środa, 17 września 2008

Wyrównywanie szans - cz. II

Niczym mantrę każda zmiana ekipy w Al. Szucha nr 25 powtarza slogan -

WYRÓWNYWANIE SZANS EDUKACYJNYCH
Na temat przyczyn różnic między szkołą wiejską a miejską oraz dysproporcji w możliwościach i osiągnięciach absolwentów szkół wiejskich, napisano bardzo wiele. Wystarczy do googli wpisać – „wyrównywanie szans” czy „oświata wiejska”, by otrzymać nie tylko liczne artykuły omawiające ten problem, ale i bibliografię. Gorąco polecam. Moje refleksje mają jednak tylko wtedy sens, gdy oprę się na swoim i mojego środowiska doświadczeniu.  Blog to nie katedra naukowa, a jeśli bloger przynudza, to goście uciekają.:)

Nie mogę jednak nie wrócić do podstawowych problemów, przed jakimi stanęli pierwsi radni wskrzeszonego po komunie samorządu. Przed wyborami Gminny Komitet Obywatelski sporządził dokładny Raport o stanie gminnej oświaty.
Przewodniczący KO objechał na ruskim rowerze wszystkie malutkie i duże szkoły, obejrzał bazę, rozmawiał z dyrektorami nauczycielami i rodzicami. Minę miał niewesołą. Budynki wymagające pilnie remontu, pomoce dydaktyczne mocno sfatygowane, z najbardziej dostępnych w każdej szkole były nieszczęsne tablice z cyklem rozwoju tasiemca.:) Jeśli nawet trochę przesadzam, to ogólny obraz był przygnębiający.

 I ten strach w oczach nauczycieli, zwłaszcza tych nie mających odpowiednich kwalifikacji…Co będzie z nami?

A trzeba jeszcze tu dodać, że zarządzaniem trzema szkołami ośmioklasowymi, w tym jednej zbiorczej  i 7 punktami filialnymi zajmował się GZEAS (Gminny Zespół Ekonomiczno Administracyjny Szkół).
Inspektor (były pracownik  ds. wyznań Urzędu Wojewódzkiego) decydował o wszystkim; o remontach, wyposażeniu, polityce kadrowej, realizacji wychowania ideologicznego, nagrodach i awansach kadry kierowniczej.
Nie mogę sobie odmówić pewnego symbolu jego sposobu zarządzania. Jest nim historyczny piec w przylegającym do mojego mieszkania pustym pokoju. Stała ekipa remontowa zawsze miała szansę dorobić na piwo, kiedy na grubsze remonty nie było pieniędzy, jego przestawianiem. To nie żarty, zapewniam. Choć nikt w nim nie palił, przestawiany był kilka razy, a efektem tych prac było skracanie jego wysokości. No cóż, każdy z czegoś musiał żyć.

Może właśnie ten ponury obraz gminnej oświaty był przyczyną, że jako jedni z pierwszych w Polsce przejęliśmy oświatę jako zadanie własne.  
I tu pierwsze schody, na których wykręciliśmy fikołka. Gołym okiem było widać, że tylko usamodzielnienie, (wyodrębnienie samodzielnych jednostek budżetowych) szkół, tych ośmioklasowych, mogło uzdrowić finanse i racjonalne gospodarowanie skromnymi funduszami.
Eksperyment się powiódł tylko w przypadku jednej – zbiorczej szkoły. W ciągu jednego roku zużycie węgla spadło z 98 ton w sezonie do 45. Wyremontowano niby-salę gimnastyczną, klasy, korytarze i stołówkę. Zrobiono porządek ze starymi, upchanymi po kątach pomocami dydaktycznymi, zakupiono kserokopiarkę, odtworzono radiowęzeł, powstała z prawdziwego zdarzenia spółdzielnia uczniowska z szkolną działką, wyremontowano kotłownię i wyposażono w nowe meble pokój nauczycielski. Po raz pierwszy nauczyciele otrzymali dodatkowe pieniądze z tzw. nadwyżki budżetowej.

A wszystko dzięki temu, że nie było „wspólnego finansowego garnka”.

Dyrektor popełnił jednak kardynalny błąd. Sam przeprowadzał przetargi na remonty pomijając firmy polecane przez wójta, sam założył komitet budowy sali gimnastycznej i wszedł w porozumienie z miejscowym proboszczem, który do czasu rozbudowy szkoły użyczył bezpłatnie salek katechetycznych dla klas I-III. Tego było już za wiele i tak skończyła się samodzielność.:(

Nie to jednak w całej tej sprawie jest istotne.

Zdumienie może budzić fakt, że dwójka pozostałych dyrektorów w żaden sposób nie chciała przejąć na siebie samodzielnego zarządzania szkołą.
Dlaczego? A po co komu kłopot i odpowiedzialność? Kiedy więc reformator podał się do dymisji, wszyscy odetchnęli z ulgą, a GZEAS – bis otworzono w Urzędzie Gminy.

Każdy, kto ciekawy, może sam sprawdzić, w jaki sposób obsługiwane są szkoły w jego gminie. O ile w miastach dyrektorzy dysponują budżetem, o tyle w wielu gminach wiejskich wciąż  urzędnik dyrektora, na jego własne życzenie, traktuje jako petenta i chłopca do bicia.

 A im grzeczniejszy, im ciszej mówi o własnych sukcesach i dobrze żyje z wójtem, tym dłużej będzie dyrektorem, choćby nie najlepsze miał sukcesy dydaktyczne i wychowawcze.

Temat praktycznie nie do ruszenia tam, gdzie wydatki na oświatę sięgają 30 – 50% budżetu gminy.
Bądźmy jednak sprawiedliwi. Gdyby nie hojność samorządów i umiejętność korzystania z różnych, poza subwencją, dodatkowych funduszy, niektóre szkoły musiałyby lec w gruzach. A te dodatkowe fundusze to, między innymi, takie pomysły jak ów program MEN, o którym wspomniałam  wczoraj w części I.  
Na szumne akcje aktywizacji środowiska wiejskiego nigdy MEN nie żałowało pieniędzy. „Stop – dla przemocy”, „Szkoła Marzeń”, „Edukacja prozdrowotna” itp. itd.

Nie mam nic przeciwko tym programom. Mobilizują one do działania na rzecz środowiska, integrują szkołę ze społecznością lokalną, dostarczają niebanalnych imprez, pozwalają na poszerzanie wiedzy, Są często ważnym wydarzeniem w życiu szkoły i gminy. Jedyną ich wadą jest akcyjność. Po gorączkowych przygotowaniach, często kosztem lekcji, pełnych euforii zawodów, konkursów, festynów, akademii pozostają jedynie papierowe rekwizyty, dokument do teczki awansu zawodowego nauczyciela, nagrody wójta czy dyrektora szkoły. Niektórzy mogą się też pochwalić wystawami w kuratoriach oświaty, artykułami w gazetach lokalnych czy występem przed kamerą telewizyjną.

Potem szkoła wraca do szarej rzeczywistości. A w niej lekcje j. polskiego w pracowni fizyki, w-f na korytarzu, chipsy i coca cola w szkolnym sklepiku, pociąganie petów za winklem szkoły czy w ubikacji, świetlica  - przechowalnia dla dzieci dojeżdżających, w której nie wiedzieć czemu koniecznie ma być pisany fikcyjny plan pracy przez nauczyciela posiadającego kwalifikacje pedagogiki opiekuńczej. Pytam się. Po co? Skoro i tak wiadomo, że żadnych zajęć świetlicowych prowadzić nie można, bo dzieci o różnej porze przebywają w niej tylko w oczekiwaniu na autobus. Ot, taka biurokratyczna fikcja, bo nikt nie chce zauważyć różnicy między świetlicą wiejską a miejską.
W tej szarej rzeczywistości praktycznie nie ma miejsca na autentyczną samorządność uczniowską i zajęcia pozalekcyjne. A jeśli nawet są, to korzystają z nich dzieci miejscowe, czasem również te, których rodzice mogą odebrać ze szkoły własnym samochodem.
Nauczyciele toną w planach, sprawozdaniach, szkoleniach i naradach. Rodzice wysłuchują nudne pogadanki w ramach pedagogizacji, otrzymują kartki z ocenami, czasem pogadają z nauczycielem, najczęściej jednak tylko wtedy, gdy uczeń sprawia problemy. A potem już tylko trzeba szybko włożyć dziennik do przegródki i biec do autobusu lub  samochodu, by odebrać swoje dziecko z przedszkola czy miejskiej szkoły.
Rzadkością są już nauczyciele mieszkający w tej samej wsi, gdzie mieści się szkoła. Mieszkania nauczycielskie dawno już sprzedano, a mieszkają w nich głównie emeryci. Czy taki nauczyciel jest w stanie współpracować ze społecznością lokalną, być autorytetem, poznać rodziny swoich uczniów? Inspirować, łączyć i wychowywać? Taki ideał nauczyciela to już przeszłość i chyba już nic na to nie poradzimy.

Jestem jednak przy całym moim gorzkim, być może jednostronnym, obrazie wiejskiej szkoły w po pegeerowskim krajobrazie głęboko przekonana, że ten stan można zmienić i można wyrównywać szanse, ale na pewno nie uczynią tego ministerialne programy, choćby nie wiem jak piękne i pożyteczne.
Mój wrodzony optymizm każe mi szukać innych rozwiązań. Proszę mi jednak wybaczyć, że porozmyślam o tym w jutrzejszym odcinku. Obiecuję – ostatnim na ten temat:).

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza