środa, 23 lutego 2011

Bo partia jest najważniejsza - przetrwa Polskę

W Polsce, wywalczonej pracą, służbą pokoleń, setek tysięcy patriotów, ich ofiarą z życia w kazamatach zaborców, okupantów, komunistów, Ślązacy nie chcą być Polakami? Polski senator mówi o polskich obozach koncentracyjnych, polskie muzeum w Krakowie pamięta jedynie o ofiarach Holokaustu, polski minister oświaty wycofuje z polskich szkół naukę historii, polska partia rządząca likwiduje polskie stocznie i rentowność polskich portów zgadzając się na rurę na dnie Bałtyku, by niemieckie stocznie i porty mogły zarobić, a Polak na obczyźnie musi zakładać polską partię, by bronić praw Polaków przed nazistowską dyskryminacją, bo polski MSZ ma inne sprawy na głowie.

Czy przypadkiem nie słychać u nas już radosnego chichotu sprzedawczyków za euro i ruble?


Jak się tak dobrze przyjrzeć dysputom internetowym i medialnym, to Polski już nie ma, są tylko partie. A jeśli jeszcze gdzieś jest, to po to, by służyć politykom.

Kiedyś na murach czytałam: PARTIA Z NARODEM. NARÓD Z PARTIĄ.
Z tego hasła narodził się wpis do konstytucji o przewodniej sile PZPR. I tak, w świetle prawa każdy, kto był wrogiem partii, stawał się jednocześnie wrogiem Polski. A że konstytucja była kopią stalinowskiej konstytucji ZSRR z 1936 roku, to w końcu, jak już Polacy oswoili się z łańcuchem na szyi, znalazł się tam też zapis o polityce PRL umacniającej przyjaźń z bratnim narodem, który podarował nam wraz łańcuchami nie tylko konstytucję, pałac kultury i nauki sowieckiej, ale i więzienia i kule dla nieprzystosowanych.

I od tej pory każdy, kto odmawiał przysięgi wojskowej na wierność przewodniej sile narodu i sowieckiemu okupantowi, był jednocześnie wrogiem Polski, dlatego podlegał karze więzienia. To prawo obowiązuje do dziś. I wyroki wydają też ci sami co wtedy.

Kiedy jeszcze Wałęsa udawał patriotę, swoją ugodowość wobec prezydenta Kwaśniewskiego za granicą tłumaczył troską o polską rację stanu. Wszystko się skończyło, kiedy prezydentem Polski został Lech Kaczyński. Wtedy już przestała obowiązywać lojalność wobec własnego kraju i odpowiedzialność za niego. Nikt już nie krył się, że najważniejszy jest interes jego i partii. Nikt też nie wahał się niszczyć wizerunku prezydenta za granicą. Z ogromnym zaangażowaniem pomagała w tym prasa niemiecka.

Powolutku do Polaków zaczęła docierać spóźniona wiedza, że w Parlamencie Europejskim nie ma reprezentacji narodów, a jedynie europejskich partii. Ideologia zastąpiła patriotyzm.
Patriotą w tej UE wolno być tylko Sarkozemu i Merkel. A jak chcesz się załapać na jakieś stanowisko urzędnicze, musisz mieć tez dobrą opinię u Putina.

Nikt już nie wspomina, że Polacy głosowali za przystąpieniem do UE, ponieważ pokazywano im Unię jako ojczyznę ojczyzn. Ani się spostrzegliśmy, jak nasze dzieci, wnuki mogą teraz w ramach wolności i swobody wypowiedzi pisać, uczące samodzielnego myślenia kosmopolitycznego, prace: Europa narodów czy Naród europejski.

Jedną z pierwszych ustaw jeszcze na fali transformacji ku wolności w wytęsknionej Polsce była likwidacja święta 22 lipca i święta Ludowego Wojska Polskiego w rocznicę bitwy pod Lenino.
Sejm RP wprowadził, zgodnie z wolą narodu, Święto 3 Maja, Święto Wojska Polskiego w rocznicę Bitwy Warszawskiej 1920 roku i ustanowił Święto Niepodległości 11 listopada. Dla przywrócenia szacunku do symboli narodowych ustanowiono też 2 maja Świętem Flagi Państwowej.

Ale nie zdołano już przywrócić obywatelstwa polskiego tym, których okupant sowiecki w latach 40- tych wywiózł za Ural. Nie było na to czasu ani woli politycznej, trzeba było naprawić błędy konfliktów w rodzinie komuchów i przywrócić obywatelstwo wypędzonym do raju przez Gomułkę. Polak na Kresach II Rzeczpospolitej, to już nie Polak. No, chyba że może posłużyć do wojny z Łukaszenką. Polak z Kazachstanu, Ukrainy czy Białorusi to obywatel rosyjski i państw postsowieckich, nie „nado jemu mieszat gołowu Polszu”. Jemu musi wystarczyć Karta Polaka i festiwal w Mrągowie. Dobre i to. Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. ;-(

Ci, którzy otrzymali wolność w darze bez żadnych swoich zasług, a często i bez żadnych zasług swoich rodziców i dziadów, pouczają teraz Polaków takich jak ja, że jak Śląsk sobie zażyczy autonomii, to mają do tego prawo, bo najważniejsza jest wolność wyboru, a na budynku Marszałka Województwa nie musi powiewać flaga narodowa, to przecież instytucja samorządowa.

Mile widziany patriotyzm jest tylko na stadionach sportowych, bo to daje szmal .

Ale i to się kończy. Chorzowski stadion nie będzie już drażnił oczu Herberta Hupka, za pieniądze polskiego podatnika krzesełka zostaną przemalowane na kolor żółto - niebieski, a wszystko dzięki koalicji PO, SLD i RAŚ, bo partia jest najważniejsza, partia przetrwa Polskę.
Wbrew orzeczeniu Sądu Najwyższego Urząd Statystyczny wprowadza do ankiety narodowość śląską, która nigdy narodowością nie była. Prezes GUS ponad prawem, a wszystko dla dobra partii i wyborów.

I aby było śmieszniej, problem, okazuje się, nie dotyczy państwa, obowiązujących w nim praw, ale partii. To nie ABW zauważyła ten skandal, ale partia, więc gazety się rozkrzyczały: PiS jest przeciwna narodowości śląskiej!

Czy to PiS miało sprawdzić ankiety spisu narodowego? Czy może biorący polskie pieniądze w polskim państwie urzędnik”? Widać polscy urzędnicy z dziurą w czaszce pozostali w Katyniu, Miednoje, Ostaszkowie, na nieludzkiej ziemi w bezimiennych mogiłach, a teraz w ojczyźnie urzędnicy są nie państwowi, lecz partyjni.

Mimo instytucji, które powinny stać na straży suwerenności i integralności terytorialnej państwa, na naszych oczach, w 20 lat po odzyskaniu niepodległości, nikt już niczego nie udaje. Śmieją się Polakom w nos. Wystarczy wam Księstwo Warszawskie. Namiestnika carskiego też wam wybraliśmy. A jak dobrze pójdzie, to generalnego gubernatora i GG też będziecie mieli.

Jak już tak rozprawią się z polskością w szeregach partyjnych Prywiślańskiego Kraju, i w Reginach Autonomicznych z niemieckim językiem urzędowym, to okaże się, że jak za czasów zaborów, Polaków walczących o swoje prawa znajdziemy w rosyjskiej Dumie i Bundestagu. (Oby nie na Kołymie i w Stutthofie.)

Pierwsza jaskółka już jest. Stefan Hambura zakłada w Niemczech polską partię, by walczyć o prawo do narodowości polskiej w Niemczech, które zabrał nazistowski dekret Hermana Goeringa. http://www.rp.pl/artykul/15,1025644_Polska-partia-w-Niemczech.html
Może trzeba będzie za kilkanaście lat szukać Polaków nie we Wrocławiu czy na Śląsku a w Niemczech?

I pomyśleć, że Polakom Niemcy gipsowali usta przed rozstrzelaniem, by zapobiec okrzykom: Niech żyje Polska. Pomyśleć, że w obronie Śląska zginęły bestialsko zrzucone z katowickiej wieży spadochronowej polskie harcerki. http://www.youtube.com/watch?v=2AZOVp9cucY
A taki młodzieniec, który dostał wolność na tacy od polskich patriotów, w czapce, w sali, gdzie wisi godło państwowe, chce rozbić terytorium Polski zamiast dla niej pracować i uczynić ją domem dla wszystkich . http://www.polskatimes.pl/fakty/355333,pis-przeciwny-narodowosci-slaskiej-w-spisie-powszechnym,id,t.html

Pozostaje już tylko pytanie, gdzie się podziała, młody człowieku, gdzie była, odwaga za czasów PRL twoich rodziców i współziomków? Wyjeżdżaliście truchtem do Reichu, bo tam obiecano wam złote góry. Co teraz wam obiecują za rozbicie Polski?

Dziś Polacy u siebie, w swoim kraju, muszą udowadniać, że Urząd Marszałkowski jest polskim urzędem państwowym i powinna na nim powiewać przede wszystkim flaga narodowa. A młody człowiek pyta: Czy na każdej „polskiej” (cudzysłów tu nieprzypadkowy) chałupie musi wisieć polska flaga? Tą „polską” w cudzysłowie, chałupą jest Urząd Marszałka we Wrocławiu.

Pytanie z dokumentu Aliny Czerniakowskiej – Odkryć prawdę- Kto nam taką Polskę zafundował?- zdaje się, zaczyna mieć swoją odpowiedź.


No cóż, drodzy moi młodzi przyjaciele, którzy oburzacie się, że mamie Katarzynie nie podoba się flaga niemieckich Piastów na Urzędzie Marszałkowskim we Wrocławiu zamiast flagi narodowej, że nie uznaje narodowości śląskiej i chce stadionów narodowych w barwach polskich, jak już awansujecie na lokai w niemieckich domach i rosyjskich daczach, może zatęsknicie za obciachową Polską. Ale jej już nie będzie. I to będzie już nie mojego pokolenia wina, ale wasza.

Jakże się cieszę, że już tego nie dożyję.

czwartek, 17 lutego 2011

Ruch Narodowy, ale jaki?

Z zainteresowaniem śledzę odradzanie się w Polsce ruchu narodowego mimo zmasowanego ataku propagandzistów z Czerskiej.
Marsz Niepodległości ujawnił rzecz niebywałą; wstawili się w obronie organizatorów marszu nawet ci, którym daleko do endecji, a którzy czują się patriotami.
Mimo iż sytuacja zmieniła się i dziś raczej trudno byłoby przyjąć w Sejmie, jak w roku 1999, Uchwałę upamiętniającą 60 rocznicę śmierci Romana Dmowskiego, to można się cieszyć, że są młodzi ludzie, którzy interesują się myślą narodową i szukają dróg służenia Polsce.

Jeśli czegoś mi brakuje, to jasnego i mocniejszego samookreślenia się. Nie da rady po doświadczeniach II wojny światowej plątać bezkarnie pojęcia; nacjonalizm / patriotyzm. Nie da rady też dłużej unikać jednoznacznej definicji narodu. Jest ich wiele, różne jej odcienie znajdujemy i u endeków. Jeśli „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego miały zmusić młodych do samodzielnego myślenia, to właśnie teraz jest najlepsza ku temu pora, by wypracować ową myśl dla współczesnego pokolenia.

Trzeba wyciągnąć wnioski i przestać wciskać młodzieży, że jest dobry i zły nacjonalizm, bo patriotyzm może nas połączyć, nacjonalizm u młodych ludzi, podróżujących po świecie, nie przejdzie, na szczęście. Co najwyżej dodatkowo uzasadni ich wybór życia bez ojczyzny z wynarodowioną tożsamością, pozbawiając ich patriotyzmu.

Oczywiście, występuję tu w tej chwili w roli dyletanta historycznego, jak określają takich jak ja narodowcy. Onegdaj w swoim domu popełniłam straszną gafę i powiesiłam na ścianie krzyż, płaskorzeźbę Królowej Polski, portret Jana Pawła II i Józefa Piłsudskiego. Wstędze się ;-) teraz, bo uczestnik dyskusji: Dmowski - Piłsudski, zamykamy/otwieramy trumny - emitowanej w 189 audycji Niepoprawnego RadiuPl stwierdził, że taki brak wiedzy nadaje się na satyrę. Niech tak będzie.
Tylko dodam, że w naszym domu wychowaliśmy z mężem po katolicku, w szacunku do Ojczyzny synów, więc z przyjemnością pozostanę przy swojej niewiedzy mimo obciachu.
Tym bardziej że za tę ignorancję historyczną, za tę niewiedzę byłam onegdaj szykanowana. Gazetka w klasie o Naczelniku Józefie Piłsudskim wywołała histerię u wizytatora i dyrektora szkoły.

Nie mam więc o to pretensji do dyskutanta nad trumnami Romana Dmowskiego i Piłsudskiego. Pozostanę też przy głosie rozsądku, który tam w dyskusji padł, by nie walczyć z mitem Naczelnika. Dodam od siebie; bo to szkodzi, tlącemu się wciąż bardzo wątło, patriotyzmowi polskiemu.

Wprost przeciwnie, jak nigdy w przeszłości, warto jednoczyć ludzi wokół tych dwóch postaci. Każdy, kto rozgrzewa emocjonalny spór i przeciwstawia oba mity wybitnych Polaków służących w różny sposób i z różną skutecznością odradzającej się Polsce, sprowadza myśli współczesnego Polaka na manowce.

Ale nie ten fragment dyskusji wyrzucił mnie z kapci.
Proszę posłuchać:
Audycja 190 - http://radiopl.pl/
19:35 Blog: Katarzyna - Ruch Narodowy - ale jaki?
(cała dyskusja:
http://www.4shared.com/audio/zXMIv4Y9/Spotkanie-Sutowicz-Winnicki-Dm.html

http://www.4shared.com/audio/vF4ctpAT/Spotkanie-Sutowicz-Winnicki-Dm.html

Z wypowiedzi jednego z uczestników spotkania jasno wynika, że Powstanie Warszawskie było głupotą, a to, co zrobili Sowieci mieści się w regułach polityki.

No cóż, szlag mnie trafił, nie będę jednak rozgrzewać dyskusji o celowości powstania, bo robią to bardzo dobrze komuniści, którzy przy każdej rocznicy uaktywniają się niczym pożyteczni idioci od 1945 roku. Ostatnio nawet w tv odgrzebano i puszczono najbardziej propagandowy i najbardziej kłamliwy, jaki można było nakręcić, film „Miasto nieujarzmione”.

Obiecałam sobie już dawno, że nagram obszerne fragmenty broszury - „Optymizm nie zastąpi Polski”. Wspominałam już o niej przy innej okazji w swoim blogu. Napisał ją i wydał Józef Mackiewicz w październiku w 1944, kiedy Polsce groził sowiecki okupant, a większość społeczeństwa nie rozumiała zagrożenia.
Jakoś nie było ku temu sposobności. Teraz po wysłuchaniu dyskusji we wrocławskim Kwadracie tym bardziej dostrzegam pilną tego potrzebę. Dziś jednak przytoczę pewną ważną zawartą w książce opinię:
…echo, jakim powstanie odbiło się w całym świecie, jest naprawdę imponujące. Nieomal cała prasa, zarówno państw wojujących, jak neutralnych, podjęła akcję wyraźnie z naszą korzyścią, a na niekorzyść Sowietów. Dało to możność Rządowi Polskiemu zaczerpnąć głębszego oddechu i wypowiedzieć trochę słów niezależnych, których dotychczas wypowiadać nie śmiał. /…/Rzec można śmiało, iż od czasu układu Ribbentropp – Mołotow i od pierwszej wojny fińskiej, nie dało się słyszeć tyle rozgoryczenia pod adresem sowieckim. Bolszewicy się trochę przeliczyli w swym cynizmie.
Tym razem się przeliczyli. Każdy dzień następny trwającego powstania był dla nich kolejną porażką. Generał Bór-Komorowski odniósł pierwsze zwycięstwo. O rozmiarach tego zwycięstwa za wcześnie jest mówić w tej chwili, tym niemniej jest ono niewątpliwe. Dowiodło bowiem, że opinia świata, mimo najbardziej ku temu nieprzychylną koniunkturę, da się jednak przeciw bolszewikom poruszyć i zmobilizować
– pisze Józef Mackiewicz w 1944 roku.

Dziś trzeba zapytać - Kto zmarnował efekty tej mobilizacji i ofiarę powstańców?

Jeśli mówimy o daremnej ofierze i cierpieniu warszawiaków, to przede wszystkim powinniśmy pamiętać o propagandzie komunistycznej, która jak z worka czarodzieja na każdą okazję ma „kontrowersyjne” (tak to się dziś propaganda nazywa) opinie.

Robi to przez lata i jest skuteczna, bo dziś Europejczyk wie jedynie o powstaniu w Getcie Warszawskim. Zadbali o to Żydzi, nawet ci, którzy przed wojną pogardzali swoimi braćmi ze wschodu.

Czy ktoś słyszał w mediach dyskusję o sensie tego powstania? Ja nie. I dlatego nie wytrzymuję już „kontrowersyjnych” opinii o Powstaniu Warszawskim tak samo jak buntuję się przeciwko zakłamywaniu walki niepodległościowej NSZ z sowieckim okupantem i rodzimymi czerwonymi zdrajcami w latach 1944 -56 Pora zostawić te opinie i kłamstwa wrogom naszej ojczyzny.

Zastanawiam się, jak słyszę takie opinie o Powstaniu Warszawskim czy przypadkiem spadkobiercy endecji nie włączają się w chór ćwiczony na Czerskiej, choć myślą, że cytują poglądy Romana Dmowskiego?

Z tym pytaniem zostawiam nie tylko narodowców, ale również ich sympatyków i innych pragmatycznych, żyjących przyszłością, Polaków.

środa, 9 lutego 2011

Zamiast kary - negocjacje ze złodziejami




SMS, który natychmiast kasuję, mniej więcej, brzmi tak: Zadzwoń pod numer 60 400, czeka cię 100 procent niespodzianki. Nadawca: Operator Orange.
Muszę jeszcze pamiętać, by wykasować w połączeniach numer, który, nie wiedzieć czemu, pojawia się na liście ostatnich połączeń, by nie kliknąć na niego przez pomyłkę.


Doświadczenia z operatorem plus nauczyły mnie, by nie brać udziału w żadnych akcjach charytatywnych organizowanych przez komórkę. Skończyło się to bowiem zapychaniem pamięci telefonu chamskimi ponagleniami, abym wysłała SMS, bo wygrałam samochód.

Miałam tego dość, rozmowy z przedstawicielem operatora nie odniosły żadnego skutku. Zbyt cenię swoją wolność osobistą, abym mogła to cierpliwie znosić. Zmieniłam operatora i „nie zgodziłam się na umieszczenie mojego numeru w spisie PTK Centertel oraz Ogólnokrajowym Spisie Abonamentów i Ogólnokrajowym Biurze Numerów danych mnie identyfikujących czyli imienia (imion) i nazwiska, miejsca zameldowania oraz numeru telefonu”.

Tyle gwarantuje mi umowa. Ale diabła warta byłaby ona, gdyby nie ostrzeżenie życzliwych osób. Pamiętaj! Nie odpowiadaj na żadne SMS -y, nawet operatora, nie bierz udziału w żadnych akcjach przez telefon, bo to będzie oznaczać rezygnację z poczynionego zastrzeżenia w umowie.
O tym oczywiście w umowie nie ma ani słowa. To rozumie się samo przez się. Dobrowolnie udostępniam numer każdemu, z kim się kontaktuję.

Jestem więc dzięki ostrzeżeniu molestowana tylko jednym wspomnianym wyżej numerem, który ma niejako zmiękczyć mnie, wymusić reakcję i zwolnić operatora z mojego zastrzeżenia numeru.
Moja cierpliwość jednak się kończy. Zamierzam listownie poinformować operatora, że w przypadku dalszego nagabywania mnie, uznam to za niedotrzymanie warunków umowy i zerwę ją przed czasem nawet, jeśli będzie mnie to kosztowało włóczenie się po sądach.

Znam jednak starszych ludzi, którzy stracili już kilkaset zł. tylko dlatego, że uwierzyli, iż SMS jest od operatora. Każdy następny odebrany kosztował ich bowiem prawie 5 zł.

Po miesiącach skarg, wściekłości, a nierzadko rozpaczy, bo przecież nie wszyscy emeryci w Polsce pobierają sumy peerelowskich esbeków i generałów, łaskawie Anna Streżyńska, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej informuje media:
„Coraz więcej osób żali się na wysokie rachunki telefoniczne, choć faktycznie nie dzwoniły tyle i nie brały udziału w żadnych loteriach i innych konkursach.
Czasem wystarczy przypadkowe naciśniecie klawisza lub wysłanie pustej wiadomości tekstowej, a nawet zawierającej oświadczenie o rezygnacji z udziału w grze, i rozpoczyna się naliczanie opłat.
Podczas spotkania zainteresowanych stron mają zostać wypracowane jasne i przejrzyste zasady organizowania jakichkolwiek gier i konkursów dla abonentów.

A na stronie UKE zamieszcza „Apel o wyeliminowanie nieuczciwego wykorzystywania usług SMS Premium”.
http://www.uke.gov.pl/uke/index.jsp?place=Lead02&news_cat_id=19&news_id=6402&layout=1&page=text

Paniusiu droga, będę tu kolokwialna, za to bierzesz, między innymi, pieniądze, by reagować zgłoszeniem do organów ścigania przestępstwa. A to, co robią operatorzy, jest przestępstwem, czego dowodem jest moja sytuacja. Mimo zastrzeżenia numeru, otrzymuję SMS –y od operatora. Nikt też, nie informuje mnie w nich o regulaminie gry i o adresie,
pod jakim należy go szukać. Ustawa o grach i zakładach wzajemnych
http://dokumenty.e-prawnik.pl/akty-prawne/ustawy/ustawa-o-grach-i-zakladach-wzajemnych.html
jest jasna, kłopot w tym, że jest stosowana w sposób wprowadzający w błąd.
Stosowane są chwyty oszukańcze. Każdy bowiem darzy, dopóki nie nabierze się, zaufaniem operatora, z którym podpisał umowę i nie każdy wie, że jest to tylko podstęp, by wyłudzić od niego pieniądze.

Czy nie jest karalne działanie celowo wprowadzające w błąd dla osiągnięcia korzyści?

Skoro sama pani prezes stwierdza: "Chcę zakazać oszukańczych loterii i gier poprzez SMS-y, organizowanych przez operatorów sieci komórkowych" – to dlaczego do tej pory tego nie zrobiła? I dlaczego chce z oszustami rozmawiać zamiast zgłosić podejrzenie o popełnianiu przez operatorów komórkowych przestępstwa polegającego na wyłudzaniu pieniędzy od abonentów?

Anna Stróżyńska proponuje rozmowy i stół bez kantów, a ja myślę, że już dawno tym procederem okradania abonentów powinna zająć się prokuratura.
Chyba że to taki nowy projekt prawa w Polsce; złodziei już nie będziemy karać, tylko z nimi negocjować.


-----------
Zdjęcie zamieszczone w blogu pochodzi ze strony: http://bit.ly/igO4Gt

wtorek, 1 lutego 2011

POLITYKA TO DZIAŁANIE DLA WSPÓLNEGO DOBRA

Już słyszę ten śmiech po przeczytaniu tytułu. Może nawet kto zapyta; skąd się takie nieżyciowe oszołomy jak mama Katarzyna biorą?
Od wieków wiadomo przecie, że polityka to…


Dlaczego zabieram głos, choć wielu mądrzejszych już o tym napisało tomy i nie byli od rozmyślań przy zmywaku, tylko filozofami, uczonymi, geniuszami strategii osiągania celów?

Powód oczywisty. Często tomy mądrych zdań leżą w bibliotekach przykurzone pyłem czasu, a my tu posługujemy się zdrowym rozsądkiem, obserwacją i własnym wyobrażeniem; kim jest polityk, czym jest polityka?
Igor Czajka, jak zdecydowana większość ludzi nie tylko w Polsce, już na wstępie rozważań - Co to właściwie znaczy sprawa polityczna?
( http://igor.czajka.art.pl/ ) definiuje na swych blogowych deskach, czym jest polityka.

Polityka to sztuka osiągania celów. A cele osiąga się drogą konsensusu.

Dodałabym tu - lub manipulacji, nacisków lobbystów, kruczków prawnych, przekupstwa, wykorzystywania „blondynek”, zwyczajnego nieuctwa, ludzkich emocji i …. Można jeszcze tak długo. Konsensus ten ma więc kanty, kąty, wiraże ludzkich słabości, uwarunkowań, problemów i powiązań.
Stąd szoku czasem doznają ci, którzy porównują deklarowane poglądy polityczne z głosowaniem w Sejmie.

Polityka to dążenie do zdobycia władzy. – definiuje dalej Igor. Niektórzy twierdzą nawet, że to jest jedyny cel.


Czy „polityka jest sztuką osiągania celów”, „osiągania władzy”? Nie można temu zaprzeczyć. To oczywiste, ale celem dla polityka (posłużmy się tu przykładem Igora, najważniejszym w tej chwili dla nas Polaków) nie będzie wyjaśnienie przyczyn katastrofy, lecz obrona dzięki tym ustaleniom bezpieczeństwa państwa, jej przywódców i obywateli.
Śledztwo należy do wymiaru sprawiedliwości, wnioski i działania należą do polityki. Mają jednak rację wszyscy, którzy twierdzą, że „kwestia wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej jest kwestią polskiej racji stanu, której nie można rozpatrywać w kategoriach doraźnej polityki”.

Dlatego polityk ma obowiązek czuwać, by przebieg śledztwa był rzetelny, obiektywny i skrupulatny, wolny jednak od nacisków tegoż polityka i innych. W tym sensie katastrofy nie wolno nam oddzielić od polityki.


Nie dajmy jednak pomieszać sobie pojęć, bo nigdy, mimo najszczerszych chęci, wielkich ideałów i celów, nie uporządkujemy naszej Ojczyzny. Nie przyjmujmy za oczywistość definicji, które wynikają nie z prawdy, lecz z utrwalonej propagandy.

Czym my się będziemy różnić od lewicy, jeśli przyjmiemy i zastosujemy taką definicję polityki? Nie mylmy też metod z celami polityki.

Jeśli polityka jest tylko "sztuką osiągania celów i władzy”, to w żaden sposób nie możemy się dziwić, że tak a nie inaczej uprawia tę "sztukę" PO czy SLD. Odwołują się do swoich elektoratów, by zdobyć władzę.

Jeśli mówimy o racji stanu, patriotyzmie, rozwoju ojczyzny; duchowym, gospodarczym i społecznym, to nie posługujmy się przykrojoną do współczesności definicją Machiawelego, bo też okaże się, że to były tylko słowne atrapy do przyciągnięcia określonego elektoratu. Efekty takiego „skutecznego osiągania władzy” - to obietnice bez pokrycia i głosowania niezgodne z programem, to oszukiwanie wyborcy, to osiąganie celów w przymierzu z wrogami Polski.

Czy prędzej, czy później wyborca zorientuje się, że potraktowano go jak maszynkę do głosowania, że zrobiono go w konia, że dla polityka nie przedstawia żadnej wartości jako człowiek i obywatel. W konsekwencji głosuje tyłkiem na kanapie na tych, którzy nie mają żadnych celów jak tylko własny interes.

Najdrastyczniejszym przykładem skutków polityki polegającej jedynie na skutecznym osiąganiu celów jest dojście Hitlera i Stalina do władzy. Czy rewolucjoniści z „Płomieni” Brzozowskiego mogli przypuszczać, że ich młodzieńcze marzenia o sprawiedliwości pogrzebią miliony ludzi? Czy pangermaniści głoszący patriotyczne i nacjonalistyczne hasła, mogli przypuszczać, że zawłaszczy je sobie nazizm i wymorduje miliony ludzi?
A jednak stało się to, bo moralność w polityce uzależniono od skuteczności.

Czy członkowie „Solidarności” mogli przypuszczać, że po latach postulaty stoczniowców i program organizacji nazwany zostanie nierealnym marzycielstwem, a ojczyzna będzie zdemolowana gospodarczo i kulturowo przez tych samych, którzy wtedy podkulili ogon?

A stało się tak. Zapomnieliśmy, że nasze pojęcie polityki miało wówczas ludzką twarz. Człowiek i Ojczyzna byli jej podmiotem.

Ale nie tylko krótka pamięć jest naszą winą, to przede wszystkim podporządkowanie doraźnym celom politycznym moralności.

Jeśli chcemy mówić o obronie ojczyzny, jej suwerenności, rozwoju gospodarczym kulturalnym i intelektualnym Polski, jeśli drogie są nam ideały wolności, nie zaczynajmy od niszczenia tego, co jest istotą polityki i co ją odróżnia od układów i mafijnych działań.

Przywróćmy jej klasyczną definicję:
POLITYKA TO DZIAŁANIE DLA WSPÓLNEGO DOBRA
Dopiero po ustaleniu, co jest naszym, Polaków dobrem, możemy dyskutować, jak skutecznie realizować cele i za pomocą jakich metod. Jak daleko wolno nam pójść w politycznym konsensusie.
Nie da się bowiem polityki oddzielić od etyki. Odrzucenie zasad w polityce jest też działaniem moralnym, bo zło i dobro jest pojęciem etycznym. Skuteczność tylko drogą realizacji dobra lub zła.
Zła w polityce mamy już ponad naszą wytrzymałość. Pora teraz na DOBRO.


Post scriptum 1 i 2

Nasze wyobrażenia o polityce i politykach czasem badają socjologowie. Warto im się przyjrzeć. Polecam tu gorąco wykład z 184 audycji Niepoprawnego RadiaPL

http://www.4shared.com/audio/VAXh9IjO/Wyklad-B_Fedyszak-Radziejowska.html
O autorytecie w polityce 22 stycznia 2011 r. w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu na sympozjum naukowym -„Oblicza autorytetu” mówiła dr Fedyszak – Radziejowska.

Jeśli o tym wspominam to nie dla reklamy audycji, bo ona już w archiwum radia i każdy może sobie w dowolnym czasie posłuchać, ale dlatego, że ten wykład może być przyczynkiem do naszej dyskusji o polityce.
Zapewniam, że również nam, mającym w polityce serce po prawej stronie, może nadwyrężyć ugruntowane w nas stereotypy.

I jeszcze jedno: Moja notka nie jest dyskusją z wymową notki Igora, a jedynie z definicją, której użył dla wyjaśnienia. czym jest sprawa polityczna. Na marginesie Jego rozważań mogłam wreszcie powiedzieć, jak rozumiem politykę, a jakoś nie było ku temu okazji. Wyrazić swoją dezaprobatę dla zawężania definicji polityki i ograbiania jej z sensu, który nadała mu już starożytność, a którą tak pięknie nam onegdaj w Gdańsku na Zaspie, w Sejmie i nie tylko tam, wykładał Jan Paweł II