czwartek, 18 września 2008

Wyrównywanie szans - cz. III

Może to i dobrze, że nie zabrałam się do pisania rano, bo okazuje się, że wieczorem prasowe doniesienia mogą posłużyć jako najlepszy przykład do tego, co się chciało przekazać. Jednym z programów MEN jest dożywianie uczniów. W moim województwie nie ma, widać, dzieci głodnych, skoro, jak wykazała kontrola NIK, w niektórych szkołach karmiono je chipsami, batonami i gumą do żucia.

Nie będę tego komentować, bo samo się komentuje. Jest to jednak ewidentny przykład, że mój wniosek postawiony na końcu poprzedniej notki jest jak najbardziej trafny. Można wyrównywać szanse, ale na pewno nie uczynią tego ministerialne programy, choćby nie wiem jak piękne i pożyteczne.

Czy wyrównywanie szans jest równaniem w dół, jak mi tu w komentarzach zarzucono?  Odpowiem pytaniem. – A czy można na torze formuły 1 ścigać się maluchem z  bolidem ?:)
Nie ma co udawać, że wszystkie dzieci wiejskie uczą się w podobnych jak w mieście warunkach. Czasem, oczywiście,  tak.  W niektórych miejscowościach są  piękne niedawno wybudowane szkoły, które niestety z powodu niżu świecą pustakami, dyrektorzy dwoją się i troją, by je zapełnić i uatrakcyjnić ofertę edukacyjną. Są też  w wielu gminach  sale gimnastyczne, komputery, dzieci uczą się języków obcych, nauczyciele mają odpowiednie wykształcenie. Nie jest już tak źle jak na początku lat 90-tych. 

W czym więc problem? Problem tkwi w samym środowisku, w aspiracjach i możliwościach rodziców, w nikłej strukturze wiejskich świetlic i domów kultury, boisk i placów zabaw, w ofertach zajęć i możliwościach ich realizacji. Problem tkwi tez w stosunku samych samorządów do oświaty. Kanalizacja i droga zawsze wygrają z boiskiem czy świetlicą.

RZĄDOWY PROGRAM WYRÓWNYWANIA SZANS EDUKACYJNYCH DZIECI I MŁODZIEŻY W 2008 r. skierowany został  do samorządów terytorialnych i organizacji pozarządowych. Celem jego w zamyśle MEN była aktywizacja środowisk lokalnych, „stworzenie warunków do rozwoju systemu zajęć pozalekcyjnych i pozaszkolnych dla uczniów oraz dodatkowych zajęć edukacyjnoopiekuńczych dla dzieci w wieku przedszkolnym.” Miał też umożliwić wyrównanie szans edukacyjnych dla dzieci ze środowisk defaworyzowanych.

Nie bardzo wiem, co to znaczy środowiska „defaworyzowane”. Czyżby były również te - „faworyzowane?
Nie czepiajmy się jednak, bo na pewno kierowano go  również do środowisk wiejskich. Specjalnie przytoczyłam streszczenie wstępu „Programu”, by unaocznić, z czego na pewno  Minister Edukacji zdaje sobie sprawę.
Do pełnego rozwoju ucznia nie wystarczy szkoła i „Podstawa programowa”. Potrzebne są jeszcze zajęcia pozalekcyjne uzupełniające wiedzę i poszerzające horyzonty. To wszyscy wiemy i można się tylko cieszyć, że Katarzyna Hall też wie.
W dokumencie jeszcze coś  uważny czytelnik może wyczytać, a mianowicie, że niekoniecznie muszą organizować czas wolny uczniom nauczyciele, a  zajęcia mogą odbywać się poza szkołą. W większości gmin wiejskich czas szkoły integrującej miejscowe środowisko minął. Nie ma już prawie małych szkółek wiejskich, gdzie do wieczora drzwi były otwarte dla dzieci i starszych. Gdzie odbywały się próby zespołów tańca czy spotkania gospodyń wiejskich. Dzieci i nauczyciele dojeżdżają, ale jest długie popołudnie i wieczory, które nie ma gdzie spędzić, bo nie ma takiego miejsca we wsi.

Szkoda, że nie umiem wstawiać do blogu zdjęć, pokazałbym tylko jedno, jak dzieci z mojej wsi na ugorze, który za komuny był placem zabaw sfinansowanym z dawnego TPD zorganizowały sobie boisko do gry w piłkę. Metalowa rura przeciągnięta między stare huśtawki służy za umowną bramkę. Przez lata był remontowany z środków pozyskiwanych od sponsorów w miejscowym zakładzie. Dziś nie można, bo wymagane są atesty i urzędnicze pozwolenia na umieszczenie urządzeń na placu. Muszą być bezpieczne. Na rurę widać nie trzeba atestu, wystarczy tabliczka: Zabawa na odpowiedzialność opiekunów .
Projekty boiska (ziemia cudem wydrapana z planu pod budowę domku jednorodzinnego) i placu zabaw leżą w gminie od dwu lat, nie budzą mimo licznych interwencji zainteresowania. Kolejna dotacja z Unii przejdzie nam koło nosa, bo nie do przeskoczenia dla wielu gmin jest procedura pozyskiwania dodatkowych środków.    

Kiedy przyjrzymy się  bliżej ministerialnemu projektowi, okazuje się, że nie jest on skierowany do wszystkich chętnych, w tym wypadku najlepiej być dzieckiem pijaka lub bezrobotnego, mieć na sumieniu wagary i co najmniej brzydkie wyrazy używane w kolejce po piwo.  Ale nawet jak się ma takie referencje społeczne, to i tak  „Program” nie gwarantuje, że ancymonki wezmą w nim udział.  Nie wszystkie gminy bowiem  skorzystają, ale tylko te, które przedstawią projekty, będą miały własne wkłady, a dokumenty spodobają się kuratorowi i wojewodzie. Jednym słowem; machinę urzędniczą puszczono w ruch.
Ja usilnie proszę moich gości. Zajrzyjcie do tego „Programu” jeszcze raz:

Przyjrzyjcie się tylko choć pobieżnie kwotom i procedurom, zwróćcie uwagę na sumę, którą przeznaczono na promocję. Ze zrozumiałych względów nie mogę tego wszystkiego tu przytoczyć, ale to jest naprawdę klasyczny przykład funkcjonowania wszelkich, nie tylko oświatowych, dotacji celowych. Kto choć raz w tym wszystkim brał udział, ten wie, że na tym robią przede wszystkim złoty interes różnej maści edukatorzy, moderatorzy, firmy produkujące „makulaturę”.
 To nie jest żadne wyrównywanie szans!
Pytam się więc, dlaczego marnuje się publiczne pieniądze na takie przedsięwzięcia? By dać komuś tam zarobić? A może wyczyścić sumienie, że wszystko robimy, by pomóc biedakom?

Gdyby to w jakimkolwiek procencie zależało ode mnie, natychmiast zniosłabym wszelkie dotacje celowe. Nie stać nas na takie marnotrawstwo!
Czy nie lepiej po prostu w subwencji przeznaczyć określoną sumę na zajęcia pozalekcyjne i wsparcie inwestycji rozwijających  kulturę i sport? 

Marzy mi się taki dzień, w którym rodzice w mojej gminie usiądą i zastanowią się, jakiej chcą szkoły, jakiego rodzaju  zajęć chcą dla swoich dzieci, jak mają wyglądać osiedla, które buduje się dziś bez wydzielenia miejsca na rekreację. A potem zaczną na swoich przedstawicielach wymuszać realizację tego, co przy każdych wyborach obiecują. Marzy mi się inicjatywa oddolna, a nie uszczęśliwianie na siłę programami i dotacjami celowymi.

Kto jak nie radni powinni pomagać w realizacji inicjatyw oddolnych. Cudów nie ma, nie wszyscy są społecznikami, zawsze na początek musi być lider, który potrafi dotrzeć do ludzi, obudzić wyższe potrzeby, pokierować konsekwentnie w osiągnięciu celu. W mojej gminie tacy są, po co jednak ma się nim przejmować radny czy wójt, skoro ministrowie wymyślają szczytne programy? Nie będzie z tego co prawda ani porządnej bramki ani huśtawki, placów zabaw też nie przybędzie, ale co tam, przez kilka miesięcy wszyscy wytrwale zaangażują się, by żadne pieniądze darowane przez miłościwie nam panującą władzę, nie zmarnowały się.  

A czy nie są one przypadkiem nasze? Czy to nie społeczność lokalna powinna decydować, na co je wydać?

 Tak rozumiem wyrównywanie szans:
- Chcę, by moje dziecko uczyło się w pięknej szkole i miało kółka zainteresowań.
- Chcę by znało obcy język.
- Chcę, by miało szansę uczyć się w dobrym gimnazjum czy szkole ponadgimnazjalnej.
- Chcę, by swym poziomem wiedzy, umiejętności, obycia i kultury nie odbiegało od dzieci miejskich.


-Chcę, by w mojej wsi była świetlica czy Dom Kultury organizujący nie tylko festyny i dyskoteki dla podniesienia wskaźnika spożycia chmielu.

-Chcę, by były place zabaw i boiska.

A jak chcę, to zabieram się do roboty i nie wybieram na radnych „dietowców”, a wójta nie popieram dlatego, że mi umorzył podatki lub dał pozwolenie na sprzedaż alkoholu czy pomógł wygrać przetarg.  

Jeśli nie ma takich potrzeb, trudno, nie uszczęśliwiajmy na siłę i nie marnujmy pieniędzy. A że można je marnować nawet w przypadku dzieci biednych, najlepiej świadczy o tym zaspokajanie głodu chipsami i gumą do żucia za pieniądze  „Programu dożywiania dzieci i młodzieży”.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza