piątek, 3 lipca 2015

Strach - najdoskonalsze narzędzie zarządzania poddanymi

W chwilach zagrożenia, chaosu politycznego i społecznego, utraty poczucia bezpieczeństwa, nastroje społeczne radykalizują się. Obcy przybysze, nie tylko emigranci z Afryki, ale również z biedniejszych krajów europejskich, stają się wrogami.
Odżywa dyskusja na temat ułomności demokracji, powraca tęsknota za rządami silnej ręki.
Na ile są to reakcje naturalne, a na ile efektem manipulacji nami przez władców tego świata? Strach to najdoskonalsze narzędzie zarządzania poddanymi.

Ułomność demokracji przez wieki raz po raz dawała o sobie znać, toteż po licznych kataklizmach wojennych postanowiono międzynarodowym prawem je ukrócić i jeśli nie cały świat, to przynajmniej cywilizowany Zachód uczynić wyspą zgody, solidarności i pokoju. Na straży miały stać uroczyste ratyfikacje dokumentów regulujące formy współżycia między narodami.

Temu miała służyć, między innymi, Karta praw podstawowych Unii Europejskiej. Miała ona gwarantować obywatelom godność osoby ludzkiej, wolność i solidarność. Dopełnieniem tych wartości, przypomina Jürgen Roth, jest niezbywalne prawo do sprawiedliwości.
Niemiecki dziennikarz w książce Cichy pucz, która polskiemu czytelnikowi otwiera oczy na prawdziwe mechanizmy polityczne funkcjonowania Europy, skupia się na ekonomicznym podporządkowaniu sobie państw przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy do spółki z Komisją Europejską i Europejskim Bankiem Centralnym.

Swoją opowieść o Europie korumpowanej przez Trojkę rozpoczyna autor od przypomnienia greckiej definicji demokracji, czyli władzy pochodzącej od ludu. Zaraz potem jednak dodaje, że sam twórca tej definicji, Perykles nie gardził publicznymi pieniędzmi dla korumpowania swojego suwerena.

Nie trudno więc pojąć na czym polega dziś europejski cichy pucz niszczący demokrację.
„Bandy rabunkowe” dokonały w ostatnich latach niewyobrażalnego wyczynu. Już w kilku krajach europejskich zdołały pod pretekstem „koniecznych reform” wprowadzić nowy porządek społeczno – polityczny, którego żaden świadomy naród nie przyjąłby bez walki. /…/ Globalna elita zawiązana w tajemnicy przed opinią publiczną skupiła w swoich rękach ogromną siłę polityczną i gospodarczą. Jej dążeniem jest przede wszystkim utrzymanie władzy oraz pomnażanie własnego majątku – pisze w przedmowie autor „Cichego puczu”.

Brzmi to jak teoria spiskowa, jak jeden z wielu straszaków, by odebrać wolę suwerennej polityki poszczególnym państwom, coraz bardziej uzależnionym od międzynarodowego kapitału i hojnie udzielanych pożyczek za cenę zaciskania pasa, które polega głównie na likwidacji miejsc pracy i pozbawianiu z dnia na dzień socjalnych zabezpieczeń.

Po zmianach systemowych w imię wolnego rynku i rachunku ekonomicznego przychodzi kolej na zmiany ideologiczne, czego świadkami byliśmy niedawno nie tylko w Europie, np. w Irlandii, ale również w USA.
Zmiany wyglądają z grubsza tak jak w przypadku Polski, z finałem, który obserwujemy nie tylko w Grecji, ale całej południowej Europie; w Hiszpanii, Portugalii, na Cyprze czy we Włoszech.
Moje pokolenie nie musi wytężać umysłu, by poszczególne etapy umieć wymienić. Pamiętamy, jak rzucały się nasze dzieci na gumę do żucia, gdy syty Niemiec odwiedzał nasz barak, pamiętamy paczki z czekoladą, kawą, oliwą. Wszystkie te luksusy oglądaliśmy zza żółtych firanek sklepów peweksowskich.
W długich kolejkach staliśmy po papier toaletowy, a sklepy zachodnie, gdy komuś udało się wyjechać, wydawały się rajem na ziemi.
Tęskniliśmy do normalności, a za główną przeszkodę w jej urzeczywistnieniu uważaliśmy Związek Sowiecki i polskich komunistów. I słusznie, ale kłopot w tym, że o Unii Europejskiej niewiele wiedzieliśmy. Pragnienie dobrobytu i strach przed „Ruskimi” kierował naszymi wyborami.

Nie zauważaliśmy raf, nie słuchaliśmy przestróg tych, którzy na Zachód wyemigrowali. Większość z nas zachowywała się jak wygłodniałe małpy w klatce, wypuszczone nagle do dżungli pełnej smakowitych owoców.
Balcerowicz, a właściwie jego mocodawcy, nie mieli problemów, by uczynić z Polski jeden handlowy market.

Długo by gadać, nie na jedną notkę czy nawet książkę temat, ale myślę o tym, kiedy teraz czytam jak rodzimi liberałowie pokrzykują gromko na leniwych Greków żyjących ponad stan.
Zapominamy, że to, miedzy innymi, socjal pociągał i nadal pociąga polskich emigrantów. A i tu w kraju chętnie może przymknęlibyśmy oko na głodowe stawki płacy minimalnej, gdybyśmy mieli kredytowe gwarancje takie, jak mają Brytyjczycy w przypadku bezrobocia czy taką opiekę medyczną i takie warunki materialne do wychowywania dzieci jak na Wyspie.

Nie, nie mamy już pragnienia bycia na swoim za wszelką cenę i bez łaski kredytodawcy.
Niezależny islandzki Biartur z powieści Laxnessa broniący swojej ziemi czy polski Drzymała to już, wydaje się, przeszłość.
A może się mylę, może jednak nie? Jak to jest naprawdę z tą nasza wolą bycia niezależnymi, wolnymi od nałogu konsumpcji?
Pozostawiam odpowiedzi socjologom i wracam myślą do Grecji.
W całej tej hałaśliwej dyskusji o greckim bankructwie chciałabym usłyszeć choć jeden głos ekonomicznego eksperta, który wyjaśni, na czym mają polegać reformy w Grecji, które warunkują dalsze zadłużanie kraju, a których tak się Grecy boją.

Wciąż pytam i nie znajduję w dyskusjach medialnych odpowiedzi na najważniejsze pytania:
Skoro Grecja od lat żyła ponad stan rozbuchanymi przywilejami, to dlaczego MFW udzielał wciąż nowych pożyczek?
Chyba gwaranci ich, kraje strefy euro, musieli zdawać sobie sprawę, że zadłużenie nie będzie mogło być spłacone?
Dlaczego ryzykowali bankructwa swoich banków w Grecji?
Komu opłaca się ryzyko niewypłacalności Grecji?

Cząstkową odpowiedź znajduję jedynie u Rotha. Pisze on:

Najwyraźniej rządząca elita jest przekonana o intelektualnej i moralnej ułomności obywateli, których łatwo można zwieść wykreowanymi mitami, kłamstwami bądź iluzjami. Obecnie zadłużenie jest cenione niemal tak samo jak złoto, ponieważ wierzyciele – banki, fundusze hedgingowe i ponadnarodowe koncerny – mogą przy jego pomocy sprawować kontrolę nad pogrążonymi w kryzysie krajami południowoeuropejskimi, wraz z całymi ich zasobami.

Nigdy nie byłam w Grecji, nie wiem czy Grecy są leniwi i dlatego zadłużeni. Bardziej jednak od tej wiedzy interesuje mnie co innego. Czy obecny kryzys, który spowodował, że lewicowy rząd ogłosił referendum, to zagrywka Aleksisa Tsiprasa czy Trojki, by zmusić Grecję do tzw. reform?
Wkrótce przekonamy się o tym i dowiemy czy Grecja pójdzie drogą Islandii czy Portugalii wprowadzając potulnie dyrektywy MFW mimo sprzeciwu społeczeństwa.

Powie ktoś - Co nas obchodzi Grecja, nie jesteśmy w strefie euro, starcza nam na raty spłaty odsetek długu tak horrendalnego, że nie warto się nim przejmować, bo i tak za życia nawet obecnych niemowlaków nie da rady go spłacić, więc czym się martwić?

Nie wiem, jakie wnioski z kryzysu w Grecji wyciągają inni, ale mój nie jest wesoły.
Wygląda na to, że jesteśmy w tej chwili na przedostatnim etapie polityki cichego puczu, choć nie leżymy w południowej Europie.
Jeśli tam eksperyment z rozbijaniem demokratycznych państw Europy powiedzie się neoliberałom, bywalcom elitarnych spotkań przy okrągłych stołach, to z pewnością następni będziemy my.
Coś mi się zdaje, że jeśli nie dotrzemy z tymi informacjami do manipulowanego medialnie społeczeństwa i z tego powodu nie zdołamy zmienić władzy, odsunąć od państwowych instytucji obecne słupy międzynarodowego finansowego gangu, jakimi niewątpliwie są członkowie rządu PO/PSL, to będziemy następni w kolejce.
I dla ratowania swojej egzystencji zgodzimy się nie tylko na minimalną płacę, umowy śmieciowe, konwencję antyprzemocową i gender w szkołach, ale i na autonomię Śląska, Kaszub, utratę Szczecina, powrót „wypędzonych” na Ziemie Odzyskane, likwidację emerytur, publiczne hospicja zamiast szpitali.

A może już nikt więcej o żadną zgodę nie będzie nas pytał, tylko postraszy Putinem albo zamachami islamistów? Strach to przecież najdoskonalsze narzędzie zarządzania poddanymi.

źródło: Rozmyślania przy zmywaku;)

_______________________________________________________

fot.rys. Andrzeja Zaręby

Zapraszam do słuchania:

audycja 646 (niedzielna)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza