czwartek, 4 czerwca 2009

Mój symbol 4 czerwca 1989 r.


Rocznica wyborów kontraktowych po raz pierwszy odbywa się zgodnie z prawdą historyczną. Świętują ci, którzy odnieśli zwycięstwo. Czy Lech Wałęsa, Donald Tusk,  Waldemar Pawlak mają powody, by nie cieszyć się? Rozumiem ich radość i rozumiem ich świętowanie.
 
A dlaczego ja nie świętuję?
 
Wytłumaczę to na prostym przykładzie, ale przedtem garść wspomnień.
 
Byłam wtedy z ramienia „Solidarności” w Gminnym Komitecie  Wyborczym, Brałam udział w kampanii wyborczej. I wiem jak to było. W moim domu TVP Gdańsk nagrywała wywiady z kandydatami na posłów: Grażyną Langowską, Zenonem Złakowskim, Erwinem Krukiem, Józefem Lubienieckim i  Antonim Jutrzenka – Trzebiatowskim.
 
Moi synowie, małe brzdące z umorusanymi buziami i rozwichrzonymi jak konopie włosami, biegali wśród operatorów z dużymi znaczkami Jana Pawła II. Gdzieś tam zapewne w archiwach są jeszcze nakręcone z nimi zdjęcia. Na ruskich rowerach w wiklinowych koszyczkach jeździli z nami, pomagali naklejać plakaty.
 
Pamiętam spotkanie wyborcze w auli WSP w Olsztynie. Pamiętam łzy w oczach zebranych, kiedy olsztyński bard, śpiewający pod pseudonimem NN Gdańsk w stanie wojennym -Władysław Walec śpiewał balladę „Abolicja”.
„A pan nam dziś raczył  przebaczyć… a panu, daj Boże, niech przebaczy Polska…”
Dedykował ją wtedy Włodkowi Kałdzińskiemu, zmaltretowanemu przez milicję w ośrodku dla internowanych w Kwidzyniu.
 
Nie zapomniałam też widoku gromadki miejscowych ormowców pod naszymi oknami dzień przed wyborami, pijących piwsko i bacznie notujących, kto do nas przyjeżdża i co z sobą zabiera.
Czasem zastanawiam się też czy przetrwała pod kapliczką wkopana butelka z kartką  dla potomnych – „Vive le Walesa” . Tak, tak, takimi sentymentalnymi idiotami byliśmy, nie da się ukryć. ;)
 
Widzę jeszcze siebie  wśród przyjaciół, stojącą na maleńkim, zbitym z desek, podwyższeniu na Starym Mieście w Olsztynie. Widzę ten ogromny tłum śpiewający razem z nami „Żeby Polska była Polską” i te wyciągnięte w znaku zwycięstwa palce.
 
A potem  śpiew i radość o 5 rano na ulicy Dąbrowszczaków pod siedzibą „Solidarności”. Zwyciężyliśmy! Wygraliśmy!
 
 
Wiem , jakie było do mnie i do moich przyjaciół zaufanie. Dopilnowaliśmy wszystkiego, by głosy policzone były uczciwie, by nikt do urn nie wrzucił dodatkowych kart, by protokoły nienaruszone trafiły do województwa. Robiliśmy to wszystko z oddaniem nie licząc się ani z czasem, ani z pieniędzmi. Tak było w każdej gminie, tak było w każdym komitecie.
Obudziliśmy się z wojennego snu i mieliśmy poczucie, że dobrze wykonaliśmy swoją pracę.
Chciało się znowu żyć, chciało się pracować.
 
Czy mogłam wówczas przypuszczać, że 20 lat później bard olsztyński ostatecznie zdecyduje się na wystąpienie z „Solidarności”, która już od dawna nie była jego, ale tak przez sentyment i na złość komuchom wciąż w niej tkwił?
 
Czy mogłam wówczas myśleć, że dziś nie będę świętować?
Nawet w najczarnieszych snach nie dopuszczałam do siebie myśli, że symbolem tamtych dni stanie się dla mnie pułkownik pytający mnie z przerażeniem w oczach – To jak to będzie? Mniejszość będzie rządziłą większością?
A kilka dni później ten sam bezradny strach widziałam w oczach ormowca, który przegrał w komisji zakład o liczbę głosów na Biczysko. Nawet jego własna rodzina zawiodła i nie głosowała na tego pana.
Ten sam ormowiec dziś jest dyrektorem gminnego banku   i czasem łaskawie sponsoruje zdezelowane zabawki na placu zabaw w mojej wiosce.
Kiedy go widzę, myślę sobie, że to właśnie on jest najbardziej spektakularnym symbolem zwycięstwa 4 czerwca 1989r. To on ma co świętować i czym się cieszyć.
Rozumiem, że nie o takie wspomnienia na wielkie billboardy chodziło Igorowi Janke. Nic na to nie poradzę, kłamać nie będę, świętować też.
 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza