środa, 30 czerwca 2010

Same pytania, żadnej odpowiedzi


Szczęśliwy to kraj, w którym obywatele czują się syto i bezpiecznie do tego stopnia, że kandydatów na prezydenta traktują jak małpy w cyrku. Siadają przed telewizorem i oczekują emocjonującego show. Ciemny lud nawet nie wie, że ulega manipulacjom.

Z konieczności więc, dla ratowania swego wizerunku w lustrze nie powinnam  oglądać żadnej debaty. A jeśli już będę jednak tak ciekawska, zasłonię lustro i włączę telewizor, to nie powinnam się łudzić. Nic, co mówią kandydaci, nie jest warte. Cierpliwie mam obgryzać z emocji paznokcie i czekać końcówki, bo wyciągnięcie jakiegoś skandalu może zmienić moje patrzenie na kandydatów.

Podobno debaty to przemysł, a jak przemysł, to jest i zarobek.
Kto płaci? Tylko wyborca? Czy za takie pieniądze, jakie może ofiarować wyborca w Polsce, Rumunii czy na Ukrainie chciałby kreator PR czy spin doktor pracować? Kto więc naprawdę rządzi piarem wyborczym? Dlaczego usilnie wmawiają nam, że nastały nudne czasy postpolityki i tak naprawdę nie mamy wpływu na wybory, bo liczy się emocjonująca narracja a nie program? Szklanka wody czy umiejętne łamanie ustaleń miedzy sztabami robi z nas wała, a my nawet o tym nie wiemy?
Trudno na pozór nie zgodzić się, kiedy po ustaniu emocji analizuje się wyniki wyborów. Rzecz w tym, że analizują je ci sami, którzy sposób patrzenia na politykę i polityków wmawiają „ciemnemu ludowi”. Wyciągają z przeszłości przykłady, jak to debata zmieniła wyniki i wygrał ich ulubienic z odpowiednio dobranym krawatem.

Trudno ich opiniom zaprzeczyć, nie mamy innych jak tylko ich analizy, bo socjolodzy dawno przestali być naukowcami. Dziś „anatomię władzy” nie opisuje naukowiec, lecz klucznik sukcesu. Czy można od niego oczekiwać, że powie nam prawdę, całą prawdę i tylko prawdę?
Zgoda więc; w wyborach liczy się narracja, wizerunek, język ciała i na końcu haki, których przeciwnik nie zdąży już zdementować.
Zastanawia mnie jednak inny problem. Dlaczego ten przemożny wpływ piarowców i spindoktorów nie można wykorzystać dla dobra kraju? Dlaczego w ten sposób nie można wcisnąć „ciemnemu ludowi” polityka MĄDREGO, MAJĄCEGO DOBRY PROGRAM DLA „CIEMNEGO LUDU” I OJCZYZNY?
Z jakiego to powodu muszą wygrywać wybory „Bolki”, „Alki” czy „sołtysi”, „podrabiani hrabiowie” i „gajowi? Kto woli zapłacić grube pieniądze, by na „ciemny lud” spadła wina, że głupio wybrał? Zamiast wyłączyć telewizor i włączyć rozum, siedzi bezmyślnie przed „szkłem kontaktowym” i marzy, że tym razem zrobią porządek z jego szefem. Będzie musiał mu płacić za 12 – godzinną dniówkę tak, by i on mógł z rodziną choć raz pojechać nad morze czy wczasy pod gruszą.

Bez obaw. Nie zamierzam snuć żadnej teorii. Po prostu nie wiem. Jedyne co wiem to to, że gajowi mimo wpadek, alarmujących informacji o niekorzystnych umowach, tajemnych wizytach zagranicznych i dziwnych odwiedzinach nie budzą odrazy u wyborców, przynajmniej nie wszystkich.
Mniejsza o ciemny lud, ten sobie w końcu jakoś radzi. Na wczasy nie ma, ale telewizor jest, piwko do telewizora też. Resztę da się jakoś załatwić. I tak naprawdę lubi ten mit o sobie. Tylko on wie, że woli „Bolka” czy „gajowego” często dla własnej wygody. Z nimi nie jest tak źle, zawsze coś skapnie pod stołem pańskim. A jak zacznie działać prawo i sprawiedliwość, to różnie może być. Jeśli do czegoś potrzebna mu debata, to tylko po to, by zracjonalizować swój strach przed przyszłością i wybór całkiem nieracjonalny.

Bardziej niż te wszystkie oczywistości dręczy mnie jeszcze coś innego.

Dlaczego Bronisław Komorowski nie boi się swoich wpadek kompromitujących go jako marszałka i bez obaw wyrzeka się programu PO. Dlaczego nie waha się w czasie kampanii odbyć tajemniczą podróż do Armenii? Dlaczego po jego wizycie zmienia się ambasador Rosji w Polsce? Dlaczego on sam odwiedza męża Barbary Blidy, choć mógłby to zrobić niezauważenie ktoś z jego sztabu? Dlaczego kampanię z uporem maniaka robi mu Rostowski kosztem siły polskiej złotówki?
I wreszcie, skąd ten brak lęku przed utratą elektoratu, kiedy mówi w debacie, że katastrofa pod Smoleńskiem wpisuje się w stosunki z Rosją?


Tyle gaf, tyle nieostrożności? Naprawdę aż  takim durniem jest?  Jak ma się do tego potęga Public Relations? Darmo piarowcy biorą pieniądze, a jedynie co im się udaje to przemysł debat?

Niełatwo być mamą przy zmywaku. Same pytania, żadnej odpowiedzi.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza