środa, 17 kwietnia 2013

O czym poinformował Polaków Paweł Graś

Ostatnio mamy wysyp wiadomości, które z powodzeniem zastępują poranną kawę. Każą usiąść i wziąć głęboki oddech, bo może się okazać, że człek nie wytrzyma i rzuci czym ciężkim.
W chaosie dezinformacji i propagandy serwowane są nam informacje oznaczające już nie tylko oszustwa rządzących, afery i korupcję, ale świadczące o braku panowania rządu nad bezpieczeństwem kraju.

Można rewelacje dotyczące podpisania memorandum przez EuRoPol Gaz i Gazprom traktować jako prowokację, można treść tego memorandum lekceważyć, ale nie można w żaden sposób machnąć ręką na brak wiedzy na ten temat premiera polskiego rządu.
Żenujące - Muszę to sprawdzić. Ja nic nie wiem – Donalda Tuska jest kolejną odsłoną braku jego kompetencji i potwierdzeniem, że tak naprawdę nie on rządzi w Polsce, że jest jedynie piarowską kukiełką. To wiemy jednak już od dawna.
Owszem, nawet media powiadomiły Polaków, że premier tradycyjnie, jak na wodza przystało, wściekł się i zażądał wyjaśnień, ale naprawdę ciekawe jest to, co z tego wynikło.

Oto najświeższy poranny news portali propagondowych:

„Na biurko Donalda Tuska trafił już raport szefa MSW na temat okoliczności podpisania memorandum przez EuRoPol Gaz i Gazprom. - Ten dokument liczy kilka, kilkanaście stron. Najdalej dziś wieczorem premier się z nim zapozna. Kiedy tylko znajdzie moment w napiętym kalendarzu, to podzieli się z państwem refleksjami. Wtedy dowiemy się, czy wiązać się z nim będą jakieś decyzje, w tym personalne. Odrobinę cierpliwości - mówił w programie "Jeden na jeden" w TVN 24 Paweł Graś.
Nie wiem jak inni, ale ja słuchając Grasia, zapowietrzyłam się z wrażenia. Kilka zdań, a jakże brzemiennych w ważne informacje.

Po pierwsze – albo MSW nie ma żadnej wiedzy, albo obowiązku informowania premiera rządu o istotnych dla bezpieczeństwa kraju przedsięwzięciach strategicznych firm. Należałoby wobec tego pytać, czy w ogóle dowiedziałby się o memorandum Donald Tusk, gdyby rosyjskie media nie poinformowały o tym, że spółki GazpromExport oraz EuroPolGaz podpisały memorandum w sprawie gazociągu Jamał II przez terytorium Polski dla ominięcia Ukrainy podobno w listopadzie ubiegłego roku.

Po drugie – prawdziwym szokiem może być tempo sporządzenia raportu przez MSW. Informacja rosyjskich mediów to 5 kwietnia. Sporządzenie polskiego raportu zajęło MSZ 12 dni. Komentarz tu zbędny. Samo zestawienie dat budzi grozę.

Ale nie to powinno nas przerazić, w każdym bądź razie nie tylko to. Raport ten nie powstał dlatego, że premier poczuł nagle wagę problemu i zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa. Można bowiem zapytać się, ile jeszcze takich dokumentów podpisały firmy przy aprobacie koalicjanta PSL, które narażają Polskę na ingerencję obcych państw bez wiedzy premiera polskiego rządu ?
Przerazić powinna nas wypowiedź rzecznika rządu, który całą tę sprawę przedstawia w kategorii spraw nieistotnych, na które może premier znajdzie czas i podzieli się w nawale obowiązków swoimi refleksjami z Polakami. Może nawet dowiemy się, kto położy głowę za… no właśnie za co? Za narażenie bezpieczeństwa Polski czy nadszarpnięcie wizerunku Donalda Tuska?
Z całą pewnością nie dowiemy się jednak, co zamierza w tej sprawie postanowić polski rząd, aby Putin za pomocą Gazpromu i EuRoPol Gazu nie czynił z naszego kraju korytarza tranzytowego bez wiedzy i zgody Polski.

______________________________________

W wersji audio możesz słuchać:

http://niepoprawneradio.pl/

Ps.

A tu pojawiła się dziś lektura do tematu obowiązkowa
Operacja: Gazprom Polska SA

czwartek, 21 marca 2013

Czego potrzebuje polska szkoła? – myśli kilka starego belfra

Przyznam, że łatwiej byłoby mi odpowiedzieć na pytanie - Czego nie potrzebuje polska szkoła?
Na pewno nie potrzebuje ingerencji partii rządzących. Politycy przychodzą, starają się przypodobać swojej partii, wykorzystać szkołę do marketingu politycznego i odchodzą, nierzadko pozostawiają po sobie zgliszcza obowiązującego systemu, zastraszonych nauczycieli, zdezorientowanych rodziców i uczniów.

Ale myli się ten, kto uważa, że podporządkowanie szkoły formacjom politycznym jest tylko przypadłością Polski.To zadanie długofalowej polityki europejskiej; wychować nowe pokolenie, ulepić je do swoich politycznych celów.
Nasze zarzuty wobec ekipy Katarzyny Hall, a teraz Krystyny Szumilas, są niczym skarga wiejskich kobiet na nauczyciela w Owczarach do wizytatora Jaczmieniewa. One miały pretensje, że Wiechowski uczy dzieci po rosyjsku, a ten nie tylko, że go nie pozbawił posady, ale przeprosił za pomyłkę w ocenie pracy i podwyższył pensję. Miała być klęska, a było świętowanie sukcesu.
Nomen omen, to samo czeka PO i Tuska, jeśli nie zaczniemy myśleć i widzieć problemy polskie na tle całej unijnej polityki.
To, co w oczach świadomych wynaradawiania Polaków jest zbrodnią rządu Donalda Tuska, stanowi dla niego gwarancję, że urzędasy Brukseli będą robić wszystko, aby ten rząd przetrwał.

Czy wobec tego jest szansa, aby szkoła służyła Polsce a nie partiom? Jak to zrobić, jak mądrze poukładać, naprawić to, co kolejne ekipy MEN zniszczyły, ulepszyć to, co zostało zrobione dobrze? Gdzie jest granica zmian, na które powinniśmy się godzić, a które różnymi metodami blokować?
Obawiam się, że głodówki ludzi świadomych zagrożeń tu nie pomogą, w każdym razie nie wystarczą.
Niewątpliwie potrzebna jest głośna narodowa debata o stanie polskiej oświaty i o tym, jaki jej system powinien obowiązywać. Debata, ale nie taka, jaką do tej pory fundowano nam; a to przy prezydencie, a to w komisjach sejmowych, partyjnych czy związkowych. I nie od góry do dołu a odwrotnie, od dołu do góry. Wbrew pozorom szkoły mają solidne fundamenty, na których mogą się oprzeć w diagnozie stanu polskiej oświaty, ale to odrębny temat i nie na jedno blogowe rozmyślanie.
Po takiej debacie, określonej ramami czasu i tematów, co jest niezbędne, by dzieciom naszym w międzyczasie wąsy nie porosły, rodzice dziadkami się nie stali, a nauczyciele zamiast stabilnej państwowej polityki oświatowej nie doczekali się emerytury, można przystąpić do opracowania zmian systemowych.
Naprawa polskiej szkoły jest wciąż możliwa pod jednym wszakże warunkiem, że zahamujemy wybiórczy, stopniowy proces demontażu całego systemu publicznego szkolnictwa, który szumnie raz po raz nazywany jest reformą.
Przed zabraniem głosu w dyskusji pora jednak wreszcie zaznajomić się z prawem oświatowym, zajrzeć przynajmniej do Ustawy o systemu oświaty. Mimo całej jej ułomności, niekorzystnych, ideologią podyktowanych, zmian, możemy dzięki niej bronić szkoły przed partyjnymi szkodliwymi reformami, wiedzieć, jak im przeciwdziałać w ramach obowiązującego prawa. Jak zapobiegać niekorzystnym nieustannym sejmowym nowelizacjom.
Jest tylko jeden mały problem. Nie znamy jej ani innych branżowych przepisów. Zamiast tego kupujemy papki, które przygotowują nam do dyskusji prorządowe media.
Jednym z takich tematów jest nieustanne drążenie potrzeby likwidacji Karty Nauczyciela. Szczucie na nauczycieli nierobów, którzy nic tylko byczą się i żądają podwyżek.
Tymczasem jej likwidacja to otwarte wrota do przejęcia szkoły przez rządzące ekipy partyjne.
Niewiele zostało już w tym dokumencie z nauczycielskich przywilejów, właściwie już tylko krok do całkowitego pogrzebania Karty Nauczyciela.
Nie, nie będę tu przekonywać nikogo, że obrona Karty Nauczyciela to ostatnia reduta niezależności nauczyciela i wychowawcy od partyjnych ekip na poziomie gminy i państwa, choć jestem o tym głęboko przekonana. Przypomnę tylko, że wbrew intencjom władz PRL Karta Nauczyciela obroniła niejednego dobrego nauczyciela, który nie podobał się I sekretarzowi POP. Tego oczywiście nie zaplanowała komunistyczna władza, ale tak jej jakoś wyszło. Fakt, obroniła też i złych nauczycieli, ale problem nie tkwił w Karcie, a w kryteriach i sposobach mianowania.

A jak jest teraz? Moja diagnoza brzmi:

Rząd chce rękoma samorządów zlikwidować mianowanie nauczycieli. Chce, aby płace dyktował tzw. rynek, choć jest konstytucyjnie zobowiązany do utrzymania z naszych podatków oświaty. Tym zamiarom służy obcinanie subwencji przy jednoczesnym trzymaniu w garści celowych dotacji inwestycyjnych.
I zapewniam, że w ten sposób zawołanie - mierny ale wierny - nabierze ostatecznych realnych kształtów i całkowicie podporządkuje oświatę partiom, klikom i układom tak, jak to się stało w przypadku powoływania w drodze konkursu dyrektorów szkół i placówek oświatowych.
Będziesz chciał dobrego, wykształconego nauczyciela dla swoich dzieci? To zapłacisz. A jak nie będzie cię stać, wyślesz do szkoły publicznej, gdzie budżet gminy i układy będą decydować o jakości nauczania.
Tylko naiwny może sądzić, że to wyborcy będą weryfikować jakość świadczonych usług.
Być może tego oczekuje społeczeństwo. Może nie chce narodowej oświaty, państwa, być może taki model większości odpowiada?
Wierzę, że nie, ale cóż nam będzie po wiedzy, czego oczekują Polacy, jeśli ani zmieniać, ani ratować już nie będzie czego?

Polskiej oświacie potrzeba mądrych decyzji całościowych, systemu, który nie będzie zmieniał się wraz z wyborami, który zapewni polskiej szkole czas dłuższy niż jedna kadencja sejmu. Warto o tym pamiętać, zanim w kampanii wyborczej będziemy słuchać, jakie to cudowne lekarstwa mają partie do zaofiarowania rodzicom, szkołom i samorządom.

Z tymi myślami pozostawia gości bloga i słuchaczy niepoprawnego radia pl
mama Katarzyna

______________________________________

W wersji audio możesz słuchać:

http://niepoprawneradio.pl/

czwartek, 14 marca 2013

Genderowe imiona jak protezy prącia

Ideologia "gender" sobie - rzeczywistość sobie

Nie, nie przestałam myśleć, ani rozmyślać. Wciąż myślenie ma przyszłość, choć staje się coraz bardziej niebezpieczne, a zdrowy rozsądek nie chce ulec systematycznemu rozpadowi.
W dodatku nie wiem czy jest to przypadłość tylko moja, czy może jestem na szarym końcu, a inni postąpili już krok naprzód, wpadli w krasową rozpadlinę i stamtąd wrzeszczą, abym przyłączyła się do nich.
Jakoś od dłuższego czasu nie dociera do mnie z prorządowego szkła kontaktowego, eteru i Internetu nic poza bełkotem propagandy sukcesu i tabloidowych rewelacji. Ogłuchłam i oślepłam? Mam wrażenie, że nikt już nie chce mnie rzetelnie informować, nikt nie prostuje kłamstw i nikt nie ma zamiaru mnie do niczego przekonywać.

Tytuły piarowskich doniesień ustalają, widać, wynajęci w ramach praktyki i stażu młodzi przyszli emigranci. Pisane młodzieżowym slangiem w stylu - chcą dowalić rządowi, ale jesteśmy gotowi – ujmują lat z utrudzonego demontażem Polski, grzbietu premiera.
Jednym słowem, jest może i o czym rozmyślać przy zmywaku, ale po co, skoro wpadają do niego pomyje?

No i zmywak się zapchał. Pomna przestróg prof. Zybertowicza uznałam, że nie tylko nie wiem, ile ma on pieniędzy w swoim portfelu (bo niby skąd miałabym wiedzieć), ale nie wiem też, co naprawdę dzieje się w polityce, gdzie powinnam szukać informacji, komu zaufać, kto przestrzega, informuje, a kto wkłada kij w mrowisko, byśmy sobie oczy i rozum kwasem mrówczym wypalili?

Dziś chyba nastąpił przełom, poddałam się emocjom ideowej awangardy Europy i świata. Zanurzyłam się w odmęt owych ideologicznych pomyj.

Śnieg i mróz za oknem, choć tydzień temu lecący nad łąkami żuraw głośno obwieszczał, że za nim podąża wiosna.
Prysznic, gorąca kawa i można zajrzeć do Internetu. A tam co? Postęp wypalający mózg bije po oczach. Wreszcie! Koniec Jasiów, Małgosiów, Klaudynek. Wreszcie mój wnuk/wnuka/wnuko będzie mógł/ mogła/ mogło mieć na imię serdelek/ serdelka, serdelko i jak tam jeszcze sobie kto wymyśli. Pomysły na genderowe imiona zapewne dostarczy nam bogaty repertuar seriali.
Nawet się cieszę, że przy tej okazji może będę miała szansę umrzeć bez tysięcznej powtórki opowieści o bohaterskiej załodze Rudego i ich psa oraz Hansa Klossa. Staną się bowiem niepoprawni płciowo, to rzecz pewna.
Uczniowie też odetchną, bo w ramach ideologicznej poprawności zostanie zlikwidowana fleksja w języku polskim. A kysz, deklinacje i koniugacje!
Nijak nie mogę sobie jeszcze wyobrazić, jak będą wymawiane i pisane imiona i nazwiska miłościwie nam panujących, ale skoro można już przyszyć impotentowi protezę prącia, to jaki problem może dla wynalazców stanowić gramatyka podporządkowana nowo – lewicowej hermeneutyce? Żaden!
Znajdzie się sposób i na mnie, niepoprawnie zmywającą, nie rozumiejącą, że zmiany są nieuchronne, a opór mojego zdrowego rozsądku na nic się nie zda.

No cóż, sama nic na to nie poradzę, że moja logika podpowiada mi staroświeckie pytania. Jest ich wiele, ale zadam tylko kilka tych najprostszych. Jak powinnam w przyszłości odpowiedzieć na pytanie wnuk-?
- Czy jak pieskowi przyszyją kopyta , to stanie się koniem?
Jaką odpowiedź mam przyszykować dorastającej/ dorastającemu wnuk-?
- Dlaczego można leczyć impotenta, a nie wolno leczyć homoseksualisty?
- Skoro można wybrać płeć, to dlaczego nie wolno lesbijce pójść do terapeuty, by stać się prawdziwą kobietą, skoro tego chce?
- Czy każdy gej to homoseksualista, a każda lesbijka to lewicowa feministka? Jak rozpoznać czy gej, lesbijka nie są farbowanymi lisami?
I może jeszcze jedno pytanie, które, tak mi się zdaje, jest istotą wariacji genderowych.
- Czy jak mój wnuk dorośnie i zapragnie zmienić imię z Serdelk na Jasia, to będzie mu wolno?

Z tym pytaniem pozostawia swoich czytelników i słuchaczy Niepoprawnego Radia Pl mama Katarzyna… jeszcze na szczęście nie mam- Katarz-, chociaż nigdy nic nie wiadomo…

______________________________________

W wersji audio możesz słuchać:

http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 30 grudnia 2012

Każdy naród ma swoją Erikę Steinbach

Społeczność ukraińska oczekuje uchwalenia przez Sejm uchwały potępiającej akcję "Wisła" – przypomniały portale internetowe 28 grudnia.
Projekt uchwały potępiającej akcję "Wisła" i uznającej ją za naruszenie podstawowych praw człowieka złożony został w Sejmie. Poparła go 6 grudnia sejmowa Komisja Mniejszości Narodowych i Etnicznych mimo licznych protestów organizacji kresowych, których członkowie doskonale pamiętają przyczyny przesiedlenia Ukraińców z południowo wschodnich terenów Polski. Sprawozdanie komisji w tej sprawie będzie prezentowane podczas obrad Sejmu 3 stycznia.

Nie wiem czy społeczność ukraińska oczekuje potępienia, bo w większości cieszyła się z tego przesiedlenia i ma się całkiem dobrze. Ma kościoły, szkoły, gospodarstwa na własność, możliwość zrzeszania się, swoją reprezentację w urzędach, samorządach, Sejmie.
Urzędy, szkoły, uczelnie pokorniutko na ich żądanie odwołują sympozja upamiętniające ludobójstwo na Kresach. Nawet księża, w tym biskupi, niechętnie wspierają środowiska kresowe w tym względzie, by nie zadrażniać itd. Nigdy Ukraińcy nie cieszyli się takimi przywilejami w PRL, choć wielu z nich wysługiwało się komunie z gorliwością.

Ale wiem na pewno, że podejmują ten temat mimo licznych kombatanckich protestów ukraińscy posłowie i ci, którzy na grzbietach przesiedlonych zamierzają dostać się do Sejmu. Przypomina to do złudzenia działania Eryki Steinbach.

Naszą Eriką jest poseł Miron Sycz, przewodniczący Komisja Mniejszości Narodowych i Etnicznych i inicjator haniebnej uchwały, która urąga prawdzie historycznej.

Niewieloma decyzjami tak powszechnie akceptowanymi przez umęczonych wojną Polaków może się pochwalić PRL. Ta decyzja była konieczna, by przeciąć szaleństwo zbrodni banderowców na ludności polskiej. Za jej przeprowadzenie odpowiedzialni są zbrodniarze, z których dziś Miron Sycz a wraz z nim ukraińscy nacjonaliści robią bohaterów.

Wyciąganie tego tematu przy konsekwentnym pomijaniu zbrodni OUN UPA, czczeniu rezunów spod znaku nazisty Doncowa, jest cynicznym rozpalaniem emocji i podziałów.
Bo jak porównać mordowanie dzieci, starców, kobiet, palenie wsi, kościołów razem z wiernymi, do akcji wysiedlenia ludności, by zapobiec dalszym walkom?

To oczywiste, że ta uchwała wzbudza emocje, gniew i żal. I o to w tym wszystkim chodzi. Synowie rezunów wiedzą, co robią. Dzięki tym emocjom Miron Sycz może wciąż być posłem. Pokolenie Ukraińców, które wie, dlaczego została przeprowadzona akcja przesiedlenia, powoli wymiera. Młodych Ukraińców szczelnie odgradza środowisko od wiedzy na ten temat. Nie dostarczają jej również lekcje historii. Trwa więc w najlepsze zamiana ról; kat staje się ofiarą. Ofiary płacą podatki, by poseł Sycz i jemu podobni mogli bezkarnie czynić ich katami. To już nie rozliczanie przeszłości, to polityczna hucpa.

Dzban wodę nosi, dopóki ucho się nie urwie. Powinni sobie z tego zdawać sprawę zwykli Ukraińcy, którym w Polsce wskutek przywilejów żyje się niejednokrotnie o wiele lepiej niż polskim kombatantom. Nie każdy bowiem zdaje sobie sprawę, że prowadzona jest cyniczna gra na tragicznych losach obu narodów. Znajcie umiar, kochani Ukraińcy, warto. Bo co będzie dalej działo się, jak miarka się przebierze i zaczniemy szukać i rozliczać banderowców i ich wyznawców wciąż żyjących w Polsce?
Jakoś nikt do tej pory nie przeprosił mojej rodziny za tułaczą poniewierkę, za to, że nie dane jej żyć w Tarnopolu, a prochy jej przodków dawno rozwiał wiatr po zaoranym cmentarzu.
Może pora zacząć skutecznie żądać nie tylko przeprosin, skoro Miron Sycz je polski chleb, ale nie umie go uszanować?

______________________________________

W wersji audio możesz słuchać:

http://niepoprawneradio.pl/

czwartek, 29 listopada 2012

„Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj…”

W moim domu chleb napoczynał ojciec. Nożem czynił na bochenku znak krzyża i dopiero kroił.
Kiedy przypadkiem kromka wyśliznęła się z rąk, trzeba ją było szybko podnieść i z szacunkiem pocałować. Zwykle towarzyszyła temu matczyna przestroga. - Szanuj, bo może ci go zabraknąć.

W dziecięcą głowę mocno zapadła opowieść o ludziach zamkniętych w bydlęcych wagonach, błagających przez prostokątne małe otwory o chleb. Za kromkę płacili złotymi obrączkami, ale nikt im chleba nie podawał, bo go brakowało go wszystkim i po obrączki też nikt nie sięgał. Złoto nie miało wartości. Bydlęce wagony odjeżdżały w syberyjską tajgę po drodze wypluwając z siebie zagłodzone dziecięce ciałka.

Może dlatego właśnie, że nigdy nie udało mi się obrazy te wyrzucić z pamięci, szokiem dla mnie było wysypywanie w 2002 r. zboża na stacji rozładunkowej PKP na Żeraniu przez szefa i członków Samoobrony; Leppera, Filipka i Budnera w proteście przeciwko importowi ziarna, gdy polskie zboża zalegały chłopskie stodoły.
Na zdjęciu przypominają oni bardziej urzędników, którzy przyszli sprawdzać jakość zboża, niż protestujących chłopów. A i proces ślimaczył się przez lata i bardziej przypominał bat na polityków niż karę wymierzoną przez sprawiedliwy sąd za niszczenie owoców ludzkiej pracy. Na zasądzenie 25 tys. zł grzywny polski wymiar sprawiedliwości potrzebował aż, bez mała, siedmiu lat.

Dlaczego dziś to wspominam? Bo wczoraj mogłam oglądać, jak protestujący w Brukseli producenci mleka „ zmywali” nim gmach Parlamentu Europejskiego.
Tysiące litrów życiodajnego płynu, które w mądrości swej podarował człowiekowi Stwórca Nieba i Ziemi, aby długo żył i dobrze mu się powodziło, lało się strumieniami na urzędnicze okna, mundury i tarcze policji. Jak na ironię, a może ku przestrodze, na jednym z portali pojawiło się znowu pamiętne zdjęcie wycieńczonego z głodu dziecka, na śmierć którego czeka cierpliwie równie głodny sęp, a syty jest tylko fotograf…

Nie znam się na produkcji mleka. To, sprzedawane w kartonach, mające wielomiesięczne gwarancje trwałości, w niczym nie przypomina smaku mleka z dzieciństwa. Nie słyszę też już od wielu, wielu lat skrzypiących kół wozu i pobrzękujących na nim baniek z mlekiem. Mój sąsiad, warmiński chłop z dziada pradziada, też już na niebieskich łąkach. Po mleko nie biegam do niego, ale kupuję w miejskim supermarkecie. Cena jego jest bliska puszce piwa, a w moim wiejskim sklepie nawet ją przekracza. Nie wiem dlaczego tak jest, nie wiem dlaczego produkcja mleka jest nieopłacalna, nie wiem też jak rozwiązać ten węzeł gordyjski, który zasupłała socjalistyczna gospodarka UE. Ale nie mam wątpliwości, że wylewanie go na brukselski bruk nie jest żadnym rozwiązaniem problemu.

Może trzeba zacząć od podstaw, od kreślenia znaku krzyża na bochenku chleba? A może trzeba zapytać o szacunek dla pokarmu buddyjskiego mnicha?
Kilka miesięcy temu oglądałam film dokumentalny, historię życia Paldena Gjaco (dpal ldan rgya mtsho), tybetańskiego mnicha buddyjskiego, który w chińskich więzieniach spędził ponad 30 lat.
Dzięki modlitwie i niezwykle silnemu organizmowi, zahartowanemu w surowym klimacie, udało mu się nie tylko przeżyć tortury chińskiego okupanta, ale uciec przez niebotyczne góry Tybetu do Indii. Historia niezwykła, ale ja nie o tym dziś myślę.
W filmie jest fragment pokazujący ubogą izdebkę mnicha w indyjskim domu. Rankiem po stromych schodach schodzi, bo u bramy mleczarz pozostawił butelkę mleka. Wraca do mieszkania, wylewa mleko do garnka, do butelki wlewa wodę, opłukuje szklane ścianki i uzupełnia nią podgrzewane na kuchence mleko. Robi to dokładnie, z namaszczeniem, w skupieniu, w którym kryje się szacunek dla pożywienia.
Nauczyła go tego szacunku wiara i życie klasztorne czy głód w chińskich więzieniach? O to trzeba by było zapytać samego Paldena Gjaco, a może głodnego bezdomnego z europejskich ulic, miejskich kanałów i ruin pustostanów?

Czy są oni jeszcze w stanie sytych Europejczyków nauczyć szacunku dla chleba, którego mamy dziś w nadmiarze, ale jutro nawet sztaby złota mogą nam go nie zapewnić?

______________________________________

W wersji audio możesz słuchać:

http://niepoprawneradio.pl/

środa, 21 listopada 2012

Strach władzy

Środa, 21 listopada 2012 r. Jaki obowiązuje przekaz medialny dnia? Nad czym pracowali nocną porą dziennikarze? Nikt nie może mieć wątpliwości. Tego dnia od poranka obowiązuje narracja na temat aresztowania Katarzyny W. oraz niedoszłego zamachowca Brunona K. Nieważne, że szlag ludzi trafia, bo ile można, nieważne, że śmieją się z 4 ton trotylu, który podobno został zebrany z niewybuchów dla uśmiercenia sejmu a w nim prezydenta. Nie ma to znaczenia; to są obowiązujące newsy przekazu medialnego. Po co, skoro wszyscy mają dość, a niektórzy co najwyżej kabaret z tego urządzają?

Siła totalitarnej narracji, a takie ma ona dziś w osobach odpowiedzialnych za jej treść i metodach przekazywania źródło, polega nie na półprawdach, niedopowiedzeniach czy fałszywej interpretacji, ale na bombardowaniu, molestowaniu psychicznym odbiorcy kłamstwem.
Masz do wyboru; albo uznasz, że ten przekaz jest ważny i podejmiesz narrację w autobusie, windzie, przy porannej kawie w biurze, w czasie przerwy śniadaniowej na budowie, w sklepie, albo wściekniesz się i wyłączysz wszystkie odbiorniki przekazu, nawet Internet.
I o to chodzi.Jeśli masz na tyle zdrowego rozsądku, że szlag cię trafia, gdy wtłaczają ci bezczelne kłamstwa, a z głowy twojej robią śmietnisko piarowskiej kroniki kryminalnej, to nadzieja w tym, że wściekłość twoja będzie na tyle wielka, aby wyciąć swój umysł i swoje działanie od spraw naprawdę istotnych, które chcą za wszelką cenę być ukryte przed tobą coraz to bardziej wymyślnymi i absurdalnymi przekazami medialnymi.

Co może być istotniejszego dziś od zakopanych głęboko nawet w googlach informacji o pakcie fiskalnym, na który rząd polski bez zastrzeżeń zgadza się? Zastrzeżenia mają Brytyjczycy i Czesi, poważne wątpliwości zarówno lewica jak i prawica we Francji. I tylko polski rząd nie miał żadnych dylematów.
Podczas, gdy najtęższe tuzy dziennikarskie rozpatrywały wiarygodność wtorkowych doniesień Bruno – show, rząd Tuska przyjął uchwałę w sprawie paktu fiskalnego UE, o czym jakoś zapomniały donieść na pierwszych stronach media wiodące.
Teraz Tusk pokornie będzie prosił o jej ratyfikację przez polski parlament.
Nieważne, że w istocie jest to zrzeczenie się suwerenności państwa polskiego, nieważne, że zostanie pominięta wbrew konstytucji ścieżka legislacyjna, nieważne, że w takich jak te sprawach powinniśmy być jako naród i obywatele państwa, którzy utrzymują ten rząd i parlament, szeroko informowani. Nie ma to znaczenia.
Nawet jeśli będzie wielki sprzeciw, to i tak rząd przy pomocy koalicyjnej maszynki do głosowania przeprowadzi ratyfikację paktu fiskalnego.

Sądząc po ilości odrzucanych przez TK ustaw, które, przyjęte głosami koalicji, okazały się niezgodne z prawem, i ta ratyfikacja przy determinacji opozycji może okazać się niezgodną z polską konstytucją.
Dlaczego więc z takim uporem rząd forsuje uchwałę urągającą praworządności?
Wielu skłonnych jest twierdzić, że to UE na rządzie wymusza obejście polskiego prawa na zasadzie: I co nam zrobicie? Nasze dyrektywy są ważniejsze.
Przyjęcie w praktyce możliwości uprawy bez ograniczeń GMO, czy choćby lekceważenie opinii Europejskiej Federacji Dziennikarzy w sprawie nacisków władzy na dziennikarzy „Rzeczpospolitej”, by wspomnieć tylko te ostatnie wiadomości, każe mi tę wygodną dla władzy teorię odrzucić.
Jak na razie mam tylko jedno wytłumaczenie absurdalnej sytuacji, kiedy polski rząd i koalicja PO – PSL przy wsparciu Ruchu Palikota czy SLD forsuje rozwiązania prawne łamiące polską konstytucję i działające wbrew polskiej racji stanu.
Nachalne promowanie prawa i działania wbrew opinii społecznej, nawet za cenę utraty części elektoratu, jak podwyższenie wieku emerytalnego, finansowanie z budżetu in vitro, obrona aborcji eugenicznej, wojna z Kościołem, z wiarą, tradycyjną rodziną, pakt fiskalny, który zarżnie nas finansowo i pozbawi resztek suwerenności, zaciąganie długów bez możliwości ich spłaty, GMO - to nawet nie nacisk ideologów UE, to nie wyznawana przez Tuska ideologia. To tylko biznes różnych grup oligarchów mających przełożenie na unijnych urzędników i polskich polityków, uleganie którym ma zagwarantować Tuskowi awans w UE.
Nie od dziś wiadomo, że z utęsknieniem na niego czeka. Dla tego awansu poświęcił również śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej, by rosyjska agentura wpływu, jak niegdyś Kwaśniewskiemu, nie zagroziła wetem w jego obiecanej realizacji.

Prawda o tej władzy jest banalnie prosta.

Jesteśmy dla partii, dla samego premiera jedynie trampoliną, na której aż do zniszczenia będzie się odbijać, by zapewnić sobie karierę polityczną w Unii zgodnie z maksymą, którą nie tak dawno w jednym z wywiadów buńczucznie wygłosił: władzę ma ten, kto ją sobie bierze.
To dla tej władzy wszystkie polskie instytucje od rządu, parlamentu, wymiaru sprawiedliwości, ABW po SANEPID są dyspozycyjne, gotowe wziąć udział w każdej, nawet najbardziej absurdalnej i kosztownej narracji.
To dla tej władzy media rządowe każdego dnia pokornie podejmują przekaz dnia zapominając o swojej misji patrzenia jej na ręce.
To dla jej zdobycia przez garstkę tych, co mają nas w tyłku pogardzając nami, nie dyskutujemy dziś o pakcie fiskalnym a o Katarzynie W. i Brunonie K.
Jest w tym wszystkim jednak i dobra wiadomość. Wbrew temu, co się nam próbuje wmawiać, nie jesteśmy bezsilni. Nakład pracy, pieniędzy armii wykonawców piarowskich, propagandowych zadań są dowodem, że władza po prostu boi się nas. Nie strzela się przecież z armaty do wróbla. Tymczasem zagłuszarki propagandowe pracują coraz intensywniej i coraz głośniej.
Nie bójmy się władzy, bo to ona coraz bardziej boi się nas.

__________________________________________________

Rząd prosi Sejm o ratyfikację paktu fiskalnego

Pakt fiskalny odbiera suwerenność finansową

Sejm uchwalił ustawę pozwalającą na obrót nasionami GMO

Rząd sprzedał rolników

Europejska Federacja Dziennikarzy

Tusk:Władzę ma ten, kto ją sobie bierze

czwartek, 25 października 2012

Trwa oswajanie z eugeniką

Od pamiętnej wypowiedzi marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego na temat in vitro minie za kilka miesięcy 3 lata. Przypomnijmy:

- Refundacja powinna być, gdy jest szansa, że się urodzą dzieci zdrowe i będą dobrze wychowane, na dobrych obywateli - mówił marszałek.
To wtedy do Polaka popijającego przysłowiowe piwko w kapciach przed szkłem kontaktowym dotarł termin „eugenika”.

