czwartek, 29 stycznia 2015

Papież poleca...

XXI wiek. Świat, podzielony na trzy potęgi polityczne stoi u progu straszliwego konfliktu zbrojnego. Amerykanin, okrzyknięty aniołem pokoju, ratuje ludzkość przed zagładą. Zdobywa zaufanie i przyzwolenie na budowę globalnego świata doskonałego.

Kim jest Julian Felsenburgh, który w imię humanitaryzmu wypowiada walkę katolicyzmowi, czyni człowieka bogiem wypierając wiarę w Chrystusa, Zbawiciela świata?
To bohater powieści napisanej w 1907 r. przez Roberta Hugona Bensona „Lord of the World” „Pan świata”.

Gdy ks. Benson, angielski konwertyta, kreślił ku przestrodze obraz z gatunku science fiction globalnej cywilizacji bez Boga, chyba nie przeczuwał, że powieść tak bardzo aktualna stanie się dziś, na początku XXI.
Przed laty bezbłędnie jej wymowę odczytali komuniści; nie można jej było wznowić drukiem w PRL.
Książka ta miała w Polsce przedwojennej dwa wydania nakładem Drukarni św. Wojciecha w Poznaniu; w 1919 i 1923. Po wojnie ukazała się na emigracji, najpierw w odcinkach na łamach londyńskiej „Gazety Niedzielnej”, potem, w 1962 nakładem Katolickiego Ośrodka Wydawniczego "Veritas".
Zapomniane polskie wydania w tłumaczeniu Stefana Barszczewskiego można odnaleźć na półkach antykwariatów.

Trzymam w ręku pożółkły, bez mała stuletni, egzemplarz powieści wydanej w 1923. Czytam i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Julian Felsenburgh żyje pośród nas i ma swoich oddanych współpracowników. Powrót do tej niezwykłej książeczki zawdzięczam ostatniej wypowiedzi Ojca Świętego Franciszka.

Papież w drodze powrotnej z Filipin tradycyjnie już udzielił w samolocie dziennikarzom wywiadu.

Jan-Christoph Kitzler, z radia niemieckiego ARD, z grupy niemieckiej zapytał między innymi:

Dziękuję, Ojcze Święty. Chciałbym krótko powrócić do Twojego spotkania z rodzinami. Mówiłeś o „kolonizacji ideologicznej”. Czy mógłbyś trochę lepiej wyjaśnić to pojęcie?
Papież posługując się przykładem z życia wziętym, a dotyczącym dofinansowywania przedsięwzięć edukacyjnych pod warunkiem propagowania ideologii gender, wyjaśnił czym jest dziś „kolonizacja ideologiczna”.
Naród ma swoją kulturę, historię; każdy naród ma swoją własną kulturę. Ale kiedy pojawiają się warunki narzucone przez kolonizujące imperia, to usiłują, aby narody utraciły swoją tożsamość i chcą wszystko ujednolicić. To globalizacja sferowa: wszystkie punkty są w równej odległości od centrum.
Szkoda, że dziennikarze nie zatrzymali się na tym fragmencie wypowiedzi Ojca Świętego. Może wtedy nie byłoby nagonki medialnych cyngli próbujących przyciąć Jego słowa do promowania antykoncepcji.
Szkoda, że nie powtórzyli dalszej części tej arcyważnej charakterystyki współczesnej polityki „centrum”.
Proces globalizacji jest ważny, ale nie na wzór sfery lecz wielościanu, a mianowicie, że każdy naród, każda część, zachowuje swoją tożsamość, swoje istnienie, nie będąc skolonizowanym ideologicznie. To są różne formy „kolonizacji ideologicznej”.

Papież Franciszek kończąc swoją ocenę postępującej w świecie „kolonizacji ideologicznej” odsyła dziennikarzy do zapomnianej lektury z początku XX wieku.

Jest taka książka, przepraszam, że robię reklamę, jest to książka, której styl na początku jest trochę ciężki, ponieważ została napisana w 1907 roku w Londynie. Jest to książka, która ... w tym czasie ów pisarz widział dramat kolonizacji ideologicznej i opisuje go w tej książce. Nosi tytuł „Władca świata”, a autorem jest Robert Hugh Benson. I chociaż została napisana w 1907 roku, to warto ją przeczytać, a czytając ją dobrze zrozumiecie, co mam na myśli mówiąc o „kolonizacji ideologicznej”.
Pomyślałam, że byłoby grzechem zaniedbania, gdybyśmy słuchaczom niepoprawnego radia pl nie umożliwili zapoznania się z powieścią, którą polecił dziennikarzom papież Franciszek dla lepszego zrozumienia trwającej kolonizacji ideoloicznej.

Zaczynamy od Prologu. Przed nami 1 odcinek „Pana świata” Roberta Hugona Bensona.

audycja 601 (czwartkowa)

foto: Bergoglio i pan świata

niedziela, 11 stycznia 2015

Nocne negocjacje

W Nowym Roku przywitały chorych Polaków zamknięte przychodnie. Zamiast odtrąbionego jako wielki sukces i reklamowanego za pieniądze podatnika pakietu onkologicznego wielu z nas zostało zmuszonych do szukania na własną rękę pomocy w szpitalach, pogotowiach czy prywatnych gabinetach.

Ci, którzy nie boją się mediów „strasznego” ojca Dyrektora i niezależnego od mainstreamu dziennikarstwa społecznego oraz „jojczących”, zdaniem niektórych,  blogerów niezależnych portali internetowych, mogli co nieco uszczknąć z tajemnic  zarządzania, finansowania  i kondycji polskiej służby zdrowia. Nie wiem czy przypadkiem wielu z ciekawskich w momencie dotarcia do tych informacji nie rozchorowało się, za to głowy nie daję.

Faktem jest, że chory nie musi wiedzieć, jak budowano przychodnię, kto nią zarządza, finansuje, w jaki  sposób wypełnia się historię jego choroby czy wypisuje recepty.
Skoro składka zdrowotna jest obowiązkowa, a pensje większości są na poziomie minimum egzystencji, to zrozumiałe, że chce być leczony jeśli już nie  holistycznie, to przynajmniej uczciwie i w miarę skutecznie w publicznej służbie zdrowia.
 
Dawno już temu każdy z nas otrzepał się też z naiwnej wiary, że reforma Buzka sprawi cudowne uzdrowienie służby zdrowia dzięki temu, że pieniądze będą wędrowały za pacjentem.
  Na pamiątkę pozostały nam słynne książeczki zdrowia RUM i niezrealizowane możliwości leczenia się u specjalistów.
Jeśli z czegoś jeszcze korzystamy, to z tego, że możemy zmieniać lekarza rodzinnego i przychodnię, gdy źle nas tam traktują.

Do zamkniętych drzwi niełatwo  jednak się przyzwyczaić, gdy boli nie tylko stanie w kolejce.

Toteż bez większych wysiłków propagandowych wywołano, irracjonalne skądinąd, przeświadczenie, że minister walczy z gangiem nierobów i cwaniaków z Porozumienia Zielonogórskiego, którzy nic tylko wciąż szantażują.

I nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki problem zniknął. Nocne negocjacje (Nawiasem mówiąc, wszystko, co decyduje o losach Polaków i Polski dziwnym trafem zapada nocną porą. To jakaś nowa tradycja?) na kilka godzin przed popisem premiera w 100 dni jej panowania, dochodzi do porozumienia.
Otwierają się drzwi przychodni, zaczyna się szum medialny i dezinformacja na temat treści porozumienia. Problemy służby zdrowia zostały sprowadzone do przepychanek słownych między liderami Porozumienia Zielonogórskiego a Arłukowiczem.  Ogień został ugaszony burzą (Tak teraz usłużne pismaki nazywają problemy  i konflikty w polskiej służbie zdrowia). 
Czy rzeczywiście jest już po burzy? O co właściwie toczył się spór? Konia z rzędem, kto to wszystko ogarnie i zrozumie. Przypomnijmy:

Spór resortu zdrowia z Porozumieniem Zielonogórskim dotyczył nowych obowiązków lekarzy rodzinnych, związanych z wejściem w życie pakietów; onkologicznego i kolejkowego oraz sposobu finansowania podstawowej opieki zdrowotnej.
 
Protest Porozumienia Zielonogórskiego poparł Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy, który zagroził  strajkiem.

Przyjrzyjmy się konkretom, które kryją się za enigmatycznymi sformułowaniami w rodzaju „nowe obowiązki lekarzy rodzinnych”.

Tak jak, napisałam, chory nie musi wszystkiego wiedzieć, ważne, by wszystko co dotyczy jego zdrowia, funkcjonowało sprawnie i skutecznie, ale usprawiedliwienie braku wiedzy nie dotyczy  wyborcy. Ten, zanim zacznie biadolić w kolejce do lekarza, powinien wiedzieć, co grozi jemu i jego rodzinie, jeśli obecna ekipa PO -PSL utrzyma się przy władzy wskutek jego niefrasobliwych wyborów.

Zapewne do wielu internautów dotarł list lekarza rodzinnego wyjaśniającego przyczyny protestu lekarzy,między innymi, za sprawą portalu wPolityce.pl.  Umieszczamy go w audycji 596 Niepoprawnego Radia PL . Wnioski niech każdy wyciągnie sobie sam. Mamy tylko nadzieję, że treść listu wzbudzi refleksję u tych, którzy jeszcze go nie znają i zachęci do pilnego śledzenia dalszych losów nocnego porozumienia.




Wiem, że niektórzy internauci nudzą się długimi tekstami i z trudem przełykają informację po wyżej 140 znaków, ale  Dramatyczny list – lekarza rodzinnego! nie został napisany dla stadnych lemingów, ale tych, którzy wyciągają wnioski z faktów a nie medialnych narracji.
Oto jego treść:

Lekarka woła: dramat!

Dramatyczny list Pani Doktor – lekarza rodzinnego!

Do moich pacjentów, znajomych i przyjaciół!

Postanowiłam napisać list z prośbą o przesłanie go dalej jak najliczniejszej grupie ludzi.
3 stycznia po dzienniku widziałam rozmowę z politykami na temat sytuacji jaka zaistniała w POZ.
Prowadząca wielokrotnie mówiła, że nie rozumie postępowania Porozumienia Zielonogórskiego. Cała sprawa została sprowadzona do nadmiernych żądań finansowych, braku odpowiedzialności i krzywdzenia pacjentów.
Jak pewnie oglądający zauważyli, do tej rozmowy nie został zaproszony nikt ze strony lekarzy, a o tym, czego chcą lekarze, wypowiadał się autorytatywnym głosem przedstawiciel PO.

Przekłamania i oszczerstwa są poważne, ale i poważne jest to, o co walczy Porozumienie Zielonogórskie.
Ogromnym problemem POZ (myślę, że nie tylko) są starzejący się lekarze. W województwie opolskim średnia wieku lekarza pracującego w POZ przekroczyła 57 lat.
Gdyby w tej chwili z systemu odeszli emeryci, to ten by się zawalił. Młodych kształcących się lekarzy jest niewielu.

Ja miesięcznie przyjmuję ponad 1200 pacjentów. Średnio 50-70 osób dziennie. Zdarzają się dni, gdzie przyjmuję i 100.
Każdego roku dochodzi nowa praca. Część jest widoczna dla wszystkich, bo większość czasu patrzę w monitor i stukam w klawiaturę.
Dużej Państwo nie widzicie.
Skraca się czas poświęcony na kontakt z pacjentem, a wydłuża biurokratyczny.
Lekarze i tak nie są w stanie prowadzić kartotek w sposób zgodny z przepisami i bezpieczny dla siebie, bo starają się wypełnić swoje podstawowe zadanie – leczenie chorych.

W nowej umowie jest kilka niemożliwych do przyjęcia zadań. Jest ona skierowana przeciwko pacjentom i stawia chorych i lekarzy naprzeciwko siebie. Tylko razem jesteśmy w stanie zawalczyć o wspólne dobro.

Po pobieżnej lekturze nasuwają mi się liczne uwagi.

Pierwsza sprawa – pakiet kolejkowy.

Wszystkiego nie wiem, ale to, do czego doszłam, jest bulwersujące.
Lekarz endokrynolog, jak wszyscy wiedzą, leczy najczęściej choroby tarczycy. W nowej umowie to lekarz POZ będzie zobowiązany do leczenia niedoczynności tarczycy.
Wszyscy Państwo, którzy jesteście pod kontrolą poradni endokrynologicznej, teraz wrócicie do POZ. Lekarz nie będzie mógł Was skierować do specjalisty.
Rozwiązany problem kolejki u endokrynologa? Ma pan minister sukces?

Łagodny przerost gruczołu krokowego też w gestii lekarza POZ. Zniknie kolejka do urologa? Takich jednostek chorobowych wrzuconych do POZ jest więcej.
Na wykonanie tych zadań lekarz POZ nie dostaje żadnych dodatkowych pieniędzy, a minister może zaoszczędzić na wykupieniu tych wizyt u specjalistów. Tyle że specjaliści mieli wykupioną konkretną ilość wizyt, a my nie mamy limitu. Przyjąć należy wszystkich potrzebujących.
Niestety nie potrafię już w sposób bezpieczny dla pacjentów przyjmować większej ilości ludzi.
Liczni moi koledzy mają już przyjmowanie na godzinę. Pacjent endokrynologiczny na kontrolnej wizycie będzie musiał zająć 30 minut tak jak u specjalisty.
Już ostatnio pojawiły się kłopoty gdzieniegdzie z dostaniem się do lekarza w dniu rejestracji. Niestety teraz obejmie to już wszystkie praktyki.
Co zrobić z chorymi potrzebującymi zwolnienie dla pracodawcy? Z nagłymi zachorowaniami? Ludźmi z wymiotami, biegunkami, bólami, gorączkami?
Nie potrafię w sposób uczciwy w stosunku do leczonych przyjąć na siebie nieskończonej ilości zadań i przejąć pacjentów moich kolegów specjalistów tylko po to, by minister miał wyborczy sukces.

Kolejna sprawa – umowa.

Umowa ma być bezterminowa. Tą umowę może zmieniać aneksem NFZ bez jakiejkolwiek konsultacji. Ja tylko mogę ją wypowiedzieć.
Będzie można do POZ wrzucać wszystko, co się nie zmieści gdzie indziej. My staniemy się pierwszą twarzą NFZ w opozycji do pacjenta.
Sami już niewydolni będziemy tak jak teraz dostawać nowe zadania i nasza niemożność ich wykonania będzie uderzała w potrzebujących leczenia.

Kolejna sprawa – skierowania do okulisty i dermatologa.

My, lekarze rodzinni, leczymy zapalenia spojówek i powtarzamy zalecone przez okulistę leki. Po co wypisywać skierowania do okulisty na dobranie okularów? Ja i tak nie mogę nic w tej dziedzinie zrobić.
Drodzy, to jest i Wasz i nasz czas. Żeby pójść z dzieckiem po korektę szkieł będziecie musieli zarejestrować się wpierw do POZ po skierowanie. Kolejny dzień u lekarza w kolejce.
Podobnie u dermatologa. Do dermatologa zawsze szło się bez skierowania. Była to najskuteczniejsza metoda wczesnego leczenia chorób wenerycznych. Teraz najpierw do mnie, a później dalej.

Kolejna rzecz – pakiet onkologiczny.

To już jest grubsza sprawa. W mojej praktyce mam w ciągu roku od 7-10 wykrytych pierwszorazowych zachorowań na nowotwór. Z tego 1-3 pacjentów to tacy, którzy nigdy nie byli wcześniej u lekarza i przychodzą w stanie zaawansowanym. Wielokrotnie tych kieruję od razu do szpitala, bo są w złym stanie i wymagają natychmiastowego leczenia. Oni też zawsze byli przyjęci od razu, najczęściej na internę.
Kilka pacjentek to panie z nowotworami piersi i narządów rodnych. Tutaj swoją rolę jak dotąd widzę na wpajaniu kobietom konieczności wizyt u ginekologa i namawianiu na badanie piersi. System działa.
Zostaje więc kilku pacjentów z pozostałymi nowotworami. Skupię się na nowotworach jelita grubego.
Przez kilka lat funkcjonowało przesiewowe badanie kolonoskopowe i to dawało rezultaty. Za rządów ministra Arłukowicza to zostało zaniechane, albo mocno okrojone; fakt, że moi pacjenci nie mają do tych badań dostępu. Pozostaje planowana kolonoskopia.
Większość placówek ma wykupione przez NFZ to badanie bez znieczulenia.
Bardzo bym chciała zobaczyć twarz ministra po wykonaniu tego badania bez znieczulenia.
Jeżeli rak jelita grubego daje jednoznaczne objawy to często jest już za późno na pełne wyleczenie. Jest to więc wyjątkowy wyścig z czasem.
Jakie są wczesne objawy raka jelita grubego? Mogą być pojawiające się biegunki, mogą być zaparcia, może być krew w kale, mogą być pobolewania, może być utrata wagi.
Dotąd dawałam skierowanie na kolonoskopię. U większości pacjentów były polipy, które lekarze od razu usuwali. Wszyscy ci pacjenci to potencjalni chorzy na raka. Radość z wyleczenia i uniknięcia tragedii.
Teraz spośród tych chorych mam wybrać lepszych i dać im zieloną książeczkę. Wszystkim nie mogę.
Jeżeli nie dam komuś u kogo, w trakcie stania w jeszcze dłuższej kolejce, rozwinie się rak, to pacjent będzie miał żal do mnie, a nie do ministra, a ja będę musiała z tym żyć.
Dlaczego nie mogę dać wszystkim? Bo muszę mieć trafienia!
“Trafienia” to jest określenie ministra na pacjenta z chorobą nowotworową.
Wydam 30 książeczek, pacjent przejdzie diagnostykę i teraz oceni moją pracę urzędnik.
Jeżeli będę miała 0-1 trafienia, to zostanę skierowana na karne szkolenie, a za wykonaną pracę mi nie zapłacą.
Czyli badając w kierunku choroby nowotworowej 30 pacjentów, jeśli nie znajdę u nikogo rozwiniętego raka, to będę ukarana szkoleniem i finansowo.
Teraz badam nawet stu ludzi, żeby wykryć jednego raka.
Moja sytuacja się poprawi, jeżeli będę miała 2 trafienia; dostanę wtedy 20 złotych i nie będę karana upokarzającym szkoleniem.
Ta kwota rośnie i przy stosunku jedno trafienie na pięć sięga ponad 100 złotych.
Cały czas cytuję umowę! Staniemy więc z pacjentem po przeciwległej stronie – on będzie się cieszył, że nie ma raka, ja będę miała poważny problem.
Będę więc unikała zielonych książeczek jak ognia, albo wydam je wszystkim. Jeżeli nie wydam, to minister wygrał, bo lekarze są źli i nie chcą pracować, jak wydam, to nie wytrzymam finansowo (bo za tą diagnostykę zapłacę z puli POZ) i dołożę do pracy kolejne wypisywanie książeczek, sprawozdań. Wydłuży się więc kolejka pacjentów u mnie. Wąskie gardło w postaci zbyt małej ilości zakontraktowanych kolonoskopii pozostaje. Tyle, ze teraz za to odpowiadam ja, nie minister.

Kolejna sprawa to EWUŚ.

Jak Państwo wiecie musimy sprawdzać EWUŚ, czyli czynne ubezpieczenie pacjenta.
Dwa razy w tygodniu trafia się ktoś, któremu EWUŚ wyświetla dostęp w kolorze czerwonym – pacjent nieubezpieczony. W większości są to potrzebujący, którzy mają ubezpieczenie i faktem, że “świecą na czerwono” są oburzeni.
Teraz pacjent wypisuje oświadczenie, że jest ubezpieczony i my przyjmujemy taką osobę nieodpłatnie. NFZ płaci za takiego pacjenta.
Od teraz NFZ przestaje płacić za pacjentów “świecących na czerwono” (w mojej praktyce 11%).
Czyli jak taki ktoś wypisze nam oświadczenie, to za jego leczenie i wizytę nie zapłaci nikt. Pieniądze zostają w funduszu. Kolejna oszczędność ministra.

Takich pułapek jest więcej, a list i tak zrobił się długi. Jest to jednak nasza wspólna sprawa – pacjentów i lekarzy.

W tym roku mija 30 lat mojej pracy i zawsze byłam po stronie chorych, bo sama też jestem pacjentką i to z wiekiem coraz częściej i boleśniej.
Ministrowie się zmieniają, a ja od 30 lat o 8.00 wołam “Proszę!” (teraz parę minut później, bo ładuje się komputer).
Tej pracy nie chcą wykonywać młodzi lekarze i jak nic się nie zmieni, to po pięciu latach nastąpi poważny kryzys w służbie zdrowia na poziomie POZ.
Wtedy obecny minister będzie już miał inną posadę równie prestiżową i pozbawioną osobistej odpowiedzialności jak teraz, ale my zostaniemy na dole, pacjenci i lekarze.

Dlaczego inni podpisali? My nie podpisaliśmy, i jakie mamy kłopoty!; a strach pomyśleć, co nas czeka?! Straszą nas przez telefon, jeżdżą do prywatnych domów. Ruszyły zmasowane kontrole. Nagonka bezpardonowa w mediach. Kłamstwa, półprawdy, wyrwane z kontekstu słowa. Ja się boję bardzo i nie dziwię się, że inni też się lękają. Tylko zwarta grupa może się przeciwstawić.

Jeżeli my przegramy, to tak naprawdę przegrają pacjenci!!!

Z poważaniem –
Lekarz rodzinny z 30. letnim stażem w jednej placówce.

Jeszcze raz proszę o rozesłanie tego listu swoim znajomym, bo jest to jedyna forma wyjaśnienia stanowiska lekarzy rodzinnych.

środa, 17 grudnia 2014

Kto człowiekiem a kto świnią?

Końcowa scena z Folwarku zwierzęcego wygląda tak: Ludzie i świnie ucztują, a zwierzęta z folwarku przyglądające się uczcie z przerażeniem widzą, że już nie potrafią odróżnić ludzi od świń.

Ten obraz mnie prześladuje ilekroć przyglądam się widokowi z mojego okna obserwatora wydarzeń politycznych. 

Bieda, inflacja, erzace żywności, a Rosjanie kochają Putina, Rosjanie nie wierzą, że na Ukrainie walczą ich synowie. 
Pewien żołnierz na pytanie, co robią rosyjscy żołnierze na Krymie, zażartował: A wy co, telewizji nie oglądacie?
Jedyna dostępna wiedza to propaganda lejąca się z przejętych przez władzę mediów i wszechobecna manipulacja i autocenzura. 

Pytamy w Polsce z coraz większym zdumieniem. Dlaczego mimo tylu przekrętów, mimo chaosu gospodarczego, bezrobocia, jawnego już okradania za pomocą sypiących się z sejmowego rękawa ustaw, brak jest zdecydowanego protestu, a opozycja wciąż przegrywa wybory?

Zwykle w odpowiedzi otrzymujemy obszerną listę propagandowych kłamstw mediów, którym podobno wierzą Polacy przyspawani do szklanego ekranu. 

W sferze przemocy polegającej na braku dostępu obywateli do informacji osiągnęliśmy pułap kłamstwa sowieckiego. Stopień zakłamywania rzeczywistości jest u nas taki sam jak w Rosji, różni nas już tylko skala fizycznej przemocy – alarmuje prof. Andrzej Nowak.

Nikt, kto choć trochę obserwuje przekaz mediów służących władzy, obowiązującej poprawności politycznej i porównuje go z dostępnymi informacjami mediów alternatywnych, nie ma wątpliwości, że lekceważenie tego alarmu, tysiąca innych, jest narodowym samobójstwem.

Znaczącego przełomu, mimo słabości władzy, wciąż jednak nie ma. Brak zdecydowanej reakcji większości społeczeństwa tłumaczymy sobie brakiem dostępu do rzetelnej informacji i masowej manipulacji, której podlegają Polacy wskutek opanowania mediów przez spin doktorów dyktujących usłużnym dziennikarzom przekazy dnia.

Wydawać by się mogło, że przynajmniej pokolenie pamiętające czasy PRL powinno było uodpornić się na obecne kłamstwa i prymitywną propagandę. A jednak nie. Większość kupuje mediodajny przekaz. Dlaczego? Aż tak ogłupieliśmy, oślepliśmy?
 
Wbrew pozorom o odpowiedź nie trudno, choć może nie będzie ona taka, jakbyśmy się spodziewali.

Zbliżają się święta. Wielu z nas siądzie przy rodzinnym stole. Przy dobrej nalewce rozwiążą się języki. Gwarno i serdecznie dopóki ktoś nie zahaczy o politykę.
Przy wieczornej kawie ktoś włączy telewizor. Słuchamy przekazu wiadomości? Może komuś ta sztuka i uda się, jeśli przebije się przez wykrzykiwane komentarze na temat osób w rodzaju: A ta małpa to co robi w telewizji? Och! Jak ja tej baby nienawidzę! A ten głupek na drzewo... itd. itp.

Jednym słowem, zarządzanie naszymi emocjami doprowadzone do perfekcji. Czy szansę ma merytoryczna dyskusja i jakiekolwiek pytanie o fakty? 

To prawda, że w tym chaosie wyłowimy poglądy żywcem wzięte z mediów bez refleksji i bez udziału zdrowego rozsądku, ale czy to wystarczy, by odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie pogonimy niszczącą nasz kraj władzę?
Jerzy Targalski zachowanie odporności Polaków na przyjęcie wiedzy o stanie państwa tłumaczył niedawno lękiem. (Strzelają i kłamią tak samo od lat)

 Rzeczywistość jest tak ponura, że gdyby jej nie odrzucać, ludzie by wariowali. Nie każdy bowiem jest cynikiem lub ma twardy charakter.

Widzę znad mojego maminego zmywaka jeszcze coś, co nam umyka, gdy dyskutujemy o zniewoleniu Polaków i godzeniu się na status quo aż do unicestwienia. Mało tego, twierdzę, że nie jesteśmy tu żadnym wyjątkiem.

Oto przykład, który z pewnością zbulwersował wielu, a który stoi w długiej kolejce na liście wielbicieli Putina.

Rosyjska gwiazda scen operowych całego świata. Piękna, zawsze żywiołowa, urodą i głosem rzucająca na kolana męską część widowni. Polscy melomani mogli podziwiać ją w duecie z Piotrem Beczałą, najgorętszą parą lata 2012.
Ta sama Anna Netrebko fotografuje się w Petersburguz przywódcą separatystów ze Wschodniej Ukrainy Ołehem Cariowem, trzymając w rękach bukiet róż i flagę Wszechrosji.
Ta sama diwa na jego ręce przekazuje donieckim separatystom czek opiewający na milion rubli (ok. 15 tys. euro).
Chyba nikt nie sądzi, że Anna Netrebko, z podwójnym obywatelstwem; rosyjskim i austriackim, nie ma dostępu do faktów i nie potrafi wyrobić sobie własnego zdania na temat agresji Putina?

Gdzie więc szukać przyczyn takiego zachowania? Czy nie przypadkiem w wyznawanych wartościach? Czy nie od pytania, kim jesteś i jakie wartości wyznajesz należałoby zacząć rozmowę, np. z Michałem Żebrowskim, który kocha Putina, że wezmę pierwsze z brzegu nazwisko polskiego artysty? 
 
Na nic edukacja, wolne media, dostęp do wielu źródeł wiedzy, wolność słowa, jeśli kręgosłup krzywy.
Nasze kłótnie przy rodzinnych stołach nie biorą się znikąd, one tak samo są nasiąknięte ideologią. Jeszcze możemy bezkarnie kłócić się, gniewać, nie grozi nam jeszcze donos na policję i aresztowanie, konfiskata majątku, ale to tylko kwestia czasu. Polska różni się już od Rosji, jak powiedział prof. Andrzej Nowak, tylko przemocą fizyczną. Standardy życia politycznego są już takie same.

Wielu z nas zamieniło 10 przykazań, kodeks honorowy na złotówki, rublówki, euro czy dolary. A teraz tylko racjonalizuje to swoje postępowanie i wyłuskuje z oglądanego szkła kontaktowego to, co go usprawiedliwia.
 
Nie odkrywam Ameryki, wielu mądrych ludzi już na ten temat pisało, choćby przywołany tu Jerzy Targalski. 
Jeśli myślę o tym przy przedświątecznej krzątaninie to tylko dlatego, że denerwuje mnie i przeraża jednocześnie, ten tworzony na potrzeby zdeptanego sumienia obraz bezwolnego narodu.

Tak się zastanawiam nad fenomenem naszych czasów. Bierzemy 2 razy wciągu dnia prysznic, łykamy szufelki witamin, dbamy o właściwy ubiór na właściwą okazję, a co by było gdybyśmy do tego jeszcze dołożyli troskę o honor, szacunek do siebie? Gdybyśmy tak tupnęli; dość chlewa, rynsztoku, dość latających z penisem, ziejących chamstwem polityków! Nie jesteśmy bydłem, którym można pomiatać i kpić chlejąc wódę za nasze pieniądze?
 
Skoro tak łatwo nami manipulować, to może znajdzie się przedsiębiorca i zafunduje Polakom kolejne oporniki, takie jak w czasie wojny Jaruzelskiego z narodem i koszulki z napisem:Żaden cham nie ma u mnie szans? Hasła zresztą według uznania. 
Chodzi tylko o to, by zapanowała moda na honor Polaka, którego żaden prostak bezkarnie nie będzie lżył. Może wtedy żadna manipulacja nie zdoła zrobić z nas świnie orwellowskiegoFolwarku zwierzęcego”?


Możesz posłuchać: Niepoprawne Radio PL


piątek, 5 grudnia 2014

„Doktryna Lipińskiego” dopala się

Gadający Grzyb w swojej najnowszej notce Hańba „niepokornych” raz jeszcze wraca do PKW, a konkretnie – do szokującej wprost reakcji PiS i dziennikarzy mediów niezależnych na protest i aresztowanie 12 osób, w tym dziennikarzy wykonujących swoją pracę. 
Warto przeczytać i przemyśleć, zwłaszcza w kontekście ogłoszonego przez sąd uniewinnienia fotoreportera PAP Tomasza Gzella i dziennikarza TV Republika Jana Pawlickiego. 

Czekam na następne wyroki uniewinniające Hannę Dobrowolską i Witolda Zielińskiego, oni również wykonywali swoje obowiązki. Czekam, że solidarnie upomną się o nich uwolnieni od zarzutów dwaj dziennikarze. 

Z oceną reakcji na protest w PKW zainicjowany przez Grzegorza Brauna w pełni zgadzam się z Gadającym Grzybem.
Dlaczego więc wracam do tematu?

Moją uwagę zwrócił szczególny akapit:
Skąd ta erupcja podłoty? Z prostego powodu – protest zorganizowali nie ci co trzeba.Nie jest tajemnicą, że w środowiskach okołopisowskich funkcjonuje pogląd, który na własny użytek nazywam „doktryną Lipińskiego” (podkr. moje, od nazwiska prominentnego polityka Prawa i Sprawiedliwości, który ją sformułował. Głosi ona, że prawicowy wyborca tak czy inaczej zagłosuje na PiS, bo nie ma innego wyboru. W domyśle – tak ma pozostać na wieki wieków, a każdy komu to nie odpowiada z definicji staje się „ruskim agentem”.

Faktycznie, od dawna powtarzamy przy każdej kampanii: PiS to największa, propaństwowa partia opozycyjna. Tylko PiS ma szansę wygrać wybory. Wszelkie podziały na prawicy odbierają tę szansę itd.
Burzącym się na takie dictum zwykle podsuwamy kalkulator z retorycznym pytaniem – Umiesz liczyć? - I trudno odmówić racji takim argumentom. Polityka wymaga taktyki, a czasem samoograniczeń w wyborach, nawet skądinąd bardzo kuszących i słusznych. 

Tym tym razem jednak coś chyba pękło. 

Z ostrą krytyką braku skutecznej kontroli nad przygotowaniem wyborów i ich przebiegiem występują znani, przychylni PiS, publicyści i blogerzy. Ewidentne fałszerstwa wyborcze wywołują falę protestów organizowanych przez RN.
Media ledwie o tym wspominają. Największa opozycyjna partia zapowiada własny protest, ale o dziwo, nawołuje do wzięcia udziału w II turze wyborów. 
Skutek wiadomy. Nie pomogą zaklęcia, że jest szansa, by wygrać wybory za rok. Jakim cudem, skoro je się bezkarnie fałszuje?

Prezes zapowiada ścieżkę legislacyjną. Właśnie dziś osiągnął „niebywały sukces”. W pierwszym czytaniu poprawki do kodeksu wyborczego zostały odrzucone. Nie będzie kamer, nie będzie przezroczystych urn wyborczych. Niech sobie Francuzi łamią demokrację, u nas takich fanaberii nie będzie.
I co dalej? Dalej 13 grudnia. 

Stawiamy się tłumnie, wyrazimy swój sprzeciw. 

I co dalej?

Tego jeszcze nie wiemy. Doświadczenie jednak uczy, że niewiele z tego będzie. Scenariusz podobny do wszystkich poprzednich, by wspomnieć choćby pamiętne zjednoczenie się wszystkich Polaków wokół trumien pary prezydenckiej w 2010 r.

Szans na organizowanie sprzeciwów Polaków było od tego czasu bez liku. I za każdym razem głośne pohukiwanie, straszenie wiosną, jesienią, Trybunałem Konstytucyjnym.  I co? I nic.

Ale przecież Polacy i tak zagłosują na PiS. Nie mają przecież wyboru. 

Otóż nie, drodzy dekownicy w regionach! Tym razem „doktryna Lipińskiego” dogasa. Wokół słyszę - Mam gdzieś, więcej nikt ze mnie durnia nie zrobi. To były moje ostatnie wybory. 

I trudno się dziwić, bo z szumnych zapowiedzi kontroli wyborów pozostał gorzki śmiech. Nic nie usprawiedliwia postawy opozycji.
Nagle po fakcie dowiadujemy się, że w poprzednich wyborach w Mazowieckiem były, tytułem eksperymentu, broszurki. Czy ktoś słyszał o tym przed wyborami?

Czy do PKW przed wyborami wpłynął protest opozycji na telewizyjną, wprowadzającą w błąd, instrukcję do głosowania? 

Czy pyta ktoś dziś, jak przebiegało głosowanie w II turze? Nagle serwery zadziałały, a przy urnach nie było przekrętów? Prawdziwy cud. 
Sądząc po ilości wpływających protestów, niestety, tylko medialny. Po prostu temat stał się mało medialny.
Blogerka Elig ma rację pisząc:
To rzeczywiście niezwykły akt bohaterstwa - atakować członków PKW w dwa dni potem, jak podali się oni wszyscy do dymisji./.../
A przecież już od wyborów prezydenckich w 2010 roku było jasne, że wybory w Polsce są fałszowane. /.../
Po raz pierwszy sprawa fałszerstw stanęła po wyborze Komoruskiego i wtedy PiS i inni niepokorni, nawet śp. Jacek Kwieciński, twierdził, żeby nie poruszać tego tematu, bo to oszołomstwo. No to teraz są owoce 4 lat tchórzostwa i kunktatorstwa."  /TUTAJ/.

Zanim doszło do II tury bombardowani byliśmy każdego dnia informacjami o fałszerstwach, przekrętach, wadliwym systemie informatycznym, a jak przyszło co do czego to oberwało się Grzegorzowi Braunowi, a prezes dwoił się i troił, abyśmy wzięli udział w wyborach.

Nie wiem czy lepiej byłoby je zbojkotować i czy mimo wszystko dobrze się stało, że PiS wziął w nich udział. Nie jestem politykiem, nie jestem strategiem, i nie chcę czytać między wierszami. 

Od tych wyborów AD 2014 zmienia mi się całkowicie charakter. Teraz będzie trzeba mnie wiarygodnie przekonać do tego, abym poszła na wybory i zagłosowała tak, aby przed wnukami nie tłumaczyć się z politycznej głupoty. Nie zamierzam więcej racjonalizować sobie irracjonalne zachowania polityków. Nie muszę i nie chcę domyślać się, kombinować, dlaczego tak a nie inaczej opozycja postępuje.
 
Pora, aby mój głos szanowali politycy. 
Chcę wiedzieć, dlaczego nie udało się przez 4 lata zmusić rządzących do przygotowania uczciwych, godnych Polski, wyborów.
Póki nie otrzymam wiarygodnej odpowiedzi nie mam wyboru i tak jak w PRL, mogę tylko pozostać w domu.
Wiem, ucieszą się niektórzy z mojej deklaracji bardzo, powiedzą nawet, że dzięki takim jak ja w pełni zadanie wykonali. Nie szkodzi, przeżyję zniewagi, tak jak przeżyłam je w PRL. Zawsze przecież ktoś za mnie może postawić krzyżyk, prawda?


Fot.screenshot TVP INFO

wtorek, 2 grudnia 2014

Ładunek wybuchowy prezydenta

PiS podkłada ładunek wybuchowy pod demokrację – tak zareagował Prezydent Najjaśniejszej na ujawnienie masowych w skali całego kraju fałszerstw wyborczych.

Szanowny prezydencie, ładunek pod demokrację podłożył pan i pana partia wraz z koalicjantem, a nie opozycja, która ma niezbywalne prawo i obowiązek patrzeć na ręce władzy. To doprawdy „czyste odmęty szaleństwa”, gdy prezydent próbuje zrzucić winę za brak demokracji w państwie na tych, którzy jej się domagają. Tyle mam do powiedzenia w tej sprawie panu prezydentowi jedynie słusznej partii.

Można by, oczywiście, polemizować z Bronisławem Komorowskim i udowadniać, że jednak nie ma racji, gdyby nie fakt, że zarzut jego nie mieści się w logice zdrowego rozsądku. Jak można podkładać ładunek wybuchowy pod coś, czego nie ma?! A nie ma demokracji w III RP i być może wcale jej nie było, choć Polakom wydawało się, że jest i dlatego nie zważając na manipulacje, gry przedwyborcze szli do urn z nadzieją, że od ich głosu zależy los Polski, polskiej demokracji, ich dobrobyt, ich prawo do budowania Ojczyzny takiej, jaką sobie wymarzyli.

Z moich doświadczeń i obserwacji jasno wynika, że nie sfałszowano wyborów na pewno 4 czerwca 1989 r. i wynik, który tak przeraził magdalenkowy układ, był prawdziwy, mimo że wybory nie były demokratyczne lecz kontraktowe.
Wytarto sobie więc partyjne tyłki wynikami wyborów, prawem stanowionym i zarządzono dogrywkę, i to był już prawie koniec marzeń o demokracji.
Demokratyczne były I wybory samorządowe, które wywołały prawdziwy popłoch w establishmencie nomenklaturowym.
Potem już było z górki. Nie było zaskoczenia i tylko nazwy urzędów pozostały dziś po szumnie ogłoszonej demokratyzacji polskiego państwa.
Zamiast naczelników mamy wójtów, burmistrzów, prezydentów, zamiast rad narodowych są gminne rady i zarządy.
Przez lata manipulując przy ustawie samorządowej uczyniono z samorządów atrapy do wykonywania zadań piarowskich miłościwie panującej nam władzy.
Pieniądz, dotacje, fundusze celowe, pozwoliły na bardzo sprawne domknięcie układów. Jedni w nich tkwią od „reformy” Balcerowicza, inni weszli w nie później, ale zawsze był i jest to układ, który niepokornych wysadza na aut.
Jakie mają Polacy szanse na rozerwanie tych układów, skoro podzielono nas na tych, co mają wejścia i tych, co muszą zadowolić się ochłapami z pańskiego stołu?

Wiem. Uprościłam obraz z konieczności, ale nawet jeśli znający temat wprowadziliby do niego znaczące korekty, to i tak nie zmieni to faktu, że nie ma w Polsce demokracji, jest jedynie jej fasada, a rządzi oligarchia powiązana ze służbami specjalnymi i wymiarem sprawiedliwości. Jej to służą wybrańcy wyborów, które udają demokrację.
Wybory samorządowe 2014 jedynie ujawniły to, co wielu z nas widziało od dawna. System manipulacji i fałszerstw wyborczych przestał być szeptaną tajemnicą, której udowodnić nie było sposobu, bo za każdym razem słyszeliśmy: Doszło do nieprawidłowości, ale nie miało to wpływu na wynik wyborów.

Prof. Andrzej Nowak nie ma złudzeń. Ostatnie wybory nazywa największą klęską demokracji od 1947.

Skoro koalicja PO–PSL nie może już z nikim przegrać, ani nikogo (nawet SLD) dokooptować, bo alternatywą jest „podpalenie Polski”, to oznacza to koniec demokracji. Oznacza, że rządzący mają teraz już prawo do każdego, coraz bardziej zuchwałego nadużycia swej władzy, do każdego kłamstwa – bo przecież nikt ich nie może zastąpić.
Buńczuczny atak prezydenta na PiS zdaje się potwierdzać tę diagnozę. Ośmielę się jednak być nieco innego zdania.

Szacowny Panie Profesorze,
z którego opinią liczę się jak z żadną, jest znacznie gorzej; nie może być klęski tego czego nie ma już od dawna.
Nam dziś potrzeba jak wody do życia klarownych wykładów wiarygodnych i skutecznych nauczycieli, między innymi Pana, Panie Profesorze, by na nowo powiedzieli Polakom, czym jest demokracja i czym w niej są uczciwe, demokratyczne wybory.
Być może będzie to syzyfowa praca, ale zrezygnować z niej nie wolno.

Potrzeba polityków, którzy poprowadzą naród do prawdziwych urn wyborczych, a nie koszy na śmieci. Czy będą to politycy PiS, czy wyciągną wnioski i zabiorą się do pracy a nie tylko kampanii wyborczej?

Może sobie prezydent jedynie słusznej partii wymachiwać epitetami, niczego one nie zmienią, bo walka o prawdziwą demokrację dopiero może się zacząć, jeśli Polakom jeszcze raz będzie się chciało, jeśli uwierzą, że nie mają wyboru, że tak trzeba mimo odmętów szaleństwa obecnej władzy i zapowiedzi Donalda Tuska w nowym wcieleniu Prezydenta Europy, że Polska będzie musiała zrezygnować „z części swoich interesów”. Polska nie ma już z czego rezygnować.

Napisał Pan, Profesorze:
Potrzebny jest wielki wysiłek (…) byśmy z tej równi pochyłej jeszcze zeszli. Ostatnia szansa: przyszłoroczne wybory na prezydenta i do parlamentu. Potem już będzie wszystko jasne. Albo… ciemne?
Tu pełna zgoda; albo zrozumiemy to, albo w ostatnich wyborach wybierzemy jedynie tego, który zgasi światło.
A jeśli już ładunek to nie pod demokrację, bo jej wciąż nie ma, a pod fasady, za którymi chowa się prezydent i rządzący Polską za pomocą fałszowanych wyborów.

foto: http://jacekgalka.pl/category/kutno/

niedziela, 28 września 2014

Pecunia non olet

Od lat raz po raz jesteśmy rozgrzewani emocjami w wyniku niebotycznych wprost dla każdego Polaka zarobków w spółkach Skarbu Państwa, karuzelą stanowisk i odprawami wysiadających z niej.

W sierpniu 2014 prasa doniosła: Lech Witwicki zastępuje Michała Prymasa w spółce Narodowego Centrum Sportu Rozliczenia

Michał Prymas przestał pełnić 20 sierpnia obowiązki prezesa zarządu Narodowe Centrum Sportu Rozliczenia Sp. z o.o. W najbliższym czasie będzie doradzał zarządowi spółki. Decyzja o zakończeniu współpracy była podjęta wspólnie przez obie strony /.../". - brzmiał komunikat Ministerstwa Sportu.
Był to czwarty prezes powołanego dożycia w 2007 r. NCS.
Tu Polak wyłącza myślenie; trudno połapać się kto kim gdzie był i jest dziś - Michał Borowski, Rafał Kapler, Wojtaś. Migają cyfry milionowych premii, odpraw w akompaniamencie zaciskania pasa, podwyższania wieku emerytalnego, VAT-u, kolejek w przechodniach i szpitalach.
Rosną emocje, bo straszą brakiem pieniędzy na emerytury. Rozkosznie uśmiechnięta pani z ZUS z rozbrajającą szczerością ogłasza, że to jasne, iż emerytury będą niższe, bo po to robiono reformę.
Polak przeciera oczy, już wie, że odprawy żadnej po 40 latach pracy nie otrzyma; zwolnią go, zanim wkroczy w wiek ochronny.
Na wysokie odprawy nie mogą też liczyć pracownicy likwidowanych zakładów czy stanowisk pracy. O tym, że można dostać odprawę odchodząc z pracy na własne życzenie za porozumieniem stron nawet nie słyszeli.

Od początku III RP na wodzy trzymane są pensje. Zdążyliśmy jakoś przeżyć schładzanie gospodarki zarządzone przez głównego księgowego III RP Balcerowicza, a już pojawił się kryzys. Kryzys dziwny, bo finansowy, nie taki, jak uczyli w szkole; wynikający z braku równowagi rynkowej. Do dziś jednak schładza się nam wszystko, co mogłoby sprawić, że przestaniemy być klientami banków. Zamiast godziwej zapłaty wprowadzono pensję minimalną, która dziś, gdyby nie wypłaty pod stołem byłaby głodowa.

Tymczasem zafundowano nam nową atrakcję, która absolutnie i nieodwołalnie wyłącza myślenie, a wywołuje wściekłość i agresję.
Oto nowa ministra w rządzie premiery w nagrodę za błędy w zarządzaniu PKP SA otrzyma odprawę w wysokości, o jakiej Polak nawet przy wypełnianiu totka nie śmie marzyć, a głównego spin doctora Donalda Tuska w nagrodę za robienie z Polaków wała, minister skarbu lokuje w zarządzie Orlenu.

Tego już za wiele; grzmią z prawa i z lewa politycy, wtórują niektórzy dziennikarze i blogerzy. W końcu główni aktorzy skandalu heroicznie rezygnują z należnego im splendoru i wynagrodzenia. Są uczciwi, pani ministra nie weźmie należnych jej pieniędzy, przeznaczy na biedne dzieci, a spin doktor rezygnuje ze stanowiska. Niech tam, niech gawiedź się pocieszy, że ma na coś wpływ, że może oburzeniem cokolwiek wywojować. Media już o świcie donoszą: Maria Wasiak bez odprawy. Orlen bez Igora Ostachowicza
Tymczasem w jakiejś tam zacisznej kolejnej „Sowie” będzie zapewne towarzystwo ryczało ze śmiechu kpiąc z naiwnego Polaka. Opozycja skurczy się w kąciku, by nie wywoływać awantury i nie narazić się na gniew tych, którzy uwielbiają spokój nawet za cenę robienia z nich naiwnych kretynów.

Ale czy tylko z tego powodu brak jest zdecydowanej reakcji opozycji na kolejny skandal układów rządowej sitwy? Jaka powinna być reakcja? Jakiej reakcji powinni oczekiwać wszyscy, którzy potrafią zamiast emocji włączyć zdrowy rozsądek?

Przyznaję, że kiedy na Twitterze pojawiła się fałszywka imitująca urzędową informację o przyznaniu odprawy i zwolnieniu jej z podatku dochodowego szlag mnie trafił. Emocje wzięły górę. Nie tylko moje zresztą.
Grzegorz Brzęczka ?@GBrzeczka
Gigantyczna odprawa za rozpierduchę w PKP dla p. Wasiak... P. Ostachowicz w Orlenie... Obudźcie się ludzie, nim będzie za późno...
Pisał tak nie tylko Grzegorz.
Piotr Wójcik @Piotr__Wojcik  ·  25 wrz
Na jakiej zasadzie minister Maria Wasiak dostała pół miliona złotych odprawy z PKP, skoro odeszła na własne życzenie i nikt jej nie zwolnił?
Piotr Wójcik @Piotr__Wojcik  ·  25 wrz
Jeśli ktoś uważa głosy oburzenia wobec nowej posady i pensji Ostachowicza za populizm albo wyrazy zawiści, to jest niespełna rozumu.

Już nie wysokość odprawy, ale zawarta w fałszywce informacja o zwolnienieniu z podatku podnosiła ciśnienie.
Rozmowa z Krzysztofem Kuźnikiem, ekonomistą i prawnikiem na temat mechanizmu kreowania w spółkach Skarbu Państwa tak wysokich wynagrodzeń, jeszcze wyższych premii, bez względu na kondycję spółki i mimo obowiązującego tzw. prawa kominowego, szybko wyłączyła emocje i wrócił kontakt ze zdrowym rozsądkiem.
Kiedy opadają emocje, każdy kto choć trochę interesuje się funkcjonowaniem prawa w Polsce, musi sobie zadać pytanie i szukać odpowiedzi. Jak możliwe są tak horrendalne zarobki członków zarządu spółek, w których udział ma państwo? Czy w nich nie obowiązuje Kodeks Pracy, który określa sposób zatrudniania, wynagradzania, wypowiedzenia umowy, wypłacania premii, odpraw? Czy spółki Skarbu państwa są z obowiązującego prawa wyłączone?

Skądże znowu! Wszystko jest zgodne z obowiązującym prawem - uzmysłowił mi mój rozmówca. Nadal obowiązuje tzw. ustawa kominowa ograniczająca wysokość zarobków osiąganych przez szefów przedsiębiorstw, spółek państwowych oraz samorządowych.
Kogo dotyczy? Wszystkich na stanowiskach kierowniczych i ich zastępców oraz członków zarządów zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych.
Ile można zarobić zgodnie z prawem? Maksymalna wysokość wynagrodzenia osób, których dotyczą przepisy ustawy kominowej, nie może przekraczać wielokrotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bez wypłat nagród z zysku w czwartym kwartale roku poprzedniego, ogłoszonego przez Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego. To wszystko można odszukać w internecie. W „pigułce” tu

Nie ma tam tylko jednej informacji, jak ta ustawa jest omijana, a tu właśnie kryje się sedno sprawy, o którym zbulwersowanych Polaków jawną niesprawiedliwością nie informują media, w każdym razie, albo wcale nie wspominają, albo podają jako oczywistość; takie jest prawo, koniec kropka.
Tymczasem ustawę kominową gremialnie omijają zarządy spółek Skarbu Państwa za po mocą umów menadżerskich. Kontrakt menedżerski pozwala na obejście ustawy kominowej. Pisze o tym w dziale prawnym Rzepa. Ustawa kominowa bowiem nie określa, jakiego rodzaju umowa może być zawierana z kandydatami na stanowiska kierownicze. To te kontrakty pozwalają na windowanie wynagrodzeń, a tym samym wysokości premii i odpraw.
Wymienione przeze mnie artykuły wyjaśniają, dlaczego odprawą z PKP SA nowej minister infrastruktury i rozwoju nie zainteresuje się prokurator, a usłużni dziennikarze mogą wymyślać Polakom od zazdrośników, populistów i nieudaczników. Wszystko zgodne z prawem.

Można więc jedynie dziś westchnąć sobie;w sprawie pensji i odpraw w spółkach Skarbu Państwa nic już nie zaskakuje prócz pazerności beneficjentów tego prawa, stwierdzając, że mają realną szansę na wybudowanie w swoich kolejnych pałacach złotych klozetów. I na tym temat zakończyć. Głową muru nie przebijesz.
Ale jest jeszcze coś, co powinno nam wszystkim, skubanym niemiłosiernie przez rządzoną sitwę, ustalającą prawo pod kolesi, włączyć rozum.
Jak to jest? Od kilku lat raz po raz bulwersuje nas wysokość zarobków, premii i odpraw w państwowych spółkach.
Do naszego oburzenia zgodnie przyłącza się opozycja, a mimo to nie doczekaliśmy się nawet zapowiedzi wniesienia do Sejmu zmiany prawa, które dziś pozwala na bezkarne wykorzystywanie pieniędzy permanentnie brakujących choćby w służbie zdrowia.
Czyżby z tych przepisów korzystali wszyscy, nie tylko namaszczeni przez PO i PSL? Czy to jest prawdziwa przyczyna bezskutecznego oburzenia innych partii? Czyżby cierpliwy rozmówca z Twittera, Krzysztof Kuźnik miał rację? Pecunia non olet?

______________________________________________

Możesz posłuchać: Niepoprawne Radio PL

Ilustracja: La Toge Et Le Glaive

niedziela, 29 czerwca 2014

Tak było. Tak jest. Jak może być? (cz. 2)

Część 1 Rozmyślań przy zmywaku, o tym jak było i jak jest zakończyłam pytaniem: Jak się z tego wydobyć, jak poczuć się dumnym Polakiem, odpowiedzialnym nie tylko za swój płot? Ot i powstał problem i to nie byle jaki.

Wydaje się bowiem, że społeczeństwo zabrało zabawki i poszło sobie. Bijcie się, kłóćcie, a my i tak sobie poradzimy bez was, bez waszego samorządu i państwa.
W rozmowach u przysłowiowej cioci na imieninach najczęściej reprezentowane są dwie opcje. Jedni mówią, co państwo im zabrało i na co idą pieniądze samorządowe i czego oczekują od władzy, drudzy mówią - A ja mam to wszystko w d…. Nie interesuje mnie polityka, robię swoje. Jak nie załatwisz, jak nie posmarujesz, jak nie ominiesz prawa, nie pojedziesz.

Trudno się dziwić takim postawom, obie szkodliwe, ale wyrosłe z polskiej tradycji.
Władza od czasów zaborów nie była nasza. Komuna podział ten podtrzymała. Ułatwiła jej to dokonana przez Sowietów i Niemców, a potem przez rodzimych komunistów, eksterminacja polskiej inteligencji i duchowieństwa. Terror lat stalinowskich i pranie mózgów dwu pokoleń Polaków w PRL dopełniły swego.

Z drugiej strony nie ma takiej władzy, którą nie dałoby się oszukać czy przekupić. I tak nauczyliśmy się; tu są my, tam są oni i najważniejsze przeżyć.
Z tym, na co nie masz wpływu musisz się pogodzić. Wolność to zrozumienie konieczności – głosiła marksistowska definicja wolności.
Krótkie było przebudzenie Polaków do brania spraw w swoje ręce. Samorządność wymagała zaangażowania i wysiłku, bierność jedynie sprytu i znajomości.

Czy tak musiało być?
Zdecydowanie - nie!
A jednak stoimy w grzęzawisku, z którego trudno choć jedną nogę wyciągnąć. Wszystko wydaje się stracone nie tylko ze względu na afery rządu Tuska, ale również wskutek niemal powszechnej postawy; moja chata z kraja - lub - władza powinna dać. Brak powszechnie tej trzeciej; to jest do zrobienia i zabieramy się do działania. Dostrzegają ten problem polskie elity patriotyczne. Dwoją się i troją, by przekazać Polakom dumną historię Polski i wskrzesić umiłowanie Ojczyzny. Niestety, na konferencjach i wykładach kończy się entuzjazm działania.
Mądre diagnozy publicystów i naukowców, stawiane w czasopismach, w pięknie wydanych książkach, docierają do przekonanych, nie trafiają do zwykłych Kowalskich z różnych przyczyn. Nie chcę dziś o nich myśleć.
Jest jak jest i pora to zmienić, jeśli chcemy mieć własny dom. Nie zrobią tego za nas politycy.
Socjolog dr Barbara Fedyszak – Radziejowska proponuje raz jeszcze przemyśleć Polskę. Wydobyć z najnowszej historii to, co na pewno nam się udało, z czego możemy być dumni Pozwoli ono odbudować poczucie własnej wartości.

Któż by tego nie chciał?! Chyba tylko ci, którzy żerują na naszej słabości. Problem nie w chceniu, a sposobie działania, by cel osiągnąć.
Ten sposób działania musi zacząć funkcjonować od dołu, od rodziny, wioski, gminy i miasta. Nie ulega wątpliwości, że potrzebne są zmiany systemowe.
W przypadku samorządu terytorialnego warto raz jeszcze przejrzeć ordynację wyborczą. Czy na pewno musi ona być wciąż proporcjonalna w powiatach, województwach i w miastach powiatowych?
Czy nie warto byłoby wprowadzić postulowane od lat ograniczenie kadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów? Będzie wtedy szansa na przecięcie korupcyjnych powiązań i ożywienie udziału czynnego i biernego mieszkańców gmin w wyborach.
Ba! To są zmiany systemowe, ich nie da się wprowadzić bez obalenia obecnego systemu w wyborach parlamentarnych. By do tego doszło, potrzebna praca u podstaw; edukacja patriotyczna.

Prof. Andrzej Zybertowicz zaproponował „Archipelag Polskości”, tj. połączenie wszystkich patriotycznych sił dla odzyskania Polski dla Polaków.
Redaktor Witold Gadowski poszedł dalej. Rzucił hasło „Fabryki Polskości".
Widzi to jako działanie menadżerskie, finansowane przez biznesmenów patriotów odbudowujące polską kulturę; film, teatr, muzykę itd.

W tych propozycjach na odbudowanie duszy narodu każdy pomysł jest dobry, który prowadzi do zrozumienia, kim jesteśmy, dlaczego warto mieć własną ojczyznę i jakie wobec niej mamy obowiązki.
Twierdzę jednak, że to nie wystarczy.
Kiedy mówimy – Ojczyna - dobro wspólne - myślimy o wielkich czynach, wielkich pieniądzach, wielkich obowiązkach.
Owszem, wspaniałe filmy przybliżające historię Polski, wielkie narodowe sceny teatralne i muzyczne, książki, koncerty, spotkania itp. - wszystko jest potrzebne i potrzebnych jest wiele głów i wiele rąk do pracy. Nie łudźmy się, że wszystko można załatwić wynajętym pracownikiem i portfelem patriotycznego sponsora.
Tu potrzebny jest i wielki entuzjazm, i wielka praca oddanych wolontariuszy, i co najważniejsze - czas na mrówczą pracę.

Zanim jednak napiszemy kolejny plan działania, który demokratycznie nas pokłóci przy jego zatwierdzaniu, potrzebny jest lider, w każdej miejscowości.
Jesteś młody, masz pomysły, wkurza cię, że jedyną rozrywką w twojej dzielnicy jest klub z muzyką techno, piwem i trawką?
Narzekasz, że nie ma w pobliżu boiska, kortu, że nie ma świetlicy, w której można by było urządzić kurs tańca, spotkać się przy kawie z przyjaciółmi, przejrzeć czasopisma a nie tylko GW?
Denerwujesz się, że nie ma w gminnej bibliotece najnowszych pozycji książek, które cię interesują, niestety, cena ich nie jest na twoją kieszeń i nie możesz ich przeczytać?

Zamiast narzekać, że nic się nie da zrobić bo wójt, premier, ech, szkoda gadać, wyjdź ze swoim pomysłem do znajomych, kolegów, przyjaciół i zaproponuj konkretne zadanie do wykonania.
I nie mów, że to niemożliwe.
W Internecie możesz odszukać i obejrzeć serial, który w przeciwieństwie do „Czterech pancernych i psa” nigdy nie był powtarzany w polskiej telewizji, tj. Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy. Warto do niego wrócić, warto pokazać młodemu pokoleniu, jakimi metodami walczono z Kulturkampf i jak dziś należy walczyć z degradacją tożsamości narodowej.
Do utworzenia, np. wiejskiej biblioteki nie potrzebna jest partia, ale pomysł i konsekwentna jego realizacja przez zapaleńców.

Jeśli mimo to nadal nie wiesz jak to zrobić, przejrzyj historię tworzenia Radia Maryja.
Nie, nie każę ci zakładać radia katolickiego. Przyjrzyj się tylko, jak ono rosło, jak budziło wolę działania u słuchaczy, jak powstawały kolejne inicjatywy; gazeta, wydawnictwo, uczelnia, TV Trwam, jak pozyskiwano i pozyskuje się środki finansowe, o których myślał zapewne redaktor Gadowski, mówiąc o „Fabryce Polskości”.
A nade wszystko przyswój sobie hasło: Alleluja i do przodu!
Bo tak jak modlitwa bez uczynków jest martwa, tak pomysły bez wprowadzania w czyn są nic nie warte.
Sprawdzone przez autorkę, zapewniam i życzę powodzenia wszystkim, którym nie znudziła się Polska.
Wiem, pamiętam, co napisałam w poprzedniej notce o niewdzięczności i zawiści Polaków, ale kto by się tam tym przejmował.

_____________________________________

Można też posłuchać: audycja 541 (niedzielna)

czwartek, 26 czerwca 2014

Tak było. Tak jest. Jak może być? (cz.1)

Mała warmińska gmina. Jedynymi miejscami zatrudnienia były: pobliski SKR, urząd gminy, ośrodek zdrowia, GS, bank spółdzielczy, szkoły i przedszkola, a jedyną rozrywką akademie z okazji rocznic państwowych i „międzynarodowych”, tzn. z okazji 1 maja czy rocznicy rewolucji październikowej, wiejskie zabawy w Domu Strażaka i uroczystości w gminnej szkole podstawowej.
W niektórych gminnych wioskach, gdzie było miejsce na świetlice, działał zespół ludowy, koło gospodyń i teatr „aliantów z warszawki”, którego główne zajęcie polegało na korzystaniu z urzędowych telefonów na zagraniczne rozmowy. Do spektakli tego teatru prosty lud nie był dopuszczany.
Wszystko pod patronatem Gminnego Ośrodka Kultury, którego biuro mieściło się kątem w Domu Strażaka.
Przyszły pierwsze wybory samorządowe i pierwsze zmiany, na które mieszkańcy nie byli przygotowani ani mentalnie, ani ekonomicznie; rozwiązanie z dnia na dzień Spółdzielni Kółek Rolniczych (SKR), dewastacja i rozkradanie sprzętu i urządzeń rolniczych, masowe bezrobocie, wyprzedaż majątku gminnego.
Ale były i pozytywne zmiany; przyjęcie przez samorząd prowadzenia oświaty, służby zdrowia, likwidacja ekonomicznego zespołu obsługi szkół, tzw. ZEAS –u i usamodzielnienie szkół jako jednostki budżetowe. Zaczyna kwitnąć życie kulturalne.
Rozwiązano GOK, wioski otrzymały fundusze na działalność kulturalną, wyremontowano starą halę na dom kultury, który zaczął tętnić atrakcyjnymi zajęciami; ognisko muzyczne, teatrzyk dziecięcy i pierwsze jego sukcesy na przeglądzie teatrów amatorskich, język niemiecki i angielski dla dorosłych, kurs tańca towarzyskiego, by wspomnieć tylko niektóre inicjatywy kulturalne.
W szkole wprowadzono język angielski i dodatkowe, darmowe lekcje języka niemieckiego. Do dzieci przyjeżdżali aktorzy z Teatru Lalek w Olsztynie na lekcje retoryki i kultury słowa.
Zajęcia dodatkowe przeniesiono do domu kultury. Dzięki samodzielnemu prowadzeniu księgowości i dysponowaniu pieniędzmi z subwencji możliwe było wspólne działanie domu kultury i szkoły. Znalazły się pieniądze na naukę pływania dla dzieci również z punktów filialnych.
Wydawało się, że rodzi się wspólnota, że możliwe jest zjednoczenie ludzi wokół konkretnych zadań. Klasa przeznaczona na zebranie w sprawie budowy sali gimnastycznej pękała w szwach od liczby ludzi, którzy na nie przybyli.
I tu zaczęły się schody, a właściwie polityka zarządu i rady gminy. Inicjatywy owszem, ale, żeby zaraz oddolne? Jak wtedy wygrać wybory? Jak dać zarobić przy remontach starym wypróbowanym znajomym?
Wystarczyła jedna kadencja i zmiana składu rady, ograniczenie jej kompetencji, uniezależnienie się wójta od jej decyzji, by zlikwidowano dom kultury, a wraz z nim teatrzyk i ognisko muzyczne oraz inne zajęcia.
Co w zamian? Festyny z morzem piwa i kiełbaski wyborcze.
Owszem, wybudowano salę gimnastyczną, ale była to już zasługa wójta, a nie mieszkańców wioski.
I o to chodziło! Znowu wróciło stare; załatwianie z władzą koncesji na sprzedaż alkoholu, układy przy załatwianiu pracy i wygrywaniu przetargów. Znowu władza stała się potrzebna, a bierny lud petentem u pańskiej klamki. Wioski stały się noclegowniami, a z gminą łączą jej mieszkańców jedynie podatki i szczepienie psów, niektórych szkoła i ośrodek zdrowia.
Stare wróciło na dobre i chyba nie ma szans na szybką zmianę, bo zniszczono entuzjazm i oduczono ideowych ale naiwnych entuzjastów pracy organicznej u podstaw.
W ostatnich wyborach wójt nie miał konkurencji, podobnie jak radni. Nie ma nowych chętnych nawet na diety radnych. Każdy już jakoś pościelił swoje gminne legowisko i odizolował się wysokim płotem strzeżonym przez rodwajlery od inicjatyw społecznych.
Uczciwie trzeba jednak powiedzieć, że stało się to nie tylko za sprawą kija wobec niezależnych od władzy samorządowej i marchewki dla gotowych na współpracę w zamian za umorzenie podatków.
Dziwne majsterkowanie polityków przy Ustawie o samorządzie terytorialnym wskrzesiło mechanizmy działania peerelowskich rad narodowych, a z wójtów uczyniło naczelników gminy, z burmistrzów i prezydentów miast wykonawców partyjnej polityki.
Jesteś grzeczny, dostaniesz dotację, wygrasz konkurs, zrobimy kampanię na następną kadencję. Jesteś nie nasz, chcesz się urwać ze smyczy? Pokażemy ci, że guzik sam możesz.
Jest i inna przyczyna, wspólna dla całej Polski, dla której nie udaje się nam odbudować tożsamości narodowej i uczynić naród współodpowiedzialnym za losy ojczyzny tej małej – gminnej i tej wielkiej, której na imię Rzeczpospolita Polska.
Ostatnio na spotkaniu w Klubie Ronina prof. Andrzej Nowak przypomniał pewne spostrzeżenie Jana Długosza o narodowej wadzie, która przez wieki nic nie straciła na swej aktualności.
Przytoczę je w całości, bo wydaje mi się, że wiernie wyjaśnia brak zaangażowania Polaków w życie wspólnotowe i brak liderów inicjatyw łączących mieszkańców we wspólnym działaniu.

Jan Długosz w Liście dedykacyjnym poprzedzającym Roczniki czyli kroniki sławnego Królestwa Polskiego tak pisze:
Nawet gdybym był obdarzony najwyższym umysłem i takąż wiedzą, a obowiązek pisarski gdyby mi się wydawał łatwy do spełnienia, jeszcze do tak trudnego dzieła nie mógłbym przystąpić bez oglądania się na trudności i bez obawy z przyczyny złośliwej potwarzy niektórych i zawistnego oszczerstwa, bo jeśli różne narody odznaczają się rozmaitymi przymiotami, jak i wadami, to naród Polaków jest uważany za skłonniejszy do zazdrości i potwarzy niż do czego innego; czy to powodem tego jest dziedzictwo po przodkach, czy położenie i klimat niełaskawy, czy tajemna siła gwiazd, czy chęć dorównania przymiotom innych rodem i pochodzeniem, ale umysły Polaków uchodzą za bardziej pochopne do występków płynących z zawiści niż do jakichkolwiek innych. To jest powodem, że niektórzy sądzą, jakby Cham był ojcem Polaków i wszystkich Słowian, ponieważ on drwiący z biódr własnego ojca Noego, występek ten przekazał również potomstwu”.
Myślę, że Jan Długosz zbyt delikatnie szukał przyczyn zawiści Polaków.
Ja mam swoją teorię, która dziś wydaje się bardziej prawdopodobna. Wtedy jeszcze nie wyszliśmy z plemiennego chamstwa, dziś do niego wróciliśmy.
Długo by gadać, jak zniszczyli politycy i my wszyscy zalążek prawdziwej wspólnoty mieszkańców, która rodziła się po pierwszych wyborach samorządowych w 1991 r.
Nie w każdej gminie i nie w każdym mieście było tak czarno. Być może inni mieli więcej szczęścia,mimo niekorzystnych zmian samorządowych, niż moja gmina.
Niewątpliwie jedno zostało na pewno zniszczone radość z oddolnego organizowania życia w gminach. To należy koniecznie odbudować.
Nie może być tak, że na samorządzie kończy się inicjatywa, kończy się wspólnota, a sołtys jest od ściągania podatków i wywieszania na tablicy ogłoszeń rady gminy i wójta.
Jak się z tego wydobyć, jak poczuć się dumnym Polakiem, odpowiedzialnym nie tylko za swój płot? ? O tym już w następnych Rozmyślaniach przy zmywaku.
_____________________________________
Można też posłuchać. Audycja 540 (czwartkowa):

http://niepoprawneradio.pl/
Źródło ilustracji: http://www.wloszakowice.org/

piątek, 20 czerwca 2014

Przed wami szansa



Nie jestem zawodowym dziennikarzem, ani publicystą. Przydarzyła mi się przygoda blogowania, a owocem jej jest poznanie wspaniałych ludzi, którym nie znudziła się Polska.
Blogowanie, praca w redakcji Niepoprawnego Radia Pl, surfowanie w sieci
po politycznych portalach i forach, dało mi pewne rozeznanie w mechanizmach wojen politycznych i sposobach pracy PR.

Nauczyłam się  jednego; ostrożności w radykalnych opiniach, gdy trwa wojna.

Od śp. korespondenta wojennego,  Waldemara Milewicza zaczerpnęłam dziennikarską przestrogę; prawdy o wojnie dowiadujemy się po jej zakończeniu, gdy trwa, jest tylko dezinformacja wywiadów i agentów wpływu. Dodajmy -  niesiona przez wynajętych trolli i  pożytecznych idiotów,  święcie przekonanych o  prawdziwości przekazywanych informacji i słuszności głoszonych opinii.
 Dotyczy to również wojny gangów, walki o władzę, wpływy w strategicznych gałęziach gospodarki i państwowych instytucjach czy parlamentarnego lobbingu.

Żadna z tych wojen bez mediów nie byłaby możliwa do przeprowadzenia. A wygrywa ją ten, kto ma nie tylko przychylność mediów, ale przede wszystkim swoje sposoby na wywieranie nacisków.
Dziennikarskie cyngle zawsze były i są do usług. Nie wiem czy dostają instrukcje, czy robią to już z własnej woli, czy są do tego zmuszani za pomocą kija i marchewki lub szantażu. Faktem jest, że media mainstreamowe już dawno przestały pełnić rolę informującą społeczeństwo, a stały się agendami PR.

Jest tego i dobra strona. Komu na tym zależy, umie już odróżniać cyngli od dziennikarzy. Zatoczyliśmy krąg i również pod względem rozumienia dziennikarskiego tekstu wróciliśmy szczęśliwie  do PRL. Wtedy też trzeba było czytać między wierszami i pytać o cel przekazywanej informacji. Lepsze to niż udawanie, że media są wolne.
W aferze Tuska, którą  usłużni dziennikarze łaskawie nazywają „aferą podsłuchową” już łatwiej jest odróżnić, zawartość garnka od pokrywki.

Internauci  z pasją śledczą zastanawiają się, kto wyciągnął taśmy z kompromitującymi rząd nagraniami i w jakim celu? Jedni twierdzą, że to  agentura obcych państw. Inni, że to ostra wymiana ciosów między prezydentem a premierem.
Niebezpieczna bywa taka śledcza pasja, gdy jedynym źródłem dociekań jest ogólnie dostępna papka mainstreamowych mediów lub wrzutka do sieci blogera, którą nie sposób zweryfikować. Dawno bowiem minęły czasy, kiedy manipulowano jedynie półprawdami,  dziś walczy się kłamstwem, które nieświadomie rozpowszechniamy zbulwersowani informacją.

Dlatego zostawiam problem – kto i dlaczego? -  znawcom służb specjalnych, np. panu Czempińskiemu, twórcy PO. (Tu na  marginesie wtrącę, że mocno dziwi mnie zarzut Tuska o próbie  obalenia  rządu przez podsłuchujące służby. Kto zakładał, ten ma prawo do rozwiązania, to chyba jasne).

 Ja na swoim Zmywaku mogę jedynie czekać na owoce wojny politycznych gangów, mając nadzieję, że tym razem wreszcie łajba PO – PSL ze sternikiem  i majtkami cierpliwie  czekającym na ochłapy z pańskiego stołu, zatonie i to skutecznie, bez podstawiania Polakom kolejnego „Bolka” przez, np. wspomnianego tu wyżej generała.

Tymczasem do manipulacji opinią społeczną w aferze Tuska doszła nowa jakość; zmuszanie   dziennikarzy (nie mylić z resortowymi dziećmi i cynglami) do zajęcia stanowiska w  wydarzeniach ewidentnie kreowanych dla osiągnięcia celu zakrytego nawet przed  ich uczestnikami.

Wielki rwetes powstał wokół najścia na redakcję Wprost w środowisku dziennikarskim. Ruszyli wszyscy na pomoc Latkowskiemu. Fora paliły się od emocji: Naruszono  wolność słowa! To skandal! Białoruś! Nieważny stał się zabazgrany życiorys naczelnego i rola w umacnianiu władzy tygodnika Wprost.  W świat poszło  zdjęcie wbitego w fotel Latkowskiego z laptopem u piersi, którego szarpią agenci ABW.

Akcja szyta tak grubymi nićmi, że wstyd, gdy dziennikarze się na to nabierają, a jednak…  zostali zmuszeni do podjęcia decyzji; stanąć w obronie redakcji czy uznać, że nie warto w kłótnie rodzinne się mieszać.

Przyzwolenie na usprawiedliwianie nalotów na redakcje,  rekwirowania dysków redakcyjnych -  to właściwie koniec IV władzy. I pozostaje wydać komendę: Sztandar PZPR wprowadzić!
Zawsze przecież można akcję powtórzyć i to prewencyjnie, zanim cokolwiek zamieści w czasopiśmie czy dzienniku tzw. niezależny redaktor.

Zaprotestować?
To oznacza kreowanie Wprost na tygodnik opozycyjny wobec władzy. Co może wprowadzić  w histeryczny śmiech całą redakcję z przyległościami. I co gorsze, przykrywa istotę afery Tuska w wykonaniu posłańca Sienkiewicza.

 Jak postąpić?
 Można tak, jak zrobiła Stokrotka, oburzyć się na jeden dzień na potrzeby akcji.
A można bez wglądu na to, kim jest Latkowski,  stanąć w obronie nie  redakcji a zasady wolności słowa. I wielu taką decyzję podjęło; pojechali do redakcji, nagłośnili użycie ABW również za granicą. Na gorąco w newsach wyrażali swoją negatywną ocenę władzy.

Głosy oburzenia nie milkną i dziś,  tylko że pełnią już podwójną rolę, niekoniecznie broniącą wolności słowa.  Co oznaczałoby, że już nie tylko Stokrotka powróciła na dawne, ustabilizowane pozycje.
Warto te gromkie pohukiwania niektórych dziennikarzy  zbierać. Nie od rzeczy byłoby też upamiętniać  święte oburzenia  polityków, bo może trzeba będzie kiedyś przypomnieć je  komuś, jak dziś lemingom  wywiad  Olejnik i Klubik z Tuskiem z  27.01.2006

Jeśli chodzi o mnie to ja do wiarygodności tego świętego oburzenia  przykładam nieco inną miarę.
Czekam bowiem wciąż nie na spektakularne akcje obrony, a na uderzenie się mainstreamu we własne piersi i oczyszczenie dziennikarstwa z cyngli i propagandystów.  Nie byłoby bowiem akcji ABW w stylu sowieckim, gdyby z równym entuzjazmem dziennikarze przybyli pod dom Wojciecha  Sumlińskiego, gdy o rankiem aresztowano i zabrano  komputer i dziennikarskie materiały, dotyczące śledztwa zabójstwa ks. Popiełuszki, gdyby z równym oburzeniem potępiali wkroczenie policji do redakcji GP w 2010 r.
Ów groźny happening dla odwrócenia uwagi od Tuska i treści nagrań to konsekwencja 25 lat służby prasowej, zaklepanej na początku przepoczwarzania się PRL w III RP, władzy.
Nie ma ognia bez iskry, a ta iskra tliła się od lat.  

Czy oczyszczenie jest możliwe?
Skoro możliwe było medialne niszczenie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, niszczenie Antoniego Macierewicza, blokowanie niewygodnych informacji o katastrofie Smoleńskiej, totalna walka z Kościołem, to możliwy jest i cud powrotu IV władzy do roli, jaką jej wyznaczyła demokracja. Wystarczy tylko skorzystać z prawa do wolności słowa.

Zwykła drobnostka dla profesjonalnego dziennikarstwa, która nie pozwoli na panoszenie się mafijnych układów, a ci którzy je upublicznią będą się czuli bezpieczni, bo za każdym razem wyruszy solidarna  „wataha” kolegów, która obroni i nie pozwoli skrzywdzić.
Nie ma się tu czego bać, wszak „nie wszystkich was zamkną”. Prawda?


Dołączam na koniec pewien apel z fb. Może się przydać w odnowie dziennikarskiego rzemiosła. 

„Dziennikarze mediów wiadomych - macie szansę się odkuć i odkupić winy za lata lizania rządzącym miejsca, gdzie plecy szlachetną nazwę swą tracą”. ( Michał Lewandowski)







_____________________________________


Można też  posłuchać. Audycja 539 (niedzielna):

wtorek, 17 czerwca 2014

„Elyta” złotego klozetu


Nie chodzi o przyszłość PiS-u, ale o przyszłość Polski, a w tej sprawie nie można siedzieć z założonymi rękami. Te  ostre słowa padły z ust prof. Andrzeja Nowaka w poniedziałkowym Klubie Ronina. Nie tylko Profesor ma pretensje do powściągliwości PiS wobec skandalu, który w normalnym kraju zmiótłby ten rząd w ciągu jednego dnia.

Żale, że PiS nie przyłącza się do ulicznych protestów RN pojawiły się wśród sympatyków tej partii na Twitterze.  Akurat je rozumiem, choć nie wiem do końca, jak powinniśmy się zachować  w te j sytuacji; krytykować i wspierać niezamierzenie narrację antypisowską czy jednak mówić głośno o tym, co niepokoi?  Potrzeba nam bowiem jedności siły i entuzjazmu, by wyprowadzić Polskę z  grożącego upadku. 

Po wczorajszej skandalicznej konferencji premiera chyba już nikt nie ma wątpliwości, że Tuska, jeśli Polacy tego nie zrobią, wykopie ze stołka,  układ gangsterów, który zawłaszczył Polskę. A ten zamieni tylko siekierkę na kijek. A nie o taką zamianę  przecież chodzi, jak mówił Prymas Tysiąclecia,  gdy  krążąca butelka spirytusu przejdzie z rąk jednych pijaków do rąk innych pijaków.

Zgadzam się z dojrzałą polityką parlamentarną PiS. Uznałam argumentację Jarosława Kaczyńskiego w oświadczeniu poprzedzającym wystąpienie premiera.
Tak powinno być; konstruktywne wotum nieufności i przyspieszone wybory. A w przypadku przegranej odpowiedzialność za kraj biorą ci, którzy zagłosują przeciw odwołaniu skorumpowanego rządu.
Tak powinno wyglądać stabilne funkcjonowanie demokracji parlamentarnej.



Problem w tym, że to nie jest demokracja parlamentarna, ale rządy zwykłych mafiozów, nawet nie oligarchów, „elyt” marzących o złotym klozecie Janukowycza,  a większość sejmowa w różny sposób uwikłana jest w układy lobbystyczne, jeśli nie korupcyjne.



Konstruktywne wotum nieufności mogłoby się jednak, mimo wszystko, powieść, gdyby wsparł je masowy protest Polaków mających dość rządów bezprawia.
Wielokrotnie nadarzała się okazja do takich protestów, nigdy  jednak nie została wykorzystana. Nie miejsce tu, by je wymieniać, ale nie ulega wątpliwości, że taki spis zaniedbań opozycji jest Polakom niezbędny, jak niezbędne jest  poznanie przyczyn takiej polityki opozycji. 


Teraz to już nie kolejna zwykła  okazja do zmian politycznych, to ostatni alarm przed ostatecznym upadkiem Polski, nazwanej buńczucznie przez  Sienkiewicza  „państwem teoretycznym”.



Nie próbuję nawet snuć przy „Zmywaku” myśli  analizujących, kto i dlaczego nagrał Sienkiewicza, Nowaka czy Belkę i dlaczego tak długo trzymał taśmy w zamrażarce? Dlaczego właśnie teraz zostały wyciągnięte?
 Mogę się tylko domyślać, że wisiały nad skorumpowanym rządem jak miecz Damoklesa. I stąd chyba wzięła się w tak krótkich odstępach czasu obfitość „emocjonujących” narracji, które wstrząsały opinią publiczną. A to w nieskończoność wałkowano wypowiedzi Marysi, a to urządzono  pogrzebowe teatrum  zbrodniarza komunistycznego, a to innego zbira, Baumana,  wzięto w obronę, a to zaatakowano Deklarację wiary i klauzulę sumienia.
Dla "emocjonującej" narracji,  zagłuszającej ewentualność ujawnienia taśm afery rządu Tuska z udziałem NBP  użyto  nawet prawników. Nagle zapragnęli dopisać do przysięgi odwołanie do Boga tak, jakby do tej pory ktoś im tego zabraniał.
Ratunku chyba też szukano w głosowaniu nad immunitetem Mariusza Kamińskiego. Niestety, nie wyszło. Wypadek przy pracy rozmroził taśmy?  

Warto też postawić i inne pytanie. Bano się tylko taśm czy narracji wokół przejmowania przez Rosjan Azotów?
Gdyby nie TV Trwam  i Radio Maryja być może bulwersująca wiadomość o zrezygnowaniu przez Skarb Państwa z ochrony strategicznej gałęzi polskiego przemysłu nie dotarłaby w ogóle do Polaków. Informacje o tym, że posłowie PiS podjęli w tej sprawie działania, również nie przebiłyby się do opinii publicznej.    
Widać sygnały o nieuchronnej publikacji, zamrożonych od 2013 r., taśm raz po raz budziły jak nocne mary Tuska i jego kolesi.
Nie zgłębiam  przyczyn, dlaczego po wczorajszej skandalicznej konferencji prasowej premiera Donalda Tuska  jak na razie lud  Warszawy nie ruszył tłumnie na Belweder. To zostawiam socjologom z nadzieją, że wreszcie przestaną służyć tylko potrzebom partyjnych zespołów PR, a pomogą zrozumieć Polakom procesy społeczne i polityczne, jakie zachodzą w Polsce.
Zwłaszcza, że znowu mamy niewielką szansę na obiektywizm oceny sytuacji wobec startującej kampanii wyborów samorządowych.
Protesty próbuje zorganizować z marnym skutkiem Ruch Narodowy. I tu akurat wiem na pewno, dlaczego skutek jest tak marny, dlaczego nie  ma spontanicznego przyłączenia się Polaków bez względu na sympatie partyjne.  
Przypomnijmy:
1) Najpierw został zmarnowany przez PiS ogromny zryw patriotyczny po tragedii smoleńskiej. Byłby teraz na wagę złota. Zamieniono to na ględzenie podczas miesięcznic, które ani nie mobilizują, ani nic nie zmieniają w sytuacji politycznej Polski.  

2) Potem pozwolono, by Ruch Narodowy  zawłaszczył i zniszczył spontaniczne Marsze Niepodległości, które jednoczyły Polaków bez względu na sympatie partyjne. 

3) Ostatecznie RN swoją twarz pokazał w sprawie  Ukrainy i kampanii opartej na ataku na jedyną licząca się opozycję. Nie pomogły apele prawicy, tłumaczenia sympatyków Ruchu Narodowego.  


4) Teraz RN rozgrywany jest przez agenturę wpływu,  a z niebytu wyciągnięto pajaca pod muszką, który dziwnym trafem powtarza hasła polityczne RN  i  podziela podziw dla skutecznej polityki Putina.  

Trudno więc dziwić się, że  PiS nie mobilizuje Polaków do wsparcia protestów RN. Choć powinniśmy być razem, to nie jesteśmy i nie jest to wina PiS.  
Pozostaje jednak, muszę to przyznać krytykującym postawę tej partii,  pytanie czy  gdyby RN nie wzywał do manifestacji, to zrobiłby  to Jarosław Kaczyński?  Szybką odpowiedź  powinien dać sam prezes i posłowie oraz  działacze w terenie. 

To ostatnie larum biją, potem już przyjdzie tylko  zagrabienie Polski, a my  postawimy znicze i będziemy szukać winnych, by własne sumienia zagłuszyć. A rządzić będzie „elyta” złotego klozetu.  

Gorzkie słowa prof. Andrzeja Nowaka, przytoczone na wstępie,  są nie tylko oceną działań opozycji, ale przede wszystkim gorącym apelem wielkiego patrioty, bo tu  nie chodzi o przyszłość PiS-u, ale o przyszłość Polski”.


Ps.
Krążą różne diagnozy przyczyn  zachowawczej polityki największej partii opozycyjnej.  Nie potrafię wiarygodnie je ocenić, dlatego pominęłam je w notce. Chciałabym jednak na marginesie toczących się sporów przypomnieć ostatnie gorące opinie na temat wyborów 4 czerwca 1989 r.  i zapytać,  kto  z nas wie dziś na pewno, że emocji nie dostarczają nam służby specjalne polskie i zagraniczne, że nie manipulują nami?  Czy wobec tego powinniśmy zaniechać protestów i pogodzić się, że Polska istnieje już tylko teoretycznie,  a w całej tej wrzawie chodzi jedynie, by PiS nie doszedł do władzy? 
_____________________________________


Można też  posłuchać. Audycja 538 (czwartkowa):