środa, 9 marca 2011

Panie Prezydencie, wstyd nam

Rzeź szkół, alarmuje prasa. P i S usunęło z partii wiceprezydenta Łodzi i pięciu radnych za to, że poparli w głosowaniu zamknięcie 19 szkół. Reforma oświaty to część platformianej rzezi szkół – twierdzą posłowie P i S. A w Radomiu P i S zlikwidowało Zespół Szkół Agrotechnicznych mimo protestów – odcina się PO.

Według posiadanych przez MEN informacji w przyszłym roku szkolnym będzie mniej o 300 szkół z tego aż 177 podstawówek. Nikt na razie nie liczy, ilu nauczycieli straci pracę, bo zamykanie placówek jeszcze się nie zakończyło. Nie wiadomo też, ilu pedagogów znajdzie zatrudnienie w pozostałych szkołach. To będzie zapewne wiadomo dopiero pod koniec czerwca.

Fala likwidacji szkół przypomina falę zamykania przedszkoli, jaka przeszła przez kraj w latach 90. Teraz próbujemy tę sieć przedszkoli odbudowywać. To pokazuje, jak niespójna jest polityka edukacyjna w kraju - twierdzi Alina Kozińska-Bałdyga, prezes Federacji Inicjatyw Oświatowych. Jej zdaniem, każda szkoła na wsi powinna być uratowana, bo jej zamknięcie oznacza degradację danej miejscowości.

To ostatnie zdanie Kozińskiej – Bałdygi wyprowadza mnie z równowagi. Znam te argumenty na pamięć. Powtarzane są od lat. Sama kiedyś je głosiłam. Ale, kto jak kto, ta pani dobrze wie, że czasy małej szkółki utrzymywanej przez samorząd dawno minęły. Co nie znaczy, że nie mogą one istnieć jako szkoły społeczne. Decyzja należy do rodziców i środowiska. Ale i one nie są żadnym gwarantem prestiżu wsi i poziomu edukacji. Jak to w życiu bywa; różne są wsie, różne zaangażowanie i potrzeby mieszkańców. Ważne, że prawo gwarantuje takie możliwości, a za uczniem idzie subwencja. Rzecz jednak w tym, że nie pokrywa ona kosztów kształcenia, modernizacji czy rozbudowy bazy szkolnej. W przypadku małej, wiejskiej szkółki jej funkcjonowanie bez możliwości dofinansowania przez rodziców czy organizacje jest praktycznie niemożliwe.

Denerwuje mnie też udawanie, że wystarczy zabronić likwidacji placówki, by kwitła kultura i szerzyła się oświata na wsi. Ale to problem na długie, bardzo długie rozmowy nie tylko w środowisku oświatowym. Potrzebne są też badania socjologiczne.
Z tym mamy jednak problem, bo nawet spis powszechny, a cóż dopiero socjologowie, zaangażowany jest w polityczną poprawność. Nie będzie więc pełnej wiedzy o polskim społeczeństwie. Inna sprawa, że przy obecnej inwigilacji społecznej może to dobrze, że nie wszystko będzie w spisie prawdą i nie o wszystkim będzie wiadomo?

Nieprawdą jest też, że jedyną przyczyną likwidacji szkół jest niż demograficzny. Przyczyny są bardziej prozaiczne.
Krzysztof Baszczyński, wiceprezes Związku Nauczycielstwa Polskiego, który monitoruje zamykanie szkół, twierdzi, że niż to wymówka.
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,9193389,Ponad_300_szkol_zostanie_zamknietych___To_niespojnosc.html

I ma rację. Tylko co po tej racji komu teraz. Wiceprezesowi wypada przypomnieć, kto do obecnej sytuacji przyłożył się w imię solidarności partyjnej.

A było tak: 17 grudnia 2008 r. – związkowcy OPZZ demonstrują przed Sejmem. Bronią weta prezydenta Lecha Kaczyńskiego i ostrzegają swoich posłów przed jego odrzuceniem.
Jedynie Sławomir Broniarz – szef Związku Nauczycielstwa Polskiego jest innego zdania. On jest za odrzuceniem weta prezydenta, bo jak tłumaczył to Napieralski, Broniarzowi bardzo zależy, by ustawa weszła w życie jak najszybciej, dzięki czemu nauczyciele będą godnie zarabiali, ale też przede wszystkim mieli godną przyszłość po tym, jak zakończą swoją pracę zawodową”.

Wtedy w swoim blogu zastanawiałam się. W co gra Broniarz? Do głowy mi nie przyszło, że w przypadku zabrania nauczycielom przywilejów, prezes ZNP nie zostanie znokautowany przez brać nauczycielską.
http://mamakatarzyna.blogspot.com/2008/12/sawomir-broniarz-przeciwko-bratnim.html

A jednak weto zostało odrzucone, a los nauczycieli przehandlowany.

By zrozumieć, co naprawdę wtedy się stało, warto sobie przypomnieć "Stanowisko Komisji Pedagogicznej ZG ZNP w sprawie obrony szkoły publicznej i statusu zawodowego nauczycieli" z dn. 2008-10-28
Zamieściłam je w obawie, że zniknie wraz z kierunkiem wiatru, w swoim blogu.
Naprawdę warto zadać sobie trochę trudu i przeczytać je.

Jak Broniarz przehandlował polską oświatę
http://niepoprawni.pl/blog/181/jak-broniarz-przehandlowal-polska-oswiate


O apokaliptycznej wizji oświaty pisali wtedy wszyscy, rodzice nawet petycje do minister Hall. Bez skutku.

Prezydent wówczas zorganizował Oświatowy Okrągły Stół, do którego zaprosił przedstawicieli związków zawodowych, parlamentarzystów, samorządowców, rodziców i ekspertów.
http://praca.gazetaprawna.pl/artykuly/31918,prezydent_zorganizuje_edukacyjny_okragly_stol.html

Zdaniem, między innymi, sekcji krajowej oświaty NSZZ "Solidarność", prezydent powinien zawetować wszystkie trzy ustawy dotyczące edukacji, które przygotował rząd, tj. projekty nowelizacji Karty Nauczyciela, Ustawy o systemie oświaty oraz przyjętą już przez parlament ustawę emerytalną. – donosił Nasz Dziennik.
http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20081113&id=po62.txt


To po tych konsultacjach Lech Kaczyński uznał zmiany w Ustawie o Systemie Oświaty za szkodliwe nie tylko dla nauczycieli ale kondycji polskiej oświaty.
http://fakty.interia.pl/raport/szesciolatki_do_szkoly/news/prezydent-zawetowal-nowelizacje-ustawy-o-systemie-oswiaty,1272177

Rząd nie wycofał się jednak z niczego. Nie pomogły żadne argumenty. Wspólnym wysiłkiem PO, PSL i SLD weto prezydenta zostało odrzucone.

I co wtedy zrobili nauczyciele? A no nic. Podkulili ogon. I przyjęli za dobrą monetę obiecanki o podwyżkach. Protestów związkowych też nie było. Broniarz przehandlował polską oświatę, a nauczyciele milczeli. A teraz nagle - larum! Szkoły likwidują!

A ja teraz, szanownemu ciału pedagogicznemu, przypomnę mały szczegół:
Wraz z odrzuceniem weta prezydenta nie tylko ograniczono przywileje emerytalne nauczycieli, ale wprowadzono brzemienny w skutkach zapis ograniczający kompetencje kuratoriów oświaty. Dziś już samorząd nie musi się pytać o pozwolenie na zamknięcie szkół. I dzięki temu zapisowi rząd będzie mógł wywiązać się z obiecanych podwyżek pensji nauczycielskich. Zaoszczędzi je na subwencji oświatowej po likwidacji szkół.

Takie to proste, a daliście się nabrać i wcale mi was nie żal. Od ludzi wykształconych można wymagać odrobiny oleju w głowie. Nie tylko Broniarz i SLD, przy pomocy którego odrzucono weto prezydenckie, was wykiwali, ale wy sami jesteście odpowiedzialni za stan polskiej oświaty, za jej degradację i degradację prestiżu zawodu pedagoga. Tak się zwykle kończy brak wyobraźni i zwykłe kunktatorstwo.

Pozostaje już tyko westchnienie; Panie Prezydencie, wstyd nam, że zmarnowaliśmy szansę, jaką Pan stworzył wetując niszczące polską oświatę ustawy.

środa, 23 lutego 2011

Bo partia jest najważniejsza - przetrwa Polskę

W Polsce, wywalczonej pracą, służbą pokoleń, setek tysięcy patriotów, ich ofiarą z życia w kazamatach zaborców, okupantów, komunistów, Ślązacy nie chcą być Polakami? Polski senator mówi o polskich obozach koncentracyjnych, polskie muzeum w Krakowie pamięta jedynie o ofiarach Holokaustu, polski minister oświaty wycofuje z polskich szkół naukę historii, polska partia rządząca likwiduje polskie stocznie i rentowność polskich portów zgadzając się na rurę na dnie Bałtyku, by niemieckie stocznie i porty mogły zarobić, a Polak na obczyźnie musi zakładać polską partię, by bronić praw Polaków przed nazistowską dyskryminacją, bo polski MSZ ma inne sprawy na głowie.

Czy przypadkiem nie słychać u nas już radosnego chichotu sprzedawczyków za euro i ruble?


Jak się tak dobrze przyjrzeć dysputom internetowym i medialnym, to Polski już nie ma, są tylko partie. A jeśli jeszcze gdzieś jest, to po to, by służyć politykom.

Kiedyś na murach czytałam: PARTIA Z NARODEM. NARÓD Z PARTIĄ.
Z tego hasła narodził się wpis do konstytucji o przewodniej sile PZPR. I tak, w świetle prawa każdy, kto był wrogiem partii, stawał się jednocześnie wrogiem Polski. A że konstytucja była kopią stalinowskiej konstytucji ZSRR z 1936 roku, to w końcu, jak już Polacy oswoili się z łańcuchem na szyi, znalazł się tam też zapis o polityce PRL umacniającej przyjaźń z bratnim narodem, który podarował nam wraz łańcuchami nie tylko konstytucję, pałac kultury i nauki sowieckiej, ale i więzienia i kule dla nieprzystosowanych.

I od tej pory każdy, kto odmawiał przysięgi wojskowej na wierność przewodniej sile narodu i sowieckiemu okupantowi, był jednocześnie wrogiem Polski, dlatego podlegał karze więzienia. To prawo obowiązuje do dziś. I wyroki wydają też ci sami co wtedy.

Kiedy jeszcze Wałęsa udawał patriotę, swoją ugodowość wobec prezydenta Kwaśniewskiego za granicą tłumaczył troską o polską rację stanu. Wszystko się skończyło, kiedy prezydentem Polski został Lech Kaczyński. Wtedy już przestała obowiązywać lojalność wobec własnego kraju i odpowiedzialność za niego. Nikt już nie krył się, że najważniejszy jest interes jego i partii. Nikt też nie wahał się niszczyć wizerunku prezydenta za granicą. Z ogromnym zaangażowaniem pomagała w tym prasa niemiecka.

Powolutku do Polaków zaczęła docierać spóźniona wiedza, że w Parlamencie Europejskim nie ma reprezentacji narodów, a jedynie europejskich partii. Ideologia zastąpiła patriotyzm.
Patriotą w tej UE wolno być tylko Sarkozemu i Merkel. A jak chcesz się załapać na jakieś stanowisko urzędnicze, musisz mieć tez dobrą opinię u Putina.

Nikt już nie wspomina, że Polacy głosowali za przystąpieniem do UE, ponieważ pokazywano im Unię jako ojczyznę ojczyzn. Ani się spostrzegliśmy, jak nasze dzieci, wnuki mogą teraz w ramach wolności i swobody wypowiedzi pisać, uczące samodzielnego myślenia kosmopolitycznego, prace: Europa narodów czy Naród europejski.

Jedną z pierwszych ustaw jeszcze na fali transformacji ku wolności w wytęsknionej Polsce była likwidacja święta 22 lipca i święta Ludowego Wojska Polskiego w rocznicę bitwy pod Lenino.
Sejm RP wprowadził, zgodnie z wolą narodu, Święto 3 Maja, Święto Wojska Polskiego w rocznicę Bitwy Warszawskiej 1920 roku i ustanowił Święto Niepodległości 11 listopada. Dla przywrócenia szacunku do symboli narodowych ustanowiono też 2 maja Świętem Flagi Państwowej.

Ale nie zdołano już przywrócić obywatelstwa polskiego tym, których okupant sowiecki w latach 40- tych wywiózł za Ural. Nie było na to czasu ani woli politycznej, trzeba było naprawić błędy konfliktów w rodzinie komuchów i przywrócić obywatelstwo wypędzonym do raju przez Gomułkę. Polak na Kresach II Rzeczpospolitej, to już nie Polak. No, chyba że może posłużyć do wojny z Łukaszenką. Polak z Kazachstanu, Ukrainy czy Białorusi to obywatel rosyjski i państw postsowieckich, nie „nado jemu mieszat gołowu Polszu”. Jemu musi wystarczyć Karta Polaka i festiwal w Mrągowie. Dobre i to. Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. ;-(

Ci, którzy otrzymali wolność w darze bez żadnych swoich zasług, a często i bez żadnych zasług swoich rodziców i dziadów, pouczają teraz Polaków takich jak ja, że jak Śląsk sobie zażyczy autonomii, to mają do tego prawo, bo najważniejsza jest wolność wyboru, a na budynku Marszałka Województwa nie musi powiewać flaga narodowa, to przecież instytucja samorządowa.

Mile widziany patriotyzm jest tylko na stadionach sportowych, bo to daje szmal .

Ale i to się kończy. Chorzowski stadion nie będzie już drażnił oczu Herberta Hupka, za pieniądze polskiego podatnika krzesełka zostaną przemalowane na kolor żółto - niebieski, a wszystko dzięki koalicji PO, SLD i RAŚ, bo partia jest najważniejsza, partia przetrwa Polskę.
Wbrew orzeczeniu Sądu Najwyższego Urząd Statystyczny wprowadza do ankiety narodowość śląską, która nigdy narodowością nie była. Prezes GUS ponad prawem, a wszystko dla dobra partii i wyborów.

I aby było śmieszniej, problem, okazuje się, nie dotyczy państwa, obowiązujących w nim praw, ale partii. To nie ABW zauważyła ten skandal, ale partia, więc gazety się rozkrzyczały: PiS jest przeciwna narodowości śląskiej!

Czy to PiS miało sprawdzić ankiety spisu narodowego? Czy może biorący polskie pieniądze w polskim państwie urzędnik”? Widać polscy urzędnicy z dziurą w czaszce pozostali w Katyniu, Miednoje, Ostaszkowie, na nieludzkiej ziemi w bezimiennych mogiłach, a teraz w ojczyźnie urzędnicy są nie państwowi, lecz partyjni.

Mimo instytucji, które powinny stać na straży suwerenności i integralności terytorialnej państwa, na naszych oczach, w 20 lat po odzyskaniu niepodległości, nikt już niczego nie udaje. Śmieją się Polakom w nos. Wystarczy wam Księstwo Warszawskie. Namiestnika carskiego też wam wybraliśmy. A jak dobrze pójdzie, to generalnego gubernatora i GG też będziecie mieli.

Jak już tak rozprawią się z polskością w szeregach partyjnych Prywiślańskiego Kraju, i w Reginach Autonomicznych z niemieckim językiem urzędowym, to okaże się, że jak za czasów zaborów, Polaków walczących o swoje prawa znajdziemy w rosyjskiej Dumie i Bundestagu. (Oby nie na Kołymie i w Stutthofie.)

Pierwsza jaskółka już jest. Stefan Hambura zakłada w Niemczech polską partię, by walczyć o prawo do narodowości polskiej w Niemczech, które zabrał nazistowski dekret Hermana Goeringa. http://www.rp.pl/artykul/15,1025644_Polska-partia-w-Niemczech.html
Może trzeba będzie za kilkanaście lat szukać Polaków nie we Wrocławiu czy na Śląsku a w Niemczech?

I pomyśleć, że Polakom Niemcy gipsowali usta przed rozstrzelaniem, by zapobiec okrzykom: Niech żyje Polska. Pomyśleć, że w obronie Śląska zginęły bestialsko zrzucone z katowickiej wieży spadochronowej polskie harcerki. http://www.youtube.com/watch?v=2AZOVp9cucY
A taki młodzieniec, który dostał wolność na tacy od polskich patriotów, w czapce, w sali, gdzie wisi godło państwowe, chce rozbić terytorium Polski zamiast dla niej pracować i uczynić ją domem dla wszystkich . http://www.polskatimes.pl/fakty/355333,pis-przeciwny-narodowosci-slaskiej-w-spisie-powszechnym,id,t.html

Pozostaje już tylko pytanie, gdzie się podziała, młody człowieku, gdzie była, odwaga za czasów PRL twoich rodziców i współziomków? Wyjeżdżaliście truchtem do Reichu, bo tam obiecano wam złote góry. Co teraz wam obiecują za rozbicie Polski?

Dziś Polacy u siebie, w swoim kraju, muszą udowadniać, że Urząd Marszałkowski jest polskim urzędem państwowym i powinna na nim powiewać przede wszystkim flaga narodowa. A młody człowiek pyta: Czy na każdej „polskiej” (cudzysłów tu nieprzypadkowy) chałupie musi wisieć polska flaga? Tą „polską” w cudzysłowie, chałupą jest Urząd Marszałka we Wrocławiu.

Pytanie z dokumentu Aliny Czerniakowskiej – Odkryć prawdę- Kto nam taką Polskę zafundował?- zdaje się, zaczyna mieć swoją odpowiedź.


No cóż, drodzy moi młodzi przyjaciele, którzy oburzacie się, że mamie Katarzynie nie podoba się flaga niemieckich Piastów na Urzędzie Marszałkowskim we Wrocławiu zamiast flagi narodowej, że nie uznaje narodowości śląskiej i chce stadionów narodowych w barwach polskich, jak już awansujecie na lokai w niemieckich domach i rosyjskich daczach, może zatęsknicie za obciachową Polską. Ale jej już nie będzie. I to będzie już nie mojego pokolenia wina, ale wasza.

Jakże się cieszę, że już tego nie dożyję.

czwartek, 17 lutego 2011

Ruch Narodowy, ale jaki?

Z zainteresowaniem śledzę odradzanie się w Polsce ruchu narodowego mimo zmasowanego ataku propagandzistów z Czerskiej.
Marsz Niepodległości ujawnił rzecz niebywałą; wstawili się w obronie organizatorów marszu nawet ci, którym daleko do endecji, a którzy czują się patriotami.
Mimo iż sytuacja zmieniła się i dziś raczej trudno byłoby przyjąć w Sejmie, jak w roku 1999, Uchwałę upamiętniającą 60 rocznicę śmierci Romana Dmowskiego, to można się cieszyć, że są młodzi ludzie, którzy interesują się myślą narodową i szukają dróg służenia Polsce.

Jeśli czegoś mi brakuje, to jasnego i mocniejszego samookreślenia się. Nie da rady po doświadczeniach II wojny światowej plątać bezkarnie pojęcia; nacjonalizm / patriotyzm. Nie da rady też dłużej unikać jednoznacznej definicji narodu. Jest ich wiele, różne jej odcienie znajdujemy i u endeków. Jeśli „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego miały zmusić młodych do samodzielnego myślenia, to właśnie teraz jest najlepsza ku temu pora, by wypracować ową myśl dla współczesnego pokolenia.

Trzeba wyciągnąć wnioski i przestać wciskać młodzieży, że jest dobry i zły nacjonalizm, bo patriotyzm może nas połączyć, nacjonalizm u młodych ludzi, podróżujących po świecie, nie przejdzie, na szczęście. Co najwyżej dodatkowo uzasadni ich wybór życia bez ojczyzny z wynarodowioną tożsamością, pozbawiając ich patriotyzmu.

Oczywiście, występuję tu w tej chwili w roli dyletanta historycznego, jak określają takich jak ja narodowcy. Onegdaj w swoim domu popełniłam straszną gafę i powiesiłam na ścianie krzyż, płaskorzeźbę Królowej Polski, portret Jana Pawła II i Józefa Piłsudskiego. Wstędze się ;-) teraz, bo uczestnik dyskusji: Dmowski - Piłsudski, zamykamy/otwieramy trumny - emitowanej w 189 audycji Niepoprawnego RadiuPl stwierdził, że taki brak wiedzy nadaje się na satyrę. Niech tak będzie.
Tylko dodam, że w naszym domu wychowaliśmy z mężem po katolicku, w szacunku do Ojczyzny synów, więc z przyjemnością pozostanę przy swojej niewiedzy mimo obciachu.
Tym bardziej że za tę ignorancję historyczną, za tę niewiedzę byłam onegdaj szykanowana. Gazetka w klasie o Naczelniku Józefie Piłsudskim wywołała histerię u wizytatora i dyrektora szkoły.

Nie mam więc o to pretensji do dyskutanta nad trumnami Romana Dmowskiego i Piłsudskiego. Pozostanę też przy głosie rozsądku, który tam w dyskusji padł, by nie walczyć z mitem Naczelnika. Dodam od siebie; bo to szkodzi, tlącemu się wciąż bardzo wątło, patriotyzmowi polskiemu.

Wprost przeciwnie, jak nigdy w przeszłości, warto jednoczyć ludzi wokół tych dwóch postaci. Każdy, kto rozgrzewa emocjonalny spór i przeciwstawia oba mity wybitnych Polaków służących w różny sposób i z różną skutecznością odradzającej się Polsce, sprowadza myśli współczesnego Polaka na manowce.

Ale nie ten fragment dyskusji wyrzucił mnie z kapci.
Z wypowiedzi jednego z uczestników spotkania jasno wynika, że Powstanie Warszawskie było głupotą, a to, co zrobili Sowieci mieści się w regułach polityki.

No cóż, szlag mnie trafił, nie będę jednak rozgrzewać dyskusji o celowości powstania, bo robią to bardzo dobrze komuniści, którzy przy każdej rocznicy uaktywniają się niczym pożyteczni idioci od 1945 roku. Ostatnio nawet w tv odgrzebano i puszczono najbardziej propagandowy i najbardziej kłamliwy, jaki można było nakręcić, film „Miasto nieujarzmione”.

Obiecałam sobie już dawno, że nagram obszerne fragmenty broszury - „Optymizm nie zastąpi Polski”. Wspominałam już o niej przy innej okazji w swoim blogu. Napisał ją i wydał Józef Mackiewicz w październiku w 1944, kiedy Polsce groził sowiecki okupant, a większość społeczeństwa nie rozumiała zagrożenia.
Jakoś nie było ku temu sposobności. Teraz po wysłuchaniu dyskusji we wrocławskim Kwadracie tym bardziej dostrzegam pilną tego potrzebę. Dziś jednak przytoczę pewną ważną zawartą w książce opinię:
…echo, jakim powstanie odbiło się w całym świecie, jest naprawdę imponujące. Nieomal cała prasa, zarówno państw wojujących, jak neutralnych, podjęła akcję wyraźnie z naszą korzyścią, a na niekorzyść Sowietów. Dało to możność Rządowi Polskiemu zaczerpnąć głębszego oddechu i wypowiedzieć trochę słów niezależnych, których dotychczas wypowiadać nie śmiał. /…/Rzec można śmiało, iż od czasu układu Ribbentropp – Mołotow i od pierwszej wojny fińskiej, nie dało się słyszeć tyle rozgoryczenia pod adresem sowieckim. Bolszewicy się trochę przeliczyli w swym cynizmie.
Tym razem się przeliczyli. Każdy dzień następny trwającego powstania był dla nich kolejną porażką. Generał Bór-Komorowski odniósł pierwsze zwycięstwo. O rozmiarach tego zwycięstwa za wcześnie jest mówić w tej chwili, tym niemniej jest ono niewątpliwe. Dowiodło bowiem, że opinia świata, mimo najbardziej ku temu nieprzychylną koniunkturę, da się jednak przeciw bolszewikom poruszyć i zmobilizować
– pisze Józef Mackiewicz w 1944 roku.

Dziś trzeba zapytać - Kto zmarnował efekty tej mobilizacji i ofiarę powstańców?

Jeśli mówimy o daremnej ofierze i cierpieniu warszawiaków, to przede wszystkim powinniśmy pamiętać o propagandzie komunistycznej, która jak z worka czarodzieja na każdą okazję ma „kontrowersyjne” (tak to się dziś propaganda nazywa) opinie.

Robi to przez lata i jest skuteczna, bo dziś Europejczyk wie jedynie o powstaniu w Getcie Warszawskim. Zadbali o to Żydzi, nawet ci, którzy przed wojną pogardzali swoimi braćmi ze wschodu.

Czy ktoś słyszał w mediach dyskusję o sensie tego powstania? Ja nie. I dlatego nie wytrzymuję już „kontrowersyjnych” opinii o Powstaniu Warszawskim tak samo jak buntuję się przeciwko zakłamywaniu walki niepodległościowej NSZ z sowieckim okupantem i rodzimymi czerwonymi zdrajcami w latach 1944 -56 Pora zostawić te opinie i kłamstwa wrogom naszej ojczyzny.

Zastanawiam się, jak słyszę takie opinie o Powstaniu Warszawskim czy przypadkiem spadkobiercy endecji nie włączają się w chór ćwiczony na Czerskiej, choć myślą, że cytują poglądy Romana Dmowskiego?

Z tym pytaniem zostawiam nie tylko narodowców, ale również ich sympatyków i innych pragmatycznych, żyjących przyszłością, Polaków.

środa, 9 lutego 2011

Zamiast kary - negocjacje ze złodziejami




SMS, który natychmiast kasuję, mniej więcej, brzmi tak: Zadzwoń pod numer 60 400, czeka cię 100 procent niespodzianki. Nadawca: Operator Orange.
Muszę jeszcze pamiętać, by wykasować w połączeniach numer, który, nie wiedzieć czemu, pojawia się na liście ostatnich połączeń, by nie kliknąć na niego przez pomyłkę.


Doświadczenia z operatorem plus nauczyły mnie, by nie brać udziału w żadnych akcjach charytatywnych organizowanych przez komórkę. Skończyło się to bowiem zapychaniem pamięci telefonu chamskimi ponagleniami, abym wysłała SMS, bo wygrałam samochód.

Miałam tego dość, rozmowy z przedstawicielem operatora nie odniosły żadnego skutku. Zbyt cenię swoją wolność osobistą, abym mogła to cierpliwie znosić. Zmieniłam operatora i „nie zgodziłam się na umieszczenie mojego numeru w spisie PTK Centertel oraz Ogólnokrajowym Spisie Abonamentów i Ogólnokrajowym Biurze Numerów danych mnie identyfikujących czyli imienia (imion) i nazwiska, miejsca zameldowania oraz numeru telefonu”.

Tyle gwarantuje mi umowa. Ale diabła warta byłaby ona, gdyby nie ostrzeżenie życzliwych osób. Pamiętaj! Nie odpowiadaj na żadne SMS -y, nawet operatora, nie bierz udziału w żadnych akcjach przez telefon, bo to będzie oznaczać rezygnację z poczynionego zastrzeżenia w umowie.
O tym oczywiście w umowie nie ma ani słowa. To rozumie się samo przez się. Dobrowolnie udostępniam numer każdemu, z kim się kontaktuję.

Jestem więc dzięki ostrzeżeniu molestowana tylko jednym wspomnianym wyżej numerem, który ma niejako zmiękczyć mnie, wymusić reakcję i zwolnić operatora z mojego zastrzeżenia numeru.
Moja cierpliwość jednak się kończy. Zamierzam listownie poinformować operatora, że w przypadku dalszego nagabywania mnie, uznam to za niedotrzymanie warunków umowy i zerwę ją przed czasem nawet, jeśli będzie mnie to kosztowało włóczenie się po sądach.

Znam jednak starszych ludzi, którzy stracili już kilkaset zł. tylko dlatego, że uwierzyli, iż SMS jest od operatora. Każdy następny odebrany kosztował ich bowiem prawie 5 zł.

Po miesiącach skarg, wściekłości, a nierzadko rozpaczy, bo przecież nie wszyscy emeryci w Polsce pobierają sumy peerelowskich esbeków i generałów, łaskawie Anna Streżyńska, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej informuje media:
„Coraz więcej osób żali się na wysokie rachunki telefoniczne, choć faktycznie nie dzwoniły tyle i nie brały udziału w żadnych loteriach i innych konkursach.
Czasem wystarczy przypadkowe naciśniecie klawisza lub wysłanie pustej wiadomości tekstowej, a nawet zawierającej oświadczenie o rezygnacji z udziału w grze, i rozpoczyna się naliczanie opłat.
Podczas spotkania zainteresowanych stron mają zostać wypracowane jasne i przejrzyste zasady organizowania jakichkolwiek gier i konkursów dla abonentów.

A na stronie UKE zamieszcza „Apel o wyeliminowanie nieuczciwego wykorzystywania usług SMS Premium”.
http://www.uke.gov.pl/uke/index.jsp?place=Lead02&news_cat_id=19&news_id=6402&layout=1&page=text

Paniusiu droga, będę tu kolokwialna, za to bierzesz, między innymi, pieniądze, by reagować zgłoszeniem do organów ścigania przestępstwa. A to, co robią operatorzy, jest przestępstwem, czego dowodem jest moja sytuacja. Mimo zastrzeżenia numeru, otrzymuję SMS –y od operatora. Nikt też, nie informuje mnie w nich o regulaminie gry i o adresie,
pod jakim należy go szukać. Ustawa o grach i zakładach wzajemnych
http://dokumenty.e-prawnik.pl/akty-prawne/ustawy/ustawa-o-grach-i-zakladach-wzajemnych.html
jest jasna, kłopot w tym, że jest stosowana w sposób wprowadzający w błąd.
Stosowane są chwyty oszukańcze. Każdy bowiem darzy, dopóki nie nabierze się, zaufaniem operatora, z którym podpisał umowę i nie każdy wie, że jest to tylko podstęp, by wyłudzić od niego pieniądze.

Czy nie jest karalne działanie celowo wprowadzające w błąd dla osiągnięcia korzyści?

Skoro sama pani prezes stwierdza: "Chcę zakazać oszukańczych loterii i gier poprzez SMS-y, organizowanych przez operatorów sieci komórkowych" – to dlaczego do tej pory tego nie zrobiła? I dlaczego chce z oszustami rozmawiać zamiast zgłosić podejrzenie o popełnianiu przez operatorów komórkowych przestępstwa polegającego na wyłudzaniu pieniędzy od abonentów?

Anna Stróżyńska proponuje rozmowy i stół bez kantów, a ja myślę, że już dawno tym procederem okradania abonentów powinna zająć się prokuratura.
Chyba że to taki nowy projekt prawa w Polsce; złodziei już nie będziemy karać, tylko z nimi negocjować.


-----------
Zdjęcie zamieszczone w blogu pochodzi ze strony: http://bit.ly/igO4Gt

wtorek, 1 lutego 2011

POLITYKA TO DZIAŁANIE DLA WSPÓLNEGO DOBRA

Już słyszę ten śmiech po przeczytaniu tytułu. Może nawet kto zapyta; skąd się takie nieżyciowe oszołomy jak mama Katarzyna biorą?
Od wieków wiadomo przecie, że polityka to…


Dlaczego zabieram głos, choć wielu mądrzejszych już o tym napisało tomy i nie byli od rozmyślań przy zmywaku, tylko filozofami, uczonymi, geniuszami strategii osiągania celów?

Powód oczywisty. Często tomy mądrych zdań leżą w bibliotekach przykurzone pyłem czasu, a my tu posługujemy się zdrowym rozsądkiem, obserwacją i własnym wyobrażeniem; kim jest polityk, czym jest polityka?
Igor Czajka, jak zdecydowana większość ludzi nie tylko w Polsce, już na wstępie rozważań - Co to właściwie znaczy sprawa polityczna?
( http://igor.czajka.art.pl/ ) definiuje na swych blogowych deskach, czym jest polityka.

Polityka to sztuka osiągania celów. A cele osiąga się drogą konsensusu.

Dodałabym tu - lub manipulacji, nacisków lobbystów, kruczków prawnych, przekupstwa, wykorzystywania „blondynek”, zwyczajnego nieuctwa, ludzkich emocji i …. Można jeszcze tak długo. Konsensus ten ma więc kanty, kąty, wiraże ludzkich słabości, uwarunkowań, problemów i powiązań.
Stąd szoku czasem doznają ci, którzy porównują deklarowane poglądy polityczne z głosowaniem w Sejmie.

Polityka to dążenie do zdobycia władzy. – definiuje dalej Igor. Niektórzy twierdzą nawet, że to jest jedyny cel.


Czy „polityka jest sztuką osiągania celów”, „osiągania władzy”? Nie można temu zaprzeczyć. To oczywiste, ale celem dla polityka (posłużmy się tu przykładem Igora, najważniejszym w tej chwili dla nas Polaków) nie będzie wyjaśnienie przyczyn katastrofy, lecz obrona dzięki tym ustaleniom bezpieczeństwa państwa, jej przywódców i obywateli.
Śledztwo należy do wymiaru sprawiedliwości, wnioski i działania należą do polityki. Mają jednak rację wszyscy, którzy twierdzą, że „kwestia wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej jest kwestią polskiej racji stanu, której nie można rozpatrywać w kategoriach doraźnej polityki”.

Dlatego polityk ma obowiązek czuwać, by przebieg śledztwa był rzetelny, obiektywny i skrupulatny, wolny jednak od nacisków tegoż polityka i innych. W tym sensie katastrofy nie wolno nam oddzielić od polityki.


Nie dajmy jednak pomieszać sobie pojęć, bo nigdy, mimo najszczerszych chęci, wielkich ideałów i celów, nie uporządkujemy naszej Ojczyzny. Nie przyjmujmy za oczywistość definicji, które wynikają nie z prawdy, lecz z utrwalonej propagandy.

Czym my się będziemy różnić od lewicy, jeśli przyjmiemy i zastosujemy taką definicję polityki? Nie mylmy też metod z celami polityki.

Jeśli polityka jest tylko "sztuką osiągania celów i władzy”, to w żaden sposób nie możemy się dziwić, że tak a nie inaczej uprawia tę "sztukę" PO czy SLD. Odwołują się do swoich elektoratów, by zdobyć władzę.

Jeśli mówimy o racji stanu, patriotyzmie, rozwoju ojczyzny; duchowym, gospodarczym i społecznym, to nie posługujmy się przykrojoną do współczesności definicją Machiawelego, bo też okaże się, że to były tylko słowne atrapy do przyciągnięcia określonego elektoratu. Efekty takiego „skutecznego osiągania władzy” - to obietnice bez pokrycia i głosowania niezgodne z programem, to oszukiwanie wyborcy, to osiąganie celów w przymierzu z wrogami Polski.

Czy prędzej, czy później wyborca zorientuje się, że potraktowano go jak maszynkę do głosowania, że zrobiono go w konia, że dla polityka nie przedstawia żadnej wartości jako człowiek i obywatel. W konsekwencji głosuje tyłkiem na kanapie na tych, którzy nie mają żadnych celów jak tylko własny interes.

Najdrastyczniejszym przykładem skutków polityki polegającej jedynie na skutecznym osiąganiu celów jest dojście Hitlera i Stalina do władzy. Czy rewolucjoniści z „Płomieni” Brzozowskiego mogli przypuszczać, że ich młodzieńcze marzenia o sprawiedliwości pogrzebią miliony ludzi? Czy pangermaniści głoszący patriotyczne i nacjonalistyczne hasła, mogli przypuszczać, że zawłaszczy je sobie nazizm i wymorduje miliony ludzi?
A jednak stało się to, bo moralność w polityce uzależniono od skuteczności.

Czy członkowie „Solidarności” mogli przypuszczać, że po latach postulaty stoczniowców i program organizacji nazwany zostanie nierealnym marzycielstwem, a ojczyzna będzie zdemolowana gospodarczo i kulturowo przez tych samych, którzy wtedy podkulili ogon?

A stało się tak. Zapomnieliśmy, że nasze pojęcie polityki miało wówczas ludzką twarz. Człowiek i Ojczyzna byli jej podmiotem.

Ale nie tylko krótka pamięć jest naszą winą, to przede wszystkim podporządkowanie doraźnym celom politycznym moralności.

Jeśli chcemy mówić o obronie ojczyzny, jej suwerenności, rozwoju gospodarczym kulturalnym i intelektualnym Polski, jeśli drogie są nam ideały wolności, nie zaczynajmy od niszczenia tego, co jest istotą polityki i co ją odróżnia od układów i mafijnych działań.

Przywróćmy jej klasyczną definicję:
POLITYKA TO DZIAŁANIE DLA WSPÓLNEGO DOBRA
Dopiero po ustaleniu, co jest naszym, Polaków dobrem, możemy dyskutować, jak skutecznie realizować cele i za pomocą jakich metod. Jak daleko wolno nam pójść w politycznym konsensusie.
Nie da się bowiem polityki oddzielić od etyki. Odrzucenie zasad w polityce jest też działaniem moralnym, bo zło i dobro jest pojęciem etycznym. Skuteczność tylko drogą realizacji dobra lub zła.
Zła w polityce mamy już ponad naszą wytrzymałość. Pora teraz na DOBRO.


Post scriptum 1 i 2

Nasze wyobrażenia o polityce i politykach czasem badają socjologowie. Warto im się przyjrzeć. Polecam tu gorąco wykład z 184 audycji Niepoprawnego RadiaPL

http://www.4shared.com/audio/VAXh9IjO/Wyklad-B_Fedyszak-Radziejowska.html
O autorytecie w polityce 22 stycznia 2011 r. w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu na sympozjum naukowym -„Oblicza autorytetu” mówiła dr Fedyszak – Radziejowska.

Jeśli o tym wspominam to nie dla reklamy audycji, bo ona już w archiwum radia i każdy może sobie w dowolnym czasie posłuchać, ale dlatego, że ten wykład może być przyczynkiem do naszej dyskusji o polityce.
Zapewniam, że również nam, mającym w polityce serce po prawej stronie, może nadwyrężyć ugruntowane w nas stereotypy.

I jeszcze jedno: Moja notka nie jest dyskusją z wymową notki Igora, a jedynie z definicją, której użył dla wyjaśnienia. czym jest sprawa polityczna. Na marginesie Jego rozważań mogłam wreszcie powiedzieć, jak rozumiem politykę, a jakoś nie było ku temu okazji. Wyrazić swoją dezaprobatę dla zawężania definicji polityki i ograbiania jej z sensu, który nadała mu już starożytność, a którą tak pięknie nam onegdaj w Gdańsku na Zaspie, w Sejmie i nie tylko tam, wykładał Jan Paweł II

niedziela, 30 stycznia 2011

"Uczmy się od Żydów"

Napisał mi na Twitterze młody człowiek, że przeszłość Polski go nie interesuje, żyje teraźniejszością. Wszystko, co było nie ma już znaczenia. Owszem, groby bliskich, pamiątki po nich - tak, ale katastrofa, śmierć prezydenta, kto był z odznaczonych ostatnio przez Bronisława Komorowskiego TW? To już było i się zmyło. – jak mawia młodzież.
Wyraźnie młodym znudziła się nie tylko historia, ale w ogóle Polska.
Cóż, najlepszym lekarstwem na takie postawy jest wyjazd za granicę. Uczy pokory i szacunku dla własnego kraju. Po pierwszych zachwytach przychodzi czas na pokorne znoszenie upokorzeń i agresji tylko dlatego, że się jest obcym.

Dla tych upartych, wyzwolonych kosmopolitów mam mądry felieton posła Janusza Wojciechowskiego, opublikowany na stronie wpolityce.pl 27 stycznia 2010.
Uczmy sie od Żydów.

Posłuchajmy w dzisiejszej audycji:
20:16 Felieton: Janusz Wojciechowski - Uczmy się od Żydów (wstęp Katarzyna, czyta Katarzyna) http://wpolityce.pl/

Przypominam przy okazji, że 185 audycja Niepoprawnego Radia rozpoczyna się o godz. 19.OO http://radiopl.pl/

środa, 26 stycznia 2011

Kampanię wyborczą czas zacząć

Czego boi się Jarosław Kaczyński, wie Tomasz Kalita.
Ja nie wiem, czego się boi były premier i prezes PiS.
Wiem natomiast, co zrobiłby dziś z takimi politykami
Józef Piłsudski.


Nie na każde szczekanie trzeba reagować, a już na pewno
nie na takie, podyktowane, zatwierdzone przez WSI do
realizacji w polskich mediach w porozumieniu z NKWD, KGB,
FSB, GRU czy jak to się tam teraz nazywa?

Rzecznik SLD, łudząco przypomina Palikota, widać w tym
samym miejscu i od tych samych nauczycieli pobierał
lekcje.
Mniejsza z tym. Czy prędzej czy później skończy tak
jak Palikot.
Jeśli piszę o tej CZERWONEJ SWOŁOCZY (proszę mi wybaczyć, ale nie ma tu innego określenia dla piaru robionego w ten sposób), to dlatego, że przypomniała mi ona jakże wciąż aktualną broszurę Józefa Mackiewicza z 1944 r. - Optymizm nie zastąpi nam Polski.
Pisze on tam:
Dopóki istnieje bolszewizm na świecie, największym
wrogiem każdego narodu jest bolszewik danego narodu.
Gdybyśmy zatem chcieli uszeregować. Według numeracji,
aktualnych wrogów Polski, uzyskalibyśmy następującą tabelę:
Wróg nr 1- Polak bolszewik
Wróg nr 2 - Bolszewik w ogóle
Wróg nr 3 – Niemiec.


Zastanawiam się, do jakiej kategorii zaliczyć partie, kluby, polityków i ich rzeczników, którzy spolegliwie powtarzają kłamstwa propagandy putinowskiej. Mają na każde zawołanie formułkę „niecnego wykorzystywania do polityki katastrofy smoleńskiej”, sami robią to jednak bez zająknięcia i bez skrupułów szkodząc Polsce.

Myślę też i o tych, którzy bez namysłu przyjmują wersje
Kalitów o tajemniczych naciskach śp. Prezydenta na pilotów
i inne kłamstwa.
Do nich, jak znalazł, pasuje dalszy ciąg wspomnianej
tu broszury:
…wrogiem o numerze nadrzędnym, niejako przedpierwszym, jest ten dobry i uczciwy Polak, który nam wmawia, że bolszewizm nie jest straszny /…/, że walka przeciw niemu nie jest aktualna.

Naprawdę bolszewizm pod żadną postacią już nie istnieje, a haniebne wypowiedzi Kality to tylko marketing polityczny?

Od pewnego czasu moje myśli przy zmywaniu krążą wokół winnych słabości Polski, która dzięki tzw. reformie Balcerowicza, potem Buzka, wstąpieniu do UE miała z roku na rok stawać się krajem zasobnym i zbliżać się poziomem życia do Zachodu.
I był taki moment, taki krótki błysk nadziei w 2005 roku; obniżenie podatków, pobudzenie budownictwa, odnawianie dróg dzięki coraz większej zamożności samorządów i możliwości korzystania z dotacji unijnych, spadało bezrobocie, wielu Polaków wychodziło z bankowych pułapek kredytowych. Odnawiało mieszkania, kupowało samochody, inwestowało we
własny mały biznes. Stypendia dla absolwentów dawały szansę na zmniejszenie się bezrobocia wśród młodzieży kończącej szkoły i studia.

Od 2007 powoli wszystkie działania mogące pobudzić polską gospodarkę zamarły. A najgorsze jeszcze przed nami. Z szumnego expose premiera nie pozostało nic.
Kopie się nas i poniża na arenie międzynarodowej.
Byle agencina może dyktować newsy w niby-polskiej prasie, a rzecznik popłuczyn po PZPR robi nową gębę szefowi kosztem polskiej racji stanu. Zalewa nas tandeta, przytłacza najróżniejszy marketing, Od samych reklam różnych specyfików można się rozchorować.

Tych, którzy to widzą i znają przyczyny, ogarnia wściekłość.Setki blogowych notek suchej nitki nie zostawiają na rządzie Tuska.
Teraz mają łatwiej. Od feralnych występów Donalda Tuska po opublikowaniu raportu MAK wolno już krytykować szefa i wklejać zdjęcia, które dotychczas były zarezerwowane tylko dla Kaczyńskich.
http://i.wp.pl/a/f/jpeg/21947/tusk_mina_pap550.jpeg

Biedny Tusk nie czytał widać Mackiewicza, bo jakby trochę podszkolił się w najnowszej historii, to wiedziałby, że z nim jest tak, jak niegdyś z Wasilewską, Wędrychowskim czy Berlingiem. Myśleli, że uprawiają politykę. Tymczasem, byli absolutnie niczym poza numerami oznaczonymi, zamiast cyfrą, własnymi nazwiskami na przynętę. Politykę uprawiali Sowieci.

Kto dziś ją uprawia w Polsce?

Narzekaniem i jazdą po Tusku niczego jednak nie zwojujemy. Będziemy też ostatnimi durniami, jeśli nabierzemy się na „konstruktywną krytykę” w łonie partii PO.

Tak sobie myślę machając ścierką w mętnej wodzie, że znowu jesteśmy robieni w konia. Bierzemy medialne rozpoczęcie kampanii wyborczej za początek końca rządów establishmentu za pomocą zmiany „numerów”, tymczasem schemat łudząco podobny jest do zmian I. sekretarzy PZPR.
Wódz zakrzyknie – POMOŻECIE?, a naród odpowie – POMOŻEMY!
I po wyborach będzie znowu "500" dni spokoju i intensywnej
pracy „reformatorskiej”.

Jest jakaś szansa?
Na początek logiczne myślenie i męska decyzja.Jeśli prawdą jest, że nie liczy się ten, kto podpisuje, ale ten, kto dyktuje, to pora ustalić, kto, co i dlaczego dyktuje i dlaczego tak potulnie wszyscy, to dyktando przepisują?

http://www.rp.pl/artykul/535226.html?print=tak

To jednak nie wystarczy. Jeszcze trzeba brać przykład z naszych wrogów i dotrzeć z wiedzą do każdego Polaka – niekoniecznie salonowym językiem i w postaci uczonych wywodów.
Pojawiła się nawet szansa. Kilku porządnych dziennikarzy straciło pracę w „niezależnych” mediach.

Będą tak biadolić i użalać się czy wezmą się do pracy?

środa, 19 stycznia 2011

Czas na marketing DOBREJ NOWINY

Nie, nie będę dziś pisać ani o raporcie MAK, ani o Tusku, to już przeszłość, choć wydaje się, że wciąż trwa.
O samej katastrofie pisze i mówi tylu mądrych ludzi, że gdzie tam mamie Katarzynie do nich. Mogę tylko wyrazić swoją wdzięczność i uznanie, że chce się im drążyć, czytać, dokumentować, prostować ścieżki w gąszczu dezinformacji i kłamstw. Narażać się na ośmieszanie i niewybredne ataki.


Jeśli cokolwiek mam do dodania, to może tylko jedno. Katastrofa smoleńska, jak nigdy dotąd, pokazała Polakom, kto naprawdę rządzi i gdzie pobiera żołd. Czy można sobie wyobrazić parlament, rząd, partie jakiegokolwiek kraju,który nie mówiłyby jednym głosem, w sprawie tak ważnej, jak wyjaśnienie okoliczności śmierci głowy państwa, dowódców i najważniejszych osób w kraju?
Nawet dzieciak jest w stanie zrozumieć, że od tego zależy nasza suwerenność. Jeśli można bezkarnie wsadzić do samolotu polskie władze i pozbawić ich życia, to można wszystko zrobić z takim państwem i jego mieszkańcami.

Nie przyjmuję do wiadomości, że to tylko marketing polityczny. Potulne podnoszenie ręki jak wódz każe, wytupywanie, gdy padają słowa prawdy, wręczanie kwiatów odpowiedzialnym za bałagan w państwie, nie może być jedynie przejawem lojalności partyjnej. Są granice, po przekroczeniu których można już tylko stanąć pod pręgierzem z tabliczką:
OJCZYZNĘ MIAŁEM TAM, GDZIE PŁACĄ NAJWIĘCEJ ZA ZDRADĘ
Szkoda, że pod tym pręgierzem staną zbyt późno, bo że staną, to nie mam wątpliwości.

Na marginesie najważniejszych newsów podsuwanych już nie tylko z dnia na dzień, ale z godziny na godzinę, przemykają informacje równie istotne.
Od razu wyjaśniam, by nie było wątpliwości. Nie uważam, że wyjaśnienie katastrofy nie jest w tej chwili najważniejsze.
Jest to klucz do odnowy życia politycznego i naprawy Rzeczpospolitej. Tylko pozornie batalia o wyjaśnienie przyczyn katastrofy przysłania bieżące, gospodarcze czy społeczne problemy. Dobrze, że tematu nie odpuszczamy.

Wyobraźmy jednak sobie, że winni zostają ukarani i wyeliminowani z polskiej polityki,WSI rozwiązane. Są wybory, nie ma już PO, Tuska. I co? I co dalej? Czy widać więcej niż teraźniejszość?

Tak sobie rozmyślam, a po głowie wciąż chodzi mi zdanie mamy bł. ks. Jerzego. - Siebie zmieńcie, to i Polska się zmieni.
Pani Marianna Popiełuszko, matka zamęczonego w bestialski sposób księdza mogłaby nam prawić morały, grzmieć na mataczenie w śledztwie, bezkarność winnych mordu, zdradę i zapomnienie ideałów, dla których ks. Jerzy oddał życie, a ona mówi o modlitwie i o zmienianiu siebie.

I była na to szansa. Otrzymaliśmy w darze błogosławionego, który mógł przypomnieć, co w życiu jest najważniejsze, mógł nauczyć młodych modlitwy za Ojczyznę i służenia jej wiedzą, nauką i pracą, wiernością Dekalogowi.
Tymczasem odfajkowaliśmy tę błogosławioną dla Polski uroczystość. Ktoś się wystraszył w polskim Kościele wielkości zwykłego kapłana i zamiast duchowych wielomiesięcznych przygotowań do beatyfikacji, zafundowano nam marketing na rzecz Świątyni Opatrzności.
I gdzieś tam uleciały bez echa i bez refleksji słowa mądrej kobiety, która wiek przeżyła i doskonale wie, co życiu wskazuje drogę nadając mu sens i dlaczego jej syn ukochał modlitwę.

Marzy mi się rzucenie Polaków na kolana?

Tak, marzy mi się takie samo rzucenie na kolana, jakiego dokonał niegdyś Prymas Tysiąclecia Stefan kardynał Wyszyński.
Patrzył dalej niż ktokolwiek z ówczesnych Polaków. Kiedy już nie było w PRL skrawka wolności, kiedy wszystko zagarnięto, kościoły dla patriotów były otwarte dzień i noc. I nic to, że wielu z szukających pomocy pisało potem donosy, nic to, że i pod sutannami ukrywali się współpracownicy tajnych służb.
Pod oficjalną propagandą i zniewoleniem płynął wartki nurt wiedzy kształtującej charaktery i patriotyzm. To nieprawda, że tamto działanie było bezowocne. Wmawia się nam to, abyśmy zwątpili. Wielu z tamtych uczestników potajemnych spotkań na plebaniach i kościołach do dziś służy, wychowało też swoich następców. Tłumy żegnające Prezydenta i Jego Małżonkę, Ofiary katastrofy, służba harcerzy, Marsz Wolności, Ruch przypominający każdego miesiąca datę 10 kwietnia, najdobitniej o tym
świadczy. Widać też przy okazji, jak ogromny jest głód tożsamości narodowej, tylko nie ma już wśród nas Wielkiego Prymasa, który umiałby go zaspokoić na miarę współczesności.

Czy jednak dziś taki nurt, płynący niezależnie od zalewu propagandy, tandety i kłamstw jest możliwy?

TO MUSI BYĆ MOŻLIWE! Inaczej po prostu Polski nie będzie, bo nikomu nie będzie potrzebna.
Zacznijmy jednak od siebie. Nasz naród otrzymał kolejny niezasłużony dar.

JAN PAWEŁ II WIELKI POLAK 1 MAJA NA PLACU ŚW. PIOTRA ZOSTANIE OGŁOSZONY BŁOGOSŁAWIONYM.

Nie pozwólmy, by szansa odnowy ducha polskiego i tym razem została zmarnowana.
Jakoś od pewnego czasu gnębi mnie niejasne przeczucie, że skoro już nie można było tej beatyfikacji przeszkodzić, to czerwoni obywatele świata czasowo przefarbowani na socjaldemokratów i liberałów zrobią wszystko, by ją pomniejszyć i sprowadzić do łzawej uroczystości, tak jak to robiono z pielgrzymkami do Ojczyzny Ojca świętego. Może warto już teraz usiąść do Jego pism, czytać i modlić się za Ojczyznę, pracować dla siebie i dla niej tak jak On nas tego uczył? Może warto pomyśleć o organizowaniu się nie tylko na modlitwie, ale i nauce z niepoprawnych podręczników?

Może czas na marketing DOBREJ NOWINY? Bo tak sobie myślę, że PO przeminie, Tusk przeminie, ale tylko po to, by jak mawiał Prymas Wyszyński, butelka wódki przeszła z rąk jednego pijaka do rąk innego.

środa, 12 stycznia 2011

Kiedy nam życie zaszkodzi…


Mężczyzna zarażony wirusem A/H1N1 zmarł w szpitalu św. Łukasza w Tarnowie. Kolejne przypadki zachorowań zanotowano w Łodzi, w Krakowie, a także w województwie śląskim. W poniedziałek wczesnym popołudniem w ministerstwie zdrowia będzie obradował komitet pandemiczny.


Młody mężczyzna zakażony wirusem A/H1N1 zmarł w Szpitalu Wojewódzkim im. Św. Łukasza w Tarnowie - poinformowała dyrektor placówki Anna Czech.



W Słupsku zmarł zakażony wirusem A/H1N1 41-letni pacjent Szpitala Wojewódzkiego. Drugi w poważnym stanie leży w szpitalu. Istnieje podejrzenie zakażenia u dwóch innych pacjentów. Wirus niebezpiecznej grypy zabrał już 2 ofiary. Drugą jest dwuipółletnie dziecko z Kętrzyna.

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,8926094,Kolejna_ofiara_swinskiej_grypy__41_latek_ze_Slupska.html

W tym samym artykule czytamy:

„Wirus A/H1N1wywołał dwa lata temu pandemię grypy . Eksperci alarmują, że w tym roku świat może czekać druga fala pandemii. Jednak według naukowców wirus ten nie jest bardziej niebezpieczny od zwykłej sezonowej grypy, a wokół ogłoszenia przez Światową Organizację Zdrowia stanu pandemii narosło wiele kontrowersji” .

I tak każdego dnia. A ulubionym zdjęciem jest ręka, w którą wkuwa się zbawienna igła sącząca ze strzykawki szczepionkę.

Tak w polskiej prasie(ciekawe czy w innych krajach też) postępuje zmiękczanie naszej  odporności na marketing farmaceutyczny. Jeszcze kilka lat temu mogłam przeczytać, że szczepienie przeciwko grypie nie ma sensu, ponieważ szczepionka zawiera wirusy już nieaktualne. Każdy sezon ma swoją grypę.  A tu patrzcie, A/H1N1 jest niezniszczalny.

Dziś karty zostały wyłożone na stół:

Do lekarzy zgłasza się coraz więcej pacjentów z wysoką temperaturą, bólem głowy, mięśni. Takich objawów lekceważyć nie wolno. To może być grypa. Do tej pory w Radomiu i w powiecie odnotowano łącznie ponad 3,6 tys. przypadków tej choroby. To nie epidemia, ale okres, w którym chorujemy najczęściej, dopiero przed nami.

 

 Widać współpraca z lekarzami nie układa się najlepiej, bo nawet ewidentne przypadki grypy często w kartach pacjentów są  opisywane jako zwykłe przeziębienie. Znam to z rodzinnego doświadczenia. Dlaczego? Tego akurat nie wiem, ale gra toczy się na pewno nie o nasze zdrowie, lecz kasę.

Czy w podziale tej kasy biorą również udział media, prasa  i dziennikarze?

 

Pieniądze nie śmierdzą, w końcu grypa to nie zawał i o śmiertelną dawkę pavulonu nikt nie posądzi. Nikt też nie będzie wiedział czy zachorował łagodniej, bo zaszczepił się przedtem, czy po  prostu jest jego organizm odporny.  Nikt nie dociecze czy zachorował na grypę, bo nie zaszczepił się, czy też zachorowałby  nawet, gdyby to zrobił. A może to tylko było przeziębienie?

 

Doprawdy, z grypą to złoty interes dwa razy do roku. Od placebo aż półki uginają się w sklepach spożywczych. Gdyby ludzie jeszcze chcieli się szczepić, to kasa lałaby się prawie przez cały rok. Przećwiczono to na ptasiej grypie. Znaleźli się tacy wybitni aktorzy jak Kazio Marcinkiewicz i wszyscy uwierzyli w śmiertelne zagrożenie.

 Dobrze było, ale się skończyło. Niektóre państwa po ogłoszeniu pandemii świńskiej grypy wydały ogromne pieniądze na szczepionki, których obywatele wcale nie chcieli.

 

Tym razem Polska jednak nie dała się nabrać. Nie wiem jakim cudem, ale Ewie Kopacz udało się nie ulec presji koncernów i nie zakupiła szczepionek.  A my przy okazji dowiedzieliśmy się, że za owe panaceum na grypowe świństwo producenci nie chcą wziąć odpowiedzialności.

Nie przeszkadzało to jednak straszyć nas  pandemią. Presji uległ nawet ś.p. Janusz Kochanowski zamierzając za swoją chorobę żądać od ministerstwa symbolicznej złotówki odszkodowania. Strach pomyśleć, co by było, gdyby szczepienie było obowiązkowe.  Cyniczna gra koncernów żerujących na strachu, niewiedzy i biedzie zakończyła się na Ukrainie.

 

W efekcie Specjalna Komisja  Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy wszczęła śledztwo sprawdzające czy Światowa Organizacja Zdrowia pandemii nie wymyśliła  pod naciskiem koncernów farmaceutycznych.

 

Każda grypa jest niebezpieczna, bo niesie za sobą, jak wszystkie choroby wirusowe, groźbę powikłań, stąd nasze babcie, mamy przestrzegały przed przechodzeniem grypy. Pakowały nas do łóżka, poiły miksturami na poty, wyciągały ze spiżarek maliny, żurawiny, miód i czosnek. Smarowały olejkiem kamforowym plecy i stopy, czuwały w nocy, gdy temperatura podnosiła się niebezpiecznie, robiły kompresy. Nigdzie się nie śpieszyły, nie musiały bać się, że szef skrzywi się na kolejne zwolnienie, były dla nas. Dziś jest inaczej. Standardowe 3-5 dni zwolnienia i trzeba do pracy, a dzieci do przechowalni. Nierzadko kończy się to długotrwałym leczeniem powikłań. Czasem tych powikłań nie wytrzymuje organizm i kończy się tragicznie tak, jak tragicznie kończy się wiele innych chorób, o których w sezonie grypowym milczy prasa. Widać nie są tak interesujące jak „newsy” w stylu – „Grypa A/H1N1 zaatakowała Śląsk”.

 

A ja tak sobie przy tym moim zmywaku rozmyślam. O co tak naprawdę chodzi tym razem? O wyprzedaż zalegających w magazynach szczepionek? Czy może o to?

 

Temat pandemii ma się również znaleźć w programie sesji Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, która odbędzie się między 25 a 29 stycznia. Przewodniczący Zgromadzenia Lluis Maria De Puig decyzję o ogłoszeniu pandemii świńskiej grypy nazwał "największym skandalem medycznym w historii".

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7446375,Bedzie_sledztwo_WHO__Pandemia_A_H1N1_mogla_byc_celowa.html

 

Zastanawiam się też, ile tak naprawdę kosztowałyby leki, gdyby od ich ceny odjąć agresywne kampanie reklamowe koncernów farmaceutycznych, które jak hieny cmentarne czuwają, kiedy nam życie zaszkodzi.

 

środa, 5 stycznia 2011

Ach, ta dzisiejsza młodzież!

Słyszę zgorszone głosy wokół mnie i w internetowych dyskusjach. Ach, ta dzisiejsza młodzież! Pije, ćpa, łajdaczy się. Jest bez ideałów, lekko traktuje seks, nie jest wytrzymała na przeciwności losu, nie radzi sobie ze stresem. A w ogóle jest agresywna i chamska.

To takie obiegówki, z którymi trudno dyskutować, bo zarówno krytykujący jak i młodzież jest różna. Winę za rozluźnienie obyczajów upatruje się w wychowaniu bezstresowym, zapracowaniu rodziców, braku stawiania wymagań w szkole, presji grup rówieśniczych, mody czy po prostu braku szans (bezrobocie, bieda).
Sama mogę podać wiele przykładów zachowania młodych ludzi, które najgrzeczniej mówiąc, szokują normalnego człowieka.
Ostatnio jechałam tzw. okejką po zakupy.  Z tyłu dobiegała do mnie rozmowa;
- Ja tego tak… (…przerywnik burdelowy) nie zostawię. Powiedziałam jej …(…przerywnik burdelowy). Co o tym…(…przerywnik burdelowy) sądzisz?
Ponieważ słyszałam miły, dziewczęcy głos, absolutnie nie pasujący do przerywników, obejrzałam się. I zobaczyłam chłopca i dziewczynę. Oboje jak z żurnala.  Młodzi, dorodni, piękni i z natury i z wyglądu, a słownik jak z rynsztoku. Dlaczego? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Czy można tu mówić o jakiejś patologii, degeneracji? Modny ubiór, kosmetyki, wypasione komórki… bieda? Chyba nie. A jednak takie słownictwo onegdaj słyszałam wśród podpieraczy budek z piwem. Zrobiło mi się ich żal.

Każdy problem niedostosowania społecznego czy nawet konfliktu z prawem, alkoholizmu narkomanii jest inny. Statystyki są nieubłagane:
  • Piwo pije 73% chłopców i 67% dziewcząt
  • Wino 69% chłopców i 36% dziewcząt
  • Wódkę zaś odpowiednio 14% i 7%
Podobno według badań, prawie każdy młody człowiek zna albo dilera, albo osoby, które biorą narkotyki. Znaczna ich część również chociaż raz ich spróbowała. Są obecne na dyskotekach i prywatkach.

Po Sylwestrze oburzenie; młodzież chlała, ćpała i rzygała.
Nie znam wieku tych oburzonych, ale widać nie są w moim, bo inaczej pamiętaliby, że w każdym pokoleniu jest narzekanie na młodzież i w każdym pokoleniu aktualne jest przysłowie – „Zapomniał wół jak cielęciem był”. Nawet za komuny, kiedy wolno było chodzić po mieście tylko do 20-tej, a za papierosy i alkohol wylatywało się ze szkoły, młodzież nie była wolna ani od picia, ani od wąchania czy narkotyków. Seks też nie był tylko małżeński. Czy można mówić o podobnej skali? Nie wiem, bo wtedy o tym się ani nie mówiło, ani nie pisało. Mogę posługiwać się swoimi obserwacjami. W ogólniaku byliśmy grzeczni, a jeśli był alkohol, to w domu, gdy rodzice wyjechali. Inaczej rzecz miała się w internatach. Tu tradycyjnie znajdowano sposoby na późne powroty i czasem lała się czysta z czerwoną kartką lub bełt.
Za to życie studenckie, chyba było podobne jak dziś. Od imprez nikt nie stronił, a  akademik mimo pilnowania porządku przez jawnych i tajnych cerberów, nierzadko chwiał się od nadużycia procentów, zwłaszcza po zaliczeniach czy egzaminach. 

Dziś więc przesunęła się  wyraźnie granica swobody niedozwolonej, niszczącej psychikę i zdrowie dzieci i młodzieży. Ale stało się coś więcej, coś bardziej niepokojącego; przesunęła się granica bezsilności wobec takich zachowań zarówno w domu jak i w szkole czy na ulicy. Oczywiście, nikt nie przyzna się do bezsilności, więc możemy mówić tu jedynie o tolerancji niewłaściwych zachowań. 

Coś mi się jednak wydaje, że bezsilność jest udawana, a tolerancja wymuszona biznesem.  Przecież starzy nie pójdą pod ratusz strzelać landrynkowym winem musującym, nie zaopatrzą się w zgrzewki browarów. Na młodych szukających taniego Sylwka zawsze można liczyć.
Lepiej jest usiąść ze znajomymi przy stole, pić w cieple swoją wódeczkę, rozmawiać o trudnych czasach i trudnej młodzieży, niż zainteresować się, co w tej chwili moje kilkunastoletnie dziecko robi.

Stało się jeszcze coś, czego ja w młodości nie doświadczyłam. Nigdy nie usłyszałam od osób starszych, odpowiedzialnych za mnie, że przekraczanie granic jest „normalką”. Każdy z nas wiedział o konsekwencjach picia, ćpania czy wagarowania i był szczęśliwy, że jakiś wybryk mu uszedł płazem. Doskonale wiedzieliśmy, co nam wolno, a czego nie. Normalne było nie przekraczanie granic, lecz  skłonność przypisana młodości i buzującym hormonom łamania tabu. Zawsze zakazany owoc  pociągał i czasem skutki tego były opłakane. Tragedia zaczyna się jednak dopiero tam, kiedy próbowanie zakazanego owocu staje się normą.

Wchodzę na niebezpieczny teren narzekania na młodzież i szukania winnych?
Zgoda. Zmieniam temat i zaczynam się zastanawiać, może mi ktoś odpowie lub wskaże, gdzie wiedzy szukać.

Jak to jest, że młodzi chcą studiować, nierzadko pracują i ciągną dwa fakultety? Ja miałam wakacje wolne. Czasem pracowałam jeden miesiąc, by przez następne dwa  odpoczywać. Pokażcie mi dziś młodzież, która nie szuka zarobku w czasie wakacji w Polsce lub za granicą.

Jak to jest, że znajdują czas na treningi i naukę języków, godzinami ćwiczą w szkołach muzycznych, kończą przeróżne kursy, udzielają korepetycji?

Dla zdobycia upragnionych kwalifikacji gotowi są za darmo pracować w renomowanych firmach. 

Skąd ta młodzież działająca w różnych wspólnotach, skąd młodzi ludzie pracujący w hospicjach, na koloniach dla dzieci z rodzin ubogich?

Czy młody, cyniczny drań; bez zasad, szacunku do starszych, bez ideałów, wielkich marzeń mógłby być zwerbowany do sekty? A jednak każdego roku różne sekty werbują w czasie wakacji młodych ludzi?
Czego tam szukają, dlaczego godzą się na wyrzeczenia, dlaczego guru staje się ważniejszy od rodziców, przyjaciół?

Może to i prawda, że dzisiejsza młodzież jest okropna, ale co my, dorośli, o niej tak naprawdę wiemy?