wtorek, 15 kwietnia 2014

To nie drzewa są winne

To nie drzewa, panie Hołowczyc, są winne, to my, dorośli, jesteśmy winni, że nasze dzieci kończą na nich młode życie.

Hołowczyc chce wycinać drzewa, bo giną ludzie na drogach. Ja to tam poszłabym dalej. Zamiast ekranów chroniących przed nadmiernym hałasem rozciągnęłabym gumowe materace. Spełnią podwójną rolę. Obronią przed decybelami i ochronią pianych małolatów.
Ironizuję? A jak tu nie kpić sobie z rajdowego kierowcy, który wini drzewo za brawurę, pijaństwo, brak wychowania i właściwej opieki nad małolatami?

Wiem, wiem, już mi to perswadowano; niemożliwa jest kontrola nastolatków, by sobie krzywdy nie zrobili.
Wiem coś na ten temat, bo wychowaliśmy szczęśliwie dwóch synów. Uff! Mogę westchnąć, bywało ciężko.

Każdy też z nas doskonale pamięta sytuacje, w których wbrew zakazom rodziców, perswazjom nauczycieli, robiliśmy takie głupoty, że do dziś nie możemy wyjść z podziwu, jak uszliśmy z życiem. Były to niezapomniane lekcje rozsądku, które na szczęście kończyły się, co najwyżej, guzami i szlabanem rodziców.

I tak możemy gaworzyć w nieskończoność, tymczasem zginęły dzieci, a winnych nie ma. Nikt nie śmie wskazywać na przyczyny tragedii, nikt nie szuka winnych, bo przecież w skrytości ducha mówi sobie; mnie to też może spotkać, mam dzieci i nie zawsze wiem, co robią. I może właśnie dlatego każdego roku wiosną i latem giną nasze dzieci na polskich drogach, a dorośli rozkładają bezradnie ręce.
Niedawno w mojej gminie zginął ukochany syn, oczko w głowie rodziców. Student. Ot, wybrali się na imprezę, trochę wypili, za szybko jechali i to nieszczęsne drzewo na drodze… Był syn, nie ma go. Rozpacz i nieprzespane noce, bo jak do tego mogło dojść?! Przecież nie pił nałogowo, uczył się, był rozsądnym dzieckiem. Ciężko zapracował na ten samochód, nigdy nie prowadził po pianemu.
Przyjaciele, znajomi płaczą razem z nimi i powtarzają. Nie wiń siebie, to był nieszczęśliwy wypadek.
Nie wiem czy można było uniknąć tragedii, ale w wielu innych sytuacjach na pewno tak. Wystarczyłaby żelazna zasada. Jedziesz na imprezę, odwiozę cię, synu, potem zadzwonisz i wyjadę po ciebie. Zostaw kluczki w domu.
Prawdą jest, że wypadek może zdarzyć się wszędzie, najwięcej ludzi przecież umiera w łóżku, ale można przynajmniej uniknąć sytuacji prowadzących do pewnej tragedii.

Każdego roku latem na szosie, przy której mieszkam, giną młodzi, przystojni i bogaci. Sześć kilometrów od tej szosy, w głębi lasu, licznych biwakowiczów z Warszawy przyciąga pięknie położone jezioro. Od marek wypasionych samochodów aż mieni się w oczach.
Do późna w nocy rozbrzmiewają śpiewy przy grillach. Piwo leje się strumieniem. W poniedziałkowy ranek trzeba wracać. Dla niektórych jest to ostatnia droga. Ale giną też z tego powodu miejscowi, bo akurat mieli pecha i znaleźli się na drodze, gdy pruł po niej nietrzeźwy synalek bogatego tatusia w szpanerskim bmw.
Nieszczęśliwy wypadek czy skandaliczna, wołająca o pomstę do nieba, głupota i brak odpowiedzialności gówniarza i jego rodziców?

Takie postawy nie biorą się znikąd. Ileż to razy dorastający syn wyczuwa, że ojciec wracając z imprezy u znajomych, prowadził samochód po piwku?
A ile razy tatuś sprawdzał alkomatem stan swojej trzeźwości po uroczystościach rodzinnych, gdy trzeba było wracać do domu? Dlaczego tatusiowi wolno prowadzić w stanie wskazującym, a synowi nie? Tacie się udało? Mnie tez na pewno się uda. Nie złapie mnie policja, nie zapłacę mandatu, bo mi ojciec głowę urwie i więcej samochodu nie da.
Mandatu się boi, a o śmierci nie myśli. Tata surowy, gdy lakier zadrapany na furze. Przez miesiąc kluczyki niedostępne. Można stosować kary dla lakieru, a nie można dla bezpieczeństwa dziecka? Dziwna i okrutna w konsekwencjach postawa rodzicielska.

Nie mówmy więc, że wszystkie tragedie, które rozgrywają się na naszych drogach z udziałem młodzieży, to tylko nieszczęśliwe wypadki, których nie można było przewidzieć, a winne są przydrożne drzewa.
Na podwórku nastolatki bawią się przy ognisku. Najmłodsza ma 13 lat, najstarszy 17. Skąd tam piwo, skoro obok są rodzice? Skąd tak łatwy dostęp do samochodu? Zapewne śledztwo wyjaśni, jak mogło do tego dojść, tylko życia dzieciom nikt nie wróci. Niech nikt mi jednak nie wmawia, że to nieszczęśliwy wypadek, bo to nieprawda. To tylko konsekwencja bezstresowego wychowania, które prowadzi do bezradności rodzicielskiej, gdy pod nosem zaczynają sypać się wąsy. Wtedy trudno już wychowywać, czasem za późno. Przykładów tragicznych wypadków drogowych z udziałem wyrostków można mnożyć. Nie musiały się one wydarzyć, można było ich uniknąć, gdyby w wychowaniu do dorosłości nie tylko o prezerwatywy i zadrapania na lakierze troszczono się, gdy nastolatki wybierają się na dyskotekę samochodem rodziców.

W moim rodzinnym domu musiałam meldować się ze szkolnej zabawy o godz. 20. Bardzo to przeżywałam i długo nie mogłam rodzicom tego zapomnieć. Śmiali się ze mnie rówieśnicy, czułam się upokorzona. Wcale przez to, że wracałam wcześniej, nie byłam bardziej bezpieczna. Czasem wracałam znacznie później, bo wolałam karę niż rezygnację z zabawy. Jest tysiąc innych sposobów dogadania się z własnym dzieckiem i wyegzekwowania pewnych reguł postępowania, które w każdym domu rodzicielskim powinny obowiązywać i to nie tylko dzieci, ale wszystkich domowników. Reguły te nie można jednak wprowadzać dopiero wtedy, gdy dziecko stwarza problemy wychowawcze. Wtedy jest już zwykle za późno. Nikt też nie może zwolnić rodziców od czuwania i odpowiedzialności, gdy dzieci do późna w nocy imprezują.

Tragedia w Klamrach powinna otrzeźwić rodziców i opiekunów. Za błędy luzackiego wychowania płacą nasze dzieci. Czy muszą?
To nie drzewa, panie Hołowczyc, są winne, to my, dorośli, jesteśmy winni, że nasze dzieci kończą na nich młode życie.

piątek, 21 lutego 2014

To nie pogrzeb Ukrainy, a my nie na stypie

Warto zapamiętać ten moment. Nie wiemy, co ustalono i za jaką cenę, ale już Radę Majdanu wielu gotowych uznać za zdrajców. Nie wiemy, kim oni są, może niektórzy z nich to rosyjscy prowokatorzy? A może jest tak, że scenariusz załamał się Putinowi? Nie będzie wykupienia w obligacjach Ukrainy, nie będzie wojny domowej? Nie będzie rozbioru? Nie wiemy też, jak Ukraińcy przyjmą zakończenie protestu. Co się jeszcze wydarzy?

Za kilka, kilkanaście lat niektórzy będą budować mit zdrady narodowej, winić Ukraińców i na tym micie będą chcieli zdobyć władzę.
Mamy nad grobami synów wciąż będą wyrzucać im – I po co ci to, synku, było?! Dlaczego nie posłuchałeś matki?
A może nad grobem Ołeha Uśniewicza stanie kiedyś dorosły syn i powie – Dziękuję, tato. Wciąż brakuje mi ciebie, ale nie zginąłeś na darmo.
Któż dziś może powiedzieć z całą pewnością, że słowa matek są bardziej prawdopodobne?

 A może to nie zdrada tylko taktyka, roztropność, odpowiedzialność, może więcej nie można było? Przecież trzeba pracować, zarobić na chleb, zapłacić czynsz, pochować syna, ojca...

 A jeśli zdrada, to kogo znowu wysłać na śmierć?
Myślę o tym, bo znam smak przegranej i obrzucania się wzajemnymi oskarżeniami. I wiem też,
że poczucia wolności, ludzkiej solidarności, nie zatrą żadne uczone rozważania; co by było, gdyby było. Pokazali Ukraińcy, kim są jako naród, pokazali, jak można miesiącami na mrozie, w dymie palonych opon, trwać. Teraz czas na dopilnowanie porozumienia, by nie trzeba było znów ginąć na ulicy. Czas troski o pozbawionych pracy, aresztowanych, gnębionych za walkę o wolną Ukrainę.
Bez tej solidarności nie da się dalej niczego zbudować. Pozostanie jedynie gorycz i rozpacz topiona w beznadziei.
Polacy to już wiedzą, bo popełnili ten kardynalny błąd w 1989 r. Każdy zabrał swoje zabawki i każdy mościł swoje legowisko, pozostawiając innych na pastwę uwłaszczonej komuny.

Nie znam się na wielkiej polityce. W Tarnopolu, gdzie od wieków żyli moi przodkowie, nie ma już ich grobów. Jedni, wywiezieni w bydlęcych wagonach zaginęli w śniegach Syberii, drudzy padli ofiarą banderowskich noży, inni zbudowali mój dom na Ziemiach Odzyskanych. I tak jak kiedyś żują gorycz poświęcenia ich tragedii dla wielkiej polityki. W Tarnopolu króluje portret rzeźnika Polaków, w moim nowym polskim domu nacjonaliści ukraińscy przeszkadzali mi czcić pamięć pomordowanych i w rocznicę ich śmierci urządzali nacjonalistyczne festiwale.
 Sowieccy oprawcy śmiali się w nos Rodzinom Katyńskim w Strasburgu.
Moją miłość do Ojczyzny politycy żyjący z mojej pracy nazywają faszyzmem, a sowieccy agenci pobierają emerytury, o jakich nawet śnić bym nie śmiała.
Żołnierzy walczących z czerwoną zarazą z trudem wydobywa się z dołów śmierci, a mordercy leżą w alejach zasłużonych.
Polski minister finansuje z podatków naigrywającą się z mojej wiary wystawę, ale odmawia dotacji na Muzeum Żołnierzy Wyklętych. Wciąż nie możemy się doczekać Muzeum Kresów. A wszystko w imię wielkiej polityki.

Mimo to, ze ściśniętym sercem, ale i z nadzieją, śledzę wydarzenia na Ukrainie. Są dla mnie ważną lekcją.
W wydarzeniach EUROMAJDANU jak w krzywym zwierciadle zobaczyłam historię walki „Solidarności” z komuną. Zobaczyłam współczesną sytuację mojego narodu.
Są wydarzenia, które mówią każdemu – Sprawdzam cię.
Egzaminu nie zdali narodowcy. Zaprzepaścili kapitał poparcia zdobyty w Marszach Niepodległości. Milczenie i brak działania prezydenta każe się dziś pytać, kim właściwie jest i kogo reprezentuje. Bezradność rządu wobec kilkumiesięcznych protestów aż nadto widoczna.
Za ostatni popis ministra MSZ można tylko się wstydzić. Groźba – Albo podpiszecie, albo zginiecie wszyscy! – odsłania aż nadto dobrze, od kogo takim językiem zaraził się.
Teraz przyszedł czas na kolejny sprawdzian, kolejny egzamin dla polityków.
Co pozostanie z deklaracji pomocy Ukraińcom? Czy będą ich adwokatami w UE?

A co z nami? Zwykłymi ludźmi, Polakami i Ukraińcami?
Chciałoby się krzyknąć; zacznijmy wszystko od nowa. Nie pozwólmy politykom, mafiozom i oligarchom tańczyć na grobach naszych bliskich. Nie pozwólmy Rosji szczuć się na siebie.
Ba, ale jak rozrobić? Myślę, że wiele będą mieli nam do powiedzenia polscy dziennikarze, którzy razem z Ukraińcami przeżywali dni chwały i grozy. Dokumentowali i rozmawiali z protestującymi. Zanim wyciągniemy pochopne wnioski, posłuchajmy świadków najnowszej historii Ukrainy.

I może jeszcze jedna rada dla niezadowolonych z porozumienia, które, miejmy nadzieję, kończą walki w Kijowie.
Dziennikarz Stanisław Janecki napisał na Twitterze: „Aha, krytykując porozumienie, jakkolwiek złe czy dobre by ono nie było, nie szafujmy krwią Ukraińców, bo już dość jej przelano”.

Dodam do tej pointy.
Ukraina to nie nieboszczyk, a my nie zostaliśmy zaproszeni na stypę po jej pogrzebie. Ona żyje i walczy o swoje miejsce wśród innych narodów jako suwerenne państwo.

wtorek, 21 stycznia 2014

Częściowo wolne wybory w częściowo wolnej Polsce

Bronisław Komorowski chce ustanowić 4 czerwca świętem narodowym dla uczczenia częściowo wolnych wyborów. Wymyślił nawet specjalną nagrodę.
Zróbmy wszystko, by mu w tym przeszkodzić – apeluje publicysta niezależnej.pl wspominając 25 rocznicę śmierci ks. Stefana Niedzielaka, kapelana AK i uczestnika powstania warszawskiego, współzałożyciela Rodziny Katyńskiej.

W III RP bestialski mord nie doczekał się uczciwego śledztwa i ukarania winnych. Zbrodnia, popełniona przez esbeckich oprawców na ks. Niedzielaku to dla propagandy Okrągłego Stołu - ostatnie podrygi komuny.
W rzeczywistości był to akt założycielski III RP, twierdzi Piotr Lisiewicz. Dlatego nie powinniśmy godzić się na szopkę, jaką proponuje prezydent dla uczczenia częściowo wolnych wyborów 4 czerwca 1989 r.

Dla mnie, uczestniczki tamtych czerwcowych wyborów nie ulega wątpliwości, że jest to perfidny pomysł piarowców Komorowskiego pracujących nad jego reelekcją. Perfidny, bo ostatnio jakoś Polacy nie dają się zbytnio dzielić, wielu ma w głębokim poważaniu, co który z polityków powiedział i na czym polega tzw. kontrowersyjna czy skandaliczna wypowiedź. Życie toczy się obok mainstreamowych newsów, które bardziej śmieszą, budzą politowanie, niż wywołują burze.

Toteż niezły zgryz ma Kancelaria Prezydenta, która dwoi się i troi, by zainteresować kroczącą kampanią wyborczą Komorowskiego.
Co bardziej nadaje się do podziału Polaków i rozgrzania emocji jak nie ocena wydarzeń, które tkwią jeszcze w pamięci większości pokolenia biorącego w nich żywy udział? Wymarzony temat i gratka dla kreowania wizerunku Komorowskiego jako męża stanu.

Szopka ta dopiero się zaczyna. Już sobie wyobrażam emocje, jakie będą towarzyszyć ustalaniu listy najbardziej zasłużonych dla „częściowo wolnej Polski”. Słyszę już gromkie przekonywanie dziennikarskich cyngli do uznania, że „częściowo wolna Polska” to wszystko na co nas dziś stać, a śmierć ks. Niedzielaka to już historia i nie trzeba do niej wracać.

Fakt, pomysłem tym Komorowski pluje po prostu Polakom w twarz, kpi sobie z większości narodu, który został wystrychnięty na dudka. Szlag mnie jednak trafia, że kupujemy wyborczą narrację tak, jak tego chcą spece od manipulacji emocjami wyborców i to w formie, jaką oni zaplanowali.

Nadarza się wspaniała okazja, by młodemu pokoleniu pokazać, jak Polacy przy wsparciu zagranicy potrafili natychmiast się zorganizować, jak pilnować, by nie było cudów nad urną.

Jeśli dziś biadolimy, że rosyjskie serwery liczą nam głosy wyborcze, to ja się pytam, kto wtedy nam je liczył?
A jednak stworzyliśmy taki mechanizm kontrolny, który uniemożliwił sfałszowanie wyników.
Obraziłabym Jarosława Kaczyńskiego, gdybym robiła teraz wykład, na czym ten system polegał i dlaczego był skuteczny. Prezes PiS i wielu członków partii również w tym uczestniczyli. Ale nie potrafię powstrzymać się od pytania, dlaczego nie możemy tej organizacji skutecznego patrzenia władzy na ręce powtórzyć dziś, wykorzystując dzisiejsze możliwości techniczne komunikacji?

Dlaczego musimy dąć w tubę cwaniaków od ogłupiania społeczeństwa i przekreślać to cudowne obudzenie oddolne narodu? Dlaczego musimy koniecznie wszystko zgnoić, bo okazało się, że nie tak miało być?

Znacznie łatwiej jest wyrzucić do szamba dla walki politycznej wszystko, co wtedy nas łączyło, a co było totalną przegraną komuny.
Wtedy dostali łupnia i to takiego, że w panice postanowili zarządzić dogrywkę. To wtedy przegrali Polacy, a nie 4 czerwca. Wysilmy mózgownice, jak pokazać tamten czas.

Odpowiedzi na parę pytań jesteśmy winni sobie i młodzieży.

Chciałabym, np. wreszcie dowiedzieć się, kto ustalał w poszczególnych województwach listy kandydatów na posłów i senatorów z Komitetu Wałęsy? Były gotowe zanim doszło do ogłoszenia wyborów? Wtedy nie pytaliśmy się o to, bo łączyło nas zaufanie do działaczy z sierpnia i okresu stanu wojennego. Czy był to błąd?

Czy nikt nie chce wiedzieć, dlaczego natychmiast rozwiązano Komitety Obywatelskie? Czy był to błąd?

Jak to się stało, że nastąpiło przyzwolenie na wybór Jaruzelskiego prezydentem i „grubą kreskę” również wśród naszych posłów i senatorów? Czy było to tylko polityczny błąd?

Kiedy zaczęło się czyszczenie struktur „Solidarności” z dawnych działaczy sierpnia 1980 i pierwszej "Solidarności"? Kto je zainicjował i jakich mechanizmów użyto, by Polacy się nie spostrzegli, co dzieje się w kraju naprawdę?

Czy można było inaczej rozegrać klęskę komuchów w wyborach 4 czerwca 1989 r. Gdzie zaczęła się III RP? Wtedy? Czy może przy następnych już wolnych wyborach? A może to był proces, a układ zamknął się dopiero 10 kwietnia 2010 r. na smoleńskim niebie?

Pytań jest wiele, wymagają uczciwej odpowiedzi, a nie demagogii. Tymczasem my będziemy młócić narrację podsuniętą przez cwaniaczków od politycznego marketingu.
Czy tak musi być? Nie ma wyjścia z tej kwadratury koła? A może po prostu robimy wszystko, by z niej nie wyjść?

_____________________________________

Możesz też posłuchać:

 

 

czwartek, 31 października 2013

"Powrót do domu"

Wydawać by się mogło, że nikomu nie jest dziś potrzebny patriotyzm, a używany jest głównie do wyborczych podziałów na śmierć i życie.
W komentarzach pod jednym z artykułów na temat polskości i patriotyzmu przeczytałam kiedyś:
„Polakiem i patriotą to być trzeba i należy, ale tylko w przedszkolu, albo może jeszcze na początku podstawówki, ale jak ktoś nawet w dorosłym życiu nie dorósł do tego, by z tego wyrosnąć, to już żaden lekarz temu nie zaradzi...”.

Jak się z patriotyzmu wyrasta, doprawdy, nie umiem odpowiedzieć i nie chce mi się nawet o tym myśleć. Ale gdzieś, mimo sarkazmu wielu tzw. wyleczonych z miłości do Ojczyzny, kryje się tajemnica wierności swojej ziemi, rodzinie i swojemu domowi na przekór wszystkim przeciwnościom i stratom osobistym.

Wszystkich Świętych, Dzień Zaduszny.

Nikt nie pyta, skąd bierze się nasza solidarność ludzka i narodowa w tym dniu. Dlaczego zamawiamy w swoich parafiach wypominki i msze żałobne, dlaczego przemierzamy setki kilometrów, by wyczyścić zimną płytę nagrobną z jesiennych liści, postawić znicze, kwiaty, zmówić: Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie… . Tak robili nasi dziadkowie, rodzice, tak i my postępujemy. To jedna z najtrwalszych polskich tradycji.
Skąd w nas taka potrzeba czytania dat narodzin i śmierci na pomnikach, dlaczego coś ściska za gardło, gdy w alejkach cmentarnych unosi się nie tylko poświata światełek, zapach chryzantem, ale i szmer rozmów toczonych nad mogiłami?
Skąd tęsknota, przemieniająca się w fizyczny ból, gdy wspomnimy, że nasi najbliżsi leżą gdzieś w bezimiennych dołach, wykopanych dla zsypania kości, bo ślad po nich miał zaginąć, bo na ich mogiłach powstało kołchozowe blokowisko? Dlaczego wzruszeni, wysyłamy znicze na groby żołnierskie, na groby wielkich Polaków spoczywających we Lwowie czy na wileńskiej Rossie?

Pytań jest w tych szczególnych dniach tyle, ile pojedynczych, rodzinnych i narodowych ludzkich losów i nie sposób ich ogarnąć jedną myślą i jedną pointą.

Cichną spory, milknie gwar, gdy musimy zmierzyć się i z własnym przemijaniem.
Jeśli nie wiesz dlaczego we Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny odwiedzasz groby najbliższych, przyjaciół, rodaków rozrzuconych po całym świecie, to mama Katarzyna na pewno nie da Ci odpowiedzi, bo kryje się ona w tym, czym byłeś nakarmiony w swoim domu rodzinnym, jak zostałeś wychowany i jaki jest Twój świat wartości. Jednym słowem w jakiej tradycji wzrastałeś, jaki testament przekazali ci przodkowie. Ale jest coś co łączy nas wszystkich, co bardzo denerwuje tych, którzy chcieliby posiąść nasze myśli i pragnienia na własność, by łatwiej było nami kierować.
Jest nią tęsknota za własnym domem, za jedynym miejscem na ziemi, o którym możemy powiedzieć, że jest nasze bez względu na to, gdzie jesteśmy, co robimy i do czego dążymy.
Dla jednych to dom dzieciństwa, dla innych zbudowany dla swojej rodziny.

Przychodzi nieoczekiwanie; w zapachu, w geście, potrawie, zdjęciu, w światłach rozbłyskujących w oknach obcych, kiedy samotnie przemierzasz ulice miasta o zmroku. Mijają cię ludzie, śpieszą do swoich spraw, zgrzyt tramwajowych zwrotnic każe ci uważać, byś się nie zagubił w rojowisku, a ty dałbyś wszystko, by znaleźć się na kolanach taty, przytulić się do mamy i bezpiecznie zasnąć w cieple ich ramion.

Minęło wiele lat, a ja wciąż pod powiekami trzymam obraz rozświetlonych okien wrocławskich mieszkań podglądanych z mknącego pociągu. Przemierzałam tę trasę z Żagania do Opola kilka razy do roku przez pięć lat i za każdym razem to samo uczucie, to samo pragnienie; powrotu do rodzinnego domu.

Sielanka? Życie jest bardziej prozaiczne, a czasem okrutne? Możliwe. Nie zaprzeczam, że nawet z najbardziej kochanego domu ma się czasem ochotę uciec. Ale tak właśnie rządzi nami tęsknota. To ona sprawia, że na monet zapominamy o ciosach, ranach, biedzie, swarach i gnamy każdego roku w drugi koniec Polski, by odwiedzić nieme mogiły, spotkać się z rodziną, powspominać, naładować życiowe akumulatory. Nieważne, że na co dzień jesteśmy daleko, czasem za morzem, na wyspach, gdzie wiedzie się nam całkiem dobrze, gdzie zbudowaliśmy nowy dom rodzinny dla swoich dzieci. Liczy się tylko to, że „hen gdzieś tam „za górą, za mgłą jest rodzinny twój dom”, do którego możesz wrócić, rozmawiać w ojczystym języku o wszystkim, co absolutnie nie jest zrozumiałe dla obcych znad Tamizy czy z Nowego Jorku. Najpierw miłość, przywiązanie, tęsknota, potem już wszystko jest proste. Stajemy się chorzy na Polskę i nikt nas z tego już nie wyleczy. Jak dobrze, że wciąż jeszcze nie wynaleziono na tę przypadłość skutecznego lekarstwa.

Władysław Walec "Powrót do domu"

_____________________________________

Możesz też posłuchać:

 

 

czwartek, 24 października 2013

Panie Boże, chroń nas od przyjaciół…


Chocholi taniec trwa ku uciesze agentów Rosji oraz odpowiedzialnych za lot delegacji na groby pomordowanych przez sowiecką Rosję polskich oficerów w Katyniu. Nie ma winnych, nie ma odpowiedzialnych, są z jednej strony oszołomy, a drugiej  nagrodzeni za wierną służbę odznaczeniami i posadami w polskich ambasadach. Niestety dzieje się to również tak wskutek naiwności, czasem wręcz głupoty i nadgorliwości wszystkich, którym zależy na odsłonięciu prawdy.


Ponad trzy lata trwa już śledztwo smoleńskie, które ze strony rządowej, koalicji parlamentarnej, SLD oraz prezydenta RP, sprowadza się do uwiarygodniania raportu MAK i utwierdzania w społeczeństwie polskim przekonania, iż wszyscy, którzy nie przyjmują do wiadomości, że brzoza złamała skrzydło, a  prezydent i generał Błasik zmusili do lądowania w białej mazi mgły na grzęzawisku załogę Tu -154M, to oszołomy z Tworek. Nie znają się bowiem na prawach fizyki i dlatego nie mogą pojąć, jak to jest, że spadający samolot nie narobił dziur w ziemi i rozsypał się ostatecznie w drobny mak  z wysokości 5 metrów. 


Pieniądze podatnika idą na wywoływanie szumu medialnego i prowokacji, które mają utwierdzić znużoną masę siedzącą przed szkłem kontaktowym, że to nieodpowiedzialna gra partyjna Jarosława Kaczyńskiego, PiS  i Antoniego Macierewicza. Dzięki temu wciąż można ogłaszać tzw. „rewelacje dotąd niepublikowane”, ośmieszać i podważać wiarygodność  ekspertów zespołu parlamentarnego, zastraszać naukowców polskich uczelni, zagłuszać prowokacjami ich wypowiedzi  na Skype, omijając jednocześnie  konfrontację opinii  za pomocą argumentów i dowodów.


Chocholi taniec trwa ku uciesze agentów Rosji oraz odpowiedzialnych za lot delegacji na groby pomordowanych przez sowiecką Rosję polskich oficerów w Katyniu. Nie ma winnych, nie ma odpowiedzialnych, są z jednej strony oszołomy, a z drugiej  nagrodzeni za wierną służbę odznaczeniami i posadami w polskich ambasadach. 

Każde, choćby nieistotne dla sprawy, wydarzenie podejmowane jest z hukiem i komentowane aż do zmęczenia odbiorców. 
Niestety dzieje się to również tak wskutek naiwności, czasem wręcz głupoty i nadgorliwości wszystkich, którym zależy na odsłonięciu prawdy.
 

II Konferencja Smoleńska, zorganizowana przez naukowców dla wyjaśnienia przyczyn katastrofy na podstawie dostępnych  informacji, zdjęć, ekspertyz i symulacji, wywołała istną histerię, która nie tylko ma zniechęcić Polaków  do żądania skutecznego wyjaśnienia przyczyn katastrofy, ale też do jakiegokolwiek interesowania się tym tematem. 

Co może w tej sytuacji myśleć taka zwykła szara mysz, np. mama Katarzyna, tłuczona niczym  tłuczkiem do kartofli sprzecznymi informacjami?
 

Mam na to swój bardzo prosty sposób oceny doniesień medialnych. Trzymam się zdrowego rozsądku, a ten wciąż niezmiennie przypomina mi pierwsze informacje płynące ze Smoleńska zaraz po katastrofie. 

Pani ze szklanego ekranu zapewniała wszystkich Polaków, że części samolotu, jak to się dzieje przy każdej katastrofie lotniczej, zostaną skrupulatnie zebrane, przewiezione do Polski i poskładane wg schematu budowy samolotu, co pozwoli na ustalenie przyczyn tragedii. 

Zdrowy rozsądek przypomina mi o tym, co się dalej działo, co zrobiły polskie władze i polski parlament, by nie doszło do rzetelnego badania wraku. 

I zdrowy rozsądek każe mi myśleć, że tym sposobem tuszuje się popełnioną zbrodnię unikając odpowiedzialności. 
Nie wiem czy to prawda, ale za to wiem, że strona rządowa robi wszystko, bym tak myślała. Dlaczego? Tego też nie wiem.

Fakty utwierdzają też mój zdrowy rozsądek w przeświadczeniu, że Rosja raz po raz wykorzystuje katastrofę smoleńską do szantażowania polskich władz i wywoływania politycznych sporów, kopania partyjnych rowów przy milczącej aprobacie NATO, USA i Unii Europejskiej.  Niech się pozagryzają, łatwiej będzie nimi sterować.


Dlaczego polskie władze to kupują? Dlaczego posłowie PO, PSL, SLD haniebnie głosowali za oddaniem śledztwa Rosji? Dlaczego nie chcieli przyjąć uchwały żądającej zwrotu wraku? Dlaczego tak ochotnie, nie czekając na oficjalny komunikat o śmierci prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego marszałek Komorowski przejął władzę? Dlaczego  z takim zaparciem, godnym lepszej sprawy, utrwala wynik raportu MAK?  


To są pytania, na które z pewnością znają odpowiedź politycy rządzący. A póki milczą, mam prawo nazywać ich Targowicą, bo dziś już wiadomo, że tym  nie tylko nie poprawili stosunków z Rosją, która umie rozmawiać tylko z pozycji siły, ale wręcz osłabili polską pozycję w UE i NATO. Kto będzie się liczył z krajem, którego władza tupie i prześladuje legalnie wybranych  posłów, naukowców, rodaków, chcących wyjaśnić śmierć bez precedensu polskiego prezydenta, władz państwowych i najwyższych dowódców Wojska Polskiego?
 

Wydawać by się mogło, że w tej sprawie polskie partie powinny mówić jednym głosem. Dlaczego nie mówią?

Nie mam żadnych wątpliwości, że kiedyś Polacy o tym, komu zawdzięczają degrengoladę życia politycznego i  upadek suwerenności Polski, dowiedzą się i  pisać o tym będą w podręcznikach historii Polski. 


Póki jednak tak się nie stanie,   mam swoje antidotum na lejącą się dezinformację dziennikarskich cyngli i propagandę rządową.
Za każdym razem, kiedy wybucha kolejny szum medialny, pytam:

 
Czy już zwrócono Polsce wrak? I teraz wreszcie będzie pieczołowicie badany przez polskich i międzynarodowych ekspertów? 

Czy postanowiono dokonać własnych badań  ciał ofiar katastrofy, naprawiając choć w części bezprawny zakaz otwierania trumien i zaniechania sekcji zwłok?
A może Rosja już przysłała prawdziwe wyniki sekcji? 
Może prokuratura i komisja Laska zwróciła się do rosyjskich śledczych ze stanowczym żądaniem wyjaśnienia skandalicznie przeprowadzonych sekcji ciał ofiar w Rosji? 
Może polski Parlament podjął uchwałę wspierającą te żądania, a prezydent pod nią się podpisał? 
A może premier Donald Tusk zwrócił się o pomoc w wyjaśnieniu przyczyn katastrofy do Parlamentu Europejskiego? 
 - Nie? To o czym my dyskutujemy?! O co mamy pretensje do prof. Rońdy? Bo kłamał Kraśce, bo  się zbłaźnił,  nadużył zaufania? Wolne żarty.

Nawet jeśli prof. Rońda  podkopał wiarygodność zespołu Macierewicza, nadwyrężył swój honor naukowca i pomógł pismakom w zagłuszaniu przebiegu II konferencji smoleńskiej, to jakie to ma znaczenie wobec faktu, że ani polska prokuratura, z Seremetem na czele, ani komisja  Laska nie zrobiła nic, by merytorycznie wyjaśnić przyczyny smoleńskiej tragedii. 


Zespół Macierewicza może się mylić, nie ma możliwości prawnych, nie ma pełnego dostępu do informacji, do badań wraku, do wyników sekcji zwłok. Jest zespołem ludzi dobrej woli, którzy wykorzystują swoją wiedzę swój czas i swoje pieniądze do wyjaśnienia przyczyn katastrofy.
 

Póki organy polskich władz, zobowiązane do rzetelnego śledztwa, nie tylko nie wypełniają swoich obowiązków, ale wręcz utrudniają pracę innym, mataczą, sieją zamęt i wykorzystują media do propagandy wrogiej Polsce, wara im od zespołu Macierewicza i jego ekspertów.
 
Pogadać sobie mogą, mają potężne tuby, Owsiaków i Niesiołowskich też jest w bród, ale to nie wystarczy, by zamazać prawdę. Ona i tak kiedyś wyjdzie na powierzchnię życia politycznego. I oby jak najprędzej.


Martwić może co innego. Nasza reakcja na prowokacje. 

Nie mogę się nadziwić, dlaczego kupiliśmy skypową hucpę, dlaczego tylu porządnych dziennikarzy i blogerów skrupulatnie analizowało wyczyn prof. Rońdy oskarżając Macierewicza i członków zespołu parlamentarnego o naiwność.
Prowokacje udały się Laskowi i mainstreamowym mediom nie tylko dlatego, że ktoś im usilnie pomaga i przygotowuje je z cyniczną konsekwencją rodem z esbeckiej szkoły. 

Udały się również dlatego, że my kupiliśmy je i ponieśliśmy dalej, zamiast zrobić to, co od kilku lat robią lemingi na różnych stanowiskach; idą w zaparte, bronią, albo milczą, gdy krytykowana jest PO czy rząd. 

My natomiast wykrzywiamy twarze w grymasie niezadowolenia i atakujemy tych, którym ma prawo coś nie wyjść, bo pracują w ekstremalnie niesprzyjających warunkach. Głupota czy nadgorliwość? 

Oby wskutek tej nadgorliwości członkowie zespołu i eksperci biorący udział w rzetelnym badaniu przyczyn katastrofy nie musieli modlić się: Panie Boże, chroń nas  od przyjaciół, bo z wrogami sam sobie poradzimy. 


 Smolensk-2010.pl
GŁOSOWANIE Nr 1 – POSIEDZENIE 66.Dnia 06-05-2010 Godz. 20:07 
Lista zaprzańców jest znana
II Konferencja Smoleńska

_____________________________________
Możesz też posłuchać:

 

 

czwartek, 3 października 2013

Biznes ezoteryczny boi się wolności



 A mnie akurat ten duchowy wymiar chadzania Polaków do wróżek, kupowania czasopism dla horoskopów, noszenia w torebkach i kieszeniach magicznych kamieni i obwieszania się znakami zodiaku bardziej interesuje od finansów.



 „Kościół wraz ze swymi „duchowymi komandosami”, jakimi są egzorcyści, ewidentnie psuje biznes całej ezoterycznej branży” – napisał w swej ostatniej notce Gadający Grzyb. TUTAJ 
Wyliczył, kto i ile na tym biznesie zarabia i dlaczego Kościół psuje interes mówiąc o zagrożeniach, jakie niosą usługi ezoteryczne. Zastrzegł się jednak, że koncentruje się wyłącznie na finansowym aspekcie zjawiska nie poruszając problemu duchowego.
A mnie akurat ten duchowy wymiar chadzania Polaków do wróżek, kupowania czasopism dla horoskopów, noszenia w torebkach i kieszeniach magicznych kamieni i obwieszania się znakami zodiaku bardziej interesuje od finansów. Choć niewątpliwie w tym, według starego porzekadła – jeśli nie wiesz, o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze – kryje się źródło przymykania oczu ateistycznych środowisk, walczących z religią,  na gusła zaczarowanych odważników, wirujących stolików i  kart tarota.

By zarobić trzeba jednak zniewolić, uzależnić, odciągnąć od ołtarza nie tylko w wymiarze ofiar składanych przez wiernych do koszyka, ale przede wszystkim duchowym.
Nie ma chyba nikogo spośród czytelników notki Gadającego Grzyba, kto by nie przyznał mu racji i kto by w swoim otoczeniu nie miał naiwnych, zasilających kasę przemysłu ezoterycznego.
Znam kilka osób i to nie tylko kobiet, które po przetarciu oczu wczesnym porankiem przy kawie sięgają po horoskop czy to w Internecie, czy to w specjalnie do tego celu zakupionej gazecie.
Poranna kawa w biurach zwykle zaczyna się od tłumaczenia dziwnych majak sennych i sięgania do  senników pieczołowicie przechowywanych w szufladach biurka. 
Są to nierzadko ludzie z wyższym wykształceniem, w wielu wypadkach deklarujący się jako niewierzący racjonaliści, u których  żadnej refleksji nad idiotyzmem wiary w zabobony przy jednoczesnym odrzucaniu wiary w Boga nie uświadczysz.
Pal sześć jeśli to tylko idiotyzm, niezdrowa ciekawość, nieuświadomiona tęsknota za czymś tajemniczym, co urozmaici nudne urzędnicze życie.  Gorzej, gdy zaczynają się, jak to w życiu bywa, kłopoty zawodowe czy rodzinne; groźba utraty pracy, bankructwo, choroba, zdrada czy problemy z dziećmi.
Nie ma mocnych, kiedy człek wystraszony, upokorzony czy bezradny, każdej, nawet najbardziej złudnej nadziei się chwyta, chyba że w Bogu pokłada nadzieję, wtedy nie przyjdzie mu do głowy badać przyszłość u wróżki i szukać lekarstwa u szamana. A jeśli nawet przyjdzie, bo ktoś taką myśl podsunie, odrzuci ją, wiedząc, że zło jest realne, choć zrazu niewidoczne.

Ba, ale gadać dobrze, gdy nie przygniata nieszczęście. 
Z wiarą, która góry przenosi i zła się nie ulęknie, człowiek się nie rodzi. To proces duchowego dojrzewania i nie zawsze sprzyja mu płytka religijność wsparta pobożnymi praktykami religijnymi. Chodzą one bardzo często obok siebie.  
Znałam bogobojnego, wykształconego teologicznie i filozoficznie  proboszcza, który przed śmiercią z powodu zaniedbanej cukrzycy szukał pomocy w medycynie alternatywnej u miejscowej „zamawiaczki”.

Bezradnie patrzyłam jak  przyjaciółka szukała pomocy u wróżki, bo rodzina córki się rozpadała. Ta czyściła jej portfel nie bacząc, że kobieta zadłuża siebie i rodzinę.

Znałam wiejskiego felczera, który zamiast kontynuować medyczną naukę, chodził z wizytą do chorych przynosząc „odpromienniki”. Własnej żonie poziom cukru „obniżał” wahadełkiem, a kiedy wykryto u niego raka,  wybrał sznur zamiast lekarską pomoc i terapię w szpitalu.   

Bywa, na szczęście, też inaczej.  Przed głupotą ochronić` może czasem jedno mądre zdanie.
Kiedyś przed rozpoczęciem wizytacji w  jednej ze szkół w luźnej rozmowie z dyrektorem zapytałam – Wierzy pan w sny? Bo mnie się dziś śniło… - Nie dokończyłam. Mój rozmówca odpowiedział krótko. – Od kiedy uwierzyłem w Boga, przestałem wierzyć w sny.
Minęło wiele lat od tej rozmowy. A ja dzięki temu, między innymi, zdaniu zasypiam spokojnie i budzę się wypoczęta.

Powie ktoś. Jak nie wierzyć snom, kiedy uwierzył nawet św. Józef . W śnie przemówił do niego anioł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło (Mt 1,20). Anioł też polecił mu udać się do Egiptu (por. Mt 2,13) i stamtąd powrócić po śmierci Heroda (por. Mt 2,19)

Przykładów wydawanych Bożych poleceń podczas snu, zarówno w  Starym jak i Nowym Testamencie jest sporo.
A i współcześnie sny wciąż frapują i wciąż próbujemy je rozszyfrowywać. Moich snów, jakie miałem w przeszłości, nie określałbym „przełomowymi”. Ale miałem sny, które były dla mnie istotne. Nie było ich dużo, były jednak ważne. Potwierdzały coś, co przeżywałem na jawie – powie w rozmowie z psychologiem ojciec Józef Augustyn. Duchowość i sny 
Przy wszystkich wątpliwościach, niepokojach jedno jest pewne. Możemy spać spokojnie. Jeśli Pan Bóg będzie chciał nas o czymś upewnić, na pewno też znajdzie sposób na to, by przekonać nas, iż to On mówił do nas, gdy słodziutko przytulaliśmy zmęczony policzek do poduszki.

A jeśli już koniecznie chcemy wiedzieć czy sny są  odbiciem naszej psychiki, czy też zjawiskiem nadprzyrodzonym, to szukajmy wyjaśnienia nie u wróżki, ale u ludzi kompetentnych, którzy nie uzależnią nas od siebie i nie ogołocą z pieniędzy.

Głęboka wiara wiąże się z zaufaniem w Bożą opiekę i przyjmowaniem wszystkiego, co niesie życie, jako  swego krzyża, który jest na naszą miarę skrojony, choćby wydawał się nam niezasłużony i za wielki do udźwignięcia.
Przypomina to naukę pływania. Nie przekonasz się, że naprawdę pływasz, jeśli nie stracisz gruntu pod nogami. Dobrze jest jednak wiedzieć, że jest Ktoś, kto bezwarunkowo rzuci nam koło ratunkowe, gdy zaczniemy tonąć.
Jeśli biegający do wróżki, kupujący amulety jest racjonalistą, to skąd u niego naiwna wiara, że można poznać za pomocą kart przyszłość? Mówi, że Boga nie ma, że świat jest realny, a nauka jest wstanie wytłumaczyć wszystko, co dziś jest jeszcze niepoznawalne, a korzysta z magii? Kto niby za nią stoi? Człowiek czy siły nadprzyrodzone? Łatwiej  uwierzyć, że układ gwiazd kieruje naszym życiem, by przewidzieć nieznane? Brak w tym zwyczajnie logiki, metody poznawania i opisywania świata jak najbardziej racjonalnej. Trudno, wszyscy mamy wybór i wszyscy mamy przemożną chęć poznania, co zakryte, odkąd istnieje na tej ziemi człowiek.  
Warto jednak pamiętać, co mówią do nas osoby duchowne, egzorcyści; świat demonów istnieje i obyśmy nie musieli przekonać się o tym na własnej skórze. Niech nam wystarczą gorzkie, a czasem tragiczne w skutkach doświadczenia innych. 
Diabeł nie smaruje się smołą, nie kusi nas śmierdząca siarką, wie że wtedy nie miałby szans. Idzie do nas  z ułudą pomocy, którą możemy otrzymać teraz, natychmiast, jak tylko położymy na rękę cygance dychę, zapalimy kadzidełko, zajrzymy w głąb szklanej kuli czy rozłożymy karty.
A jeśli  jeszcze do tego los się odmieni, kłopoty znikną, to gotowi jesteśmy z radości i wdzięczności każdego wysyłać do wróżki, każdemu kupować amulet i wisiorek ze znakiem zodiaku. 
Nasza siła sprawcza  czyni cuda. Wróżba sprawdziła się. A może my też mamy taką siłę? Koleżanka macha nad naszą głową wahadełkiem i mówi nam, że mamy pozytywną energię.  
 Oczywiście, chcemy ją przekazać innym i tak to się zaczyna. I na tym właśnie żeruje ezoteryczny biznes, który ma tę dodatkową wartość dla wszelkiej maści totalitarnych ideologów, że nie tylko pozwala nas oskubać z pieniędzy, ale  zabrać nam wiarę, wolność wyboru, a życie duchowe sprowadzić do czytania horoskopów i stawiania pasjansów. 
Mamy być konsumentami dóbr materialnych, ale i duchowych, te też nadają się do sprzedaży jak czyste powietrze nad nami.
Nie jest to bynajmniej cecha charakterystyczna tylko naszych czasów. U zarania dziejów człowiek miał swoich bożków, żerowali na nim różni szarlatani i wróżbici, kusili magią i przepowiednią przyszłości. Teraz jednak do dyspozycji szarlatani ci mają znacznie więcej środków niż w przeszłości i dlatego potrzebne jest ostrzeganie, tłumaczenie i ratowanie zagubionych. 
To dlatego powołuje się egzorcystów i to dlatego powstało pismo „Egzorcysta”, które tak wyśmiewają ci, którzy tracą  przez nie swoich klientów. 

Biznes nie toleruje wokół siebie ludzi wolnych, którzy dzień zaczynają od  powierzenia siebie: Jezu ufam Tobie, a kończą modlitwą: Spokojnie zasypiam, ponieważ Ty o Boże jesteś ze mną.

Biznes boi się naszej wolności i naszego zaufania Bogu jak diabeł święconej wody. 


_____________________________________
Możesz też posłuchać:







czwartek, 19 września 2013

Naród wybrany Tomasza Terlikowskiego

W Klubie Ronina niedawno odbyła się dyskusja "Polska, Żydzi, Izrael". Niektórym pomyliła się debata polityczna z katechezą i wygłosili wszystkim kazanie.  Nic mi do tego jak interpretują Torę Żydzi. Niech się spierają rabini, ale jak czyni to dziennikarz, który nazywa się katolikiem, to już inna sprawa.

Świętą księgą Żydów jest przede wszystkim Tora - Pięcioksiąg Mojżeszowy, który jest również naszą świętą księgą i co do tego nie ma żadnych wątpliwości (...) Czytanie tej świętej księgi jest elementem chrześcijaństwa i z tej świętej księgi wynika całkowicie jednoznacznie, że Żydzi są i pozostali narodem wybranym. Czy nam się podoba, czy nie, my jesteśmy tylko dziczką wszczepioną w winnice Izraela. Jesteśmy Nowym Izraelem.

To fragment wypowiedzi Tomasza Terlikowskiego z dyskusji w Klubie Ronina, pod którym podpisuje się Paweł Jędrzejewski na forum Żydów Polskich.

Nic mi do tego jak interpretują Torę Żydzi. Niech się spierają rabini, ale jak czyni to dziennikarz, który nazywa się katolikiem, to już inna sprawa. (Pomijam tu oczywisty fakt, że są różnice między Torą a Starym Testamentem, a chrześcijanina Księgą objawioną jest  Biblia składająca się ze Starego i Nowego Testamentu, a nie Tora. Na co zwracają uwagę  zarówno Żydzi jak i teolodzy katoliccy TORA A STARY TESTAMENT  ABC katechezy. Stary Testament  )

Zatrzymuję się jedynie na ulubionym „dogmacie” dziennikarza – naród wybrany i jego usilnym wszczepianiu w krnąbrne,  antysemickie głowy  katolickie.
Tomasz Terlikowski kilkakrotnie powoływał się w dyskusji na dokumenty Soboru Watykańskiego II. A choć nie wymienił tytułów dokumentów, to domyśleć się łatwo, że chodziło mu głównie o Deklarację o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich (Nostra aetate). Przynajmniej ja tak odczytałam jego wypowiedzi.
Nie jest to dokument, który wymaga specjalnych studiów teologicznych i nie jest też opasłym tomiskiem, przez które mogą przebrnąć tylko wybitni znawcy, w tym dziennikarz Tomasz Terlikowski, oczywiście.  Liczy zaledwie kilka strony i napisany jest bardzo przystępnym językiem.
Ale mającym wstręt do lektur, przytoczę fragment, na który, jak mniemam, nieustannie w dyskusjach z pasją powołuje się katolik Tomasz Terlikowski.
Fragment ów ma dobitnie świadczyć o tym, że Żydzi nadal są narodem wybranym i nawet Kościół Katolicki uznaje ich prawo do szczególnego szacunku.
Co do „innych wyznawców religii już niekoniecznie”, jak się wypsnęło w ferworze emocjonującej dyskusji uczonemu dziennikarzowi.

Nie wiem, na jaką katechezę uczęszczał Tomasz Terlikowski, ale mnie uczono, że mam kochać bliźniego, jak siebie samego. A w tym nowym przykazaniu, które dał nam Jezus  nic nie ma o tym, że tylko bliźniego swego żydowskiego. Ale mniejsza z tym, wróćmy do Nostra aetate.
Czytam:
4. Zgłębiając tajemnice Kościoła, święty Sobór obecny pamięta o więzi którą lud Nowego Testamentu zespolony jest duchowo z plemieniem Abrahama.
Kościół bowiem Chrystusowy, uznaje, iż początki jego wiary i wybrania znajdują się według Bożej tajemnicy zbawienia już u Patriarchów, Mojżesza i Proroków. Wyznaje, że w powołaniu Abrahama zawarte jest również powołanie wszystkich wyznawców Chrystusa, synów owego Patriarchy według wiary, i że wyjście ludu wybranego z ziemi niewoli jest mistyczną zapowiedzią i znakiem zbawienia Kościoła.
W tym miejscu dokument odwołuje się do Listu św. Pawła do Galatów 3,7
Zatrzymajmy się na chwilę. Co też takiego w tym liście mówi św. Paweł?
Zrozumiejcie zatem, że ci, którzy polegają na wierze, ci są synami Abrahama.

Nie wymyślił sobie więc Sobór Watykański II niczego, co by nie było w Piśmie Świętym i co by było niezgodne z Nowym Testamentem.
Kościół Chrystusowy został przepowiedziany w tajemnicy zbawienia, którą zapowiedział Bóg Żydom - narodowi wybranemu.
Już w następnym wersie wspomnianego listu św. Paweł przypomina, iż Bóg oznajmia Abrahamowi radosną nowinę: 
W tobie będą błogosławione wszystkie narody.
Jeśli na tych fragmentach tylko  poprzestaniemy, to faktycznie gotowi jesteśmy przyznać, że ma sens próba łączenia chrześcijaństwa z judaizmem w jedną religię. Wszak dalej w Nostra aetate czytamy:
Przeto nie może Kościół zapomnieć o tym, że za pośrednictwem owego ludu,  z którym Bóg w niewypowiedzianym miłosierdziu swoim postanowił zawrzeć Stare Przymierze, otrzymał objawienie Starego Testamentu i karmi się korzeniem dobrej oliwki, w którą wszczepione zostały gałązki dziczki oliwnej narodów.
To właśnie ten fragment upoważnił Tomasza Terlikowskiego do nazwania chrześcijaństwa dziczką wszczepioną w judaizm. ( Pomijam pomylenie oliwki z winnicą. Nie będę się znęcać nad dziennikarzem, kładę to na karb emocji, jakie wzbudziła dyskusja.)
Czyżby dziennikarz Terlikowski miał rację? Na takim rozumowaniu opierali się przecież Żydzi, którzy uwierzyli w Chrystusa, próbujący połączyć prawo żydowskie z nową wiarą. Bardzo szybko jednak taka postawa została nazwana herezją, a potem potępiona  już u początków chrześcijaństwa. (Sobór Nicejski 325 r.)
 Dlaczego ją potępiono?  To powinien wiedzieć tak wykształcony teologicznie dziennikarz Tomasz Terlikowski. Niestety, dziennikarz nie pierwszy to raz zamiast uczciwego przekazywania Nauczania Kościoła, manipuluje pomijając treść Nowego Testamentu.
Przytoczony wyżej fragment dokumentu Soboru Watykańskiego II odsyła  wiernych tym razem do Listu do Rzymian św. Pawła i roztropnego ostrzeżenia Apostoła:
Jeżeli zaś niektóre gałęzie zostały odcięte, a na ich miejsce zostałeś wszczepiony ty, który byłeś dziczką oliwną, i razem [z innymi gałęziami] z tymi samymi korzeniami złączony na równi z nimi czerpałeś soki oliwne, to nie wynoś się ponad te gałęzie. A jeżeli się wynosisz, [pamiętaj], że nie ty podtrzymujesz korzeń, ale korzeń ciebie.
Jakież to gałęzie zostały odcięte od dobrej oliwki  i dlaczego?
Czyżby Tomasz Terlikowski czytał z Nowego Testamentu tylko to, co odpowiada jego poglądom? 
Czyżby on, świadomy katolik, nie znał listów św. Pawła i nie wiedział, że dziczki oliwne do dobrej oliwki wszczepiono w miejsce tych, którzy nie przyjęli Chrystusa i Nowego Przymierza?
Owszem, naród wybrany nadal istnieje, ale nie jest już nim cały naród żydowski, ale ci potomkowie Abrahama, którzy uwierzyli w Chrystusa, że to Jezus jest Mesjaszem zapowiedzianym narodowi wybranemu w Starym Testamencie.
Narodem wybranym są dziś też wszystkie inne narody, które uwierzyły w to, co dziś każdy katolik wyznaje w Credo. Tak wierzy katolik i tak głosi Magisterium Kościoła i nie pomogą tu żadne krzyki, ani tupania.
Nie ma judeochrześcijaństwa, co doskonale oddaje już tytuł dokumentu Soboru Watykańskiego II  Deklaracja o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich.

Jest judaizm ze wszystkimi swymi odmianami,  w tym judaizmem mesjanistycznym  i jest chrześcijaństwo, które wyznaje wiarę w Boga w Trójcy jedynego i jedynej drogi do zbawienia , jaką jest Jezus Chrystus – Droga, Prawda i Życie. Jest nowy lud wybrany oczekujący zbawienia w nowym Jeruzalem. (Apokalipsa św. Jana)
To prawda, że ten lud wybrany musi pamiętać, aby nie został wycięty  z drzewa oliwnego.
Św. Paweł bowiem, w tym samym liście do Rzymian, poucza, iż gałęzie inne zostały odcięte, byśmy mogli czerpać soki z oliwki, ale, skoro odcięto je wskutek niewiary, to wypada z pokorą pamiętać, że i nas można odciąć, gdy stracimy wiarę. Odrzucenie bowiem Żydów, którzy nie przyjęli Jezusa Chrystusa, jest czasowe i zależy od ich  nawrócenia, a chrześcijanin ma swoje obowiązki wynikające z wiary. 
Dziennikarz Terlikowski doskonale wie, że katolik nie może prywatnie naginać sobie treści Pisma Świętego i tworzyć teorie, które mają usprawiedliwić jakąkolwiek ideologię.

Głosząc nieprawdę, naginając dokumenty nauczania Soboru Watykańskiego II, redaktor Terlikowski nie od dziś służy usprawiedliwianiu wrogiej innym narodom żydowskiej ideologii nacjonalistycznej czyli syjonizmu.
Nie jest to ideologia zakazana i potępiana powszechnie tak jak faszyzm, a szkoda, ale to nie znaczy, że dziennikarz mieniący się katolikiem ma prawo innym ją wciskać manipulując Nauczaniem Kościoła i Pismem Świętym.

Niestety, zdaję sobie sprawę, że w tym wypadku marne mam  szanse na merytoryczny dialog z Tomaszem Terlikowskim. Nie takie tęgie głowy próbowały i nic z tego nie wyszło. Osobiście bardzo mi przypomina jego sposób rozmowy świadków Jehowy, która polega na tym, że oni mówią, a my mamy słuchać.

I z tymi niewesołymi przemyśleniami zostawiam
swoich czytelników i słuchaczy.
mama Katarzyna

 

czwartek, 12 września 2013

Czego nie wiedzą dziennikarze o polskiej szkole


Wrzutką medialną, roztrząsaną we wszystkich  przekazach  z okazji rozpoczęcia roku szkolnego,  stał się temat usunięcia z kanonu lektur „Pana Tadeusza”  i ją to właśnie kupili redaktorzy: Michał Karnowski, Łukasz Warzecha i Tomasz Terlikowski w Klubie Ronina, pastwiąc  się przy okazji bez litości nad żenującą niewiedzą egzaminowanych studentów. Tymczasem polska szkoła ma „szerokie horyzonty” i wcale nie zaniedbuje wychowania. Na czym dziś ono polega? Oto wytyczne z fachowego czasopisma „Polonistyka”.


Dawno już nie rozmyślałam przy moim zmywaku. Tyle się dzieje ważnych spraw, trudno je ogarnąć, jeszcze trudniej pojąć.
A poza tym wszystko, co ważne, natychmiast uczenie i mądrze interpretują, wyjaśniają, podają do uwierzenia eksperci. Namnożyło się ich ostatnimi  czasy, oj namnożyło. I gdzie tu mamie Katarzynie przy zmywaku wścibić swoje trzy grosze?
Problem w tym, że tzw. medialni dyżurni eksperci mówią  tylko o tym, co staje się przekazem dnia. „Kiedy czytelnicy" opozycyjnych" mediów nabiorą dość rozumu, by odesłać w diabły każdego, kto każe im  podążać za wrzutkami i reżimowym bełkotem? – pytał niedawno Aleksander Ścios na Twitterze.

Przypomniałam sobie to pytanie, kiedy w jednym z Przeglądów Tygodnia w Klubie Ronina (2.09.br.) dziennikarze masakrowali poziom polskiej szkoły. 
Wcześniej „wrzutką” medialną, roztrząsaną we wszystkich  przekazach  z okazji rozpoczęcia roku szkolnego,  stał się temat wyrzucenia z kanonu lektur „Pana Tadeusza”  i ją to właśnie kupili redaktorzy Michał Karnowski, Łukasz Warzecha i Tomasz Terlikowski, pastwiąc  się bez litości nad żenującą niewiedzą egzaminowanych studentów.

I tu muszę stanowczo zaprotestować przeciwko wszelkim insynuacjom jakoby władza chciała z naszych dzieci zrobić roboli, którzy tylko pływać    powinni umieć  i czytać instrukcje, no, może jeszcze Gazetę Wyborczą.
Nic podobnego! Władza wspiera i pomaga rozszerzać horyzonty polskich uczniów.  Ma do tego wykwalifikowane kadry, pieniądze  i drożne kanały edukacyjne, którymi wiedza trafia nawet do nauczycielskich emerytów takich jak ja, aby wiedzieli, jak kształcić i na jakich wzorcach wychować swoje wnuki.
Oto dowód.
Otrzymałam newsletter fachowego czasopisma Polonistka  (nr 8), a w nim polecane nauczycielom artykuły i pomysły na treść lekcji języka  polskiego. Jeden z takich pomysłów, podpowiadający scenariusz  zajęć mogłam przeczytać w wersji elektronicznej bez potrzeby kupowania całego numeru. 
Zwróciłam na niego uwagę, bo został umieszczony w wielce obiecującym dziale „Horyzonty polonistyki” .
Zanim zgłębiłam treść, pomyślałam sobie. Biadolą tak nad wynaradawianiem młodzieży w polskiej w szkole, a tu, patrzcie, ludzie pracują i nikt o tym nie wie, że troszczą się o tożsamość narodową polskich dzieci.
Już sam tytuł: Człowiek – naród – język ojczysty budził nadzieje i zaufanie, że sprawy mają się dobrze, a tylko prawicowi malkontenci szukają dziury w całym.

Pełna dobrej woli włożyłam na nos okulary i zasiadłam do lektury siorbiąc od czasu do czasu yerba mate z guaraną, by lepiej się skoncentrować i więcej przyswoić.

Artykuł przeszedł najśmielsze moje oczekiwania. Oto młodzież na lekcjach j. polskiego będzie zgłębiać pojęcie człowieka już nie na jakimś tam cytacie z Kochanowskiego, Reja, Norwida czy  Jana Pawła II, ale zapozna się z głębią myśli filozoficznej; Protagorasa, Pascala, Feuerbacha i Nietzschego. Wreszcie młodzież ma szansę wyjść z polskiego zaścianka. Oczywiście, nie może zabraknąć w takiej analizie zadumy nad człowiekiem  Wisławy Szymborskiej.
Ale to nie koniec. Prawdziwe natarcie szerokich horyzontów dopiero mnie czekało, kiedy autorka artykułu  po wyczerpującej analizie wiersza  dawnej apologetyki Stalina podsumowała:
Współcześni młodzi ludzie, nieobciążeni pamięcią historyczną, patrzą w przyszłość, która jawi im się jako labirynt. Potwierdzają to rozmowy z młodzieżą, która dopiero co uzyskała dyplom dojrzałości i wybiera swą drogę życiową.
Szkoła słabo przygotowała ją do zmagań z rzeczywistością. Nie wyposażyła w takie umiejętności, jak kreatywność, dobra
organizacja pracy, zdolność do aktywności społecznej, ciekawość poznawczą. Młodzież posiada co prawda pewien zasób wiedzy, ale brak jej wiary w siebie, otwartości, operatywności.
Jest nieufna, z trudem buduje trwałe więzi.

By nadrobić niedoskonałości edukacyjne i wzbudzić poczucie wiary w siebie u zagubionego ucznia autorka przechodzi do analizy rozumienia  definicji narodu w przeszłości.
Proponuje jedynie zgłębienie myśli  Mochnackiego, dostrzegającego proroczo symptomy globalizacji świata, utrudniające kształtowanie tożsamości narodowej. Pozostali romantycy nie zasłużyli na żaden cytat. Młodzieży musi wystarczyć krótkie resumé Juliusza Kleinera:

R o m a n t y z m  o d k r y ł  d u s z ę  n a r o d u. Jak stawał do walki ze światem w imię postulatów jednostki, tak rzucał światu wyzwanie w imię żądań narodowości.

Jak to przekładało się na narodową literaturę? Ee, kto by tam to chciał czytać. Dlatego, autorka niezwłocznie przeszła do  analizy najważniejszego cytatu. Proszę się skupić, by nie uronić ani słowa. Oto on:

Koniec końców silnikiem nowoczesnego narodobudownictwa była walka o samostanowienie, czyli prawo, w zasadzie niepodzielne, do wytyczania granic między „nami” i „nimi” i ochrony „naszych” interesów przed „ich” zakusami. Rzecz dziś nie tyle w nawróceniu narodów na altruizm, ale w prawidłowym rozeznaniu, co dziś, w świecie zglobalizowanej mocy i zlokalizowanej polityki, „leży w interesie narodu”, czyli co zwiększa szanse jego przetrwania jako narodu oraz szanse jego członków na godne i względnie dostatnie życie, a co się jemu przeciwstawia.


Czy gdyby redaktorzy z Klubu Ronina wiedzieli, że dziś młodzież odkrywa niezgłębione nauczanie Zygmunta Baumana, martwiliby się, że z Podstawy  programowej gimnazjum wyrzucono Pana Tadeusza?!

Panowie, jesteście do tyłu z wiedzą o polskiej oświacie. Dziś przed polską młodzieżą inne cele i zadania, horyzonty rozświetlają im na nowo marksistowsko - leninowskie idee. Wszak zagraża nam faszyzm i przed nim polska szkoła na pewno nas obroni.
Autorka, godnego złotych ramek artykułu, podsumowuje:
"Głoszenie wyjątkowości własnego narodu
wynika najczęściej z wybiórczego traktowania historycznej pamięci.
Bywa ona wykorzystywana przez polityków do manipulowania opinią publiczną. Pochodną tej tendencji jest rosnąca liczebność i siła narodowców, mających przekonanie o swej moralnej wyższości, wynikającej – ich zdaniem –
z faktu obrony tradycyjnych wartości przed kosmopolityzmem.
Tym tłumaczą szowinistyczne ataki, antysemityzm,
język rasistowski. Jest to zjawisko groźne i coraz bardziej niepokojące tym bardziej, że w szeregi nacjonalistów wstępuje głównie młode pokolenie, inspirowane przez wytrawnych graczy politycznych.

Tak tak, Panowie redaktorzy, pora dokształcić się.
Jeśli ma być w polskiej szkole omawiana definicja narodu, to Leszka Kołakowskiego, jeśli walka o tożsamość narodową, to według złotych myśli sowieckiego enkawudzisty, ubeka, odznaczonego przez ministra kultury i dziedzictwa narodowego III RP Złotym Medalem Zasłużonego Kulturze Gloria Artis, Zygmunta Baumana. A wszystko po to, by przezwyciężać  stereotypy i walczyć z faszyzmem, który zagraża Polsce.
Wiedzieliście o tym? Nie? To pora najwyższa zapomnieć o medialnych „wrzutkach” i zajrzeć do prawdziwej polskiej szkoły. 

Tymczasem mama Katarzyna kończy zmywanie i zaprasza do słuchania:


czwartek, 4 lipca 2013

Jak PO spłaca długi wdzięczności i co na to opozycja i związki?

13 czerwca br. Sejm przyjął nowelizację Ustawy Kodeks pracy oraz ustawy o związkach zawodowych. 3 lipca miał zająć się nią Senat. I jak na zawołanie pojawiła się też informacja o tym, że rząd pracuje nad wprowadzeniem ruchomego czasu pracy dla urzędników mianowanych. (Elastyczny czas pracy także dla urzędników)

Pisano o tym i mówiono w mediach.
Oto jak głosowały poszczególne kluby parlamentarne:
Za przyjęciem nowelizacji, czyli wprowadzeniem ruchomego czasu pracy głosowało PO, PSL i RP. Przeciwny był klub PiS, SLD i SP, a także część niezależnych. Jak widać z wyników, nie było więc euforii zwycięstwa totalnego koalicji. Zastanawiać jednak może spora liczba, bo aż 14., posłów nie głosujących w tak ważnej sprawie z PiS, które od początku deklarowało swój sprzeciw. Warto też przyjrzeć się liście imiennej głosujących posłów.(Wyniki indywidualne)

Swój sprzeciw wobec ustawy ogłosiły wszystkie centrale związkowe.

Gorzkie przypuszczenia co do prawdziwych intencji budzi nikła kampania informująca społeczeństwo o skutkach wprowadzenia ruchomego czasu pracy i rocznego rozliczenia godzin nadliczbowych. Jest ona żenująco słaba i właściwie słyszalny medialnie wrzask podniósł się dopiero po przyjęciu ustawy przez Sejm.
Tymczasem projekt rządowy wpłynął do Sejmu już 6 lutego 2013 r.
Nagłego przyspieszenia prace nad nim nabrały dopiero w czerwcu.
Cały proces legislacyjny możemy prześledzić i przeanalizować na stronie sejmowej. (Rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy - Kodeks pracy oraz ustawy o związkach zawodowych)

A jest o czym myśleć.

Gdybyśmy częściej polegali na źródłach informacji a nie doniesieniach dziennikarskich, z pewnością mielibyśmy pełniejszy i rozsądniejszy obraz polskiej sceny politycznej.
W całej grze pozorów, nie tylko w tym wypadku, politycy chętnie pomijają kontekst unijnych dyrektyw. Tymczasem wielu z nich zdaje sobie sprawę, że mały jest już polski margines samodzielności prawnej, co jednak nie szkodzi wygrywać buńczuczne akordy demagogicznego sprzeciwu na koszt wyborcy.
Bywa też odwrotnie. Rzuca się informacje o prawie w innych krajach UE po to, by pokazać, że jesteśmy zapóźnieni, bo inni już dawno nowe prawo zastosowali.
I tylko uparcie grzebiąc w Internecie możemy dowiedzieć się, że, owszem, niektóre kraje je wprowadziły, ale marnie na nim wyszły, inne nie zamierzają dostosowywać się do pomysłów unijnych komisarzy i czynią uniki legislacyjne.
Chętnie też w dyskusjach o prawach pracowników najemnych rzuca się ideologiczne wtręty; ten to liberał i dlatego jest za, a ten to socjalista i komuch.
Nie zamierzam jednak podejmować z nimi dyskusji. Szkoda czasu na walkę z etykietkami bez treści.

Każda ze stron zdążyła już przedstawić swoje racje.

Rząd pieje peany na cześć swojej troski o obywateli, którym dzięki nowelizacji zapewni więcej miejsc pracy, choć związki nie mogą się doprosić do tej pory obiecanego wyliczenia korzyści pracowniczych.

Prezydent już wdzięczy się, do narodu puszczając oko, że wprawdzie będzie wam gorzej, ale ja poproszę pracodawców, by was i wasze rodziny za bardzo nie krzywdzili.

Nikt trzeźwo myślący nie próbuje nawet bronić tez rządowych, bo nie wytrzymują krytyki. Argumenty związkowe nie da się zbyć demagogią, że „Solidarność” chodzi na pasku PiS, zwłaszcza, że milczeniem trzeba pokryć niewygodny sprzeciw przyszłego koalicjanta - SLD i związanego z nim OPZZ, a także Forum ZZ.

Prawdę powiedziawszy związki bez względu na sympatie polityczne musiałyby być samobójcami, by godzić się, choćby bez udawanego oporu, na zmiany w czasie pracy, wywalczonym przez II Międzynarodówkę pod koniec XIX w.

Faktem jest, że wraz z upadkiem polskiego przemysłu, rola związków zawodowych mocno się skurczyła i jeśli mają przestać być przechowalnią dla związkowych etatystów, muszą się na nowo przeorganizować.
Niemniej związkowa krytyka tej ustawy jest druzgocąca i co najważniejsze jak najbardziej rzeczowa.

To jest ustawa cofająca pracownika najemnego do roli przedmiotu, niewolnika z łaski opłacanego.

Dotąd, stymulowane różnymi unijnymi dyrektywami i kryzysem finansowym banków, bezrobocie wymusiło pracę za głodowe pensje i śmieciowe umowy, a 4, 5 młodych Polaków do emigracji zarobkowej.
Teraz przyszła kolej na kredytowanie niewolniczą pracą właścicieli przedsiębiorstw.
Najkrócej; będziesz pracował i otrzymywał zapłatę, kiedy my będziemy chcieli.
Zapomnij o wakacjach z rodziną, urlopie na remont, kredycie na książki dla dzieci do szkoły.
Kiedy nie dasz rady i bank zlicytuje twoje mieszkanie, a dzieci odbierze ci sąd, bo będziesz bezdomnym chorym żebrakiem, zawsze jeszcze pozostanie ci szczaw i mirabelki, które posieje Niesiołowski na gruzowisku twego wymarzonego domu.
I nie łudź się, że, obiecane przez opozycję i związki zaskarżenie do Trybunału Konstytucyjnego ustawy, zablokuje ją.
Akurat w tym wypadku jest to czysty chwyt erystyczny. Ta ustawa nie łamie Konstytucji RP ani unijnej dyrektywy. A nawet gdyby, to wszyscy znamy jak szybko pracuje TK, choćby na przykładzie zaskarżonej nowelizacji ustawy emerytalnej.

Oczywiście, pracodawca nie jest aż takim jełopem, by pozbawiać swoją firmę młodych i wykształconych fachowców, ale czy oni akurat muszą mieszkać i zakładać rodziny w Polsce? Czy zwiększenie popytu na ich towary musi akurat oznaczać dobrobyt Polaków?

Ten cynizm, pozbawionych korzeni narodowych i związku emocjonalnego pracodawców z Polską, akurat mogę jakoś wytłumaczyć, wystarczy, że przypomnę sobie, kim jest Henryka Bochniarz i Lewiatan, ale w żaden sposób nie potrafię zrozumieć wprowadzania świadomego chaosu w funkcjonowanie i ograniczanie rozwoju gospodarki państwa polskiego przez rząd i parlament, podobno polski.

Nie trzeba być socjologiem, wystarczy mieszkać w Polsce, a nie tylko w Warszawie, by zrozumieć, co przyniesie ustawa o tzw. elastycznym czasie pracy i rocznym rozliczeniu zapłaty za godziny nadliczbowe.

Nie da się zmieniać prawa wybiórczo. To system naczyń połączonych. Wprowadzając indywidualny czas pracy w poszczególnych przedsiębiorstwach, nie tylko nie przybędzie nowych miejsc pracy, ale wprost przeciwnie, zwiększy się drastycznie liczba bezrobotnych, zwłaszcza w małych miastach i wsiach, a co za tym idzie pogłębi się kryzys gospodarczy.
Do takiego funkcjonowania przedsiębiorstw trzeba dostosować pracę szkół, przedszkoli, żłobków, urzędów, ośrodków zdrowia i co najważniejsze możliwości komunikacji nie tylko miejskiej, ale również z terenów wiejskich.
Już dziś wielu bezrobotnych mogłoby podjąć pracę, gdyby miało czym dojechać do miasta czy najbliższego w okolicy zakładu pracy, a koszty uzysku nie przekraczały nędznego, wypłacanego na raty zarobku.

To nie przypadek, że w PRL funkcjonowała Państwowa Komunikacja Samochodowa (popularne pekaesy), a pociągi zatrzymywały się na każdej małej stacyjce. Komunikacja była dostosowana do pracy dużych zakładów produkcyjnych, po których nie ma już śladu w wielu prowincjonalnych miejscowościach.

Nie przypadkiem przy fabrykach funkcjonowały stołówki dla pracowników i rodzin pracowniczych. Wszystko to zostało zlikwidowane, nawet w szpitalach chorzy otrzymują odgrzewane w plastikowych pojemnikach posiłki, które co bardziej zadbanemu psu pysk by wykręciły z odrazą.

Do wszelkich zmian organizacyjnych życia społecznego społeczeństwo nie tylko musi dorosnąć psychicznie, ale przede wszystkim żyć na odpowiednim poziomie ekonomicznym. Nie da się z dziada zrobić pana, a takim dziś społeczeństwem jesteśmy. Choć podobno, to nasza wina, bo „są ludzie, którzy w taki sposób przyjęli styl swojego życia, że chodzą i grzebią po śmietnikach” - jak nam oznajmiła posłanka Platformy Obywatelskiej Kidawa - Błońska.

Upór, z jakim PO i jej etatowy przydupas - PSL, forsują ustawę zabijającą życie społeczne, kulturalne, rodzinne i możliwości wydobywania się z kryzysu poprzez zwiększanie popytu Polaków na wytwarzane w Polsce dobra, wytłumaczyć można tylko jednym;
Platforma Obywatelska spłaca Lewiatanowi dług zaciągnięty w 2007 r. w czasie kampanii wyborczej, o czym pisano zaraz po wyborach, ale jakoś wyleciało nam to z głowy. Pora sobie przypomnieć i powtórzyć pytania, które wówczas zadał bloger Rewizor analizując Raport Kampanii Zmień Kraj Idź Na Wybory Jak zmanipulowano wybory 2007 roku

Tymczasem polskiej opozycji ( PiS, SLD, SP i związkom zawodowym) warto zadać inne pytania, na które czas sensownej odpowiedzi staje się coraz krótszy:

Czy na pewno jesteście przeciwni wprowadzonym 13 czerwca zmianom w Kodeksie pracy?
I co naprawdę zamierzacie zrobić w przypadku ostatecznego jego wprowadzenia w życie wbrew polskiej racji stanu?

______________________________

Czas pracy – czas konfliktu

______________________________________

W wersji audio możesz słuchać:

http://niepoprawneradio.pl/

czwartek, 13 czerwca 2013

Ludobójstwo na usługach polityków

Holokaust czy czystka etniczna? Czystka etniczna czy ludobójstwo? Spór wciąż trwa. Jak długo jeszcze?
Czy można by w Polsce przyjąć bezkarnie, bez reperkusji międzynarodowych i ogólnego potępienia Uchwały Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej, w której byłoby między innymi:
W lipcu 2013 r. przypada 71. rocznica likwidacji getta warszawskiego. Niemieccy naziści dopuścili się masowej zbrodni nadając jej charakter czystki etnicznej o znamionach ludobójstwa.
Wolę nie myśleć, co pisałyby wszystkie gazety, jaką listę do natychmiastowego odwołania z funkcji marszałków sejmu, pozbawienia immunitetu, członkostwa w partii, zamieściłaby Gazeta Wyborcza. I słusznie, bo holokaust to nie czystka etniczna a ludobójstwo zaplanowane i wykonane z wyjątkową dokładnością. Jeśli nie ma się powtórzyć, trzeba przypominać i trzeba chronić miejsca zagłady przed wymazaniem z historycznej pamięci. Tę pamięć winni jesteśmy ofiarom ludobójstwa i przyszłym pokoleniom, aby historia była ich mądrą nauczycielką.
Nie ma nikt prawa relatywizować tej i żadnej innej zbrodni.

Jeśli tak, jeśli wszyscy ludzie z tym się zgadzają, to dlaczego posłowie w projekcie Uchwały Sejmu RP piszą?

W lipcu 2013 r. przypada 70. rocznica apogeum fali zbrodni, których na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej dopuściła się Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii. Zorganizowany i masowy wymiar zbrodni wołyńskiej nadał jej charakter czystki etnicznej o znamionach ludobójstwa.

Jak długo jeszcze ludobójstwo dokonane przez ukraińskich zbrodniarzy wyznających nazistowską ideologię Doncowa będzie nazywane eufemistycznie czystką etniczną o znamionach ludobójstwa?

Myślę, że odpowiedzi należy szukać w tych samych źródłach co zawsze; w aktualnym zapotrzebowaniu polityków na określoną interpretację historycznych wydarzeń. Nazwa - LUDOBÓJSTWO - od lat zarezerwowana jest dla polityki i walki ideologicznej.
Eichmanna sądzono za ludobójstwo na Żydach w Izraelu i to był błąd, i nie ja to stwierdziłam, lecz żydowska pisarka Hannah Arendt, która obserwowała proces. (Po latach błędem mówienia tylko o holokauście, a nie ludobójstwie dokonanym w czasie II wojny światowej, nazwał w czasie wizyty w Izraelu wielkiej sławy skrzypek, Żyd Yehudi Menuhin).

Eichmann i wszyscy niemieccy zbrodniarze, powinni byli być sądzeni za ludobójstwo, bez względu na narodowość ofiar.
W Norymberdze powinni zostać osądzeni również wszyscy zbrodniarze innych narodowości, jak choćby policjanci na usługach Niemców w okupowanych krajach, w tym ukraińscy, mordujący gorliwie razem z Niemcami Żydów na Kresach okupowanej II Rzeczypospolitej. Ci sami policjanci stali się następnie najgorliwszymi rezunami OUN UPA.

Warto pytać - Dlaczego tak się nie stało? Dlaczego zbrodnie dawne i dzisiejsze wciąż są relatywizowane? – i szukać prawdziwych odpowiedzi, bez politycznego koniunkturalizmu.

Dlaczego stwierdzenie:
Skala niemieckiej zbrodni była możliwa nie dzięki temu, »co się działo na obrzeżach Zagłady«, lecz tylko dzięki aktywnemu udziałowi Żydów w procesie mordowania swojego narodu. Tu kłania się bierność powszechna samych Żydów i postawy Judenratów, okrutne żydowskie policje w gettach. – kosztowało prof. Jasiewicza utratę funkcji kierownika Zakładu Analiz Problemów Wschodnich w Instytucie Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, a nie stracił swojej funkcji, prof. Tomasz Nałęcz, historyk, doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego za wypowiedź dla „Rzeczpospolitej” o rzezi wołyńskiej.
To była czystka etniczna, realizowana metodą ludobójstwa, niecofająca się przed ludobójstwem. To nie było jednak klasyczne ludobójstwo – powiedział Nałęcz.

Mam tu swoją odpowiedź.
Żadne zbrodnie ludobójstwa tak naprawdę nie zostały potępione przez polityków, co najwyżej wykorzystane do propagandy. Zapomniano już dawno o „rozwiązaniu kwestii polskiej” w III Rzeszy zanim jeszcze zabrano się za „kwestię żydowską”, wymazuje się z pamięci ludobójstwo dokonane na Ormianach, Cyganach, milczy o zbrodniach ludobójstwa na Czeczenach. Nie uczy się w szkołach, czym skończyły się rządy komunistów Czerwonych Khmerów w Kambodży.
Czasem zastanawiam się, czy sąd w Hadze uznał zbrodnie dokonane na Kurdach w Iraku w latach 80. za akt ludobójstwa tylko dlatego, że dotyczyły reżimu Husajna?
Dlaczego tej samej miarki świat nie przyłożył do ludobójstwa rosyjskiego na Czeczenach?

Patrzę tak na te wszystkie kompromitujące, ciągnące się od lat, targi polityczne o treści uchwał, które powinny być przyjmowane przez aklamację i myślę sobie. Jeśli karalne będzie jedynie relatywizowanie holokaustu, a tacy, jak prof. Nałęcz, nadal będą doradcami polskiego prezydenta i polski parlament wciąż będzie miał problem z nazwaniem rzezi na Wołyniu, Podolu i we wschodniej Małopolsce, ludobójstwem, to znaczy, że niczego nie nauczyła Polaków historia i każda powtórka zbrodni jest możliwa.

______________________________________

W wersji audio możesz słuchać:

http://niepoprawneradio.pl/