko kulami gumowymi? Któż może zaręczyć, że to się nie zdarzy?

Może być też tak jak w przypadku uchwalenia Konstytucji 3 Maja; wygrana Andrzeja Dudy zmobilizuje wrogów silnej Polski.
Nikt nie zagwarantuje nam, że ewentualne zwycięstwo Andrzeja Dudy i PiS w wyborach parlamentarnych nie przyspieszy scenariusza przećwiczonego w Hiszpanii, Portugalii czy Grecji.

Ale może być również inaczej; zwycięstwo Andrzeja Dudy zatrzyma szaleńczy wyścig z czasem w uchwalaniu ustaw niszczących do reszty Polskę.
A może być i tak, że PiS mimo wygranej nie będzie rządzić Polską, bo koalicja dotychczasowych graczy nie dopuści do tego.
Wówczas prezydent stojący w opozycji do rządzących będzie na wagę wolności. Jego nie będzie można odwołać, zakneblować czy wsadzić do Tupolewa. Ten numer już nie przejdzie.

Rodzaj broni w walce dyktuje przeciwnik. Dziś mamy karty do głosowania i urny wyborcze, jutro może być potrzebna nasza walka albo praca przy odbudowie Ojczyzny.

Nie zmarnujmy tej szansy. Nie mówmy – to nie ma sensu, bo to nieprawda. Wmawiają w nas taką postawę ci, którym bardzo zależy na niskiej frekwencji i rozbiciu głosów.

Ps. Idę na wybory z własnym długopisem. Do zobaczenia w lokalach wyborczych :-)
Pozdrawia mama Katarzyna

___________________________________________

Zapraszam do słuchania:

audycja 629 (czwartkowa)

sobota, 18 kwietnia 2015

Kto od kogo pensję pobiera

rys. Andrzej Krauze

Konflikt na Ukrainie wyzwolił domowe demony. Pisząc – domowe – mam na myśli polskie. Chyba nigdy w przeszłości w związku z tym nie był tak często cytowany Józef Piłsudski ze swoim ostrzeżeniem „Podczas kryzysów – powtarzam – strzeżcie się agentur”.
Mało kto jednak wie czy pamięta jeszcze, w jakich okolicznościach Naczelnik zdanie to wypowiedział. A warto wiedzieć, bo nic tak nie fruwa dziś między nami patriotami jak epitet agenturalnych powiązań. Jest to równie groźne jak sama agentura.

Do szukających agentów nie docierają żadne argumenty. Jesteś za wolną Ukrainą? - agentura Mosadu zrobiła ci wodę z mózgu.
Bronisz polityki Rosji, nie ufasz Ukraińcom, bo czczą Banderę? - Jesteś agentem Putina. Koniec dyskusji. W szumie emocji i niewybrednych wyzwisk ginie polska racja stanu. Chowają się prawdziwi agenci.

Przypomnijmy więc, kiedy to i w jakich okolicznościach Józef Piłsudski przestrzegał przed agenturą wrogów Polski.

Pamiętne słowa Marszałka pochodzą z przemówienia na Zjeździe Legionistów w Kaliszu 7 sierpnia 1927 r.

A zaczynało się ono tak:
...Gdy tematu dla dzisiejszego przemówienia szukałem, doszedłem do wniosku, że niedostatecznie w moich przemówieniach legionowych podkreśliłem jedną wielką prawdę naszego istnienia, naszej pracy, jedną prawdę naszego życia.

Tą prawdą było poświęcenie życia dla Ojczyzny, dla Polski – mówi dalej Piłsudski i dodał:

W pracy tej, która daje nam palmę pierwszeństwa, spotkaliśmy jednak natychmiast zjawisko, które spokojnie nazwę agenturami obcymi.
Zjawisko to nie dziwi go, ponieważ sam jako wódz korzystał z pracy własnego wywiadu. Doskonale też zdawał sobie sprawę, że towarzyszyło ono wszystkim walkom Polaków o niepodległość. Stwierdza ten fakt jako coś oczywistego:
Proszę panów, agentury obce, to jest zjawisko stałe i codzienne, towarzyszące nam rok za rokiem, dzień za dniem, jest to część naszego życia tak wielka i tak starannie w stosunku do nas ułożona, iż nasza praca – że tak powiem – jest współbieżna z pracą agentur obcych.

Jest w tym przemówieniu jednak fragment, który, choć bardzo boli, trzeba przypominać, bo i dziś kryje się w nim czarna strona naszego narodu:

Nigdy nie zapomnę wrażeń moich, jako Naczelnika Państwa, gdy nasz hymn narodowy, nasz sztandar narodowy był nieco śmieciuchem, rzuconym w kąt dla sztandarów obcych i dla hymnów obcych, tak, jakby Polacy pokazać chcieli, że to są mniejsze wartości, aniżeli wszystko, co nie jest polskie. Widziałem starania ustawiczne i stale idące bez ustanku w jednym i tym samym kierunku, aby agentury obce, płatne, były możliwie na górze państwa. Szły one krok w krok obok mnie jako Naczelnika Państwa, szukając wytworzenia kilku rządów w Polsce – obok rządów, stojących przy mnie – rządów agentur stojących poza mną. Widziałem uśmiechy reprezentantów obcych państw, gdy śmiało w oczy mi patrząc, mogli powiedzieć, że moje zamiary mogą być zniszczone zupełnie nie przez kogo innego, jak przez polskich agentów. Widziałem to, proszę państwa, i nieraz uciekałem ze swymi zamiarami do odległego pokoju, aby sekretów państwa nie wydać na rozszarpanie obcym. Uciekałem nieraz od moich najbliższych pomocników, dlatego, aby moje prawdy i moje zamiary nie były wydane na łup kogokolwiek bądź, byle był cudzoziemcem. Nigdy nie byłem pewien, że gdy piszę rozkaz, nie będzie on czytany prędzej w biurach wszystkich obcych państw, niż przez moich podwładnych. Nie byłem nigdy pewny, czy taki lub inny mój zamiar polityczny nie będzie natychmiast skontrolowany przez agentury państw obcych z taką siłą i pewnością, że musiałbym się go wyrzec.
Gorzkie to słowa, gorzkie oskarżenia o to, że plany Naczelnika zawsze rozbijały się „nie o co innego, jak o tę siłę agentur obcych, płatnych przez obcych dla szkodzenia Polsce, aby nie była ona zbyt silna, aby nie miała tej siły, jaką mogłaby mieć w tej czy innej chwili”.
I może ostatni cytat z owego historycznego przemówienia Józefa Piłsudskiego:
Nieraz myślałem sobie, moi panowie, że tak wstrętnej prawdy żadne państwo nigdy w swoim życiu nie miało i gdy szukałem porównań historycznych, znajdowałem zawsze momenty upadku Polski, gdy, proszę panów, ludzie dzielili się pomiędzy sobą tylko tym, od kogo pensję brali, czy od protektorki Polski – imperatorowej Katarzyny II, czy od przyjaciela Polski – Fryderyka Wielkiego, czy od trzeciej konkurentki – Marii Teresy.

Czy nie jest tak dziś? Czy sednem naszej biedy, rozdarcia, podziałów i kłótni nie jest prozaiczna różnica, kto od kogo pensję pobiera? Kto jest właścicielem gazety, tv, banku czy rury gazociągu?

Przez 7 lat słuchałam biadolenia, jaki to naród głupi, bo oddał Polskę w łapy obcych. Wyprzedali zakłady pracy, banki, media. Teraz chcą sprzedać polskie lasy, by spłacić żydowskim organizacjom długi za wojnę, której byliśmy ofiarami, a polski chłop sprzedaje polską ziemię obcym, bo musi. Likwidują służbę zdrowia, szkoły, polską kulturę, a my skaczemy sobie do oczu i kłócimy się o to, kto jest lepszym kandydatem na prezydenta i obrzucamy się wyzwiskami agenturalnych pachołków.
Kłócimy się o bandę Putinowskich prowokatorów na harleyach nie pytając się o honor i dumę narodową.

Niech mi Grzegorz Braun wybaczy, ale w jego głoszonych poglądach nie słyszę nic, czego bym nie wiedziała o sytuacji Polski czego bym już ze sto razy z jego ust nie słyszała. Kandydowanie na urząd prezydenta wcale nie był tu niezbędny. Nie jest bowiem prawdą, że nie miał okazji ich Polakom przekazać. Szansę na to raz po raz sam niszczył kreśląc w swych długi przemowach wizerunek własny oszołoma i dając argumenty przeciwnikom politycznym.

W jednym jednak na pewno Grzegorz Braun ma rację, rozgrywają nas agentury. Tylko niby dlaczego miałyby nas nie rozgrywać, kiedy jedyną i ostatnią szansę na zatrzymanie Polski niszczymy brakiem odpowiedzialności za słowo? Kiedy mamy w czterech literach taktykę polityczną?

Tymczasem jest tak, jak powiedział prof. Andrzej Nowak w rozmowie z Piotrem Szlachtowiczem, żeby Polskę uratować potrzeba przywrócić państwo Polakom.
Są na to dwa sposoby: Jeden to zatrzymanie destrukcji poprzez odsunięcie od władzy Bronisława Komorowskiego.
Drugi - wygrane wybory do Parlamentu tak, aby PiS mógł rządzić samodzielnie, by nie tracił siły i czasu na przepychanki z koalicjantem. Byłby to też sprawdzian dla intencji tej partii i siłą argumentów dla tych, którzy uważają system III RP za niereformowalny.
Nie ryzykujemy nic, bo jeśli tego nie zrobimy czeka nas po jesiennych wyborach ostateczna pacyfikacja państwa tak jak to zrobiła trojka (MFW,EBC i KE) w Portugalii, Hiszpanii i Grecji.

Jest i trzeci sposób, na który z pewnością liczą, np. wspierający kampanię Grzegorza Brauna, tj. przewrócenie systemu III RP za pomocą siły protestu. Do tego jednak na pewno nie przekonają Polaków gadaniem, że wszystkiemu winni Żydzi i Amerykanie.
Do przeciętnego Polaka taki argument na pewno nie przemówi. Wprost przeciwnie; emocje nie pozwolą mu na wysłuchanie argumentów.
Ale na pewno wiedza o tym, że trojaka zażądała od rządu Portugalii likwidacji 50 tys. etatów nauczycielskich dotrze nawet do komucha, bo on najlepiej wie, że nikt tak dobrze nie wykona żądań trojki jak obecna władza. Nikt tak szybko nie podpisze niezbędnych do tego ustaw jak Bronisław Komorowski.

___________________________________________

Zapraszam do słuchania:

audycja 624 (niedzielna)

środa, 15 kwietnia 2015

Gry wyborcze

Pokolenie PRL z rozrzewnieniem wspomina czasy Gierka jako ostoję bezpieczeństwa w ludowej ojczyźnie socjalizmu z ludzką twarzą.
Było tak pięknie, praca dla każdego, wczasy i kolonie też, schabu najedliśmy się wreszcie do syta. Gorzej było z szynką, bo ta wędrowała jako luksusowa do burżua USA, „podroby” zaś jak łopatka, boczek, czy pachwina na tuszonki do braci, którzy wciąż kazali sobie płacić za „wyzwolenie” od tych, co nasze szynki żarli.

Niestety, w wyniku przejedzenia się wielu straciło pamięć i nie pamięta już słynnego hasła:

Gierek podzielił wszystkim równo, Ruskim wszystko, Polsce g.... .

Czy

Nie ma mięsa, nie ma serka, wyrzucili z partii Gierka. Raz, dwa, trzy, sekretarzem będziesz Ty!

Dlaczego wspominam o tym? A no, sytuacja z małymi poprawkami od strony psychologii społecznej, wypisz, wymaluj, podobna.
Dziś naród już wie, że został wystrychnięty na dudka, ale wciąż wierzy, że ma nieograniczony wybór. Możemy, np. pozwolić sobie na wybór poglądów, możemy w imię wolności wyboru zagłosować na monarchistę, narodowca czy zwolennika feministycznej opcji pilnowania żyrandola, możemy też po prostu nie pójść do wyborów. Wszystko możemy, to jasne.Wystarczy idolowi krzyknąć - Pomożemy! - bez pytania, komu ten pomaga.
Mało tego możemy głosić - wszyscy twierdzący , że nasz wybór jest ograniczony, ulegają propagandzie zmuszającej Polaków do wyboru między dżumą a cholerą, bo przecież PiS to tylko wentyl bezpieczeństwa, który ma spuścić z Polaków groźne dla establishmentu powietrze.
Pada przy okazji całkiem rozsądny argument; wybory to przecież okazja do przekazania Polakom uwięzionym w szkle kontaktowym prawdy o sytuacji Polski czy zareklamowania zmiany ordynacji wyborczej.

Nie będę roztrząsać, kto ma rację. Wkrótce przekonamy się na własnej skórze, kto jakiemu panu służył czy do czego został użyty.
Jeśli świadmość kreciej roli JKM w każdych wyborach nie przekonała, to na pewno ja tego nie zrobię.

Chciałabym tylko uświadomić jedno, że odbywa się to głównie za pomocą jeżdżenia po plecach PiS nie zaś władzy. Rykoszetem dostaje jedyny kandydat, który jest na tyle silny, by wykręcić żarówki w żyrandolu Pałacu Namiestnika.
Nikomu nie chcę też odbierać prawa wyboru i nikogo nie chcę przekonywać, że swoim głosem może na dobre przyspawać Komorowskiego do żyrandola, choć jest wrogiem systemu i z całej duszy nienawidzi obecnej władzy. Nieśmiało tylko przypominam, że to nie są wybory parlamentarne, a wybory prezydenta.

Na prawicy nie ma ludzi bezmyślnych, są w większości ideowcami i dlatego tak łatwo nas podpuszczać, skłócać, grać na emocjach. Przy założeniu, że wybory nie zostaną sfałszowane i odbędzie się II tura, w której zjednoczymy się w głosowaniu na Andrzeja Dudę, w tych naszych sporach nie ma nic groźnego. Wprost przeciwnie, krystalizują się poglądy systemowe, a dekownicy partyjni, których jest, nie tylko po stronie PiS, wielu, muszą się poczuć niepewnie.

Problem w tym, że wybory będą, jeśli nie sfałszowane, to zmanipulowane zarządzeniami administracyjnymi.
Mamy już tego przykłady; liczenie ręczne, powtórka z książeczek, brak jednoznacznych decyzji dotyczących przechowywania kart do głosowania, likwidacja niektórych okręgów wyborczych za granicą i wiele innych numerów, o których dowiemy się po wyborach. Dla obecnego układu to walka na śmierć i życie.

Warto więc zapytać się.

Dlaczego poza Andrzejem Dudą mainstream nie atakuje innych kandydatur prawicowych?
Dlaczego tak chętnie publikuje ich „rosnące” sondaże, ich krytyczne ataki na PiS jakby to były wybory do parlamentu?

Warto wreszcie usiąść i pomyśleć, podyskutować z przyjaciółmi.

Co będzie się działo w Polsce, gdy Komorowski wygra wybory, a co jak przegra? Co ryzykujemy?
Dlaczego tak ważne są dziś wybory prezydenckie i komu zależy najbardziej, by Andrzej Duda przegrał już w I turze?
Naprawdę warto jeszcze raz wszystko przemyśleć, zanim powtórzymy epokę późnego Gierka wskutek gier wyborczych. Nie wszystkie są uczciwe i nie wszystkie służą Polsce. Tym razem bowiem nasz wybór gry może oznaczać nie ocet na półkach i talony na malucha za książeczkę partyjną, a likwidację państwa na własne życzenie. Mamy jeszcze czas na myślenie, na własne decyzje i własne wybory. Możemy wszystko,każdy jest wolny, ale niech będzie i odpowiedzialny.

___________________________________________

foto: Gra o tron

Zapraszam do słuchania:

audycja 623 (czwartkowa)

sobota, 11 kwietnia 2015

Proszę się nie denerwować, Panie Aleksandrze

Bloger Aleksander Ścios mocno się zdenerwował i nie wytrzymał, zablokował Twitter niepopranego radia pl, bo ośmieliłam się tam skrytykować niewybredny atak na Jarosława Kaczyńskiego, ponieważ ten podziękował duchownym, którzy przez 5 lat wspierają wszelkie inicjatywy ruchu pamięci ofiar katastrofy (m.in. miesięcznice i rocznice). Jak on mógł to zrobić, przecież biskupi od lat wspierają Putina! Skoro jestem zablokowana ze wszystkich stron, bo i mój Twitter też zablokował wcześniej, to nie mam wyjścia, nie mogę inaczej odpowiedzieć jak w swoim blogu.

Do tej pory uważałam (dziś już nie wiem czym kieruje się znany bloger), że krytyczne uwagi pod adresem opozycji, Jarosława Kaczyńskiego czy hierarchów Kościoła wypływają ze szczerych intencji naprawy tego, co funkcjonuje źle, a czasem ociera się o zdradę interesów narodowych, jak w przypadku sławetnego dokumentu pojednania z patriarchą moskiewskim z inicjatywy abpa Michalika.
Kalendarium wydarzeń romansu niektórych członków Polskiego Episkopatu z Putinowską Rosją i moskiewską cerkwią właśnie Aleksander Ścios jako jedyny przedstawił skrupulatnie PATRON POJEDNANIA ZRODZONEGO Z KRWI .

Były i mniejszego kalibru kompromitacje Episkopatu, jak choćby wycofanie się niektórych hierarchów z honorowego komitetu poparcia protestu przeciwko fałszowaniu wyborów.
To prawda, są w Episkopacie Polski tacy biskupi, którzy do tej pory nie odważyli się potępić agresji Rosji na Ukrainę, są tacy, którzy do dziś nie odważyli się wesprzeć publicznie rodzin zamordowanych w katastrofie Smoleńskiej, oburzyć się na mataczenia i bezpodstawne oskarżenia, na oddanie śledztwa w ręce MAK.
Nie mam wystarczającej wiedzy, by umieć odpowiedzieć sobie na pytanie, gdzie tkwi źródło takich zachowań i działań. Ale wiem, że są i tacy kapłani, którzy mają odwagę mówić. To im właśnie dziękował Jarosław Kaczyński, dziękował 10 kwietnia na Krakowskim Przedmieściu tysiącom kapłanów, dzięki którym nie udało się władzy zakopać na metr pod ziemią prawdy o przyczynach katastrofy.
Nie wiem też czy nie była to niedźwiedzia przysługa, ale nie wątpię, że potrzebna.

Czas też najwyższy było powiedzieć redemptorystom, o. Tadeuszowi Rydzykowi, milionom słuchaczy Radia Maryja, widzom TV Trwam – dziękuję.
Nie wyobrażam sobie dziś funkcjonowania informacji w Polsce czy publicystyki bez tych, między innymi, mediów.
Dzięki nim matrix III RP jeszcze się nie domknął, jeszcze mamy szansę na przedziurawienie mafijno – agenturalnej kopuły nad polskim niebem. Nikt za nas tego nie zrobi.
Jeśli Jarosław Kaczyński podjął decyzję, aby publicznie podziękować duchownym, to wiedział, co robi.

Zamiast rzucać gromy i zionąć świętym oburzeniem czy nie lepiej, Panie Aleksandrze, pomóc w analizie, komu nie podziękował i dlaczego?

Dlaczego, np. nie podziękował metropolicie warszawskiemu, kard. Kazimierzowi Nyczowi?
Czy kard. Nycz zdecydował się na odprawienie mszy św. za poległych w Smoleńsku tylko po to, by wygasić nastroje zniecierpliwionego ludu polskiego, a mediodajnie mogły odmieniać przez wszystkie przypadki „potrzebę dystansu do sprawy smoleńskiej”?
Czy dlatego sięgnął po kazanie rezurekcyjne, choć wierni zgromadzeni w katedrze i wokół niej oczekiwali wsparcia w walce o prawdę?
Jeśli taki był zamiar kardynała, by przywołać niesforny lud do kruchty i posłuszeństwa, to srodze się zawiódł. Niesforny lud zażądał prawdy, a głos z pewnością dotarł do tych, co liczyli na dyplomatyczne zdolności kardynała.

Ilekroć zastanawiam się nad kunktatorstwem kardynała Nycza, tyle razy myślę o pewnym wydarzeniu historycznym u progu II Rzeczpospolitej.

Michał Bobrzyński opisuje to tak:
Autorytet jego (Piłsudskiego (p. m.) rósł, a Rada Regencyjna straciła grunt pod nogami. Demonstracja na ulicach Warszawy z okrzykiem „precz z Radą Regencyjną!” i petarda rzucona na podwórze pałacu arcybiskupa warszawskiego i regenta Kakowskiego dokonały reszty. Rada Regencyjna 14 listopada rozwiązała się i obowiązki swoje, i odpowiedzialność względem narodu polskiego złożyła w ręce Piłsudskiego... .

Śpieszę więc uspokoić naszego blogera, Aleksandra Ściosa, że ludu nie trzeba pouczać ani denerwować się polityką tego, któremu lud zaufał.
Nie są to bezwolne, lecz ideowe szeregi, które odróżniają Eucharystię celebrowaną przez arcybiskupa, kardynała od jego romansów z władzą i nie dadzą się nabrać.
Wczoraj było gromkie „Chcemy prawdy!” i różaniec odmawiany w pochodzie biało-czerwonych flag, jutro może być petarda. Czy tego na pewno chce kardynał Nycz?

_______________________________________

DEMOT

Zapraszam do słuchania:

audycja 622 (niedzielna)

czwartek, 5 marca 2015

Komu szczepionka, komu!

Rodzice, którzy nie szczepią swoich dzieci, powinni być karani – grzmi na sejmowej komisji zdrowia poseł PiS Czesław Hoc. A wszystkiemu winien brak edukacji państwowej - peroruje zgodnie Alicja Dąbrowska z PO, a przecież szczepionka zapewnia prawie stuprocentową ochronę przed chorobą – zapewnia najbardziej zapracowany w Polsce wirusolog.

No właśnie, panie profesorze Gut, trzeba w końcu się zdecydować; chroni szczepionka czy nie przed chorobą zakaźną?

Ale ja mam na to radę Salomonową.

Każdy rodzic wraz z książeczką szczepień otrzyma pisemną gwarancję producenta szczepionki, słynnego wirusologa Włodzimierza Guta, posła Czesława Hoca i Alicji Dąbrowskiej(Piechy podpis też nie zaszkodziłby w związku z lobbowaniem na rzecz ustawy rodem z PRL o chorobach zakaźnych z 13.07.2012r.), że w przypadku powikłań pokryją koszty ich leczenia i zapewnią rentę dzieciom z trwałą utratą zdrowia.
Nie będzie to przecież duży wydatek, skoro, jak twierdzą, na 800 tys. dzieci zdarza się 8-10 przypadków poważnych powikłań.

Nawet kompletny laik w temacie marketingu jest w stanie zorientować się, że od kilku tygodni trwa akcja straszenia rodziców epidemią odry. Dziennikarze dwoją się i troją w wymyślaniu strasznych tytułów, grozą wieje z doniesień prasowych, a wszyscy pracują nad tym, jakby tu zmusić rodziców do szczepienia swych pociech, bo koncerny farmaceutyczne przebierają nogami czekając na zamówienia rządowe.

Mam już za sobą szczepienia. Szczęśliwie nikt nie zmuszał do szczepienia przeciwko odrze moich synów. Przeszli ją tak jak ja w swoim dzieciństwie, pod kołderką, bez pośpiechu, by jak najszybciej wysłać ich do szkoły, bo mamie zwolnienie się kończy.
Teraz decyzje czy będą szczepić swoje dzieci pozostawiam im, na pewno nie będę namawiać, by zrezygnowali, ale, żeby dobrze się do tej decyzji przygotowali merytorycznie.

Dlaczego więc zajmuję się tym tematem? Bo podobnie jak w przypadku ptasiej czy świńskiej grypy jest on klasycznym przykładem, jak wielką szkodę czyni nieodpowiedzialny marketing za wszelką cenę.
Praktycznie nie ma w tej chwili możliwości przekonania nieprzekonanych. Żadne argumenty nie trafią do rodziców, którzy nie chcą szczepić swoich dzieci, choćby były jak najbardziej rzeczowe i sprawdzone. Tak działa utrata zaufania do mediów i ekspertów.
Można co najwyżej wymusić szczepienie siłą, bo kary też nie działają. Tu jednak strach przed odpowiedzialnością, na szczęście, władze powstrzymują. Inaczej mielibyśmy już osiedlowe czy wiejskie szwadrony łapiduchów ze strzykawkami pod fartuchem.

Moje pokolenie nosi na przedramieniu znamię po szczepieniu przeciwko czarnej ospie. Nikt nie musiał do tego szczepienia zmuszać, zbyt dobrze rodzice pamiętali skutki epidemii czarnej ospy. Nie ma więc sensu zaprzeczać, że szczepionka jest potrzebna, choć niesie ryzyko powikłań.
I właśnie dlatego tak groźne są akcje promocyjne szczepionek w dzisiejszym wydaniu koncernów farmaceutycznych.
Niszczą one zaufanie społeczne, rodzą przekonanie, że podejmowane działania nie są podyktowane ochroną zdrowia, a jedynie zyskiem bez skrupułów.

Czy jest na to sposób, by nie brali w tym udziału dziennikarze, lekarze i politycy?

Jeszcze nie tak dawno promocja leków w internecie była oddzielana od reszty informacji nagłówkiem: artykuł sponsorowany. Teraz to rzadkość. Za to zalewa nas potok kryptoreklamy. Chwytliwy tytuł o szerzącej się chorobie, a w środku o cudownych szczepionkach, lekach, roślinach, które, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, napędzają klientów w aptekach i sklepach zielarskich.
Moda szybko mija, trzeba więc wyszukać w tropikalnej dżungli kolejne cudowne nasiona, liście i kwiaty. Czasem wystarczy tylko zmienić nazwę chwastu, który plewimy w ogródku, nazwę leku, by interes się kręcił, bo głupi to kupi.

Jak się przed tym bronić, jak nie zgłupieć?

Jeśli kryptoreklama dotyczy odcisków na pupie, to niech tam kupuje sobie głupi, gorzej, jak naraża zdrowie i życie. Dotyczy to również akcji wywołującej histerię lęku i wymuszania masowych szczepień.
Zakaźne choroby wieku dziecięcego zna każdy, albo sam je przechodził, albo teraz przechodzą jego dzieci. Na jedne się szczepi, bo wywołują groźne następstwa, inne mijają bez śladu i uodporniają na całe życie.
Czy odra należy do tych groźnych, czy trzeba szczepić? Kto ma rację? Obawiam się, że szansę na uczciwą odpowiedź rodzice już stracili.
Lepiej więc niech się posłowie i dyżurni eksperci nie ciskają, nie rzucają świętym oburzeniem i nie wymyślają kar, a popracują nad ustawą zakazującą reklamę i kryptoreklamę leków. Nagroda Nobla murowana. A my będziemy zdrowi, bogaci i szczęśliwi.

Tymczasem; Komu szczepionka, komu! Brać bez ograniczeń na głupotę, na pazerność na cynizm. Że co, że nie ma takich szczepionek? A co pomarzyć sobie mama Katarzyna nie może?

Polacy to nie idioci, nie chcą przymusu szczepień!

rysunek: Przymusowe szczepienia: Inspektorzy GIS kontra „STOP NOP”. Kto ma rację?

Obowiązkowe szczepienia w krajach UE

Zapraszam do słuchania:

audycja 612 (niedzielna)

środa, 25 lutego 2015

In hoc signo vinces

In hoc signo vinces – Pod tym znakiem zwyciężysz. Ta pełna ufności Bogu inskrypcja, wpisana w krzyż Koptów, dziś na oczach świata, który mieni się być chrześcijańskim, poddawana jest próbie krwi i ognia.

Jeszcze nie minęła zgroza morderstwa na 21 Koptach, gdy bojówki Państwa Islamskiego spaliły żywcem 50 irackich cywilów. Świat milczy, nie ma marszy z prezydentem UE, Angelą Merkel i Holandem. Nie ma transparentów: Je suis Copte! Je suis chrétien!
Tymczasem Internet pełen makabrycznych obrazów egzekucji. Wiemy, że są rozjeżdżani transporterami, krzyżowani, cięci na kawałki, zakopywani żywcem. Patrzymy bezsilni i wracamy do swoich spraw.
Nie wszyscy, oczywiście. Organizowana jest pomoc, trwają przy nich misjonarze, przyjmowani są uciekinierzy, ale to kropla tego, co naprawdę trzeba uczynić.
To prawda, że nie odpowiemy im tym samym, tacy jesteśmy, tego nauczył nas Chrystus, ale ofiary islamskiego bestialstwa potrzebują naszej modlitwy i obrony.
Czy dopominamy się o to od organizacji światowych, czy organizujemy się w masowych protestach?
Owszem, media podają informacje, ale za nimi nie kryje się ani masowe oburzenie, ani skuteczna obrona. Dziwnie opieszale wygląda wojna z islamskimi mordercami.

Egipscy Koptowie przed śmiercią krzyczeli: „Jezu! Jezu! Jesteśmy Twoi!”

Nikt z nas, wylegujący się w niedzielny ranek i odkładający czasem udział w mszy św. nie wie, jakby się zachował w chwili śmierci.
Jedno jest tylko pewne, możemy już dziś modlić się do nich prosząc o wyjednanie wiary żywej, wiary, która nie ucieka w faryzeuszowskie dyskusje. Wiary, która obroni nie tylko sakramentalną jedność małżeństwa i sacrum liturgii. Wiary, która decyduje o naszych wyborach i wierności Bogu.
Tylko czy wszyscy jej pragną? Pytanie retoryczne. Nie musimy za bardzo rozglądać się, by dojrzeć, jak bardzo jesteśmy podzieleni w przyjmowaniu Bożych przykazań i życia według Ewangelii. Jak bardzo, zamiast Boga na pierwszym miejscu, stawiamy siebie i swoje oczekiwania, racjonalizujemy swój grzech i głośno domagamy się, by inni zrobili to samo. Nie trzeba sokolego wzroku, by dojrzeć, że modlimy się o swoje a nie Boże prawdy w nas.
Zastanawiam się; co by było, gdyby tak u nas przy I komunii świętej wprowadzono rytuał tatuażu krzyża na ręce, by przypominał, że należymy do Jezusa?
Już słyszę ten krzyk oburzenia. Nie warto jednak zastanawiać się nad nim, raczej zapytajmy, co dla nas ów tatuaż znaczyłby; pamiątkę z dzieciństwa, dawno zakurzone sumienie, a może kłopotliwe znamię, które trzeba usunąć?
Dla Koptów wytatuowany na ręce krzyż to wierność Chrystusowi aż do śmierci.
Myślę o tym, kiedy czytam ot, choćby takie tytuły w poświęconych portalach: „Diabeł nienawidzi mszy trydenckiej”.
Rozważań na temat wyższości rytu mszy trydenckiej namnożyło się bez liku. Mówiąc o tym niektórzy czują się lepsi, bardziej wierzący, nobilitowani, nie to co to pospólstwo, które nie umie nawet przeżegnać się po łacinie.
To prawda, że uniwersalny język liturgii łączył katolików. Prawdą jest też, że w seminariach duchownych z nauką łaciny wielu alumnów jest na bakier, ale gdy ksiądz twierdzi, że diabeł nienawidzi mszy trydenckiej, to trudno zachować powagę. W każdym razie na mój posoborowy nos, nie tyle nienawidzi kusy mszy trydenckiej, ile Słowa Bożego wyrytego w sercach niczym niezmywalny tatuaż Koptów.
Boi się bezkrwawej Ofiary składanej na ołtarzu bez względu na język, jakim włada kapłan. Boi się, kurczy i zwija ze złości, gdy Ciało Chrystusa przyjmuje lud Boży. I właśnie dlatego podsuwa nam nieustannie dyskusje nie o tajemnicach wiary, a o wyższości jednego rytu mszy świętej nad drugim, o sposobie przyjmowania komunii świętej.
A odpowiedz jest tylko jedna – Jeśli wierzysz, że w tej kruszynie chleba kryje się twój Zbawca, będziesz wiedział, jak Go powitać. Nikt nie będzie musiał cię strofować. Sam padniesz na kolana i nie będziesz się rozglądał czy równie nabożnie przyjął Eucharystię twój sąsiad.
Owszem, zgadzam się z wieloma opiniami na temat desakralizacji zarówno mszy jak i braku należytego szacunku dla Najświętszego Sakramentu. Przykładów takiego lekceważenia Instrukcji Liturgii Kościoła każdy może podać wiele, zwłaszcza ci, którzy wyjeżdżają za chlebem na emigrację. One niepokoją i bolą, ranią nas.
Nie tu jednak jest problem, a w tym, czym dla mnie jest moja wiara, Krzyż, kim jest dla mnie Jezus i msza święta.

Długo unikałam zdjęć makabrycznych zbrodni popełnianych na chrześcijanach i wyznawcach innych religii, one są ponad ludzką miarę, a oglądanie ich wymaga silnego charakteru. To nie thriller , a rzeczywistość, wobec której musimy opowiedzieć się i podjąć trud oceny i zmiany własnego życia.
Po ludzku krzyże wpisane na dłonie zabijanych Koptów nie przyniosły zwycięstwa, lecz śmierć. Diabeł cieszy się – Pod tym znakiem to ja zwyciężyłem! Wreszcie pokonałem znienawidzony krzyż i co mi zrobicie!
A jednak nie przewidział, że obraz Ich męczeńskiej śmierci dotrze do nas, a dla wielu będzie dowodem, że nie ma innego znaku, jak Chrystusowy krzyż, pod którym można zwyciężyć. In hoc signo vinces.

Zapraszam do słuchania:

audycja 609 (czwartkowa)

niedziela, 15 lutego 2015

Minister Kluzik - Rostkowska pisze list

Sprawę listu MEN, jego treść oraz przyczynę rozesłania go do szkół opisały media. Do większości z nas zapewne już dotarło ujadanie w TOK FM i Gazecie Wyborczej. Nie będę się więc powtarzać ani zbierać informacji w jedno miejsce, bo wszystko można sobie wyszukać w internecie. Teraz tylko w telegraficznym skrócie dla leniwych.

Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu zorganizowała warsztaty dla młodzieży licealnej „Zrozumieć Media”. Zimowe warsztaty dziennikarskie w WSKSiM
Rozwścieczyło to ogromnie dotychczasowych monopolistów wychowywania dzieci i młodzieży na światłych obywateli świata. Podobno skarga zawędrowała aż na Aleje Szucha, a pani minister natychmiast ostro dyrektorów szkół upomniała.

Przyznam, że raz po raz dopada mnie wytrzeszcz oczu ze zdziwienia, gdy minister nie zna swoich kompetencji, a interpretację prawa podporządkowuje ideologii wyznawanej przez tuby propagandowe.
Choć w przypadku ministrów edukacji z nadania PO nic mnie już nie powinno dziwić, to jednak wciąż się dziwię i dziwię. Zapewne, jeśli znowu przerżniemy wybory, taka zdziwiona stanę przed św. Piotrem.

Ale do rzeczy.
Minister Kluzik - Rostkowska grozi dyrektorom palcem i przypomina im o obowiązku niewpuszczania do szkół wrogiej propagandy, oczywiście wrogiej zdaniem Czerskiej i okolic. Bo czy może być coś złego w uczeniu poznawania i rozumienia mechanizmów funkcjonowania świata mediów?

Owszem, od tego jest nadzór pedagogiczny, by sprawdzał czy zajęcia nadobowiązkowe odbywają się zgodnie z prawem, tzn. wpisane są do planu wychowawczego szkoły, zatwierdzone przez radę szkoły, a rodzice są zapoznani z ich treścią i wrażają na nie zgodę.
Nie jest natomiast prawdą, że nie mogą odbyć się w godzinach lekcyjnych.
Wszystko zależy od organizacji pracy szkoły. Gdyby tak nie było, żadna wycieczka nie mogłaby się odbyć, wyjścia do teatru czy do kina również nie miałyby prawa zaistnieć, podobnie jak „Zielone szkoły” czy „Dzień sportu”.
A wizyty europosłanki Pitery w szkole, apele uroczyste z okazji wizyty Donalda Tuska również byłyby nielegalne.
Zastanawiam się czy ktoś pytał rodziców o zgodę na wizytę Ewy Kopacz w przedszkolu razem z ochroną i kamerami telewizyjnymi?
Bzdurności argumentów, którymi szermują mediodajnie jedynie słusznego przekazu nie trzeba dalej udowadniać, bo każdy z nas chodził do szkoły i wie, że pod koniec roku szkolnego wymyślaliśmy setki powodów, by opuścić szkołę razem z nauczycielem matematyki czy nudnej chemii. Gotowi byliśmy obiecać, że w domu rozwiążemy wszystkie zadania, a w pracowni wymyjemy wszystkie kolby na błysk. Moje pokolenie pamięta uroczyste akademie rewolucyjne. Przykładów zarywania lekcji każdy może podać bez liku.

Minister Edukacji Kluzik – Rostkowska nie tylko w tym zakresie nie zna przepisów oświatowych. Jest gorzej.Ta pani nie zna swoich kompetencji jako ministra. Nawet jeśli wpłynęły skargi do MEN, w co wątpię, to raczej usłużne pismaki wydumały aferę, to jedynie co mogła zrobić minister w czerwonym kabacie, to przesłać je według właściwości bezpośrednio do kuratorium, na terenie którego znajdowały się szkoły, w której realizowane były warsztaty.

Wysyłanie listów z napomnieniami do dyrektorów szkół z pominięciem kuratorów i samorządów prowadzących szkoły jest zwyczajnie dowodem absolutnej niekompetencji Kluzik - Rostkowskiej, nie mówiąc już o tym że jest to pisanie na Berdyczów, bo dla żadnego dyrektora ta pani nie jest przełożoną.

Jest jednak w tym śmiesznym liście coś, o czym nie wolno nigdy zapomnieć, co wydrukowałabym i wywiesiła w każdej szkole, w każdym pokoju nauczycielskim i przesłała do każdego rodzica. W ferworze bicia piany na temat treści listu nie odczytano, albo nie chciano odczytać, właściwie pewnego akapitu, który, jak mi się zdaje, minister do końca nie przemyślała.
Nie tak dawno niejaki „Ponton” wkraczał do szkół z rekwizytami ze sklepów erotycznych i uczył dzieci zakładać prezerwatywy.
Edukatorzy seksualni zostali powstrzymani dzięki obowiązującym przepisom oświatowym.
To właśnie wtedy rodzice na nowo odzyskali świadomość istnienia zapodzianego w stosach przepisów prawa gwarantującego im postawienia tamy deprawacji dzieci.
Wówczas od MEN rodzice nie otrzymali żadnej wskazówki, z jakiego prawa mogą skorzystać, gdy szkoła wychowuje niezgodnie z wartościami wyznawanymi przez nich.
Nie pouczono też dyrektorów o obowiązku przestrzegania Ustawy o systemie oświaty. Szerzej cytuje kuriozalną wówczas odpowiedź ministra oświaty portal wpolityce.pl.Szefowa MEN wściekła na warsztaty zorganizowane przez szkołę Ojca Rydzyka, ale edukatorzy seksualni jej nie przeszkadzają

Dziś, kiedy, o zgrozo, do szkoły wchodzą z świetnym programem edukacyjnym nie namaszczeni przez władzę, pani minister nagle odzyskuje pamięć i pisze:

Dyrektor szkoły w wykonaniu swoich zadań zobowiązany jest do współpracy z rodzicami, radą szkoły i radą pedagogiczną. Oznacza to konieczność konsultowania z wymienionymi organami szkoły wszystkich ważnych spraw dotyczących funkcjonowania szkoły, w tym  możliwości wstępu na teren szkoły przedstawicieli stowarzyszeń.

Nauczmy się tego na pamięć i sprawdzajmy, gdy nasze dzieci, wnuki pójdą do szkoły, czy przypadkiem nie wyrzucono z przepisów oświatowych praw rodziców do wychowywania własnych dzieci.
Róbmy to starannie i brońmy ich jak niepodległości, bo to klucz do obrony przed LGBT, gdy prezydent słusznej partii podpisze konwencję o tzw. przemocy, a MEN listami, groźbami i zmianami w prawie będzie próbowało wprowadzać ją do edukacji szkolnej.
Jeśli dziś damy wejść sobie na głowę i wystraszymy się listów ministra, jutro zabiorą nam dzieci, bo uznają, że wychowujemy je niezgodnie z zaleceniami władzy wyłączając telewizor, gdy lecą reklamy „pigułki po”.

Zapraszam do słuchania:

audycja 606 (niedzielna)

foto: http://www.se.pl/joanna-kluzik-rostkowska,3810/

czwartek, 29 stycznia 2015

Papież poleca...

XXI wiek. Świat, podzielony na trzy potęgi polityczne stoi u progu straszliwego konfliktu zbrojnego. Amerykanin, okrzyknięty aniołem pokoju, ratuje ludzkość przed zagładą. Zdobywa zaufanie i przyzwolenie na budowę globalnego świata doskonałego.

Kim jest Julian Felsenburgh, który w imię humanitaryzmu wypowiada walkę katolicyzmowi, czyni człowieka bogiem wypierając wiarę w Chrystusa, Zbawiciela świata?
To bohater powieści napisanej w 1907 r. przez Roberta Hugona Bensona „Lord of the World” „Pan świata”.

Gdy ks. Benson, angielski konwertyta, kreślił ku przestrodze obraz z gatunku science fiction globalnej cywilizacji bez Boga, chyba nie przeczuwał, że powieść tak bardzo aktualna stanie się dziś, na początku XXI.
Przed laty bezbłędnie jej wymowę odczytali komuniści; nie można jej było wznowić drukiem w PRL.
Książka ta miała w Polsce przedwojennej dwa wydania nakładem Drukarni św. Wojciecha w Poznaniu; w 1919 i 1923. Po wojnie ukazała się na emigracji, najpierw w odcinkach na łamach londyńskiej „Gazety Niedzielnej”, potem, w 1962 nakładem Katolickiego Ośrodka Wydawniczego "Veritas".
Zapomniane polskie wydania w tłumaczeniu Stefana Barszczewskiego można odnaleźć na półkach antykwariatów.

Trzymam w ręku pożółkły, bez mała stuletni, egzemplarz powieści wydanej w 1923. Czytam i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Julian Felsenburgh żyje pośród nas i ma swoich oddanych współpracowników. Powrót do tej niezwykłej książeczki zawdzięczam ostatniej wypowiedzi Ojca Świętego Franciszka.

Papież w drodze powrotnej z Filipin tradycyjnie już udzielił w samolocie dziennikarzom wywiadu.

Jan-Christoph Kitzler, z radia niemieckiego ARD, z grupy niemieckiej zapytał między innymi:

Dziękuję, Ojcze Święty. Chciałbym krótko powrócić do Twojego spotkania z rodzinami. Mówiłeś o „kolonizacji ideologicznej”. Czy mógłbyś trochę lepiej wyjaśnić to pojęcie?
Papież posługując się przykładem z życia wziętym, a dotyczącym dofinansowywania przedsięwzięć edukacyjnych pod warunkiem propagowania ideologii gender, wyjaśnił czym jest dziś „kolonizacja ideologiczna”.
Naród ma swoją kulturę, historię; każdy naród ma swoją własną kulturę. Ale kiedy pojawiają się warunki narzucone przez kolonizujące imperia, to usiłują, aby narody utraciły swoją tożsamość i chcą wszystko ujednolicić. To globalizacja sferowa: wszystkie punkty są w równej odległości od centrum.
Szkoda, że dziennikarze nie zatrzymali się na tym fragmencie wypowiedzi Ojca Świętego. Może wtedy nie byłoby nagonki medialnych cyngli próbujących przyciąć Jego słowa do promowania antykoncepcji.
Szkoda, że nie powtórzyli dalszej części tej arcyważnej charakterystyki współczesnej polityki „centrum”.
Proces globalizacji jest ważny, ale nie na wzór sfery lecz wielościanu, a mianowicie, że każdy naród, każda część, zachowuje swoją tożsamość, swoje istnienie, nie będąc skolonizowanym ideologicznie. To są różne formy „kolonizacji ideologicznej”.

Papież Franciszek kończąc swoją ocenę postępującej w świecie „kolonizacji ideologicznej” odsyła dziennikarzy do zapomnianej lektury z początku XX wieku.

Jest taka książka, przepraszam, że robię reklamę, jest to książka, której styl na początku jest trochę ciężki, ponieważ została napisana w 1907 roku w Londynie. Jest to książka, która ... w tym czasie ów pisarz widział dramat kolonizacji ideologicznej i opisuje go w tej książce. Nosi tytuł „Władca świata”, a autorem jest Robert Hugh Benson. I chociaż została napisana w 1907 roku, to warto ją przeczytać, a czytając ją dobrze zrozumiecie, co mam na myśli mówiąc o „kolonizacji ideologicznej”.
Pomyślałam, że byłoby grzechem zaniedbania, gdybyśmy słuchaczom niepoprawnego radia pl nie umożliwili zapoznania się z powieścią, którą polecił dziennikarzom papież Franciszek dla lepszego zrozumienia trwającej kolonizacji ideoloicznej.

Zaczynamy od Prologu. Przed nami 1 odcinek „Pana świata” Roberta Hugona Bensona.

audycja 601 (czwartkowa)

foto: Bergoglio i pan świata

niedziela, 11 stycznia 2015

Nocne negocjacje

W Nowym Roku przywitały chorych Polaków zamknięte przychodnie. Zamiast odtrąbionego jako wielki sukces i reklamowanego za pieniądze podatnika pakietu onkologicznego wielu z nas zostało zmuszonych do szukania na własną rękę pomocy w szpitalach, pogotowiach czy prywatnych gabinetach.

Ci, którzy nie boją się mediów „strasznego” ojca Dyrektora i niezależnego od mainstreamu dziennikarstwa społecznego oraz „jojczących”, zdaniem niektórych,  blogerów niezależnych portali internetowych, mogli co nieco uszczknąć z tajemnic  zarządzania, finansowania  i kondycji polskiej służby zdrowia. Nie wiem czy przypadkiem wielu z ciekawskich w momencie dotarcia do tych informacji nie rozchorowało się, za to głowy nie daję.

Faktem jest, że chory nie musi wiedzieć, jak budowano przychodnię, kto nią zarządza, finansuje, w jaki  sposób wypełnia się historię jego choroby czy wypisuje recepty.
Skoro składka zdrowotna jest obowiązkowa, a pensje większości są na poziomie minimum egzystencji, to zrozumiałe, że chce być leczony jeśli już nie  holistycznie, to przynajmniej uczciwie i w miarę skutecznie w publicznej służbie zdrowia.
 
Dawno już temu każdy z nas otrzepał się też z naiwnej wiary, że reforma Buzka sprawi cudowne uzdrowienie służby zdrowia dzięki temu, że pieniądze będą wędrowały za pacjentem.
  Na pamiątkę pozostały nam słynne książeczki zdrowia RUM i niezrealizowane możliwości leczenia się u specjalistów.
Jeśli z czegoś jeszcze korzystamy, to z tego, że możemy zmieniać lekarza rodzinnego i przychodnię, gdy źle nas tam traktują.

Do zamkniętych drzwi niełatwo  jednak się przyzwyczaić, gdy boli nie tylko stanie w kolejce.

Toteż bez większych wysiłków propagandowych wywołano, irracjonalne skądinąd, przeświadczenie, że minister walczy z gangiem nierobów i cwaniaków z Porozumienia Zielonogórskiego, którzy nic tylko wciąż szantażują.

I nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki problem zniknął. Nocne negocjacje (Nawiasem mówiąc, wszystko, co decyduje o losach Polaków i Polski dziwnym trafem zapada nocną porą. To jakaś nowa tradycja?) na kilka godzin przed popisem premiera w 100 dni jej panowania, dochodzi do porozumienia.
Otwierają się drzwi przychodni, zaczyna się szum medialny i dezinformacja na temat treści porozumienia. Problemy służby zdrowia zostały sprowadzone do przepychanek słownych między liderami Porozumienia Zielonogórskiego a Arłukowiczem.  Ogień został ugaszony burzą (Tak teraz usłużne pismaki nazywają problemy  i konflikty w polskiej służbie zdrowia). 
Czy rzeczywiście jest już po burzy? O co właściwie toczył się spór? Konia z rzędem, kto to wszystko ogarnie i zrozumie. Przypomnijmy:

Spór resortu zdrowia z Porozumieniem Zielonogórskim dotyczył nowych obowiązków lekarzy rodzinnych, związanych z wejściem w życie pakietów; onkologicznego i kolejkowego oraz sposobu finansowania podstawowej opieki zdrowotnej.
 
Protest Porozumienia Zielonogórskiego poparł Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy, który zagroził  strajkiem.

Przyjrzyjmy się konkretom, które kryją się za enigmatycznymi sformułowaniami w rodzaju „nowe obowiązki lekarzy rodzinnych”.

Tak jak, napisałam, chory nie musi wszystkiego wiedzieć, ważne, by wszystko co dotyczy jego zdrowia, funkcjonowało sprawnie i skutecznie, ale usprawiedliwienie braku wiedzy nie dotyczy  wyborcy. Ten, zanim zacznie biadolić w kolejce do lekarza, powinien wiedzieć, co grozi jemu i jego rodzinie, jeśli obecna ekipa PO -PSL utrzyma się przy władzy wskutek jego niefrasobliwych wyborów.

Zapewne do wielu internautów dotarł list lekarza rodzinnego wyjaśniającego przyczyny protestu lekarzy,między innymi, za sprawą portalu wPolityce.pl.  Umieszczamy go w audycji 596 Niepoprawnego Radia PL . Wnioski niech każdy wyciągnie sobie sam. Mamy tylko nadzieję, że treść listu wzbudzi refleksję u tych, którzy jeszcze go nie znają i zachęci do pilnego śledzenia dalszych losów nocnego porozumienia.




Wiem, że niektórzy internauci nudzą się długimi tekstami i z trudem przełykają informację po wyżej 140 znaków, ale  Dramatyczny list – lekarza rodzinnego! nie został napisany dla stadnych lemingów, ale tych, którzy wyciągają wnioski z faktów a nie medialnych narracji.
Oto jego treść:

Lekarka woła: dramat!

Dramatyczny list Pani Doktor – lekarza rodzinnego!

Do moich pacjentów, znajomych i przyjaciół!

Postanowiłam napisać list z prośbą o przesłanie go dalej jak najliczniejszej grupie ludzi.
3 stycznia po dzienniku widziałam rozmowę z politykami na temat sytuacji jaka zaistniała w POZ.
Prowadząca wielokrotnie mówiła, że nie rozumie postępowania Porozumienia Zielonogórskiego. Cała sprawa została sprowadzona do nadmiernych żądań finansowych, braku odpowiedzialności i krzywdzenia pacjentów.
Jak pewnie oglądający zauważyli, do tej rozmowy nie został zaproszony nikt ze strony lekarzy, a o tym, czego chcą lekarze, wypowiadał się autorytatywnym głosem przedstawiciel PO.

Przekłamania i oszczerstwa są poważne, ale i poważne jest to, o co walczy Porozumienie Zielonogórskie.
Ogromnym problemem POZ (myślę, że nie tylko) są starzejący się lekarze. W województwie opolskim średnia wieku lekarza pracującego w POZ przekroczyła 57 lat.
Gdyby w tej chwili z systemu odeszli emeryci, to ten by się zawalił. Młodych kształcących się lekarzy jest niewielu.

Ja miesięcznie przyjmuję ponad 1200 pacjentów. Średnio 50-70 osób dziennie. Zdarzają się dni, gdzie przyjmuję i 100.
Każdego roku dochodzi nowa praca. Część jest widoczna dla wszystkich, bo większość czasu patrzę w monitor i stukam w klawiaturę.
Dużej Państwo nie widzicie.
Skraca się czas poświęcony na kontakt z pacjentem, a wydłuża biurokratyczny.
Lekarze i tak nie są w stanie prowadzić kartotek w sposób zgodny z przepisami i bezpieczny dla siebie, bo starają się wypełnić swoje podstawowe zadanie – leczenie chorych.

W nowej umowie jest kilka niemożliwych do przyjęcia zadań. Jest ona skierowana przeciwko pacjentom i stawia chorych i lekarzy naprzeciwko siebie. Tylko razem jesteśmy w stanie zawalczyć o wspólne dobro.

Po pobieżnej lekturze nasuwają mi się liczne uwagi.

Pierwsza sprawa – pakiet kolejkowy.

Wszystkiego nie wiem, ale to, do czego doszłam, jest bulwersujące.
Lekarz endokrynolog, jak wszyscy wiedzą, leczy najczęściej choroby tarczycy. W nowej umowie to lekarz POZ będzie zobowiązany do leczenia niedoczynności tarczycy.
Wszyscy Państwo, którzy jesteście pod kontrolą poradni endokrynologicznej, teraz wrócicie do POZ. Lekarz nie będzie mógł Was skierować do specjalisty.
Rozwiązany problem kolejki u endokrynologa? Ma pan minister sukces?

Łagodny przerost gruczołu krokowego też w gestii lekarza POZ. Zniknie kolejka do urologa? Takich jednostek chorobowych wrzuconych do POZ jest więcej.
Na wykonanie tych zadań lekarz POZ nie dostaje żadnych dodatkowych pieniędzy, a minister może zaoszczędzić na wykupieniu tych wizyt u specjalistów. Tyle że specjaliści mieli wykupioną konkretną ilość wizyt, a my nie mamy limitu. Przyjąć należy wszystkich potrzebujących.
Niestety nie potrafię już w sposób bezpieczny dla pacjentów przyjmować większej ilości ludzi.
Liczni moi koledzy mają już przyjmowanie na godzinę. Pacjent endokrynologiczny na kontrolnej wizycie będzie musiał zająć 30 minut tak jak u specjalisty.
Już ostatnio pojawiły się kłopoty gdzieniegdzie z dostaniem się do lekarza w dniu rejestracji. Niestety teraz obejmie to już wszystkie praktyki.
Co zrobić z chorymi potrzebującymi zwolnienie dla pracodawcy? Z nagłymi zachorowaniami? Ludźmi z wymiotami, biegunkami, bólami, gorączkami?
Nie potrafię w sposób uczciwy w stosunku do leczonych przyjąć na siebie nieskończonej ilości zadań i przejąć pacjentów moich kolegów specjalistów tylko po to, by minister miał wyborczy sukces.

Kolejna sprawa – umowa.

Umowa ma być bezterminowa. Tą umowę może zmieniać aneksem NFZ bez jakiejkolwiek konsultacji. Ja tylko mogę ją wypowiedzieć.
Będzie można do POZ wrzucać wszystko, co się nie zmieści gdzie indziej. My staniemy się pierwszą twarzą NFZ w opozycji do pacjenta.
Sami już niewydolni będziemy tak jak teraz dostawać nowe zadania i nasza niemożność ich wykonania będzie uderzała w potrzebujących leczenia.

Kolejna sprawa – skierowania do okulisty i dermatologa.

My, lekarze rodzinni, leczymy zapalenia spojówek i powtarzamy zalecone przez okulistę leki. Po co wypisywać skierowania do okulisty na dobranie okularów? Ja i tak nie mogę nic w tej dziedzinie zrobić.
Drodzy, to jest i Wasz i nasz czas. Żeby pójść z dzieckiem po korektę szkieł będziecie musieli zarejestrować się wpierw do POZ po skierowanie. Kolejny dzień u lekarza w kolejce.
Podobnie u dermatologa. Do dermatologa zawsze szło się bez skierowania. Była to najskuteczniejsza metoda wczesnego leczenia chorób wenerycznych. Teraz najpierw do mnie, a później dalej.

Kolejna rzecz – pakiet onkologiczny.

To już jest grubsza sprawa. W mojej praktyce mam w ciągu roku od 7-10 wykrytych pierwszorazowych zachorowań na nowotwór. Z tego 1-3 pacjentów to tacy, którzy nigdy nie byli wcześniej u lekarza i przychodzą w stanie zaawansowanym. Wielokrotnie tych kieruję od razu do szpitala, bo są w złym stanie i wymagają natychmiastowego leczenia. Oni też zawsze byli przyjęci od razu, najczęściej na internę.
Kilka pacjentek to panie z nowotworami piersi i narządów rodnych. Tutaj swoją rolę jak dotąd widzę na wpajaniu kobietom konieczności wizyt u ginekologa i namawianiu na badanie piersi. System działa.
Zostaje więc kilku pacjentów z pozostałymi nowotworami. Skupię się na nowotworach jelita grubego.
Przez kilka lat funkcjonowało przesiewowe badanie kolonoskopowe i to dawało rezultaty. Za rządów ministra Arłukowicza to zostało zaniechane, albo mocno okrojone; fakt, że moi pacjenci nie mają do tych badań dostępu. Pozostaje planowana kolonoskopia.
Większość placówek ma wykupione przez NFZ to badanie bez znieczulenia.
Bardzo bym chciała zobaczyć twarz ministra po wykonaniu tego badania bez znieczulenia.
Jeżeli rak jelita grubego daje jednoznaczne objawy to często jest już za późno na pełne wyleczenie. Jest to więc wyjątkowy wyścig z czasem.
Jakie są wczesne objawy raka jelita grubego? Mogą być pojawiające się biegunki, mogą być zaparcia, może być krew w kale, mogą być pobolewania, może być utrata wagi.
Dotąd dawałam skierowanie na kolonoskopię. U większości pacjentów były polipy, które lekarze od razu usuwali. Wszyscy ci pacjenci to potencjalni chorzy na raka. Radość z wyleczenia i uniknięcia tragedii.
Teraz spośród tych chorych mam wybrać lepszych i dać im zieloną książeczkę. Wszystkim nie mogę.
Jeżeli nie dam komuś u kogo, w trakcie stania w jeszcze dłuższej kolejce, rozwinie się rak, to pacjent będzie miał żal do mnie, a nie do ministra, a ja będę musiała z tym żyć.
Dlaczego nie mogę dać wszystkim? Bo muszę mieć trafienia!
“Trafienia” to jest określenie ministra na pacjenta z chorobą nowotworową.
Wydam 30 książeczek, pacjent przejdzie diagnostykę i teraz oceni moją pracę urzędnik.
Jeżeli będę miała 0-1 trafienia, to zostanę skierowana na karne szkolenie, a za wykonaną pracę mi nie zapłacą.
Czyli badając w kierunku choroby nowotworowej 30 pacjentów, jeśli nie znajdę u nikogo rozwiniętego raka, to będę ukarana szkoleniem i finansowo.
Teraz badam nawet stu ludzi, żeby wykryć jednego raka.
Moja sytuacja się poprawi, jeżeli będę miała 2 trafienia; dostanę wtedy 20 złotych i nie będę karana upokarzającym szkoleniem.
Ta kwota rośnie i przy stosunku jedno trafienie na pięć sięga ponad 100 złotych.
Cały czas cytuję umowę! Staniemy więc z pacjentem po przeciwległej stronie – on będzie się cieszył, że nie ma raka, ja będę miała poważny problem.
Będę więc unikała zielonych książeczek jak ognia, albo wydam je wszystkim. Jeżeli nie wydam, to minister wygrał, bo lekarze są źli i nie chcą pracować, jak wydam, to nie wytrzymam finansowo (bo za tą diagnostykę zapłacę z puli POZ) i dołożę do pracy kolejne wypisywanie książeczek, sprawozdań. Wydłuży się więc kolejka pacjentów u mnie. Wąskie gardło w postaci zbyt małej ilości zakontraktowanych kolonoskopii pozostaje. Tyle, ze teraz za to odpowiadam ja, nie minister.

Kolejna sprawa to EWUŚ.

Jak Państwo wiecie musimy sprawdzać EWUŚ, czyli czynne ubezpieczenie pacjenta.
Dwa razy w tygodniu trafia się ktoś, któremu EWUŚ wyświetla dostęp w kolorze czerwonym – pacjent nieubezpieczony. W większości są to potrzebujący, którzy mają ubezpieczenie i faktem, że “świecą na czerwono” są oburzeni.
Teraz pacjent wypisuje oświadczenie, że jest ubezpieczony i my przyjmujemy taką osobę nieodpłatnie. NFZ płaci za takiego pacjenta.
Od teraz NFZ przestaje płacić za pacjentów “świecących na czerwono” (w mojej praktyce 11%).
Czyli jak taki ktoś wypisze nam oświadczenie, to za jego leczenie i wizytę nie zapłaci nikt. Pieniądze zostają w funduszu. Kolejna oszczędność ministra.

Takich pułapek jest więcej, a list i tak zrobił się długi. Jest to jednak nasza wspólna sprawa – pacjentów i lekarzy.

W tym roku mija 30 lat mojej pracy i zawsze byłam po stronie chorych, bo sama też jestem pacjentką i to z wiekiem coraz częściej i boleśniej.
Ministrowie się zmieniają, a ja od 30 lat o 8.00 wołam “Proszę!” (teraz parę minut później, bo ładuje się komputer).
Tej pracy nie chcą wykonywać młodzi lekarze i jak nic się nie zmieni, to po pięciu latach nastąpi poważny kryzys w służbie zdrowia na poziomie POZ.
Wtedy obecny minister będzie już miał inną posadę równie prestiżową i pozbawioną osobistej odpowiedzialności jak teraz, ale my zostaniemy na dole, pacjenci i lekarze.

Dlaczego inni podpisali? My nie podpisaliśmy, i jakie mamy kłopoty!; a strach pomyśleć, co nas czeka?! Straszą nas przez telefon, jeżdżą do prywatnych domów. Ruszyły zmasowane kontrole. Nagonka bezpardonowa w mediach. Kłamstwa, półprawdy, wyrwane z kontekstu słowa. Ja się boję bardzo i nie dziwię się, że inni też się lękają. Tylko zwarta grupa może się przeciwstawić.

Jeżeli my przegramy, to tak naprawdę przegrają pacjenci!!!

Z poważaniem –
Lekarz rodzinny z 30. letnim stażem w jednej placówce.

Jeszcze raz proszę o rozesłanie tego listu swoim znajomym, bo jest to jedyna forma wyjaśnienia stanowiska lekarzy rodzinnych.