Oburzeniu nie było końca. Powiało grozą. Marszałek Sejmu jest za eugeniką! Ówczesny kandydat na prezydenta, Radosław Sikorski w rozmowie z dziennikarzami powiedział:
- zawiało eugeniką i jeszcze kilkoma innymi nieładnymi rzeczami.
W końcu jednak wypowiedź marszałka uznano jedynie za niefortunną, a jej wymowę wyciszono.
Przy okazji jednak wyszło parę innych nieciekawych informacji. Okazało się, że eugenika nie jest li tylko historią państwa hitlerowskiego, że ona wciąż jest stosowana.
Film Grzegorza Brauna „Eugenika” wywołał wstrząs. Pokazał, że ideologia stworzona w XIX wieku przez Francisa Galtona, była stosowana nie tylko w Niemczech.
Reżyser ukazuje jak elity Zachodu zbudowały intelektualne fundamenty masowej zagłady i jak współcześnie eugenika jest kontynuowana przez genetyków.

Co się zmieniło?

Od premiery tego dokumentu minęło niespełna 2 lata, od wypowiedzi byłego marszałka Sejmu, a obecnego prezydenta, który cieszy się nie słabnącym poparciem społecznym, jak głoszą słupki sondażowe, niespełna trzy lata. Co się zmieniło? Dziś termin eugenika nie budzi już emocji, wszedł na stałe do słownika medialnego i politycznego.
News typu: „ zakaz aborcji eugenicznej został odrzucony głosami PO w komisji sejmowej”, nie budzi grozy. Informacja ma taką samą wartość jak afera z przeciekającym dachem nad stadionem narodowym. Posłowie potulnie podnoszący łapki za odrzuceniem zakazu eugenicznej aborcji są dumni z obrony społecznego konsensusu.

Nie wierzysz? Sprawdź

Tymczasem przemilcza się się, że jedną z konsekwencji prawa dopuszczającego eugenikę jest eutanazja. Nie wierzysz? Sprawdź. Wrzuć do wyszukiwarki choćby hasło: ” współczesna eugenika”.
Wyobrażasz sobie, że niemożliwe jest, aby sąd nakazał przywiezienie dziecka chorego do szpitala, aby tam go uśpiono niczym chorego psa? To przeczytaj o chłopcu z Ontario w Kanadzie. O jego prawo do śmierci w rodzinie musieli stoczyć rodzice walkę.
http://www.piotrskarga.pl/ps,6665,2,0,1,I,informacje.html http://www.nie-pelnosprawni.pl/index.php/ciekawostki/historie/dramatyczne-historie/1090-kanada-dziecko-skazane-przez-sd-na-mier-nie-musi-umiera-w-domu

Dobre wiadomości

Ale są i dobre wiadomości. Organizacje broniące życia nienarodzonych dzieci, promujących i wspomagających rodziny, zdobywają coraz szersze uznanie. Ich praca przynosi wymierne efekty. Coraz większa jest świadomość konieczności obrony życia ludzkiego od poczęcia do śmierci.
Polska Federacja Ruchów Obrony Życia została uhonorowana Europejską Nagrodą Obywatelską przez Parlament Europejski.
„Polskich obrońców życia doceniono za promowanie w swojej działalności zasad zawartych w traktatach europejskich: szacunku i ochrony godności ludzkiej, prawa do życia, prawa do zawarcia małżeństwa i założenia rodziny, ochrony prawnej, ekonomicznej i społecznej rodziny”.(za: www.ekai.pl )
Na całym świecie jak grzyby po deszczu rosną ruchy społeczne broniące ludzkich praw do życia.

Społeczna samotność i bezradność polityczna

Wciąż jest i, niestety, ciemna strona naszej rzeczywistości. Bardzo często przy różnych okazjach cytowane jest zdanie żydowskiej pisarki Hannach Arendt:
Nie jesteśmy zabezpieczeni przed powtórzeniem się totalitarnych potworności.
Wielu z nas ma już świadomość, że zabezpieczenia powojenne zostały złamane i bije na alarm. Nie słyszymy czy nie chcemy słyszeć tego alarmu? Totalitaryzm nie jest spektakularnym - BUM! I JUŻ! Totalitaryzm jest procesem, który przebiega powoli i zgodnie z prawem.
Jednym z objawów, które są na początku prawie niezauważalne, jest społeczna samotność i bezradność polityczna obywateli. Podmiotowość zostaje sprowadzona do wrzucenia głosów do urn wyborczych. Zaczynamy zdawać sobie sprawę, że już nikt nie liczy się z naszą opinią i nie zabiega już nawet o nasze głosy wyborcze.

Czy możliwe byłoby łamanie prawa i stosowanie przemocy finansowej wobec niezależnych od władzy mediów, gdyby wynik wyborów zależał od uczestników Marszu w obronie TV Trwam?
Czy możliwe byłoby podwyższenie wieku emerytalnego z ewidentnym naruszeniem nabytych praw konstytucyjnych obywateli, gdyby prawo działało, a wynik wyborów zależał od głosów wrzuconych do urn?
Czy możliwy byłby brak dymisji rządu po katastrofie smoleńskiej i głosowanie polskich posłów za oddaniem śledztwa Rosji, gdyby opinia społeczna miała wpływ na decyzje rządzących i ustanawiających prawo?
Czy możliwe byłoby buńczuczne ględzenie posłanki Iwony Guzowskiej o obowiązującej ustawie aborcyjnej jako społecznego konsensusu, skoro 80 proc. badanych przez CBOS Polaków uważa, że życie powinno być chronione od poczęcia aż do naturalnej śmierci?
Czy gdyby Polak czuł się podmiotem polityki i miał na nią wpływ, mógłby bezkarnie swoje aroganckie mowy na temat wprowadzania poza prawem refundacji in vitro z podatków wygłaszać premier i minister Gowin (katolik, konserwatysta, popierany przez niektórych hierarchów)? Przecież minister Gowin nie jest nieukiem i dobrze wie, że nauczanie Kościoła jest przeciwne tej praktyce, a on sam wyklucza się ze wspólnoty wiernych, choć nikt tego otwarcie mu nie powie. (A szkoda.) Minister - katolik, konserwatysta przecież dobrze wie, że in vitro to w praktyce legalizacja eugeniki. A jednak nie boi się ani Boga, ani swoich biskupów ani swoich wyborców. Dlaczego?

Prywatność schronem bezradnego obywatela

Na naszych oczach wskutek kłamstw i manipulacji odebrane zostało Polakom poczucie wspólnoty politycznej. Na razie wielu z nas schroniło się w prywatność, nie głosuje, nie interesuje się polityką. Łudzą się, że w ich domu władza do nich nie dotrze, a totalitaryzm państwa to historia i straszak prawicy.
Czyżby?
Siedzisz wygodnie w swoim fotelu, udało ci się wiele spraw załatwić; z tym wypiłeś, tamtemu dałeś łapówkę, w tym pomogli ci dobrzy ludzie. Masz głęboko w tyłku spory polityczne. Twoja chata z kraja.
A zauważyłeś, że nie tylko kamery miejskie cię inwigilują?
Zauważyłeś prawo, które zaczyna cię osaczać?
Do twego pieca może zajrzeć urzędnik już o szóstej rano, ten sam urzędnik może przyjść, zabrać ci dzieci, bo straciłeś pracę i w domu zrobiło się biednie, może przyjść z pielęgniarzem i zmusić ciebie do szczepionki.
A wszystko to bez nakazu sądowego, jedynie na mocy prawa, którego nie znasz.
I o to chodzi! Erupcja prawa ma tę zaletę dla władzy, że za nim nie nadążasz, nie protestujesz nie czujesz, że cię osacza.
Czy na pewno jesteś świadomy, że to nic innego jak postępujący proces odradzania się historycznej powtórki totalitaryzmu? Mówisz, że to nieprawda, że mamy demokrację, jesteśmy wolni, możemy wybierać. (To prawda, jeszcze możemy wybierać.) W takim razie odpowiedz:
Czy możesz zaręczyć, że prawo do aborcji eugenicznej nie zmieni się w obowiązek?
Czy patrząc na Parlament polski i dyrektywy unijne możesz zaręczyć, że eutanazja nie stanie się przymusowa?
Mówisz, że to niemożliwe? A jeśli okaże się, że oswajanie z eugeniką to tylko był początek powtórki z historii, co zrobisz wtedy? Liczysz na veto prezydenta?

______________________
w wersji audio "Rozmyślań przy zmywaku" możemy słuchać tu: Niepoprawne Radio PL

czwartek, 11 października 2012

Związki zawodowe ale jakie? (Odc. 3)

Dla mnie „Solidarność” była zawsze związkiem, ale związkiem szczególnym. Byliśmy solidarni. Jak jest dziś? Dlaczego pękły więzy, dlaczego „Solidarność” przestała być solidarna? Dlaczego dziś związki zawodowe są nieskuteczne? Jak jest gdzie indziej? Co musi się zmienić; cele czy metody? - to pytania, które nie tylko bloger powinien zadawać i na nie odpowiadać.

Od czasu do czasu przy okazji kolejnej związkowej rocznicy wraca pytanie: Czy Solidarność to był ruch czy związek?
„Ruch odrodzenia moralnego" wynikał z konieczności walki związkowej i zniknął jak smużka dymu w 1990 r., gdy rządy dusz przejęła druga Solidarność, zbudowana według ideologii Friedmana. – napisze po latach Andrzej Gwiazda.

Nie wdając się w szczegółową analizę, powiem, jak ja to widziałam i dziś oceniam. Dla mnie „Solidarność” była zawsze związkiem, ale związkiem szczególnym, bo bez słów łączyła nas wola działania i naprawy, wola słuchania pokrzywdzonych i udzielania im pomocy.
Każdy, kto przeżył tamten czas, wie, jak bardzo czuliśmy się wolni i odpowiedzialni jedni za drugich.
Ale tak się złożyło, że nie można było wtedy oddzielić działalności związkowej od politycznej. Ta przenikała wtedy z konieczności każdą naszą decyzję. Rozumieli to nawet ci, którzy nie angażowali się w działalność „Solidarności”.
Na każde spotkanie z władzami szliśmy grupowo. Tak, tak, Panie Duda, nikt z nas nie poszedłby na rozmowę z premierem bez jej pełnej jawności.
A do tego setki interwencji, godziny rozmów z ludźmi, którzy przychodzili z nadzieją, że im pomożemy. Nikt wtedy nie pytał czy osoby te wypełniły deklarację, interweniowaliśmy tak jakby to był nasz związkowiec.
Trzeba też choć napomknąć, że taka praca związkowa wymagała czystych rąk. Znam ludzi, którzy z żalem mówili, że nie mogą się włączyć, bo czasem kombinowali w swojej pracy.

Byliśmy solidarni

Wiem, co teraz mogę usłyszeć. Nie musicie mi przypominać, że niektórzy byli delegowani z polecenia partii czy SB. Odpowiem. Nie było ani czasu, ani możliwości wątpliwości tych rozstrzygać. Gwarantem bezsilności tajniaków była jawność działania i bezinteresowność działaczy.
Ach! Jak było pięknie! Powie ktoś ironicznie. No, niezupełnie. Byli już wtedy tacy, którzy chcieli wiele zarabiać i umieli wykorzystać do pracy zapaleńców, co to własne pieniądze angażowali w kupno papieru, przejazdy, nie umieli i nie chcieli wycenić swojej pracy. Ale wielu z nich potem, ja do takich należę, odebrali w stanie wojennym zapłatę z nawiązką. Nie zostaliśmy w potrzebie nawet przez moment sami.
O nich, tych z punktów pomocy przy parafiach, o prawnikach, lekarzach i wolontariuszach rozdzielających i rozwożących pomoc, nie mówi się, za to o sporach wokół koncepcji działalności między działaczami struktur podziemnych związku już legendy zdążyły powstać. Kto, kiedy, jak, dlaczego uciekał, kogo zamknęli, kogo spałowali, a kto był TW. Owszem ważne, należy do historii, uwiarygodnia bądź nie, obecną działalność tych osób, ale nie na tym wtedy polegała solidarność, o której mówił nam w Gdańsku Jan Paweł II.
Solidarność - to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu. Jedni - przeciw drugim. I nigdy "brzemię" dźwigane przez człowieka samotnie. Bez pomocy drugich. Nie może być walka silniejsza nad solidarność./…/ Nie może być program walki ponad programem solidarności. Inaczej - rosną zbyt ciężkie brzemiona. I rozkład tych brzemion narasta w sposób nieproporcjonalny.
Bardzo często i bardzo ochoczo przy różnych okazjach rocznicowych odwołują się dziś związkowcy do słów wielkiego rodaka, ale w praktyce, każda grupa zawodowa ciągnie do siebie, co najdobitniej widać przy tzw. reformie emerytalnej.

"Solidarność"przestała być solidarna

Rzecz nie w samym pamiętaniu i istocie misji, jaką na siebie wzięła wówczas „Solidarność”, a w pytaniu: Jak jest dziś? Dlaczego pękły więzy, dlaczego „Solidarność” przestała być solidarna?
W odpowiedzi zapytam każdego z nas:
- Odezwiesz się w czasie zebrania pracowniczego, gdy ktoś dopomina się o przestrzeganie prawa? Wesprzesz go?
- Zapiszesz się do związku w swoim zakładzie pracy? A może założysz tam związek, skoro go jeszcze nie ma?
-Staniesz po jego stronie, gdy twój kolega buntuje się przeciwko pracy bez odpoczynku, kosztem sobót, urlopu? A może z tym większym zapałem przyjdziesz do pracy nawet w niedzielę?
Odpowiedź zależy od poczucia honoru i własnej wartości. Po prostu nie zachowam się jak tchórz, zwyczajna świnia, co ryje, by więcej zagarnąć dla siebie.
Czy myślisz, że wtedy nie mieliśmy rodzin, kredytów do spłacania, dzieci na studiach, chorych rodziców, zaległości czynszowych?
Zabierali z pracy, aresztowali, wpychali na 48 godzin na dołek, wypuszczali, by za rogiem znowu zamykać na kolejne dni i nie pytali, kto odbierze dziecko z przedszkola, czy nie masz przypadkiem w domu zamkniętego psa, za co będziesz żył?
Nie baliśmy się? Wolne żarty. Od strachu większa była jednak pewność, że ludzie nie dadzą tobie i twoim bliskim zginąć.
Dziś nie grozi już pacyfikacja, strzelanie do robotników. Za to grozi nam bezrobocie, brak zasiłku, pętla kredytowa i eksmisja na bruk. Dziś pracodawca nie musi nas straszyć, wystarczy, że opanował techniki dzielenia, sami się straszymy.
Ale to nie wszystko, to nie jest powód, dla którego związki, w tym najliczniejszy NSZZ „Solidarność”, przestały być skuteczne.
Solidarność” działała w określonych społecznych i politycznych warunkach. Dziś są one inne, ale zadanie dla związku pozostało takie samo; chronić pracownika przed wyzyskiem, negocjować układy zbiorowe i ustalać godziwą zapłatę, pomagać i jednoczyć do wspólnego działania, reprezentować jego słuszne interesy przed pracodawcą, zapobiegać niesprawiedliwemu lobbystycznemu prawu. Inaczej cele te były realizowane w PRL, a inne metody muszą obowiązywać dziś.

Zysk i wyzysk

Zysk przedsiębiorcy jest wskaźnikiem pozwalającym określić czy działalność gospodarcza przedsiębiorstwa jest opłacalna, czy też nie.
Trudno się dziwić, że przedsiębiorca liczy, kalkuluje i przede wszystkim tnie koszty uzyskania przychodu, aby opłacalność jego firmy była jak największa. W skład tych kosztów wchodzi wycena pracy. To oczywiście nie tylko wynagrodzenie pracownika, ale wszystkie wydatki związane z płacą, jak choćby wynagrodzenia za godziny nadliczbowe, składka ubezpieczeniowa, różnego rodzaju dodatki, nagrody, ekwiwalenty za niewykorzystany urlop, różnego rodzaju fundusze itp.
Od lat słyszymy, że obciążenie pracodawców z tytułu kosztów pracy dławią firmy, a związki hamują rozwój gospodarczy. Można się przyjrzeć kosztom dokładnie i sprawdzić, które można zmniejszyć, które niszczą przedsiębiorczość i są źródłem bezrobocia. To powinien robić nie tylko pracodawca, ale również związki zawodowe, by żądania rykoszetem nie uderzały w pracowników. Ale przedtem proszę o przykład, że przerzucenie wzrostu kosztów na pracowników zostało spożytkowane na uratowanie firmy i jej rozwój.
Zdarzają się szlachetne wyjątki. Znałam jednak takiego pracodawcę, co kazał dla zwiększenia wydajności pracować w niedzielę, a sam z rodzinką wypoczywał w gospodarstwie agroturystycznym.
Oczywiście, swojej firmy nie kupił, nie zarobił na nią. Był jej dyrektorem i został właścicielem po jej sprywatyzowaniu. A gdy już wyeksploatował pracowników, którym zabrał nawet pomieszczenie na godne spożywanie posiłku, zamknął ją i założył drugą, zarządzając nią identycznie.
Na wycenę pracy składają się różne czynniki, niekoniecznie czysto ekonomiczne i społeczne. Czy ktoś jest w stanie policzyć, ile w wycenie ludzkiej pracy jest zachłanności, nieuczciwości i zwyczajnego wyzysku? Co widać najlepiej na procederze przenoszenia produkcji z Europy do Azji w poszukiwaniu taniej siły roboczej czy sprowadzaniu emigrantów z krajów ubogich.
W ekonomii zjawisko to ma swoją definicję. Jest to „eksploatacja siły roboczej (wyzysk)" poza prawem i często wskutek świadomego generowania bezrobocia, wcale nie wynikającego z podaży i rentowności firmy.
Ekonomia podobno nie ma etyki, a jedynie rachunek ekonomiczny. Etyki wymaga się jednak od pracownika. Jest on instrumentem do uzyskania dochodów i opłacalności działalności rynkowej, jest towarem, narzędziem, ale powinien być dyspozycyjny, uczciwy, kreatywny, najlepiej bez zobowiązań rodzinnych itd.
Demagogia ta wtłaczana jest nam na siłę poprzez media z pieniędzy jawnych i ukrytych lobbystów. Ostatnio najlepiej to widać na zaangażowaniu dziennikarskim w obronę „umów śmieciowych”.

Zmiany czy walka i szukanie wroga

U nas przychodzi to stosunkowo łatwo. Wciąż mamy wpisany w nasze umysły kod komunistyczny - „proletariusze wszystkich krajów łączcie się”, a wrogiem jest zły czy dobry, obojętnie, pracodawca i „białe, różowe i niebieskie kołnierzyki”. Takie bezproduktywne gryzipiórki.
Zamiast zmieniać, walczymy i szukamy wrogów, których nam się skrzętnie podsuwa. Tylko co z tego wynika, jeśli prawo jest nieskuteczne, przedsiębiorca bez etycznych hamulców, a związki bezsilne lub uzależnione od partii? Postraszą zmianą ustawy związkowej i już jest grzecznie. Etatowi działacze związkowi mają przecież rodziny, kredyty…
Warunkiem zwycięstwa jest konsekwencja i skuteczność. Jak sprawić, by związek stał się skuteczny?
W Polsce według danych CBOS z 2010 r. do organizacji związkowych należało 15% tak więc z 8 372 000 zatrudnionych 1,3 mln osób było członkami związków zawodowych. Nie da się więc zaprzeczyć, że związki zawodowe są najliczebniejszymi organizacjami zrzeszającymi Polaków. Żadna partia nie może się poszczycić taką liczebnością.
Ustawa o związkach zawodowych /Dziennik Ustaw Rok 2001 Nr 79 poz. 85/ teoretycznie powinna też zachęcać do zrzeszania. Tymczasem jest inaczej, liczba związkowców systematycznie spada. Najsilniej uzwiązkowiona jest budżetówka; oświata i służba zdrowia oraz silne gałęzie przemysłu, jak np. górnictwo. Najsłabiej przedsiębiorstwa prywatne, handel, usługi.
Skąd więc wzięło się przekonanie, że związki Polaków przestały interesować? Badania mówią co innego. Polacy nie należą do związków, bo w ich miejscach pracy po prostu nie ma. Szukają więc, jak napisał mi w komentarzu Internauta pomocy gdzie indziej. fotoamator pisze, między innymi:
Znam taką sytuację, w której grupa pracowników, zamiast udać się do związków, wynajęła radcę prawnego, aby odzyskać należne im od zakładu pieniądze. Sprawa trwała dwa lata, a pracownicy odnieśli sukces.
Muszą więc być hamulce, które nie skłaniają do zrzeszania się, inne niż niechęć do związków.
Szukając materiałów do tematu natrafiłam dyskusję: Związki zawodowe - szansa czy zagrożenie? Pada tam pytanie czy pracownik komórki Public Relations może być członkiem związku zawodowego. Po bardzo nowoczesnych, wolnorynkowych, kapitalistycznych poglądach na temat relacji między pracodawcą a pracownikami i reprezentującymi ich związkami, różnych wnioskach wynikających z obserwacj, pada końcowe zdanie Pauliny, która tę dyskusję rozpoczęła, niechętna związkom zawodowym:
faktycznie... nie doczytałam.. sorry - robię kampanię wyborczą Zielonym i jestem zakręcona na maxa... :)
I właściwie wszystko jasne. Robię kampanię, nieważne komu, a moje poglądy są czystą teorią i nijak mają się do wspólnoty, w której pracuję. O solidarności, wspólnocie narodowej raczej zapomnijmy w tym wypadku.

Solidarni gdzie indziej

Kilka tygodni temu przeczytałam:
Po ponadtygodniowej walce z pracodawcą o należne wynagrodzenie 50 polskich pracowników budowy w Essen na zachodzie Niemiec otrzymało pieniądze. (Polacy wywalczyli w Niemczech należne im wypłaty) Stało się to dzięki zabiegom związku IGBau. W czasie trwających negocjacji Polacy otrzymali niezbędną do przetrwania pomoc: Dwie noce spędzili w noclegowni dla bezdomnych, a potem miasto Essen oddało do ich dyspozycji szkolną salę gimnastyczną, a miejscowy Czerwony Krzyż zapewnił materace i koce.
Dumny ze sukcesu związkowiec mówi:
Dla związków zawodowych nie ma znaczenia to, skąd pochodzą ludzie pracy. Naszym zadaniem jest walka o ich prawa i sprawiedliwe pensje.
Skuteczność niemieckich związków zawodowych wymusza konkurencyjność i zabieganie o nowych członków.
Tam wiedzą, co stało się ze związkami we Francji, które troszczyły się tylko o swoich. Tanią siłą roboczą emigrantów, których nikt nie bronił przed wyzyskiem, związki francuskie zostały pozbawione swojej siły. Już tylko mogą sobie bezskutecznie pokrzyczeć w pochodzie na ulicy.

Recepta

Co zrobić by i u nas tak się nie stało? Zamiast ograniczać liczbę związków jak chcą tego partie, może by tak wreszcie wyprowadzić związki z zakładów pracy i uczynić je prawdziwie niezależnymi?
Może pora na zmianę struktur związkowych, żywcem przeniesionych z komuny?
Skoro związkowiec pobiera pensję od pracodawcy, to jak może być niezależny?
Dziś każdy może wyjeżdżając za pracą sprawdzić jak działają związki w innych krajach, może o tym przeczytać w Internecie, nie da się więc dłużej udawać, że mamy centrale związkowe. To nie są żadne centrale, a już na pewno centralą nie jest „Solidarność”.
Mój rozmówca, fotoamator, napisał:

Związki są potrzebne, ale paradoksalnie, ich zarządy nie mogą wywodzić się spośród pracowników. Raczej powinny istnieć np. regionalne centra związkowe -najlepiej branżowe - zupełnie niezależne od pracodawców, które reprezentowałyby pracowników i brałyby udział we wszelkiego rodzaju negocjacjach. A jeśliby uzależnić wynagrodzenie negocjatorów od wynegocjowanych stawek wynagrodzenia - to mielibyśmy zupełnie inną sytuację. Negocjatorami powinni być doświadczeni radcy prawni, opłacani ze składek członkowskich.

Nie wiem czy we wszystkim mój rozmówca ma rację, ale na pewno wiem, że nie da się być skutecznym związkiem pobierając pensję od pracodawcy, organizując wyjazdy integracyjne i paczki świąteczne. To mieliśmy za komuny. Nie da się walczyć o prawa pracownicze, gdy przewodniczący związku jest kierowcą dyrektora.
Może zacznijmy od najprostszej sprawy; jawności spotkań Komisji Trójstronnej? Niech ludzie wiedzą, co mogą związkowcy.
Może wreszcie z tygodnikiem „Solidarność” wyjść do ludzi, zareklamować, pokazać, jakie problemy rozwiązuje związek.
A może tak jak w przypadku TV Trwam organizować wielotysięczne marsze w obronie konkretnych pracowników, konkretnych zakładów? O. Rydzyk może, to cóż to jest dla Komisji Krajowej największego związku zawodowego?
Nie ma innej drogi jak wymusić na władzy i pracodawcach przestrzegania prawa. Błagalne apele o wspieranie związku nic tu nie pomogą. Buńczuczne odgrażanie się na nic się nie zda, jeśli będą to tylko puste słowa. Pora zabrać się do roboty, a ta skorumpowana i nic nie robiąca władza sam zwinie manele, bo kolesie przestaną napełniać koryto.

Gdy nie działa prawo, gdy ustawy dyktują korporacje pracodawców, gdy lekceważone są umowy społeczne, pozostaje bunt i walka, ale z głową i konsekwentnie, na miarę wyzwań czasu, a ludzie drzwiami i oknami będą pchać się do związków i co najważniejsze nie będą żałować swoich pieniędzy na składki.
Coś mi się jednak zdaje, że nie tylko umowy śmieciowe powinny pójść na śmietnik, ale polskie związki w obecnym kształcie i to bez wyjątku. Albo nastąpi porozumienie ponad podziałami wszystkich struktur związkowych, wypracowanie wspólnych celów, z szacunkiem dla odrębności, żeby zainicjować powstanie nowych, niezależnych od władzy, nastawionych na obronę i wszelkie wsparcie kondycji pracowników, albo bawcie się dalej, tylko po co i jak długo jeszcze?

______________________________________________________

źródło:Po co komu związki zawodowe?
źródło: Raport NBP o związkach zawodowych. Polacy niesolidarni w kryzysie

Statystyka z r. 2008

Największe regiony NSZZ "Solidarność (według liczby członków)

Śląsko-Dąbrowski 100 tys. Mazowsze 67 tys. Małopolska 60 tys. Gdański 43 tys. Dolny Śląsk 42 tys. Ziemia Łódzka 30 tys. Środkowowschodni 26 tys.

Członkostwo w związkach zawodowych według branż (w proc.)

Oświata, nauka, ochrona zdrowia 25 proc. Transport i łączność 22 proc. Górnictwo i przemysł 21 proc. Administracja 16 proc. Budownictwo 11 proc. Handel i usługi 4 proc.

Uzwiązkowienie w zakładach pracy (w proc.)

do 50 zatrudnionych 5 proc. od 50 do 249 zatrudnionych 18 proc. 250 zatrudnionych i więcej 31 proc.
źródło: 2,5 mln związkowców w Polsce. Ponad 6 tys. związków

______________________

w wersji audio "Rozmyślań przy zmywaku" możemy słuchać tu: Niepoprawne Radio PL

czwartek, 4 października 2012

Związki zawodowe ale jakie? (Odc. 2)

Swoje widzenie „Solidarności” z perspektywy regionalnego działacza w poprzednim odcinku zakończyłam pytaniem.

Związki przestały być Polakom potrzebne?

Odpowiadam już na początku. Moim zdaniem, związki są częścią składową demokratycznego i wolnorynkowego systemu społecznego każdego państwa. Dla mnie praca nie jest towarem, a człowiek nie jest przedmiotem, lecz jej podmiotem.
To praca ma służyć człowiekowi, a nie odwrotnie. Człowiek nie został stworzony, by pracować, ale aby „długo żyć i dobrze mu się powodziło”. Dzięki pracy, sprzedając swoje umiejętności, wiedzę, talent i wysiłek fizyczny, realizuje swoje cele.
Jedni miejsce pracy mają na własność, a sprzedają jedynie to, co wytworzyli, inni wynajmują siebie do pracy. I nie jest to bynajmniej dziś miejsce przypisane do każdego na stałe.
Za komuny prawdziwie pracował tylko robotnik, walił normy, świętował zwycięstwo nad burżujem i kułakiem. Jeśli już ktoś pracował głową, to musiał to być tzw. inteligent pracujący i akceptujący ludową ojczyznę. Reszta, jak określił dobitnie Gomułka w swym ataku na Pawła Jasienicę, to „alfonsi skąpani w rynsztoku”.

Rewolucje mają przyczyny

Rewolucje jednak nie biorą się znikąd. Poczucie krzywdy z instrumentalnego traktowania pracownika najemnego narasta, a gdy nie mamy już nic do stracenia, bo koszty uzysku przekraczają dochody i praca staje się nieopłacalna, szukamy rozwiązań. Wtedy stajemy przed wyborem, albo organizować się i negocjować, zgodnie z obowiązującym prawem, wymuszać na pracodawcy godziwą zapłatę, a na państwie stymulowanie rozwoju gospodarczego, sprawiedliwy i uczciwy podział dochodu narodowego, albo ulec mitowi demagogii wodzów, którzy poprowadzą nas z zaciśnięta pięścią na naszych wrogów - wyzyskiwaczy.
To już przerabialiśmy i wiemy, jak to się skończyło. Jeśli mamy uniknąć powtórek, to związki chroniące praw pracowniczych, są niezbędne.
Chyba że zlikwidujemy wszelkie prawo i zamkniemy państwo. Wszak wolny rynek nie ma podobno ojczyzny, a prawo, jak chcą niektórzy, będzie ustanawiać popyt i podaż.
Oczywiście, z konieczności upraszczam obraz, bo jedynie o sam mechanizm, stwarzający potrzebę organizowania się pracowników najemnych, mi chodzi. Jeśli nawet przyjmiemy widzenie pracodawców, że praca jest towarem, a człowiek tylko „zasobem ludzkim” niczym tryby w magazynie globalnej gospodarki, to jak każdy towar wymaga ona wyceny i korzystnej sprzedaży.
Tylko głupiec nie targuje się, a przyjmuje, co mu dadzą. Wiedzą o tym pracodawcy i dlatego zrzeszają się. Lewiatan, organizacja pracodawców, nie tylko dyktuje cenę pracy, ale intensywnie lobbuje u władzy na rzecz swoich, korzystnych dla siebie warunków.
Dlaczego nie mieliby tego robić pracownicy najemni poprzez swoje organizacje związkowe?
Dlatego uważam, że nie powinniśmy dyskutować o potrzebie istnienia związków, ale pilnie potrzebna jest dyskusja o tym, jakie powinny one być.

Liczby nie kłamią

Na początku III RP liczby mówiły same za siebie. Z 10 mln związku w 1980 staliśmy się zaledwie 1,5 milionowym, a przez to nieskutecznym. Faktu tego nie można tłumaczyć ogólnym trendem spadku członków związków na Zachodzie. Po prostu nie w tym miejscu byliśmy co oni. Pracownicy najemni krajów uprzemysłowionych walkę o prawo do zrzeszania się przeżyli dawno (w XVIII i XIX wieku). My ją praktycznie dopiero w 1980 r. rozpoczęliśmy.
Historia i doświadczenia w samoorganizowaniu się robotników w Polsce międzywojennej były dla większości wykształconych przez komunistyczną oświatę, białą plamą, a Zrzeszenie Związków Zawodowych , kierowane przez Centralną Radę Związków, która należała do kontrolowanej przez ZSRS Światowej Federacji Związków Zawodowych, działającą w PRL jako przybudówka PZPR, trudno nazwać prawdziwymi związkami.

Restrukturyzacje, komercjalizacje, prywatyzacje

Co jest istotnego w tym wszystkim, że po 1989 r. nie tylko NSZZ „Solidarność” straciła swoich członków? Stopniowo Zrzeszenie Związków Zawodowych przefarbowane na Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych (OPZZ), również traciło liczebność mimo przejęcia w stanie wojennym majątku NSZZ „Solidarności”, które praktycznie nie wróciło do właścicieli i dysponowało Funduszem Wczasów Pracowniczych. Problem ten do dziś nie rozwiązano mimo nakazu wyroku Trybunału Konstytucyjnego. (Temat nadający się na sensacyjny kryminał i to wielowątkowy, więc może przy innej okazji trzeba będzie do niego wrócić.)
Bez przypomnienia tego, co się działo w Polsce od 1988 r., trudno jest podać istotne przyczyny marginalizacji związków zawodowych w Polsce.
Na pewno jedną z głównych przyczyn były tzw. restrukturyzacje, komercjalizacje i prywatyzacje, które z dnia na dzień pozbawiły całe miejscowości jakichkolwiek miejsc pracy.
Na temat uwłaszczenia nomenklatury pojawiło się już sporo prac. Wiemy na pewno więcej niż wtedy, kiedy sądziliśmy, że wszystko jest pod kontrolą naszego rządu i naszego związku.
W niezwykle wymownym skrócie cały proces prywatyzacji, który społeczeństwo w przeważającej części puściło z torbami, ostatnio zamieścił „Nasz Dziennik” Gorąco zachęcam do przeczytania, zwłaszcza młodym, nie pamiętającym tych czasów HISTORII PRYWATYZACJI POLSKIEGO PRZEMYSŁU lub wysłuchania w Audycji 356 Tu przypomnę tylko dwie cyfry, bo najlepiej obrazują skalę tego procederu:
W latach 1988-1989 powstało około 12 tys. spółek, które na bazie państwowego majątku zakładali dyrektorzy zakładów przy współudziale członków rodzin, urzędników i działaczy partyjnych. Od 1990 r. majątek narodowy (a nie jak chcą niektórzy państwowy, bo to nic nie znaczy) można było już sprzedawać również obcokrajowcom.
Na efekty grabieży bez precedensu nie trzeba było długo czekać. Bez pracy było 1,1 mln Polaków.
Autor artykułu przytacza również treść propagandy, jaką karmiono Polaków. W Internecie królują cytaty wypowiedzi, które starczą za wszystkie inne, Adama Michnika, Ernesta Skalskiego i Jerzego Szperkowicza. Klasyka robienia z ludzi kretynów i żebraków. "Uwłaszczenie nomenklatury" w polskim dyskursie politycznym Kliknij, proszę, jeśli jeszcze tego nie czytałeś. Tylko przedtem usiądź i trzymaj się dzielnie.

Co na to związki? Co na to „Solidarność”?

Strajki i protesty wybuchały raz po raz już od 1988. „Solidarność” próbowała znaleźć swoje miejsce, ale wyglądało to z grubsza na miotanie się między hasłami socjalnymi a politycznymi.
Najogólniej mówiąc, zamiast pracy mieliśmy pogadanki Jacka Kuronia o zupkach dla bezrobotnych.
W niemałym szoku może być dziś współczesny szperacz wiadomości, gdy przeczyta, że „S” w 1992 przeprowadziła 13 stycznia ogólnopolski jednogodzinny strajk przeciwko planowanym przez rząd Olszewskiego podwyżkom cen nośników energii, a 5 czerwca rządu już nie było i to wcale nie z powodu związkowego protestu.
Wrócili do władzy ci, których związek najbardziej powinien się bać.
Brak rozeznania? Nie mnie to rozstrzygać.
W każdym razie nie radzę szukać informacji o „Solidarności”, prywatyzacji, protestach w Wikipedii. Czy innych oficjalnych źródłach. Jeśli już, to porównajmy informacje zawarte na stronie byłych działaczy Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża czy posłuchajmy, poczytajmy, co miała nam do powiedzenia Anna Walentynowicz, co mówi dziś do nas Andrzej Gwiazda i inni zapomniani działacze związkowi.

Dwa przykłady

Ale najlepiej myśli się na konkretach, choć może wtedy całości nie widać. Dlatego może dwa przykłady w telegraficznym skrócie.
Pierwszy:
Jestem na zjeździe delegatów NSZZ Solidarność Regionu Warmińsko – Mazurskiego. Pada propozycja uchwały wspierającej rząd Mazowieckiego. Wypadam błyskawicznie do mikrofonu. Jestem zdecydowanie przeciw. Nic jeszcze nie wiem ani o Magdalence, ani kim jest „nasz premier”, ani o skutkach grubej kreski, za które przyjdzie nam bardzo szybko zapłacić, ale instynkt podpowiada mi, że musi nastąpić zdecydowane rozgraniczenie między władzą a związkami. Związki muszą być niezależne, nawet jeśli władza wydaje się nam nasza.
Uchwała wtedy padła, ale problem pozostał i myślę, że źle dziś wielu z nas rozumuje mówiąc, że związki nie mogą współpracować z żadną partią. To utopia. Taki mamy system polityczny. Jak niby mają skutecznie chronić przed złym prawem? Rzecz w czym innym. Każdy ma swoje miejsce w demokratycznym systemie i swoją przypisaną prawnie rolę. Mogą i powinny się te role stykać, ale nie mogą być przez władzę traktowane instrumentalnie, marginalizowane czy ograniczane.
I drugi przykład:
Ustawa z 1996 r. dała możliwość dokonania na wniosek dyrekcji i rady pracowniczej komercjalizacji przedsiębiorstw państwowych. Oto jeden z przykładów realizacji tej ustawy. Mały zakład produkujący na rzez PKP w Olsztynie. Boryka się z trudnościami, które wydają się wspomagane odpowiednio dobraną strategią kadry kierowniczej. Załoga dowiaduje się, że może stać się współwłaścicielem zakładu, jeśli każdy włoży swój wkład finansowy. Suma niebagatelna, zadłużenie kroi się na wiele lat.
Każdy dostaje deklarację i może zapoznać się z warunkami. Czy ze wszystkimi? O tym nie informuje ani komisja zakładowa „Solidarności”, ani rada zakładowa związków branżowych.
Jeden z działaczy „Solidarności” z roku 1980/1981 zbiera wiedzę. Informuje załogę, że otrzymają świstek papieru, który nie chroni przed zwolnieniami, a tzw. obligacje mają tylko taką wartość, jak ustali rada nadzorcza, w ostateczności pozostanie gigantyczny dług w banku i niemożliwość jego spłaty.
Informuje też Zarząd Regionu o bierności komisji zakładowej oraz biuro wojewody. Nikogo to nie interesuje.
Załoga jest zbulwersowana, chce odwołać dyrektora i wtedy pada wniosek o przełożenie zebrania. Odbywają się przez 2 tygodnie indywidualne rozmowy rozmiękczające z pracownikami. Druga tura zebrania przebiega już niczym sejm niemy. Wprawdzie wykupienie zakładu przez pracowników nie dochodzi do skutku, widać żony wybiły pożyczki z głowy, ale wkrótce następują zwolnienia grupowe i oczywiście tracą pracę niepokorni.
W całej tej historii, którą każdy może wzbogacić o własne lub rodzinne doświadczenia, najpikantniejsza jest bierność związków zawodowych. Przewodniczący KZ „S” jest kierowcą dyrektora. Od czasu do czasu dostępuje łaski zawiadomienia załogi o zbliżającej się premii.
Zapewniam, że nie jest to już przeszłość. W tych zakładach, gdzie jeszcze ostały się związki, zwykle pracodawca ma swoje przełożenie i manipuluje nimi na zasadzie kija i marchewki. Jak to możliwe? Też chciałby wiedzieć.

Komunalizacja i likwidacja

Przypomniany wyżej artykuł Krzysztofa Losza o uwłaszczeniu nomenklatury nie obejmuje siłą rzeczy wszystkich zjawisk „dzikiej prywatyzacji”. Po pierwszych wyborach samorządowych poszła ona pełną parą w gminach, które przejęły mienie państwowe jako komunalne. Regułą, z małymi wyjątkami, było, że dyrektor upadającego z powodu złego zarządzania i rozrostu biurokracji, nierzadko celowych zaniedbań, stawał się właścicielem zakładu po prywatyzacji. Czasem puszczał je dalej, do faktycznego właściciela, np. z zagranicy, a czasem likwidował po maksymalnym wykorzystaniu załóg, którym zalegał z wypłatami. Największym przekrętem była jednak likwidacja z zaskoczenia PGR i SKR. Do dziś skutkuje ona aferami wokół Państwowej Agencji Rolnej. Piszę o tym, bo trzeba zadać pytania kolejny raz. Jak to możliwe? Jak mogła do tego dopuścić "Solidarność"?
Właśnie wtedy najbardziej była potrzebna. I tu może niektórych rozczaruję, ale niewiele mogła, gdy załoga czy pracownicy gospodarstw rolnych godzili się na prywatyzację.
Łakomili się na wysokie odprawy i liczyli, że teraz zaczną nowe życie. Łudzono bardziej opornych wysokimi zarobkami i okresem ochronnym. Tymczasem nowi zagraniczni „inwestorzy” po okresie zwolnienia z podatków i wydrenowaniu taniej siły roboczej zwijali manatki likwidując zakłady, aby nie stanowiły konkurencji i wyjeżdżali.
Czy można było jednak temu zaradzić, zmniejszyć rozmiar grabieży? Czego zabrakło; woli czy wiedzy i szerokiej informacji? Znaliśmy smak wyzysku komuny, nie baliśmy się prywatyzacji, przecież zazdrościliśmy nielicznym prywaciarzom w PRL. Znaliśmy wszystkie bolączki zarządzanych i sterowanych przez partyjne sitwy przedsiębiorstw, kombinatów i zjednoczeń. Jak to ,możliwe, że do zwykłych działaczy związkowych, pracowników prywatyzowanych zakładów nie docierały rzetelne informacje o zagrożeniach, a jedynie papka propagandowa lejąca się z TV i Gazety Wyborczej? Jak to możliwe, że nawet jeśli były protesty, to okazywały się nieskuteczne?

cdn.

______________________
w wersji audio "Rozmyślań przy zmywaku" możemy słuchać tu: Niepoprawne Radio PL

czwartek, 20 września 2012

Związki zawodowe ale jakie? (Odc. 1)

Minęła prawie niezauważalnie kolejna rocznica protestów robotniczych na Wybrzeżu i powstania "Solidarności". Wrócił przedtem, niczym symboliczny znak odrodzenia PRL, Lenin na stoczniową bramę. Czy historia zatoczyła koło i zaczynać trzeba od nowa? A może polska prawica zachowuje się tak jak Polacy w czasach Księstwa Warszawskiego? Miast traktować jego utworzenie jako ważny etap w mozolnym odzyskiwaniu niepodległości, sprzeciwiali się rządom Napoleona traktując go jako zaborcę takiego samego jak Rosja?

Do zwykłych kombatantów tamtego oszałamiającego zrywu robotniczego powracają pytania, na które każdy znajduje swoje odpowiedzi. Nikt ich nie bierze poważnie, nikt nie stara się usystematyzować i potwierdzić rzetelnymi badaniami naukowymi. Owszem, ukazało się wiele prac na ten temat, ale odpowiedzi wciąż cząstkowe i wciąż uzależnione od osobistych ocen autorów. Bardziej wywołują spory niż przybliżają do prawdy. A już na pewno lekceważą opinie zwykłych uczestników tamtych wydarzeń.

Dlaczego związek zawodowy, a nie partie polityczne, np. KPN, dokonał zmian systemowych w Polsce?

Program działania nakreślony przez Leszka Moczulskiego - rewolucji bez rewolucji - był przecież bardzo nośny i zbliżony do ideowych założeń programowych „Solidarności”. A jednak w świadomości Polaków powstało przekonanie, że do tzw. obalenia komuny, doprowadziła „Solidarność”. I tak już zostało po dziś dzień.
No więc zostaję przy tej utrwalonej wielkiej Legendzie i szukam swojej odpowiedzi. Dlaczego właśnie „Solidarność” była zarzewiem końca PRL i czy rzeczywiście końca, czy może mutacji tylko politycznej w postaci III RP?
Wbrew pozorom ważne jest, by każdy z nas, z zaangażowanych po dziś dzień w działalność społeczną i polityczną w Polsce i na emigracji, odpowiedział sobie uczciwie na rodzące się pytania, wątpliwości, bo od tego zależy czy zrobimy krok naprzód czy może wciąż będziemy kręcić się w kółko niczym pies wokół własnego ogona.

"Solidarność" wyreżyserowana przez komunistów?

Złośliwcy ironizują, że edukacja komunistyczna przyniosła nadspodziewane efekty. Klasa robotnicza stała się potęgą, która obróciła się przeciwko rządzącym.
Jeśli jednak wierzyć Anatolijowi Golicynowi, byłemu oficerowi KGB, zbiegłemu na Zachód, „Solidarność” była zaplanowanym ruchem związkowym w ramach strategicznej Dezinformacji. Miała doprowadzić do pozorowanych przemian w długofalowej polityce komunistów zmierzającej do podboju Europy i świata. Golicyn, przedstawiając strategiczne założenia komunistycznej Dezinformacji w książce „Nowe kłamstwa w miejsce starych”, pisze:
Polskie związki zawodowe przed „odnową” cierpiały z powodu piętna kontroli partyjnej. Ewentualne próby zastosowania leninowskich zasad do tworzenia nowej organizacji związku zawodowego poprzez odgórne decyzje rządowe, nie usunęłyby tego piętna. Nowa organizacja musiała więc jawić się, jako utworzona całkowicie od dołu. Jej niezależność musiała zostać ustanowiona poprzez starannie wykalkulowaną i kontrolowaną konfrontację z rządem.
Początki ruchu „Solidarności” w stoczni noszącej imię Lenina, śpiewanie „Międzynarodówki”, używanie przez członków Solidarności starego sloganu: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!” oraz stała obecność portretu Lenina, wszystkie te rzeczy pasują do faktu ukrytego kierowania organizacją przez Partię. Bez tego przewodnictwa i pomocy, to dyscyplina „Solidarności”, a przede wszystkim fakt odniesienia sukcesu w negocjacjach z polskim rządem, byłyby niemożliwe. Ukryte wpływy Partii wewnątrz polskiego Kościoła Katolickiego, działały na związkowców jako czynnik powodujący umiarkowanie, oraz zapewniający kompromis pomiędzy „Solidarnością” a rządem.
Kiedy analizuje się krok po kroku wydarzenia i życiorysy przywódców, tę genezę ruchu związkowego, jakim była „Solidarność”, łatwo przyjąć za prawdziwą. Jeśli nawet tak było, to realizacja przez PZPR komunistycznych planów strategii słabości i ewolucji oraz odnowy na wzór leninowskiego NEP- u, wymknęła się spod kontroli. A wybór papieża Polaka i pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny znacznie utrudniły realizację strategii międzynarodówki komunistycznej pod wnikliwym nadzorem Związku Sowieckiego i agentury KGB.

Samorządnie, uczciwie, sprawiedliwie i po polsku

Trzeba jednak pamiętać, że „Solidarność” nie głosiła haseł rewolucyjnych nie tylko dlatego, że między bajki należy włożyć teorię, iż związkowcy dążyli do obalenia komuny w Polsce i odzyskania niepodległości. „Solidarność” nie była u swych początków ruchem niepodległościowym z prostej przyczyny. Nikt, kto myślał wówczas trzeźwo, nie sądził, iż ruch związkowy może obalić komunę uzbrojoną po zęby, pokazującą raz po raz w dziejach jej bytu na ziemiach polskich i w całych demoludach, że na żadne fanaberie wolnościowe nie pozwoli.
Czy zresztą w zsowietyzowanym społeczeństwie w ogóle powszechne hasła niepodległościowe miałyby wtedy szansę? Miało być tylko samorządnie, uczciwie, sprawiedliwie, godnie i po polsku, a to oznaczało bez przelewu krwi i z Bogiem. Klasa robotnicza po prostu upomniała się nie tylko o swoje, ale o naród, sięgnęła do swych ojczyźnianych i chrześcijańskich korzeni i pod tym względem z pewnością nie była ani rewolucyjna, ani komunistyczna, ale na pewno pozostała systemowo socjalistyczna.

W euforii zwycięstwa

To dlatego większość zwykłych ideowych działaczy z roku 1980- 81 i okresu wojny junty Jaruzelskiego, jaką była WRON, przyjęła kontraktowe wybory z 4 czerwca 1989 r. za oszołamiające zwycięstwo i nie słyszała już przestróg nielicznych, dobrze zorientowanych w kompromisach przy „okrągłym stole”. Ja ich w każdym razie jako regionalny działacz "Solidarności" nie słyszałam.
„Okrągły stół” był w większości przyjmowany jako pragmatyczny kompromis na drodze do normalności, a Wałęsa gwarantem uczciwości i stróżem realizacji postulatów ponownie zalegalizowanej „Solidarności”. Gdzieś tam na marginesie wiedzy przeciętnego Polaka kołatała się informacja o „Solidarności 80” czy „Solidarności Walczącej”. Młodych interesowała KPN i jej protesty.
Dziś na takie określenia roli Wałęsy, pojmowanie porozumień w Magdalence, parskamy gorzkim śmiechem. Można się śmiać, ale trzeba też pamiętać, że dla większości Polaków alternatywnymi, dla tub propagandowych reżimowych mediów i gazet, źródłami informacji, były tylko samizdaty czy jak kto woli, bibuła, ulotki, Radio Wolna Europa, Głos Ameryki i BBC z Londynu. Konia z rzędem temu, kto z tych materiałów, poza kapeenowskimi i pochodzącymi z emigracji niepodległościowej, wyłuska program walki o niepodległość Polski. Nawet, nawiązujący do Piłsudczyków, program KPN był w warstwie społecznej – socjalistyczny. To się nazywało wtedy walką o socjalizm z ludzką twarzą.
Nie ma się więc co dziwić temu, że stojąc na chodniku pod siedzibą olsztyńskiej „Solidarności”, niczym na barykadzie, machałam przyjaciołom zgromadzonym przy oknach Zarządu Regionu, protokołami z obwodów komisji wyborczych mojej gminy w euforii zwycięstwa. Łaskawie też jako zwycięzcy pozwoliliśmy na dogrywkę, nie bacząc na ewentualne skutki. Większość po prostu zlekceważyła, tzw. II turę wyborów uzupełniających, nielegalność powtórnego głosowania na listę krajową i nie poszła do urn 18 czerwca 1989 r.

Propaganada robi swoje

Dopiero wybór Jaruzelskiego na prezydenta wielu z nas, oszołomionych zwycięstwem kandydatów Komitetu Obywatelskiego Lecha Wałęsy, otrzeźwił. Ale niekoniecznie wszystkich. Ci łatwo łyknęli bajki o zagrożeniach wynikających z ewentualnego niedotrzymania umów „okrągłego stołu”. Zaufani nasi posłowie, których znaliśmy w wielu wypadkach z okresu przed stanu wojennego i jako działaczy Solidarności podziemnej, tłumaczyli nam ściszonym głosem, że tak trzeba było, a gruba kreska Mazowieckiego jest koniecznością, bo lustracja mogłaby doprowadzić do niebezpiecznego konspiracyjnego organizowania się esbeków, tajniaków i twardogłowych komunistów.
Rzecz znamienna, że takie poglądy przekazywali nam nawet ci, którzy dziś uznają „okrągły stół” i ustalenia w Magdalence za zdradę, a grubą kreskę, brak lustracji za przyczyny obecnej sytuacji w Polsce.

Pytania bez odpwiedzi

Wciąż jednak wielu z nas, uczestniczących w tych wydarzeniach, nie znajduje odpowiedzi, dlaczego po 1989 r. „Solidarność” nie wróciła do dawnej świetności, kiedy właściwie nic już nie stało na przeszkodzie, by związki dyktowały politykom rozwiązania systemowe polityczne i społeczne, by skutecznie broniły miejsc pracy?
Dlaczego po entuzjastycznym rzuceniu się do działania kombatantów „Solidarności”, nagle okazało się, że nie można odtworzyć dawnej potęgi „Solidarności”. Każdy wziął swoje zabawki i poszedł do domu?
Nie zupełnie tak było Wielu dawnych działaczy po prostu znalazło się w tym historycznym momencie poza granicami kraju. Tam zapuścili korzenie z konieczności lub z wyboru, uznając swoją działalność związkową za przeszłość.
Mogę własną obserwacją zaświadczyć, że nie tęskniono za nimi w regionach. W każdym razie nie przypominam sobie, by przy okazji kolejnych rocznic honorowano ich choćby zaocznie odznaczeniami czy przybliżano nowym młodym członkom ich życiorysy związkowe.
Owszem, dziś można je odszukać i odczytać w „ Encyklopedii Solidarności” realizowanej przez IPN i to wszystko, co pozostało, czyli wspomnienia kombatantów we własnym gronie.
Nieprawdą jest też, że dawni działacze odrzucili drugą „Solidarność” jako strukturę zmontowaną przez SB. Wprost przeciwnie, prawie w komplecie spotkaliśmy się na starcie.
Wynik wyborów 4 czerwca był przede wszystkim naszą zasługą, naszej ciężkiej harówy i naszych, nierzadko kosztem rodziny, wydanych pieniędzy oraz pomocy z zagranicy, w tym kombatantów solidarnościowych. Po wyborach wróciliśmy do ciężkiej pracy związkowej.
Co się potem z nami stało? Każdy ma swoją historię. Młodym dociekliwym polecam prześledzenie losów członków prezydium, przewodniczących komisji zakładowych choćby tylko jednej dowolnie wybranej sekcji branżowej „Solidarności”, by odpowiedzieć sobie i innym na pytanie, co się z nami stało po 1989 r.
Mogą być bardzo zdziwieni, kiedy okaże się, że ci, którzy podają się dziś za opozycjonistów z rodowodem solidarnościowym, niewiele mają wspólnego z dawną pracą związkową. Ale to już odrębny temat na sążnistą rozprawę badawczą z dziejów NSZZ „Solidarność”.
Mit działaczy ""Solidarności"" z lat 1980 – 1989 wycofujących się z życia związkowego nie da się obronić przynajmniej do czasu „wojny na górze” i pierwszych podziałów miedzy zwolennikami kandydatur na prezydenta RP; Lecha Wałęsy a Tadeusza Mazowieckiego.
Dziś wiemy, że o żadnego nie warto było się kłócić, tylko obu należało pogonić, ale wtedy słyszałam z ust znajomych.
– Moja „Solidarność” już się skończyła.
Emocje wzięły górę.
Co do jednego chyba jednak wszyscy dziś jesteśmy zgodni. Nie dało się odtworzyć dawnych struktur związkowych w zakładach pracy. Przyczyny były różne i zależały od wielu czynników; wielkości miejsca pracy, prywatyzacji czy dezintegracji wielkich molochów zjednoczeniowych.
Związki przestały być Polakom potrzebne?

cdn.

______________________
w wersji audio "Rozmyślań przy zmywaku" możemy słuchać tu: Niepoprawne Radio PL