czwartek, 26 kwietnia 2012

O prześladowaniach Donalda Tuska i konserwatyzmie Jarosława Gowina myśli kilka

Miałam myśleć dziś zupełnie o czymś innym Tyle ważnych rzeczy dzieje się. O,o! Niektóre nawet sobie wynotowałam na Twitterze, jak mi ciśnienie po ich lekturze podskakiwało. Jak sobie tak rano przeczytałam skargę Tuska - Jestem przedmiotem wyjątkowej agresji - to i na kawie zaoszczędziłam. Bo jak tu nie współczuć, przecież dobrze wiem, jak to boli, choć nigdy premierem nie byłam.

Czytałam onegdaj każdego dnia:

- Pan Bóg tak stworzył kurczaki, że są inteligentniejsze od kaczek. Podobno kaczki są dość tępe. (Tę wiekopomną myśl rzucił Polakom marszałek Niesiołowski)

- Lech Kaczyński potrzebuje kuracji, która doprowadzi jego system nerwowy do porządku. (To również diagnoza marszałka Niesiołowskiego)

- Stało się dla mnie jasne, że jego wizja budowy lepszej Polski, której zaufały miliony Polaków, okazała się jednym wielkim oszustwem. Dlatego też postanowiłem nazwać rzeczy po imieniu i – jak ujął to jeden z przedwojennych satyryków – „przestać uważać bydło za niebydło”. (To uczona ocena PiS dokonana przez omc profesora Bartoszewskiego )

- Jarosława Kaczyńskiego trzeba zastrzelić i wypatroszyć (...) Bronisław Komorowski pójdzie na polowanie na wilki i zastrzelimy Jarosława Kaczyńskiego, wypatroszymy i skórę wystawimy na sprzedaż w Europie... . (niejaki Palikot. Przypominam: były członek PO, przewodniczący Komisji Nadzwyczajnej do spraw związanych z ograniczaniem biurokracji "Przyjazne Państwo", odznaczony przez prezydenta Kwaśniewskiego Złotym Krzyżem Zasługi).

A to godne prezydenta RP Bronisława Komorowskigo podsumowanie tragedii smoleńskiej. Też zapamiętałam - Wielu w Europie z ulgą przyjęło, że zakończył się etap walki o samolot, krzesło, o to, kto jedzie na jaki szczyt, itp.
A wtórował mu dowcipnie Palikot:
- Dlaczego do Smoleńska wyjechał kartofel, kurdupel, alkoholik, a wrócił mąż stanu? Bo Rosjanie podmienili ciało. ("dowcip" opowiadany zaraz po katastrofie)
Wydawało się, że Januszek przeholował, ale nie, bronił go sam obecnie pokrzywdzony, skarżący się na agresję:
- Gdy Palikot jest w formie, to jego wybryki ożywiają polską politykę.
Widać było za mało tej ożywczej formy, bo Tusk musiał jednak podgrzewać, a raczej zagrzewać do walki:
- Najlepsi i twardzi idą na wojnę z PiS- Do tej wojny potrzebuję ludzi najlepszych, twardych. Dlatego to otoczenie będzie teraz pomagało Grzegorzowi Schetynie bić się w Sejmie z PiS-em.
Niestety, opacznie Grześ pojął apel - Do boju! - i poszedł w odstawkę.

Dziś podobno role się odwróciły. Tuska przestali już kochać nawet we własnej partii.

Do wojny, tym razem ratującej słupki PO zagrzewają media, choć na oko niby nic takiego się nie dzieje. Wojny tej nie może oficjalnie, z wiadomych względów, wytoczyć mistrz ogłady i kultury, a przy tym konserwatysta, jak się patrzy, poważany w kręgach krakowskiej kurii, Jarosław Gowin. Bo jakby to było, gdyby polityk języka miłości, przeciwieństwo Palikota, Niesiołowskiego czy Komorowskiego, ostatnio również Donalda Tuska, nagle zaczął wzywać do nieposłuszeństwa względem własnego szefa?

Kto więc wymyślił tę narrację i po co? Od wielu tygodni wciąż natykam się na tytuły z Gawinem w roli głównej:

Gowin zapowiada zaostrzenie kar za przestępstwo gwałtu
Gowin: Chcę zatrzymać rewolucję
GOWIN: ZNIESIEMY SĄDY. Kiedy, ile - nie wiadomo...
Gowin krytykuje prokuraturę, ale Seremeta oszczędza
Jedynie strach przed Gowinem blokuje nowe wybory
W co gra Jarosław Gowin?
No właśnie, nad tymi tytułami chciałabym ciutkę porozmyślać. Jak to jest, że pan poseł , a dziś minister może straszyć premiera?
Jak to jest, że Gowin zaczyna, a nigdy nie kończy? (Tu przywołuje do porządku, żadnych sprośnych myśli, nie siedzę pod łóżkiem pana posła, to specjalność towarzysza Millera.)
A nie kończy to, co zaczyna szumnymi wypowiedziami. Sprawę in vitro przerabialiśmy już w poprzedniej kadencji. Tam poseł Gowin zachowywał się jak rasowy polityk, a nie jak panna co to chciałaby i się boi. Oświadczył, że jako polityk nie kieruje się doktryną religijną, ale przesłankami moralnymi i odpowiedzialnością za wypracowanie kompromisu społecznego. A że nie wyszło i do tej pory panuje u nas w tym względzie wolnoamerykanka? No, cóż. Co nie zabronione, dozwolone. Może na tym właśnie polega kompromis posła Gowina?
Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy przed kolejnym kompromisem w tym samym stylu Otóż powstała podobno frakcja w PO w obronie wolności sumienia posłów PO, w opozycji do Donalda Tuska, wspierana intensywnie przez jego ministra.
Bo to wicie, rozumicie, jak mawiał partyjnej pamięci Gierek, szef zobowiązał się do podpisania konwencji Rady Europy dotyczącej przeciwdziałania przemocy wobec kobiet. A jak się zobowiązał, to wiadomo, klamka zapadła. Jednak do tej pory nikt polskich kobiet o treści konwencji nie powiadomił. A nuż będzie afera jak w sprawie ACTA. A do tego jeszcze minister katolik, konserwatysta...
Bez obaw. Minister ma już doświadczenie. Takie sprawy załatwia się hurtowo. Nie tylko będzie podpisana konwencja, ale jeszcze przegłosowana ustawa o in vitro.
Że co? Że niemożliwe, by konserwatysta katolik był zwolennikiem inseminacji niszczącej ludzkie embriony? Spoko. Na to też jest rada. Podobno Gowin zagroził, że jeśli PO złoży w Sejmie projekt pozwalający na mrożenie zarodków, to grupa posłów złoży kontrprojekt zakazujący mrożenia. I tak oto od dziś będzie się ciemnemu ludowi opowiadać, że w PO są konserwatyści, którzy nie chcą zamrażania embrionów. Czy wtedy ktoś zapyta jak ci konserwatyści głosowali w sprawie reprodukcji zaplanowanej zgodnie weterynaryjną procedurą? Byli przeciw czy za?
A jak ostatecznie będzie z dyscypliną światopoglądową? Żaden problem. Po prostu; zgadzacie się na zwolnienie z dyscypliny światopoglądowej, no to my zgadzamy się na konwencję feministycznych oszołomów w Radzie Europy, która zwolni nas wreszcie z badania własnego katolickiego sumienia. Bez szemrania wprowadzimy wszystko, co zastrzegliśmy przy Karcie Praw Podstawowych w negocjacjach Traktatu Lizbońskiego.

Nie pierwszy to raz Gowin struga z wyborców wariata, prawda, panie pośle?

Zapytam tylko:
Jak pan głosował w sprawie zakazu aborcji? A jak zachował się pan w głosowaniu nad powołaniem Wandy Nowickiej, która przegrała proces z Joanną Najfeld?
Pamięta pan swoje słowa?

Prawie wszyscy, albo wszyscy mamy takie poczucie, że jeśli z trybuny sejmowej padają zarzuty wobec kandydata o lobbing, jeśli jest jakiś wyrok sądu, którego uzasadnienie na wniosek Wandy Nowickiej zostaje utajnione, (…) to opinia publiczna powinna je poznać, żebyśmy mieli pewność, że nikt z parlamentarzystów nie jest uwikłany w działalność lobbystyczną na rzecz koncernów farmaceutycznych.

Wyrok jest prawomocny, zostało upublicznione uzasadnienie. Wanda Nowicka pobierała pieniądze od providerów przemysłu aborcyjnego, a mimo to jest nadal wicemarszałkiem Sejmu i co pan zrobił z tym faktem? Nie przeszkadza to panu?
To wszystko jednak pestka wobec tego, że z pewnością grzecznie pan Gowin zgodzi się i na konwencję Rady Europy,również na skazanie kobiet, by bez szansy na pracę czekały na swoją głodową emeryturę do 67 roku życia. Grzecznie podniesie rączkę pan Gowin, konserwatysta, katolik za ustawą zezwalającą na in vitro i żadne sumienie mu w tym nie przeszkodzi. Tego akurat jestem, niestety, pewna.
I jeszcze jedno.
Podobno konserwatysta Gowin szykowany jest na następcę Tuska. Nie wiem czy to prawda, w brudnej wodzie zmywaka, nie widać wszystkich politycznych konfiguracji. Ale jeśli chodzi o mnie, nie mam nic przeciwko temu, by stołek Tuska zajął Gowin. Dla mnie to żadna różnica. Ci panowie różnią się między sobą tylko kolorem włosów i przedziałkiem na głowie. No, może jeszcze wymawianiem głoski "r". Przesadziłam? Gowin przystojniejszy? Drobnostka.

Rozmyślała Katarzyna. Do usłyszenia w Niepoprawnym Radiu PL


Ach! Zapomniałam dodać, że cytaty, tu użyte bez trudu znajdziemy w Internecie, wystarczy wpisać do Googli frazę.

środa, 11 kwietnia 2012

Kogo osłabia Smoleńsk?

Rzeczpospolita krzyczy tytułem:
Smoleńsk osłabia Platformę, inny portal w tym samym czasie ogłasza: Poważne kłopoty Platformy? "Nie mamy pomysłu", jeszcze inny - To zdecydowanie osłabia Platformę.


I jest okazja, by dyżurne pieski obsikały  w komentarzach pamięć ofiar, znieważyły rodziny, uczestników marszu.
Przy okazji pożyteczni idioci publikują podrzucane dezinformacje, które nie mają żadnego znaczenia, a jedynym ich zadaniem jest znużyć, podzielić, wzmocnić odporny na argumenty elektorat lemingów. Choć wiadomo, że bez wraku, bez przebadania ciał ofiar, bez międzynarodowej komisji niczego Polacy się już nie dowiedzą, niczego nie będą pewni.

I tak ma być, i o to chodzi. Czy ktoś, kto nie dostał pensji, a musi spłacić kredyt zaciągnięty na kupno wyprawki szkolnej dla dzieci może przejmować się katastrofą smoleńską? Czy myśli o cynicznych kłamstwach Ewy Kopacz i Donalda Tuska czy zdradzie Sejmu Rzeczpospolitej oddającego śledztwo w ręce Rosjan?

To oczywiste i na tym opiera się kłamstwo smoleńskie tak, jak niegdyś kłamstwo katyńskie. Wielu Polaków miało tę tragedię w głębokim poważaniu. Bardziej udawano niewiedzę, niż to było w rzeczywistości, bo tak było wygodniej, bezpieczniej. Władza ludowa dawała namiastkę wolności, ersatz dobrobytu. Nie warto było dla prawdy nadstawiać karku. I kark coraz bardziej się schylał; za talon na malucha, kawałek segmentu , kuchnię bez okien w betonowym blokowisku, wczasy czy sanatorium, warto było oddać prawdę, bo co komu po prawdzie. I tylko rodziny pomordowanych z uporem zmuszały do pamięci.

Niestety, wciąż jeszcze nie mogą tego uczynić do końca cudem ocaleli od banderowskich siekier mieszkańcy Kresów. Na ołtarzu wyimaginowanej polityki wschodniej poświęcono prawdę o tragicznej śmierci dziesiątek tysięcy obywateli II Rzeczpospolitej.
I tak można przykładów mnożyć w nieskończoność. Pamięć wybiórcza nie widzi nic złego w medialnym oswajaniu młodego pokolenia ze „śmiesznostkami” PRL w programach telewizyjnych.
Nic w tym złego. Młodzi muszą wiedzieć, jak to było w PRL; śmiesznie, głupio, biednie ale czy okrutnie? Skądże by znowu! Wystarczy tylko pamiętać, że to, co złe, było za Stalina, zmilczeć, albo tylko napomknąć o Grudniu 70, ofiarach wojny Jaruzelskiego z narodem, walkę podziemia niepodległościowego po 1945 r. sprowadzić do różnicy poglądów.  Wszystko upstrzyć ulubionym określeniem „kontrowersyjny”, a fakty nazwać opinią. Trzeba też wiedzieć, jakich pytań nie zadawać, np. dlaczego spadkobierca PZPR, jakim jest w prostej linii SLD nie potępił PRL i zbrodni komunistycznych?

Dla mojego pokolenia są to pytania retoryczne, ja wiem, dlaczego tak jest, doskonale znam z doświadczenia mechanizmy władzy komunistycznej, przećwiczyłam to na własnej skórze. 
Czy wiedzą to młode lemingi? Jeśli nawet coś im się obiło o uszy, to wkrótce znikną z ich pamięci skrawki wiedzy, a głodujących w obronie historii w szkołach skwitują wzruszeniem ramion - Ot, oszołomy!

Nie wszystko jednak idzie po myśli władzy. Wielotysięczne tłumy pod pałacem prezydenckim świadczą o tym, że  w piarowskim pomyśle na miękkie lądowanie w PRL – bis coś zgrzyta.
Pracowicie wmawiana Polakom propaganda, że nie warto zajmować się katastrofą, nie przekonuje nie tylko zwolenników PiS. Lata walki z tradycją i wartościami w imię wolności jednostki odbijają się teraz władzy zadyszką. Tej wolności nie przewidziano dla Polaków, ta "wolność" miała ich zniewolić, uczynić spragnionymi konsumentami  sytej do niedawna Europy.

Pech chciał, że posmakowali prawdziwej wolności, zobaczyli, że państwo może i ma obowiązek troszczenia się o swoich obywateli. Na nich władza nie liczy, ci nie nabiorą się już na drugą Irlandię. Co najwyżej dzięki skutecznej manipulacji zbojkotują wybory, a niektórzy, dorobiwszy się, wypną się na kraj, który nie dał im szans i zmusił do emigracji.

Władza z konieczności musi wciąż  liczyć na tęskniących za PRL; wszystko się należało: praca, mieszkanie, szkoła, kolonie dla dzieci. Trzeba było tylko ruszyć głową, dobrze żyć z władzą, mieć w rodzinie choć jednego z czerwoną legitymacją, najlepiej I sekretarza POP. Oczywiście, upraszczam i przesadzam, jestem niesprawiedliwa wobec tych, którzy stawiali opór, ale w opisie istoty mechanizmu rządzenia nie mylę się.

Dziś jest podobnie. Te pochody w rocznicę tragedii smoleńskiej byłyby władzy nawet na rękę. Odwracają uwagę od rozmontowywania państwa, skupiają na sprawie, pozornie nie wiążącej się z korupcją przy budowie autostrad, skandalu nazwanego szumnie „reformą emerytalną”, marginalizują protest głodowy przeciwko pozbawianiu młodego pokolenia tożsamości narodowej w szkołach, zagłuszają degrengoladę w wymiarze sprawiedliwości czy służbie zdrowia.

Temu właśnie mają służyć, jak na komendę wymienione na początku krzykliwe tytuły mediów na usługach rządzących i trzymających władzę. Zobaczcie, co się dzieje! PiS osłabia PO. Pozwolicie na to?! Chcecie wciąż gadać o katastrofie?! To wam zafunduje PiS, jeśli pozwolicie, by doszło do władzy.

Te tytuły i ten wrzask mają zagłuszyć fakt, który w normalnie funkcjonującym państwie dla każdego obywatela jest oczywisty.

Tragedia smoleńska nie jest własnością żadnej partii. Jest to tragedia Polski i wszystkich Polaków.

Tłumaczenie tego, wyjaśnianie obraża zdrowy rozsądek, a jednak trzeba wciąż pytać wątpiących:

- Po co Tobie władza, która nie jest w stanie zapewnić należytej ochrony swoim obywatelom?
- Co zmusi tę władzę do praworządności, jeśli  nie chciała zapewnić bezpieczeństwa jej najważniejszym przedstawicielom? Zatroszczy się o Ciebie?!
- Kto będzie liczył się z Polską w świecie, jeśli zapomnisz  o Smoleńsku?

I może ostanie ale najważniejsze pytania:
- Co dalej z nami, jeśli za tragedią tą kryje się zamach? Jesteś pewien, że nie? A skąd to wiesz?  Czy wyjaśnienie tego nie jest w naszym interesie, w interesie Polski, a nie tylko jednej partii?

Smoleńsk nie osłabia PO. A nawet, gdyby tak było, to jakie to ma dla nas znaczenie?
Niewyjaśniona tragedia  w  Smoleńsku osłabia Polskę i to dopiero naprawdę ma znaczenie. Warto o tym pamiętać zanim młodzi spakują ostatecznie walizki, a starzy będą po niewczasie kontestować eutanazję za pomocą przeprowadzanych niby - reform. Warto też wreszcie uświadomić sobie, że te dwie sprawy; śledztwo smoleńskie i przyszłość Polski nie dadzą się dziś oddzielić od siebie.

środa, 21 marca 2012

Krakowska głodówka


„Dawni opozycjoniści antykomunistyczni rozpoczęli 19 marca głodówkę w krakowskim kościele św. Stanisława, przeciwko zmniejszeniu ilości lekcji historii w szkolnych programach”.

Wiadomość PAP nie wzbudziła większego zainteresowania. Nie ma tłoku dziennikarzy z mikrofonami przed kościołem, nie ma emocjonującej dyskusji w mediach mainstreamowych . A jeśli już pojawiły się informacje, to mocno okrojone. Pozostaje więc przypomnieć, czego dotyczy ten tak radykalny protest.
Oto apel:

Wszelkie działania degradujące polską naukę, kulturę i Kościół katolicki naruszają podstawy naszej państwowości. Ograniczanie przedmiotów humanistycznych, ale także przyrodniczych i matematycznych w szkołach średnich, likwidacja instytucji kultury, próby wyprowadzenia religii ze szkół to prosta droga do upadku.
Wzywamy wszystkich, dla których dobro naszego państwa leży na sercu, do poparcia naszego protestu. Wyrazy poparcia prosimy wysyłać na adres Ministerstwa Edukacji Narodowej.
Domagamy się natychmiastowego zawieszenia rozporządzenia dotyczącego nowych podstaw programowych i podjęcia konsultacji z środowiskami związanymi ze szkolnictwem.
Żądamy aż tyle i tylko tyle.
Bogusław Kostka Dąbrowa
Leszek Jaranowski
Adam Kalita,
Ryszard Majdzik
Marian Stach
Grzegorz Surdy

 
Zostaną ze swym protestem i apelem sami? To pytanie do nas wszystkich czujących się odpowiedzialnymi za los Polski. Tak, tak; LOS POLSKI. Nie przesadzam i nie dramatyzuję i wiem co mówię.

 Historia narzędziem władzy PRL
Jak ważne jest nauczanie historii wiedzieli komuniści. W PRL, aby uczyć historii, trzeba było zaliczyć również Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu.
Indoktrynacja studentów historii była tak wielka, że pomimo ich nadmiaru (godzin lekcji historii zawsze było w szkołach skąpo), znajdowali pracę, jeśli nie w oświacie, to w MO albo  SB.
Program był przefiltrowany, nie dostały się tam żadne wiadomości czy interpretacje wydarzeń, które mogłyby wzbudzić wątpliwość, że prawdziwa Polska zaczęła się dopiero 1945 r.  Temu też miały służyć kolejne odsłony obchodów: X, XX, XXX itd. - lecia PRL 

I tak dzięki wytrwałości władzy, politruków i tzw. naukowców z klucza partyjnego, białe plamy w podręcznikach widoczne były tylko dla fachowców i tych, którzy zdążyli ukończyć szkołę przed wojną. 

Religijny i powielaczowy kurs historii
Ciąg dziejów przywracał nam Kościół. Lekcji historii udzielał podczas swych pielgrzymek do Ojczyzny Jan Paweł II.
A kiedy wybuchła „Solidarność”, dzięki powielaczowym wydawnictwom odbieraliśmy przyspieszony kurs historii. Niestety, miało się wkrótce okazać, że również wybiórczy. Udało się zakodować w świadomości Polaków rolę AK, przywrócono pamięć o Powstaniu Warszawskim, Sybirakach, wolno już mówić o Katyniu ale lista tematów tabu, niepoprawnych politycznie, zwłaszcza w podręcznikach, jest wciąż długa. Nie sposób wymienić całej.



To nie "idiotyczne pomysły"...
 Historia zawsze była narzędziem w kształtowaniu poglądów, tożsamości politycznej i przede wszystkim  narodowej. Warunkiem przetrwania narodu jako wspólnoty jest poczucie ciągłości dziejów nie tylko w wymiarze rodziny, czy regionu, ale i państwa.
Od tego nie da się uciec, chyba, że grunt całkowicie wyjałowimy. Pracę tę zgodnie z polityką unijną pilnie podjęła była już minister, Katarzyna Hall, a skwapliwie kontynuuje jej następczyni. To jej ostatecznie zasługą  będzie, że historia   jako przedmiot obowiązkowy ostanie się jedynie w pierwszej klasie liceum.
I nie jest to „idiotyczny pomysł”, jak chcą to widzieć niektórzy, ale celowa i planowa polityka unifikacji kulturowej Europy pod rządami lewicy.
Proszę poszperać w Internecie, poszukać informacji o edukacji europejskiej w dyrektywach unijnych, ot, choćby dotyczącej reformy szkolnictwa wyższego. Znalazłam tam, między innymi,  slajdy o zmianach w kształceniu:
  http://www.slidefinder.net/r/reforma_szkolnictwa_wy%C5%BCszego/32647697


 
Czy ktoś może mieć zastrzeżenie do stawiania w oświacie na rozwój człowieka, jego osobowości? Cele piękne i szczytne. Zanim jednak połkniemy bez zastrzeżeń szumne hasła, a na głodówkę machniemy ręką, zalecałabym, zwłaszcza  młodym rodzicom, postawienie sobie, nauczycielom i decydentom o kształcie polskiej oświaty, pytania zasadniczego.
 Dlaczego dla rozwoju kompetencji ucznia niezbędna jest likwidacja nauczania religii i historii ojczystej?

Brak konkretnych odpowiedzi,  zwykłe kłamstwa, jak w przypadku oświadczenia MEN w sprawie historii, to dowód, że boją się naszej reakcji na prawdę.

Wzorzec nowego człowieka
Nie o podmiotowość tu chodzi, nie o kompetentne wykształcenie, a o sprawnego niewolnika  w pracy i konsumenta po pracy. A strach przed jej utratą i nachalna reklama ma eliminować samodzielność w podejmowaniu decyzji.
Absolwent mający szeroką wiedzę, myślący samodzielnie, znający swoją wartość,  szanujący życie, rodzinę, umiejący być bez względu na rachunek ekonomiczny, dumny z przynależności kulturowej, narodowej, religijnej,  to opóźnienie w wychowaniu nowego człowieka. 
A nowy człowiek rodzi się w zaciszu już nie tylko Ministerstwa Edukacji Narodowej.  
Wzorzec nowego człowieka wykuwają już pracowicie edukatorzy pracując nad dyrektywami kompetencji dla dyrektorów, nauczycieli i polskiego ucznia, a sprawdzać efekty będą  ewaluatorzy w kuratoriach oświaty.
To dla nich potrzebne były pieniądze,  których brakuje w szkołach samorządowych. 

Ich przygotowanie do bezrefleksyjnego wykonywania zadań trwało bardzo długo, zanim PO doszło do władzy. Grandy na szkolenia przez lata wygrywał oświatowy elektorat Unii Demokratycznej, a potem Unii Wolności. 

Cierpliwie, przy każdej okazji, reformowano instytucje oświatowe czyszcząc je z oszołomów chorych na Polskę i polskość.  Efekt osiągnięto i przystąpiono do działania zaplanowanego, dobrze przygotowanego. Miałam okazję niedawno się o tym przekonać w rozmowie z  wizytatorami, którzy przeszli do nowej komórki ewaluatorów. 
Piętro niżej w ich miejscu pracy odbywał się wykład otwarty dr. Karola Sacewicza z IPN - „Żołnierze Wyklęci”. Nic o tym nie wiedzieli. A jeden z rozmówców moich był wręcz zszokowany, że polski Parlament ustanowił Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Nie chciał mi na słowo uwierzyć. Kiedy już nie miał wyjścia i musiał się z faktem pogodzić, próbował  mi zrobić swój wykład o kontrowersyjności tego święta. 

To ostatni dzwonek
Na miejscu rodziców nie liczyłabym więc  za bardzo, że pracownicy oświaty wesprą ich żądania zaprzestania niszczenia polskiej szkoły. A dzwonek wzywający do desperackiej walki o to, choćby za pomocą ostatecznej broni, jaką jest głodówka,  to już ostatni, bo do szkół wkraczają nauczyciele, których zdołano w procesie kształcenia ogołocić doszczętnie z wiedzy i umiejętności samodzielnego myślenia.
Media milczą, większość rodziców nie zdaje sobie sprawy, o co tak naprawdę toczy się walka. Apele naukowców zostały przez MEN zlekceważone. Groźnego pomruku opozycyjnych polityków też zbytnio nie słychać. 

Odezwał się, co prawda, np.  pewien „narrator” polityczny, niedoszły doktor Migalski, który dwoi się i troi każdego dnia w salonie24, by rzeczywistość poddała się zamysłom gry piarowskiej, ale jakoś marnie to mu wychodzi. Jestem przeciw głodówce. Nie takie metody, Panowie! - Grzmi dramatyczny tytuł jego notki. 

Nie wspominałabym o tym, gdyby  nie to, że ów europoseł Migalski tak jak pozostali jego koledzy, wyraźnie  miga się od konkretnego działania. 
Skoro posłowie nic nie mogą, to muszą to robić zwykli obywatele. Mam też nadzieję, że ostateczna weryfikacja kosmopolitycznych reformatorów nastąpi już wkrótce przy urnach wyborczych.

czwartek, 8 marca 2012

Wciąż mamy wybór. Co wybierzemy?


„Badania laboratoryjne wykazały, że sól techniczna nie jest groźna” – ogłosiły media. Te same, które jeszcze kilka dni temu informowały:

„Toksykolog Justyna Klimkiewicz, objaśniając w TVN24 objawy i skutki spożywania soli przemysłowej zamiast spożywczej, zwróciła uwagę przede wszystkim na to, że jest ona zanieczyszczona, np. dioksynami. Dlatego sól przemysłowa może być groźna dla zdrowia i powodować częstsze powstawanie nowotworów.
Pani toksykolog Klimkiewicz wyjaśniła, że dioksyny nie wywołują ostrego zatrucia, ale po kilku, kilkunastu latach "może dochodzić do częstszego powstawania nowotworów". Zastrzegła, że substancje te są bardzo szkodliwe dla kobiet w ciąży, a konkretnie dla płodu. Mogą powodować poronienia i wady wrodzone dziecka”.

Które wobec tego doniesienia medialne są prawdziwe?
  Nasuwa się też  kolejne pytanie. Oczyszczano sól przemysłową i dlatego badania wypadły pomyślnie czy tylko próbki soli przekazane do laboratorium?


Nie znam metod badań, ale tak sobie myślę, że może i rzeczywiście sól nie jest groźna, za to na pewno groźne  dla naszego zdrowia i bezpieczeństwa są instytucje, które powinny każdego dnia stać na jego straży.
Groźne są takie laboratoria, które badają skład soli dopiero jak wybucha afera, groźny jest SANEPID, który przez dziesięć  lat  nie potrafił sprawdzić składu wędlin i przetworów z niejadalną solą.

Wygląda na to, że w Polsce nie trzeba szaleńca, który jak w USA wtargnie do szkoły czy innej instytucji z bronią w ręku. Szaleniec spokojnie może założyć biznes i pod bokiem organizacji konsumenckich i kontrolnych molochów żyjących z naszych podatków może nas truć chlorkiem sodu czy inną, działającą szybciej lub przez całe lata, ale równie skutecznie, trującą, rakotwórczą substancją. Nikt bowiem nie sprawdza, w jakim kotle ostatecznie odpady produkcyjne się znajdą.

Chory i groźny, w swej bezsilności, skorumpowanej przez układy gospodarcze i powiązania biznesu z polityką, jest system nadzoru ochrony środowiska.
Przez lata pod moim domem dymił komin tartaku, w którym dawno  nie przeciera się desek, a produkuje płyty pilśniowe. Skrawki wędrowały do okolicznych pieców, czasem, gdy nie było  chętnych, spalał  je właściciel tartaku. Toksyczny smród osiadał na grządkach i trawnikach, przenikał do mieszkań. Wojny z właścicielem nie było końca.
Zastanawiam się, jak rozliczane są odpady tego i innych tartaków, że mimo kontroli wciąż zdarzają się dni, gdy nie można otworzyć okna, bo toksyczny dym wali z komina? Kto i jak to kontroluje? Czy ci sami, co będą nam teraz, zgodnie z przepisami walić do drzwi o 6 rano, by sprawdzić czy w naszym piecu nie spala się śmieci? A jak okaże się, że na ściankach pieca będą toksyny z kleju używanego do płyt, to ukarany zostanie tylko gospodarz czy też ich producent?


Nasze dzieci uczą się w szkole, jak segregować śmieci, ale nikt nie uczy ich, że margaryna jest szkodliwa dla zdrowia, a zabójstwem jest przepalony tłuszcz. Czy dlatego, że koncerny zarabiające na chipsach i produkcji margaryny zbankrutowałyby?

Kapiący z dziurawego przewodu płyn hamulcowy czy benzyna to przestępstwo, bo zatruwa środowisko. To prawda, ale dlaczego przestępstwem nie jest już sypanie na jezdnie toksycznej soli? Czy z tego samego powodu, że zbankrutowałyby firmy, które oszczędzają na naszym zdrowiu i zamiast utylizować odpady, sprzedają je drogowcom? A to tylko wierzchołek góry.

Prawo na papierze. Plany i sprawozdania, bo tego wymaga od nas Unia. Tylko że to prawo jest martwe. Jest tak, jak napisał w swym felietonie prof. Zbigniew Hałat. http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=29733
Nie są w praktyce wypracowane i stosowane zabezpieczenia, które powinny nas chronić przed truciznami z powietrza, ziemi, wody, przemysłu  i  żywności. O większości zagrożeń statystyczny Polak niewiele wie. Dowie się dopiero, jak jego bliscy i on sam zacznie śmiertelnie chorować.
Tym akurat truciciele się nie przejmują. Znikły z Internetu dywagacje nad możliwościami żądania odszkodowań za zatrutą toksyczną solą żywność. Mają prawników, którzy  obrzydzą nam dochodzenie do sprawiedliwości i pozyskania pieniędzy na leczenie.

Ale chore  też , jeśli nie skorumpowane,  są media, które jednego dnia ogłaszają, że sól przemysłowa tysiącami ton  kupowana przez pośredników i zużywana do produkcji żywności, jest trująca, a drugiego - jakby nigdy nic, bez cienia wątpliwości, ogłaszają, że sól ta nie jest szkodliwa dla zdrowia.

Czy jest na to rada?
Oczywiście, że jest. Pora, by obywatele poczuli się gospodarzami we własnym kraju i zaczęli się skutecznie organizować w konkretnych sprawach. Sami z toksycznym dymem z tartaku nie damy sobie rady. Razem możemy zmusić do przestrzegania prawa.

Czy można być skutecznym w takich działaniach?
Nie mam żadnych co do tego wątpliwości. I wiem to z doświadczenia.
Na początku lat dziewięćdziesiątych zakłady gospodarki komunalnej w miastach szukały naiwnych mieszkańców okolicznych gmin, by przyjmowały na swój teren osady z oczyszczalni ścieków i śmieci, które nie mieściły się na starych wysypiskach.
Tak było i w mojej gminie. Osady miały być bezpieczne, a wysypiska szczelne, by trucizny nie przedostawały się do gruntu. Na składowiska doskonale nadawały się poeskaerowskie grunty. Wójtowi aż się oczy świeciły na myśl, ile to wpłynie do gminnej i chyba nie tylko gminnej, kasy za użyczenie terenu. Bankrutujący masowo rolnicy też skrycie marzyli o takim zarobku. Na szczęście  nie wszyscy ogłupieli.
Próbki osadów poszły do badania w laboratorium niezależnym od Sanepidu. Czego tam nie było! Cała tablica Mendelejewa. Po okazaniu radnym wyników badań  nie było chętnych na spór prawny z mieszkańcami. Pola sąsiadujące z torfakami zostały uratowane.
Warto czasem wyłączyć telewizor, spotkać się z mądrymi ludźmi i bronić siebie i swoje środowisko przed szaleńcami, którzy dla zysku gotowi nas rozcieńczonym arszenikiem poić.

To da się zrobić, pod warunkiem, że zaczniemy myśleć samodzielnie. Wystarczy zastanowić się, co będzie z firmami, które handlowały przemysłową solą, gdy zmusimy władze do podania ich adresów? Zbankrutują. I dobrze. Z dziadowskimi torbami pod most mieszkać powinni pójść ich właściciele.
Problem tylko w tym, że my boimy się utraty pracy, gdy je zlikwidują. Dlatego milczymy i milczą urzędnicy, politycy. Im też widmo utraty stołka czy miejsca na liście wyborczej spędza sen z powiek.
  Na tym właśnie polega machina korupcyjna; dla jednych stołek i łapówka, dla innych mandat, a dla nas zatruta żywność i środowisko, i praca za cenę utraty zdrowia, przedwczesnej śmierci w cierpieniu. Wciąż jednak mamy wybór. Co wybierzemy?

Adres ilustracji:
http://cdn29.se.smcloud.net/t/photos/thumbnails/153963/zabojcza_sol_640x0_rozmiar-niestandardowy.jpg

wtorek, 28 lutego 2012

Konsultacje społeczne w roli kozy rebego

Za PRL eksploatowany był  kawał z wielką brodą na temat sposobu powiększenia gomułkowskich mieszkań w blokowiskach. Wielu pamięta jeszcze, jak wtedy gorzko śmialiśmy się z niego. Dziś wystarczy wrzucić do wyszukiwarki „rabin i koza”, a przekonamy się, jak bardzo jest popularny i użyteczny jako niezastąpiony komentarz pozornych działań i godzenia się z rzeczywistością, która nam doskwiera, ale nie umiemy jej zmienić; a to w służbie zdrowia, a to w szkolnictwie, a to w sporcie… Szczególnie często powraca, gdy mowa jest o tzw. reformach rządu  Tuska.

Opowiadanie jego powinno być karane z urzędu, ale co ja zrobię, jak żadna inna ilustracja nie pasuje tak doskonale do pokazów, jakie ostatnio serwuje nam Tusk i Pawlak w związku z reformą emerytalną.

No więc, było tak:


Przychodzi Żyd do rabina: Oj, rebe, poradź. W moim domu nie do wytrzymania.Żona, dzieci, synowe, zięciowie, wnuki, wszyscy na kupie – ciasnota i hałas, że głowę urywa. Co mam robić?

Wstaw szafę, Icek – poradził rabin.

A kiedy Icek skarżył się, że jest jeszcze gorzej, rebe kazał mu wstawiać następne meble. Icek włosy rwał z głowy, a tu jeszcze kazano mu wprowadzić kozę do mieszkania. Bliski załamania nerwowego wykrzykuje rabinowi swoją skargę. Wtedy otrzymuje wreszcie zbawienną radę.

- Każdego dnia wynoś z domu po jednym  meblu, a na
koniec wyprowadź kozę.


Spotyka rabin Icka i pyta, jak mu się żyje.

- Oj, rebe, jakiś ty mądry, toż w moim domu tyle miejsca się zrobiło. Takie duże mieszkanie…

A teraz ad rem spróbuję całkiem poważnie, choć nie wiem czy jest to do końca możliwe:

Żyjemy w czasach ciągłych zmian. Przepis żyje tylko jedną kadencję, a czasem nawet i to nie. A wszystko odbywa się według dawno ustalonego rytuału.
Zapowiedź zmian, przecieki prasowe, emocje i sterowane dyskusje, a potem ze zdumieniem odkrywamy, że co innego obiecywano, co innego pisano, a co innego wyszło, ale wstyd się przyznać, że „ciasno i duszno” jak było, tak jest.

Czy i tym razem „Icek”,  którym od ponad 20 lat jest obywatel Polski,  rządowym i medialnym „rebe” da się w kozę wrobić?

Rady  poszły już dawno do uzależnionych od szkła kontaktowego. Od kilku miesięcy chór oficjalnych mediów zapowiadał kolejne „powiększenie mieszkania”, czytaj; reformę emerytalną. Najpierw ruszono OFE,  sprawdzono, czy gładko Polacy to kupią, a że OFE bronili głównie ci, których naród za puszczenie z torbami przez otwartą granicę nie specjalnie kocha, to wielkiego sprzeciwu nie było. Rebe Balcerowicz przegrał z rebe Rostowskim, by kreatywna księgowość pozwoliła dotrwać do wyborów.


Przyszedł nowy rok i wódz wkroczył ostro do akcji do tego stopnia, że po Internecie krąży  apel, wzięty z półki czarnego, wisielczego humoru: Emerycie, wspieraj PO czynem: umieraj przed terminem! http://www.blogpress.pl/node/11770

Wódz  nas nie oszczędza. O nie! Nie  pozwala nam „kwękolić”, że posłużę się twórczym neologizmem miłościwie nam panującego.
Ostatni tydzień to najpracowitszy okres w całych rządach Tuska. I jest efekt tej wzmożonej aktywności. Premier umocnił się w swoich przekonaniach o słuszności decyzji. Nieważne, że nas nie przekonał. Nie taki bowiem jest cel szeroko zakrojonej akcji konsultacji społecznych. Dzięki nim mamy każdego dnia emocjonujące wypowiedzi i znacząco powiększa się nam kolekcja zdjęć premiera; raz z czołem zmarszczonym, innym razem - buzią uśmiechniętą, ze złożonymi lub  szeroko otwartymi czy poklepującymi Pawlaka ramionami.
Lepiej byłoby się nie zabierać za reformę, gdybyśmy mieli na tym poprzestać. – powiedział niedawno uprzejmie komentując poprawki PSL do projektu.

Co do pierwszej części tego zdania jestem, premierze, za! Co do drugiej, to współczuję koalicjanta. Nadziwić się bowiem nie mogę, dlaczego Pawlak swoich pomysłów nie głosił w czasie prac rządu i tam nie próbował je przeforsować? Byłoby już po kłopocie.
Czyżby wicepremier nie brał udziału w posiedzeniach Rady Ministrów? A może był akurat na urlopie, może posiedzenia były tajne? Może wcale projekt nie był głosowany? A może po porostu urwał się z rządowego rzemyka na czas partyjnej kampanii?
Zostawmy dociekania, wkrótce się przekonamy jak pan Pawlak i cały klub PSL będzie głosował.


Wróćmy do głównodowodzącego.
Trzeba  przyznać, że z naszego premiera to ludzki człowiek. Rozumie niedolę ludu, zwłaszcza chłopów gnębionych przez wieki pańszczyzną, a których jak lew broni ludowy trybun. Co widać i słychać każdego dnia. Ciekawe tylko czy lud ciemiężony da się na ten teatr nabrać. Ale to już sprawa ludu a nie inteligencji pracującej, tfu, byłej - pracującej.

Nasz wódz pod wpływem swego koalicjanta wzruszył się i zatroskał , jakby tu  przy okazji reformy wieku emerytalnego "osłonić najsłabszych".

Tak sobie myślę, że w tym nawale pracy odgrywania scenek piarowskich przed dziennikarzami, którzy spolegliwie każde słowo szefa wybierają z ust, by wiernie nam je przekazać,  Donald Tusk nie zdążył przeczytać projektu reformy emerytalnej własnego rządu.

A tam jak byk napisano, jak będą osłaniani najbiedniejsi.

Art. 17. Do dnia 31 grudnia 2014 r. minister właściwy do spraw pracy przygotuje program rządowy na zasadach określonych w ustawie z dnia 6 grudnia 2006 r. o zasadach prowadzenia polityki rozwoju (Dz. U. z 2009 r. Nr 84, poz. 712 i Nr 157, poz. 1241 oraz
z 2011 r. Nr 279, poz. 1644), dotyczący wspierania zatrudnienia i aktywizacji zawodowej osób powyżej 60. roku życia oraz wspierania równości płci na rynku pracy.

(Taaak, o płci nie zapomniano. Parytety tego rządu są oczkiem w głowie premiera, co jasno udowodniły szczególnie trzy znane nam wszystkim kobiety w rządzie Donalda Tuska.)

Czy nie jest to budzący nadzieję artykuł prawny? Będzie, kochani, program, nie martwcie się drodzy emeryci. I jaki ambitny! Co prawda nie wyszedł program Solidarność pokoleń. Działania dla zwiększenia aktywności zawodowej osób w wieku  50+, ale ten na pewno wyjdzie. Wszak premier, Donald Tusk, to gwarantuje. A on zawsze dotrzymuje słowa.
  A jakby nawet nie zwiększył zatrudnienia, ani nie zmusił przedsiębiorców do zatrudniania staruszków, to i tak będzie z nowego programu, zagwarantowanego ustawowo, pożytek. Znowu tabun moderatorów i edukatorów dorobi do urzędniczej pensji.
http://www.mpips.gov.pl/bip/akty-prawne/programy/sprawozdanie-z-realizacji-programu-solidarnosc-pokolen-dzialania-dla-zwiekszenie-aktywnosci-zawodowej-osob-50/

Przyswajając sobie art. 17 projektu wzruszyłam się troskliwością o bezrobotnych czekających na swój wiek emerytalny.

Dzięki też szczerości i otwartości na dialog społeczny naszego premiera uspokoiłam się ostatecznie. Donald Tusk bowiem  powiedział:
Nie ryzykowałbym w imieniu państwa polskiego, czekając na kolejną zmianę. Nie bardzo mi się chce wierzyć, żeby ktoś jeszcze wrócił w przewidywalnym czasie do tak bolesnego i trudnego projektu, jakim jest podniesienie wieku emerytalnego.


Dwa zdania, tylko dwa, a jakże bogate w treść i budzące nadzieję! Wystarczy dymisja tego rządu i mamy pewność, że już nikt w imieniu państwa polskiego nie będzie bawił się w rabina, który powiększa mieszkanie Icka wprowadzając do niego kozę.

Słusznie premier nie zgadza się by tą kozą był pomysł Pawlaka zmniejszenia projektowanego wieku emerytalnego z 67 do 67 dla mężczyzn i z 67 do 62 dla kobiet.
Jakby to nie brzmiało, zawszeć to jest tylko ruch Icka wprowadzającego i wyprowadzającego kozę ze swego ciasnego domu.

Tak trzymać, premierze, a wcześniejsza emerytura rządowa  i zasłużony pobyt w Dolomitach zagwarantowany.


Nie kupujących dobrych rad rebego  odsyłam do projektu nowelizacji ustawy o emeryturach na stronie rządowej

http://www.premier.gov.pl/centrum_prasowe/wydarzenia/rozpoczynamy_konsultacje_refor,9068/


Jeśli komuś nie wystarczają emocjonujące bajki, czarny humor i dowcip żydowski, to zachęcam do  merytorycznych informacji blogerskich, których zapewne rząd nie ma czasu czytać, np.:

Ile zarobią politycy na podwyższeniu wieku emerytalnego

http://piechula.com.pl/2012/02/ile-zarobia-politycy-na-podwyzszeniu-wieku-emerytalnego/


czy: Podwyższenie wieku emerytalnego i skutki

http://lubczasopismo.salon24.pl/debiut/post/394447,podwyzszenie-wieku-emerytalnego-i-skutki


Zapraszam też do Zmywaka w Niepoprawnym Radiu PL

http://niepoprawneradio.pl/

środa, 15 lutego 2012

Wybieram, premierze!

Jeszcze kilka dni temu. Donald Tusk obiecywał, że przez miesiąc będzie konsultował nowelizację ustawy o emeryturach. Dziś już zamiast obiecywania mamy szantaż:

Tusk zmarszczył groźnie brew i oświadczył: Albo podwyższenie wieku, albo wyższy VAT


A miało być tak pięknie. Kto nie pamięta, niech sobie przypomni wszystkie obietnice Tuska. http://www.kapitalizm.org/?action=show_article&art_id=3549
Trzy godziny premier obiecywał.
Potem było już krócej. Zapamiętałam. Jeśli PO wygra, otrzymamy od UE 300 mld zł. http://www.hotmoney.pl/artykul/lewandowski-polska-moze-dostac-300-mld-zl-23824
A teraz okazało się, że 300 mld to kiełbasa wyborcza, a nas musi być stać na ratowanie europejskiej lichwy.

Dla ratowania strefy euro premier Tusk gotów był poświęcić „jedną trzecią wszystkich wydatków budżetowych Polski czyli tyle, ile na ochronę zdrowia lub modernizację naszego wojska wydajemy przez kilkanaście lat. – donosiły media http://wiadomosci.wp.pl/title,100-mld-zl-z-Polski-dla-europejskich-bankrutow,wid,14070940,wiadomosc.html

Trochę wyskoczył z tym przed szereg innych państw nasz premier, więc ostatecznie okazało się, że Narodowy Bank Polski przekaże do Międzynarodowego Funduszu Walutowego pożyczkę w wysokości 6, 27 mld euro. Czy to prawda, tego nie wie żaden statystyczny „Kowalski”. O warunkach udzielonej pożyczki nie chcieli się dowiedzieć nawet senatorowie.

Wniosek o włączenie do porządku obrad informacji ministra finansów i prezesa Narodowego Banku Polskiego na temat warunków wyasygnowania 6 mld euro pożyczki NBP dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego złożony pod koniec ubiegłego roku przez senatora Grzegorza Biereckiego (PiS), został odrzucony 19 stycznia przez senat. Przeciwko wysłuchaniu byli wszyscy senatorowie Platformy Obywatelskiej.(sic!) – poinformował Nasz Dziennik http://www.stefczyk.info/wiadomosci/polska/co-chca-ukryc-senatorowie-po

Uff! Na szczęście, nie muszę się jednak martwić o moją emeryturę, będą pieniądze, pocieszył mnie prezes NBP.

"Pożyczka dla MFW nie oznacza ani zmniejszenia, ani zablokowania rezerw walutowych NBP. Istnieje zasada pełnego zwrotu na żądanie, gdyby kraj - pożyczkodawca znajdował się w kłopotach. To sprawia, że tę pożyczkę można zaliczyć do rezerw, bo jeśli będzie potrzeba są dostępne bez ograniczeń" - powiedział na posiedzeniu sejmowej komisji Belka.

Na ziemię sprowadził mnie premier. Prawda jest brutalna. Nie mamy wyjścia, wybierajmy. Podwyższenie wieku emerytalnego czy o 8% VAT?

Pozostaje grzecznie odpowiedzieć, choć raz możemy wybierać poza urną wyborczą. Premier daje nam szansę. Tylko co tu powiedzieć, skoro od dłuższego czasu szukam projektu nowelizacji ustawy emerytalnej i nigdzie nie mogę jej znaleźć?


Czyżby było w tym projekcie coś znaczenie ważniejszego niż podwyższenie wieku emerytalnego, coś, o czym Polak nie powinien wiedzieć, bo jak się dowie to go szlag trafi i wyjdzie na ulicę?

Zastanawiam się nad głosami opozycji i tej z lewa, i tej z prawa. Znają projekt czy nie? Wiedzą więcej niż ja czy nie? A może będzie tak jak w przypadku ACTA, okaże się, że niektórzy grzecznie podnieśli rączkę za, a ta cała dyskusja to tylko taka piarowska zabawa?

No cóż w tej sytuacji pozostaje mi jedynie powtórzyć to, co, jako nieświadomy wielkiej polityki, ale doświadczony życiowo obywatel przy zmywaku, sądzę o tej ROZPOCZĘTEJ, EMOCJONUJĄCEJ NARRACJI O WIEKU EMERYTALNYM.

Czuję się, Panie premierze, obywatelem wezwanym przez Pana do wypowiedzi i mówię podwyższaniu wieku emerytalnego - NIE!


Dlaczego? Bo nie reformuje się w ten sposób kraju. To tak jakby budować dom; raz okna, raz fundament, a potem komin. Wiadomo, że się zawali. Podnoszenie wieku emerytalnego nie jest reformą, a łataniem dziury i unikaniem odpowiedzialności za system społeczny i gospodarczy kraju. Co gorsza, niektórzy, jak prezydent Centrum im. Adama Smitha, profesor Robert Gwiazdowski, uważają że ta cała Pana, premierze, histeria to tylko wynik warunku postawionego przez fundusz walutowy, a nie troska o naszą starość i budżet państwa polskiego.

Problemem nie jest wiek emerytalny, a demografia, brak stymulowania rozwoju rodziny, małych przedsiębiorstw, bezrobocie czy brak równowagi między ceną pracy, a ceną towarów. Większości Polaków nie stać na ubezpieczenia dodatkowe. Pan je wymusza. By wspomnieć tylko niektóre problemy wymagające systemowej reformy państwa.


Systemową reformę podjęły Węgry, Pana rząd udaje, że podejmuje reformy, w rzeczywistości nie ma pomysłu na rządzenie i reformę.



Dziś państwo uchyla się od obowiązku udzielenia nam odpowiedzi na podstawowe pytania, takie, między innymi jak:
Co będzie z bezrobotnymi, którzy stracili pracę tuż przed uzyskaniem uprawnień do emerytury?
Czy będzie nadal wiek ochronny?
Co będzie ze składkami tych, od których przez całe życie zawodowe ściągano je obowiązkowo, ale nie zdążyli skorzystać z dobrodziejstw emerytury, bo pożegnali się z tym światem, np. w dniu przejścia na emeryturę?
Czy wobec nagminnego płacenia części wynagrodzenia pod stołem i zatrudniania na umowy śmieciowe czy też na czarno, będzie zagwarantowana emerytura minimalna, a jeśli tak, to jak się ją będzie obliczać?
Kiedy z wysokością płac i emerytur dorównamy starej Unii, bo jak na razie równamy tylko cenami towarów i usług?
Kiedy dorównamy standardem życia emerytom na Zachodzie?
Niemożliwe?
No, to o czym Pan chce dyskutować? Do czego przekonywać? Do Wyboru między eutanazją a brakiem środków do życia?!

Pytań jest wiele, ostatnim w szeregu jest pytanie o wiek emerytalny.


Państwo zmusza nas do składek, a teraz próbuje się wymigać od odpowiedzialności demagogią.

Póki nie otrzymam projektu nowelizacji ustawy emerytalnej, a w niej odpowiedzi na, między innymi, te pytania, mój wybór jest bardzo prosty:

Wybieram, premierze! Twoją dymisję. Skoro rząd nie radzi sobie z problemami społecznymi i gospodarczymi, to po co nam taki rząd? Nie powierza się reformy kraju komuś, kto nie potrafi przez 5 lat wybudować kilometra autostrady i Stadionu Narodowego bez korupcji i afer. I mam nadzieję, że z równą determinacją jak wolności słowa w Internecie, będą młodzi ludzie bronić teraz siebie i kraj przed takimi reformatorami jak pan.


środa, 8 lutego 2012

Dwie narracje

Oto cela matki Madzi. Siedzi w niej 23 godziny na dobę.
Łzy babci Madzi. Wyznanie ojca.
Policja mści się na Rutkowskim. To ojciec Magdy odmówił pomocy. Będzie pozew. Samotny szeryf czy medialny błazen? Pogotowie u matki Madzi…
itd. itp. Od kilkunastu dni półroczna Magda i jej rodzina to główny temat narracji.


Każdego dnia ktoś ginie, umiera, rozgrywa się tragedia. Dlaczego akurat to nieszczęście tak fascynuje dziennikarzy? Dlaczego tak chętnie z nimi współpracują funkcjonariusze, że nawet cele aresztu śledczego pozwalają fotografować? W jakim spektaklu bierzemy udział?

Bo że jest to spektakl medialny nie mam wątpliwości. Reality show budowane na ludzkim nieszczęściu to dla mediów nic nowego. Warto jednak zadać sobie pytanie dla kogo jest on kreowany, nagrywany i promowany, kto ma być jego widzem?

Myślę, że spektakl ten reżyserują przede wszystkim hieny aborcyjne.

Nagłówki medialnych doniesień nie pozostawiają złudzeń. Wyciągnięta z kąta Maria Czubaszek chwali się, że zabiła swoje nienarodzone dzieci i czuje się z tym dobrze. Dyżurna Magdalena Środa wybrzydza na ciążę. Nie omieszkała także śmierć Madzi powiązać z zakazem aborcji na życzenie i oskarżyć za to Kościół.
W jazgot włączyli się lewicowi blogerzy. "Zwyczajna kobieta" w salonie 24 przekonywała, że matka Madzi zabiła dziecko, bo nie pozwolono zabić je wcześniej, zanim się urodziło. Blogerka miała pecha, za szybko wystartowała ze swoją cyniczną demagogią, bo okazało się, że Madzia uległa nieszczęśliwemu wypadkowi, nie została zamordowana przez własną matkę.

A wszytko to ma odbiorców szkła kontaktowego zmusić do refleksji. Czy nie lepiej pozwolić na aborcję, skoro są rodziny niezdolne do zapewnienia opieki narodzonemu dziecku?

Rozwiązywanie problemów społecznych poprzez zabijanie nie jest wymysłem holenderskich „Kobiet na Falach”, które spełniają się, od kiedy wykonują aborcję. Rodził się w głowach od wieków. Kalekie dziecko należało zrzucić ze skały w starożytnej Sparcie. Prawo decydujące o tym, kto ma żyć, a kogo można i trzeba zabić, do perfekcji doprowadzili naziści i komuniści. O ile eugenika nazistowska ubrała togę prawa cywilizacji liberalnej, o tyle komunistyczna eksterminacja na oczach świata ględzącego o prawach człowieka wciąż trwa w Chinach i Korei Północnej. Czy tylko tam?


Niezorientowanym wydaje się, że jest to tylko sprawa światopoglądu i wyznawanych wartości. Nic błędniejszego. Ideologia aborcyjna jest tylko narzędziem zdobywania władzy i pieniędzy. Ideologia ta, jak każda, służy racjonalizacji zła, przekonania maluczkich, by byli posłuszni i uzasadnieniu eksterminacji tych, którzy nie chcą słuchać.
Gdy opinia już zostaje urobiona, władza zdobyta, można rozwiązywać problemy społeczne za pomocą sterylizacji, aborcji, eutanazji , obozów koncentracyjnych i pieców krematoryjnych.

Dziś również trwa ta sama propaganda ubrana we współczucie i slogany o wolności i prawie wyboru.

Za takim prawem „wyboru”, jeśli nie jest on powszechnie stosowany, idzie w końcu przymus ubrany w paragrafy i dyrektywy. Zmuszanie za pomocą prawa szpitali do zabijania dzieci poczętych, ograniczenie klauzuli sumienia dla lekarzy, przymusowa edukacja seksualna od I klasy szkoły podstawowej, darmowa antykoncepcja dla nastolatków. Z rządami i politykami szybko można się rozprawić, wystarczy wstrzymanie dotacji celowych. Ćwiczą to teraz władze Węgier. Kto następny?

Ostatnio jednak w naszym kraju i nie tylko u nas providerom aborcyjnym dzieje się gorzej.

Walka z imperium aborcyjnym, jakim jest Planned Parenthood trwa w USA. Dzięki determinacji obrońców życia ujawniono poważne nieprawidłowości w finansach i funkcjonowaniu tej organizacji. Jej szefowa, Cecile Richards ma wytłumaczyć się przed kongresmanami USA z nadużyć w wykorzystywaniu państwowych pieniędzy, a także ukrywaniu informacji o molestowaniu nieletnich. Dzięki temu walcząca z rakiem Fundacja im. Susan G. Komen mogła wstrzymać dotacje dla potężnego aborcyjnego giganta. Szantaż jednak wobec tej fundacji wciąż trwa. (Catholic Family and Human Rights Institute www.c-fam.org)

Przez całą Europę przetoczyły się w ubiegłym roku tysięczne Marsze dla Życia. Wiedza o dziecku poczętym, konsekwencjach aborcji zaczyna docierać do obywateli na Zachodzie.

Ubiegłoroczne wydarzenia w Polsce potwierdziły, że i u nas propaganda w tym względzie nie jest całkowicie skuteczna.

Wprost przeciwnie. Pod obywatelskim projektem antyaborcyjnym podpisało się sześćset tysięcy osób. Lewicy pod projektem liberalizacji prawa aborcyjnego udało się zebrać zaledwie 30 tys. podpisów.

Dziesiątki tysięcy Polaków chodzą na Marsze dla Życia w całej Polsce.

Czy na tym tle nie może dziwić postawa polskiego Parlamentu? PO w minionej kadencji zmusiło dyscypliną partyjną swoich posłów do głosowania przeciwko zakazowi aborcji. Tym samym przyłączyli się do posłów SLD, do których nie mam większych pretensji, bo nigdy nie ukrywali swojej nienawiści do normalnej wielodzietnej rodziny.
Postawa partii odwołującej się do etosu „Solidarności” może dziwić.

W nowej kadencji, za sprawą, między innymi, posłów PO, Wanda Nowicka zostaje wybrana wicemarszałkiem Sejmu, choć żadna to tajemnica, że jest na liście płac przemysłu antykoncepcyjno-aborcyjnego, co jasno wynika z uzasadnienia wyroku uniewinniającego Joannę Najfeld w procesie karnym wytoczonym jej przez Wandę Nowicką.

Warto przypomnieć:


Joanna Najfeld powiedziała w 2009 roku w czasie dyskusji TVN24: „Organizacja pani Nowickiej jest częścią międzynarodowego koncernu, największego w ogóle, providerów aborcji i antykoncepcji. Pani po prostu jest na liście płac tego przemysłu”.

Po publicznym oświadczeniu Wandy Nowickiej, że nie żądała utajnienia uzasadnienia wyroku, niektóre portale zdecydowały się na jego opublikowanie. Między innymi, obszerne fragmenty uzasadnienia wyroku Sądu Rejonowego dla Warszawy Mokotowa, XIV Wydziału Karnego z dnia 12 września 2011 roku, zamieścił portal Rebelya http://rebelya.pl/post/274/rebelya-ujawnia-uzasadnienie_wandy_nowickiej
A w Uważam Rze 4 grudnia 2011 r. ukazuje się artykuł Mariusza Majewskiego „Tajne dotacje”. Przeczytać go można też na stronie: Dziennikarze za prawdą o aborcji http://prawdaoaborcji.wordpress.com/2011/12/18/tajne-dotacje/
Warto się z nim zapoznać. Jest tam obok faktów świadczących o niezgodnej z prawem działalności Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny kierowanej przez Wandę Nowicką, również opinia Wojciecha Maziarskiego broniąca kamienowanej, jak sama o sobie mówi, przez katoli wicemarszałek.
„formułowane są bzdurne zarzuty, że jej fundacja brała dotacje od firm farmaceutycznych”. „Podczas gdy w rzeczywistości sprawa jest prosta: przedstawiciele prawicy nie mogą znieść obecności przedstawicielki feministycznej lewicy we władzach Sejmu”

Dziś mamy już sytuację jasną: Wanda Nowicka ostatecznie przegrała proces z Joanną Nafeld.


30 stycznia 2012 r. Sąd apelacyjny utrzymał w mocy wyrok uniewinniający Joannę Najfeld w procesie karnym wytoczonym jej przez Wandę Nowicką. Orzeczenie jest prawomocne.
Gdyby nie blogerzy i niektóre portale (Proszę sobie je „wygooglować”. Warto zobaczyć, które to zrobiły.), wiadomość ta nie przedostałaby się do opinii publicznej. Media mainstreamowe wiadomość całkowicie przemilczały. Wojciech Maziarski i inni obrońcy czci Wandy Nowickiej, tym razem nie mają nam nic do powiedzenia.
Nie będę odpowiadać , dlaczego, bo jest to pytanie z gatunku retorycznych.

Co ma do tego wyroku narracja o tragicznym finale poszukiwań Madzi?

Dlaczego zaczęłam rozmyślać o niej, a kończę na wyroku w sprawie Wandy Nowickiej?
Ot, tak sobie. Myśli biegną nie zawsze poprawnie politycznie, jakby chcieli narratorzy. Myślę, że nie od rzeczy byłoby połączyć trwającą od wielu dni narrację dotyczącą tragicznej śmierci dziecka, jej rodziny z narracją wywołaną skandalicznymi wypowiedziami Marii Czubaszek, Magdaleny Środy i innych feministek.

Moja teoria spiskowa jest banalna.

Narracja ta ma przykryć uprawomocnienie się wyroku potwierdzającego, że wicemarszałek Sejmu z ugrupowania wnoszącego kolejny projekt liberalizacji ustawy aborcyjnej jest na liście płac providerów aborcji i antykoncepcji. Koszt uzysku przegranego procesu, to straty w świadomości Polaków, którzy niebezpiecznie stają się zwolennikami obrony życia dzieci poczętych, bo przybywają im kolejne argumenty merytoryczne. Widać lobby proaborcyjne w Polsce otrzymało wyraźne polecenie ich nadrobienia i nadarzyła się okazja…. Cyngle ruszyły do akcji przy całkowitym milczeniu Parlamentu. Widać, że posłom wicemarszałek Wanda Nowicka już nie przeszkadza. Na pytanie – Dlaczego? - być może już wkrótce Polacy otrzymają odpowiedź.

środa, 25 stycznia 2012

Życzliwe rady dla posła Pawła Szałamachy

Panie ministrze, pośle Szałamacha, to się robi tak. Wpada się do biura poselskiego, albo dzwoni i wydaje się dyspozycje, np. takie -

Oczekuję rano na biurku informacji na temat, proszę, panie dyrektorze, notować.

1. Demografia w Polsce.

2. Wyniki badań socjologicznych dotyczących przyczyn niżu demograficznego.

(Różne sposoby rozwiązania problemu za pomocą odpowiednio kreowanej polityki prorodzinnej zostawiamy na później, bo Dominiczka i tak by tego nie zrozumiała, ale wrzucenie problemu rozliczenia podatkowego na wszystkich członków rodziny może być przyczynkiem do ciekawej, ostrej i owocnej dyskusji).

3. Średnia wieku, kobiet przechodzących na emeryturę.

4. Stopień bezrobocia wśród kobiet w wieku 50+

Zanotował pan, panie dyrektorze, to jedziemy dalej.


5. Efekty programu „Solidarność pokoleń”. Działania dla zwiększenia aktywności zawodowej osób w wieku 50+ . Przyjęty został przez Radę Ministrów 2008 r., więc jakieś wymierne efekty powinny już być.;-)

6. Propozycje programowe koalicji rządzącej dla kobiet, które stracą pracę przed uzyskaniem praw do emerytury.


W końcu słuchacze powinni znać prawdziwe przyczyny, dla których nie poprze Pana partia tzw. „niby - reformy” emerytur według projektu PO. A jak pracownik pańskiego biura poselskiego nie zdąży przed „Porannymi rozmowami” w TOK FM z Dominiką, to zawsze jadąc do radia, może Pan posłuchać wywiadu Jana Pospieszalskiego z premierem Węgier Wiktorem Orbanem. Tam znajdzie Pan wszystko, co do takiej dyskusji o reformie systemowej kraju jest niezbędne.

Gdyby i na to nie było czasu, przed kolejną wizytą w mediach, to polecam się Panu. Jestem na emeryturze, chętnie zawiesiłabym ją i dorobiła, by jej wymiar podwyższyć, ale póki co pozostał mi blogowy zmywak i wolontariat w Niepoprawnym Radiu PL, który służy Polsce jak umie.
Nie mam jeszcze 67 lat, a nikt mnie, mimo wykształcenia i sporych innych umiejętności, nie chce zatrudnić. Mówią, że za stara jestem.
Może dzięki mojej pracy, na którą Pan Poseł nie ma czasu, udałoby się, jeśli nie dziennikarkę, to słuchaczy, przekonać, że ta cała reforma to zwykła wtopa nawet nie artystyczna i to większa niż prokuratury w sprawie Marka Serafina.

A i jeszcze jedno. Czy może Pan poprosić swoich kolegów z polskiego i europejskiego Parlamentu, by jednak zanim podniosą rączkę w górę, czytali ustawy? Ja tak w trosce o ich bezpieczeństwo, bo może się kiedyś okazać, że przegłosują własne unicestwienie i nie będą nawet wiedzieli, że sami siebie zlikwidowali.

Piszę to teraz póki jeszcze nie zadziałały ustawy, które znam dzięki ciężkiej pracy, bez diety poselskiej, Aleksandra Ściosa. Czytał je Pan? Nie?! To polecam. „Kto zastawia sieci?” http://bezdekretu.blogspot.com/2012/01/kto-zastawia-sieci.html

Z wyrazami szacunku - emerytka mama Katarzyna.




http://www.tok.fm/TOKFM/0,88789.html

czwartek, 19 stycznia 2012

O Roku Wiary, Deklaracji Nostra aetate i Dominus Iesus


Już sam tytuł może mi przysporzyć czytelników. Nic tak nie rozgrzewa dyskusji w Kościele katolickim, jak wspomniana w tytule soborowa "Deklaracja o stosunku Kościoła do Religii niechrześcijańskich" - Nostra aetate oraz dokument Kongregacji Nauki Wiary "DEKLARACJA DOMINUS IESUS".

Ale po kolei.

Wśród tradycjonalistów wybór kardynała Josepha Ratzingera na stolicę Piotrową zrodził nadzieję, że zostaną odrzucone, ich zdaniem, zgubne skutki Soboru Watykańskiego II. Podstawy takie dawał, podobno, powrót do wielkopiątkowej modlitwy za żydów i przywrócenie należnego miejsca w liturgii Kościoła rytu trydenckiego (Mszał Rzymski).

Ku rozczarowaniu jednak niektórych okazało się, że Benedykt XVI pragnie kontynuować dzieło soborowe, czego wyrazem jest, między innymi, ogłoszenie Roku Wiary. Rozpocznie się on 11 października 2012 r. a zamknie go uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata, 24 listopada 2013 r.

Rok Wiary ma upamiętnić pięćdziesiątą rocznicę otwarcia Soboru Watykańskiego II i dwudziestą rocznicę ogłoszenia przez błogosławionego Jana Pawła II Katechizmu Kościoła Katolickiego jako owocu wieńczącego dorobek Soboru.
Popularyzacja dokumentów ma je wiernym przybliżyć i pomóc w nowej ewangelizacji. Będzie okazją do przeglądu podręczników katechezy, by zweryfikować w nich ewentualne błędy doktrynalne. Wszystko to ma odnowić naszą wiedzę i sprawić bardziej świadome przylgnięcie do Chrystusa.

Ale już dziś możemy być pewni, że dla wielu krytków Soboru będą to miesiące wytykania błędów doktrynalnych, niezgodności z tradycją i Nowym Testamentem.
Takim nieustannie atakowanym dokumentem jest "Deklaracja o stosunku Kościoła do Religii niechrześcijańskich – Nostra aetate".

Trafiła pod obrady Soboru przypadkowo i pod wpływem lobby żydowskiego, twierdzą przeciwnicy. Entuzjaści powtarzają, że zainspirowała ona członków Kościoła katolickiego do budowania relacji szacunku i dialogu z wyznawcami innych religii.

Jej treść jest jasna, cały dokument krótki, więc każdy może się z nim zapoznać. Tekst Deklaracji jest dostępny w Internecie.http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WR/kongregacje/kdwiary/dominus_iesus.html
Jedno jest pewne, jej treści nie należy przyswajać bez innych dokumentów Soboru Watykańskiego II. I z pewnością w ramach obchodów Roku Wiary będzie ku temu sporo okazji.


Temat wciąż powraca przy różnych okazjach, ot, choćby w związku z podjętym przez Benedykta XVI dialogiem z lefebrystami czy Dniem Judaizmu w Kościele katolickim oraz przy omawianiu problemów misyjnych Kościoła.

Jesteśmy bombardowani nieustannie wiedzą o różnych ruchach religijnych, spotkaniach i modlitwach międzyreligijnych. Nie zawsze umiemy być przyjaźni i jednocześnie asertywni wobec poglądów innych niż nasze wyznanie wiary. Jak szanować innych i nie zatracić tego, co jest istotą mojego Kościoła, jego Credo, wyznaniem wiary od wieków, które spisano na Soborze Trydenckim, a Sobór Watykański II powtórzył?

Może warto przypomnieć dokument, jasno katolikom wskazujący granicę, której dialog między religiami żadną miarą przekroczyć nie można?
Deklaracja o jedyności i powszechności zbawczej Jezusa Chrystusa i Kościoła «Dominus Iesus» została przygotowana w latach 1998-2000 przez Kongregację Nauki Wiary. Ogłosił ją 6 sierpnia 2000 prefekt Kongregacji kardynał Józef Ratzinger po zatwierdzeniu 16 czerwca 2000 przez papieża Jana Pawła II.
Zasadniczym jej celem było przeciwstawienie się współczesnym tendencjom relatywizującym wiarę chrześcijańską, uważającym ją tylko za jedną z równorzędnych prawd o Bogu, a w konsekwencji tylko za jedną z dróg do zbawienia. Wywołała wówczas w niektórych środowiskach konsternację, ba, nawet sprzeciw i oburzenie.

Czy przestała być aktualna?

Posłuchajmy. Dziś w Niepoprawnym Radiu PL (audycja 286 - czwartkowa) pierwszy jej odcinek.

środa, 4 stycznia 2012

Obywatelu, czuwaj! Nie znasz dnia ani godziny!

Czuwaj obywatelu, nie znasz dnia ani godziny, kiedy urzędnik cię odwiedzi. Pracuje nad tym w pocie czoła każdy poseł kolejnej kadencji. Prawo trzeba zaprojektować, poprawić, uzupełnić, uchwalić, a potem znowelizować. Ileż to trzeba wysiłku, ileż nocy nieprzespanych, leczenia kaca po spotkaniach z natrętnym lobbingiem. A i tak nie masz pewności, że wszystko zostało domknięte i dopasowane do zmieniających się potrzeb władzy. Ostatnio dotarła do nas dramatyczna opinia tych, którzy stoją na straży wolności i praworządności patrząc władzy na ręce znad swoich edytorów tekstu:


„Prokuratorzy inwigilujący dziennikarzy powinni być pociągnięci do odpowiedzialności - uważa Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich”. – Czytam i główkuję. Dlaczego nie wolno inwigilować dziennikarzy, a wolno urzędnikom bez nakazu sądowego wkraczać do mojego domu?
W chaosie marketingowej niby-wojny Tuska z koncernami farmaceutycznymi, która pozwoliła na wyczyszczenie aptecznych magazynów z końcem roku, dziennikarska publicystyka nie zauważyła wejścia w życie ustawy, która, gdyby dotyczyła rządów PiS wywołałaby furię obrońców wolności jednostki, swobód obywatelskich i czegoś tam jeszcze. Niestety, przykro to stwierdzić, ale tej furii nie wywołała również u obecnej prawicowej opozycji.
Na marginesie wielkich wydarzeń umykają buble legislacyjne. Są tak tasiemcowe i tak zawiłe, że w większości stanowią makulaturę, przez którą niejeden student prawa nie zdoła przebrnąć, a cóż dopiero poseł czy urzędnik gminy. Jeśli już ten ostatni przeczyta ją to tylko dlatego, by wyłowić z niej to, co uzasadnia jego funkcjonowanie w systemie. Dzięki tym tasiemcom ma co robić pisząc kolejne plany i sprawozdania. Reszta, na szczęście, spoczywa w grobie martwych przepisów. Nikt ich nie czyta, nikt nie stosuje.
Warto jednak zdawać sobie sprawę, że czasem nawet one mogą ożyć w myśl przysłowia: Jak się chce uderzyć, to kij się znajdzie.
Tym kijem może być na przykład prawo zezwalające na wkroczenie urzędników w asyście policyjnej na naszą posesję i do naszego domu. Mogą nas wylegitymować, zajrzeć do pieca, sprawdzić czy nie palimy w nim plastikowych opakowań, nie spalamy śmieci razem ze zużytymi bateriami. Wlepić mandat za brak umowy z firmą wywożącą śmieci. Mogą to zrobić już o godzinie 6 rano i mają czas do godziny ciszy nocnej.
Przypomniała o tym niedawno Rzepa odsyłając do nowelizacji Ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach z dnia 1 lipca 2011 r. (DzU nr 152, poz. 897) Jest tam niewinnie brzmiący art. 9u w Rozdziale 4c dotyczącym kontroli. Mowa w nim o uprawnieniach kontrolnych wójta, burmistrza lub prezydenta, który może sobie zamówić wsparcie u miejscowego komendanta Policji przy takiej wizycie w naszym domu. A ten nie ma prawa pomocy odmówić.
Nie to jest jednak w tym wszystkim najbardziej bulwersujące, a fakt, że przepis ten wcale nie jest czymś nowym. Do kontroli takiej bowiem stosuje się przepisy art. 379 i art. 380 ustawy z dnia 27 kwietnia 2001 r. – Prawo ochrony środowiska (Dz. U. z 2008 r. Nr 25, poz. 150, z późn. zm.).
Jak to jest, że dziennikarzy oburza (i słusznie) inwigilacja ich środowiska, ale już wkraczanie na prywatną posesję i do prywatnego domu urzędników gminnych w asyście policji, nawet nie dziwi. Po prostu, ze stoickim spokojem informują nas o tym: Bój się obywatelu i czuwaj bo nie znasz dnia ani godziny, kiedy urzędnik cię odwiedzi.

Nie wiem jak innym, ale mnie takie prawo kojarzy się ze stanem wojennym. Wtedy też w gminie postanowiono zatroszczyć się o mój komin i czyste powietrze. Po wsi chodziły trójki kontrolujące strychy, kominy i piece. Urzędnik gminy, strażak i policjant czuwali nad bezpieczeństwem mieszkańców wsi. Dom wtedy nie był moją własnością a szkoły, a mimo to nie udało się troskliwym opiekunom skontrolować strychu, zęby owczarka skutecznie broniły mego domowego miru. Musiano zastosować inne, bardziej esbeckie chwyty, by sprawdzić czy dom od komina po piwnicę przypadkiem nie ukrywa czegoś, co zagraża ludowej władzy.

W swojej naiwności sądziłam, że choć PRL nie odszedł, a jedynie został zmutowany i dostosowany do potrzeb uwłaszczonej nomenklatury, to takie paragrafy jak te powyżej nikomu już nie przyjdą do głowy, skoro bez trudu można uzyskać nakaz sądowy. Zdążyłam sobie przez lata PRL przyswoić definicję państwa policyjnego, teraz przychodzi mi za sprawą erupcji legislacyjnej polskiego Parlamentu wkuwać hermeneutykę państwa urzędniczego?!
Chodzę sobie po mojej wsi i nadziwić się nie mogę. Wysokie ogrodzenia, biegające po posesji rodwajlery i amstaffy nie dają szans na przyjazną wymianę powitania: Szczęść Boże! Jak tam zdrówko sąsiada?
Nad zaryglowaną furtką widnieje groźny napis: Uwaga! Zły pies!
Dzwonisz, porusza się firanka w oknie, ale pewności, że ktoś ci otworzy, nie masz. Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy można było w kapciach wpaść do sąsiadki, bo akurat soli zabrakło.
Zaczyna do mnie powolutku docierać, że wieś zmieniła się w niedostępne bunkry. I tak sobie dumam czy jest to tylko strach przed złodziejami, czy może też przed urzędnikiem gminnym?