środa, 25 stycznia 2012

Życzliwe rady dla posła Pawła Szałamachy

Panie ministrze, pośle Szałamacha, to się robi tak. Wpada się do biura poselskiego, albo dzwoni i wydaje się dyspozycje, np. takie -

Oczekuję rano na biurku informacji na temat, proszę, panie dyrektorze, notować.

1. Demografia w Polsce.

2. Wyniki badań socjologicznych dotyczących przyczyn niżu demograficznego.

(Różne sposoby rozwiązania problemu za pomocą odpowiednio kreowanej polityki prorodzinnej zostawiamy na później, bo Dominiczka i tak by tego nie zrozumiała, ale wrzucenie problemu rozliczenia podatkowego na wszystkich członków rodziny może być przyczynkiem do ciekawej, ostrej i owocnej dyskusji).

3. Średnia wieku, kobiet przechodzących na emeryturę.

4. Stopień bezrobocia wśród kobiet w wieku 50+

Zanotował pan, panie dyrektorze, to jedziemy dalej.


5. Efekty programu „Solidarność pokoleń”. Działania dla zwiększenia aktywności zawodowej osób w wieku 50+ . Przyjęty został przez Radę Ministrów 2008 r., więc jakieś wymierne efekty powinny już być.;-)

6. Propozycje programowe koalicji rządzącej dla kobiet, które stracą pracę przed uzyskaniem praw do emerytury.


W końcu słuchacze powinni znać prawdziwe przyczyny, dla których nie poprze Pana partia tzw. „niby - reformy” emerytur według projektu PO. A jak pracownik pańskiego biura poselskiego nie zdąży przed „Porannymi rozmowami” w TOK FM z Dominiką, to zawsze jadąc do radia, może Pan posłuchać wywiadu Jana Pospieszalskiego z premierem Węgier Wiktorem Orbanem. Tam znajdzie Pan wszystko, co do takiej dyskusji o reformie systemowej kraju jest niezbędne.

Gdyby i na to nie było czasu, przed kolejną wizytą w mediach, to polecam się Panu. Jestem na emeryturze, chętnie zawiesiłabym ją i dorobiła, by jej wymiar podwyższyć, ale póki co pozostał mi blogowy zmywak i wolontariat w Niepoprawnym Radiu PL, który służy Polsce jak umie.
Nie mam jeszcze 67 lat, a nikt mnie, mimo wykształcenia i sporych innych umiejętności, nie chce zatrudnić. Mówią, że za stara jestem.
Może dzięki mojej pracy, na którą Pan Poseł nie ma czasu, udałoby się, jeśli nie dziennikarkę, to słuchaczy, przekonać, że ta cała reforma to zwykła wtopa nawet nie artystyczna i to większa niż prokuratury w sprawie Marka Serafina.

A i jeszcze jedno. Czy może Pan poprosić swoich kolegów z polskiego i europejskiego Parlamentu, by jednak zanim podniosą rączkę w górę, czytali ustawy? Ja tak w trosce o ich bezpieczeństwo, bo może się kiedyś okazać, że przegłosują własne unicestwienie i nie będą nawet wiedzieli, że sami siebie zlikwidowali.

Piszę to teraz póki jeszcze nie zadziałały ustawy, które znam dzięki ciężkiej pracy, bez diety poselskiej, Aleksandra Ściosa. Czytał je Pan? Nie?! To polecam. „Kto zastawia sieci?” http://bezdekretu.blogspot.com/2012/01/kto-zastawia-sieci.html

Z wyrazami szacunku - emerytka mama Katarzyna.




http://www.tok.fm/TOKFM/0,88789.html

czwartek, 19 stycznia 2012

O Roku Wiary, Deklaracji Nostra aetate i Dominus Iesus


Już sam tytuł może mi przysporzyć czytelników. Nic tak nie rozgrzewa dyskusji w Kościele katolickim, jak wspomniana w tytule soborowa "Deklaracja o stosunku Kościoła do Religii niechrześcijańskich" - Nostra aetate oraz dokument Kongregacji Nauki Wiary "DEKLARACJA DOMINUS IESUS".

Ale po kolei.

Wśród tradycjonalistów wybór kardynała Josepha Ratzingera na stolicę Piotrową zrodził nadzieję, że zostaną odrzucone, ich zdaniem, zgubne skutki Soboru Watykańskiego II. Podstawy takie dawał, podobno, powrót do wielkopiątkowej modlitwy za żydów i przywrócenie należnego miejsca w liturgii Kościoła rytu trydenckiego (Mszał Rzymski).

Ku rozczarowaniu jednak niektórych okazało się, że Benedykt XVI pragnie kontynuować dzieło soborowe, czego wyrazem jest, między innymi, ogłoszenie Roku Wiary. Rozpocznie się on 11 października 2012 r. a zamknie go uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata, 24 listopada 2013 r.

Rok Wiary ma upamiętnić pięćdziesiątą rocznicę otwarcia Soboru Watykańskiego II i dwudziestą rocznicę ogłoszenia przez błogosławionego Jana Pawła II Katechizmu Kościoła Katolickiego jako owocu wieńczącego dorobek Soboru.
Popularyzacja dokumentów ma je wiernym przybliżyć i pomóc w nowej ewangelizacji. Będzie okazją do przeglądu podręczników katechezy, by zweryfikować w nich ewentualne błędy doktrynalne. Wszystko to ma odnowić naszą wiedzę i sprawić bardziej świadome przylgnięcie do Chrystusa.

Ale już dziś możemy być pewni, że dla wielu krytków Soboru będą to miesiące wytykania błędów doktrynalnych, niezgodności z tradycją i Nowym Testamentem.
Takim nieustannie atakowanym dokumentem jest "Deklaracja o stosunku Kościoła do Religii niechrześcijańskich – Nostra aetate".

Trafiła pod obrady Soboru przypadkowo i pod wpływem lobby żydowskiego, twierdzą przeciwnicy. Entuzjaści powtarzają, że zainspirowała ona członków Kościoła katolickiego do budowania relacji szacunku i dialogu z wyznawcami innych religii.

Jej treść jest jasna, cały dokument krótki, więc każdy może się z nim zapoznać. Tekst Deklaracji jest dostępny w Internecie.http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WR/kongregacje/kdwiary/dominus_iesus.html
Jedno jest pewne, jej treści nie należy przyswajać bez innych dokumentów Soboru Watykańskiego II. I z pewnością w ramach obchodów Roku Wiary będzie ku temu sporo okazji.


Temat wciąż powraca przy różnych okazjach, ot, choćby w związku z podjętym przez Benedykta XVI dialogiem z lefebrystami czy Dniem Judaizmu w Kościele katolickim oraz przy omawianiu problemów misyjnych Kościoła.

Jesteśmy bombardowani nieustannie wiedzą o różnych ruchach religijnych, spotkaniach i modlitwach międzyreligijnych. Nie zawsze umiemy być przyjaźni i jednocześnie asertywni wobec poglądów innych niż nasze wyznanie wiary. Jak szanować innych i nie zatracić tego, co jest istotą mojego Kościoła, jego Credo, wyznaniem wiary od wieków, które spisano na Soborze Trydenckim, a Sobór Watykański II powtórzył?

Może warto przypomnieć dokument, jasno katolikom wskazujący granicę, której dialog między religiami żadną miarą przekroczyć nie można?
Deklaracja o jedyności i powszechności zbawczej Jezusa Chrystusa i Kościoła «Dominus Iesus» została przygotowana w latach 1998-2000 przez Kongregację Nauki Wiary. Ogłosił ją 6 sierpnia 2000 prefekt Kongregacji kardynał Józef Ratzinger po zatwierdzeniu 16 czerwca 2000 przez papieża Jana Pawła II.
Zasadniczym jej celem było przeciwstawienie się współczesnym tendencjom relatywizującym wiarę chrześcijańską, uważającym ją tylko za jedną z równorzędnych prawd o Bogu, a w konsekwencji tylko za jedną z dróg do zbawienia. Wywołała wówczas w niektórych środowiskach konsternację, ba, nawet sprzeciw i oburzenie.

Czy przestała być aktualna?

Posłuchajmy. Dziś w Niepoprawnym Radiu PL (audycja 286 - czwartkowa) pierwszy jej odcinek.

środa, 4 stycznia 2012

Obywatelu, czuwaj! Nie znasz dnia ani godziny!

Czuwaj obywatelu, nie znasz dnia ani godziny, kiedy urzędnik cię odwiedzi. Pracuje nad tym w pocie czoła każdy poseł kolejnej kadencji. Prawo trzeba zaprojektować, poprawić, uzupełnić, uchwalić, a potem znowelizować. Ileż to trzeba wysiłku, ileż nocy nieprzespanych, leczenia kaca po spotkaniach z natrętnym lobbingiem. A i tak nie masz pewności, że wszystko zostało domknięte i dopasowane do zmieniających się potrzeb władzy. Ostatnio dotarła do nas dramatyczna opinia tych, którzy stoją na straży wolności i praworządności patrząc władzy na ręce znad swoich edytorów tekstu:


„Prokuratorzy inwigilujący dziennikarzy powinni być pociągnięci do odpowiedzialności - uważa Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich”. – Czytam i główkuję. Dlaczego nie wolno inwigilować dziennikarzy, a wolno urzędnikom bez nakazu sądowego wkraczać do mojego domu?
W chaosie marketingowej niby-wojny Tuska z koncernami farmaceutycznymi, która pozwoliła na wyczyszczenie aptecznych magazynów z końcem roku, dziennikarska publicystyka nie zauważyła wejścia w życie ustawy, która, gdyby dotyczyła rządów PiS wywołałaby furię obrońców wolności jednostki, swobód obywatelskich i czegoś tam jeszcze. Niestety, przykro to stwierdzić, ale tej furii nie wywołała również u obecnej prawicowej opozycji.
Na marginesie wielkich wydarzeń umykają buble legislacyjne. Są tak tasiemcowe i tak zawiłe, że w większości stanowią makulaturę, przez którą niejeden student prawa nie zdoła przebrnąć, a cóż dopiero poseł czy urzędnik gminy. Jeśli już ten ostatni przeczyta ją to tylko dlatego, by wyłowić z niej to, co uzasadnia jego funkcjonowanie w systemie. Dzięki tym tasiemcom ma co robić pisząc kolejne plany i sprawozdania. Reszta, na szczęście, spoczywa w grobie martwych przepisów. Nikt ich nie czyta, nikt nie stosuje.
Warto jednak zdawać sobie sprawę, że czasem nawet one mogą ożyć w myśl przysłowia: Jak się chce uderzyć, to kij się znajdzie.
Tym kijem może być na przykład prawo zezwalające na wkroczenie urzędników w asyście policyjnej na naszą posesję i do naszego domu. Mogą nas wylegitymować, zajrzeć do pieca, sprawdzić czy nie palimy w nim plastikowych opakowań, nie spalamy śmieci razem ze zużytymi bateriami. Wlepić mandat za brak umowy z firmą wywożącą śmieci. Mogą to zrobić już o godzinie 6 rano i mają czas do godziny ciszy nocnej.
Przypomniała o tym niedawno Rzepa odsyłając do nowelizacji Ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach z dnia 1 lipca 2011 r. (DzU nr 152, poz. 897) Jest tam niewinnie brzmiący art. 9u w Rozdziale 4c dotyczącym kontroli. Mowa w nim o uprawnieniach kontrolnych wójta, burmistrza lub prezydenta, który może sobie zamówić wsparcie u miejscowego komendanta Policji przy takiej wizycie w naszym domu. A ten nie ma prawa pomocy odmówić.
Nie to jest jednak w tym wszystkim najbardziej bulwersujące, a fakt, że przepis ten wcale nie jest czymś nowym. Do kontroli takiej bowiem stosuje się przepisy art. 379 i art. 380 ustawy z dnia 27 kwietnia 2001 r. – Prawo ochrony środowiska (Dz. U. z 2008 r. Nr 25, poz. 150, z późn. zm.).
Jak to jest, że dziennikarzy oburza (i słusznie) inwigilacja ich środowiska, ale już wkraczanie na prywatną posesję i do prywatnego domu urzędników gminnych w asyście policji, nawet nie dziwi. Po prostu, ze stoickim spokojem informują nas o tym: Bój się obywatelu i czuwaj bo nie znasz dnia ani godziny, kiedy urzędnik cię odwiedzi.

Nie wiem jak innym, ale mnie takie prawo kojarzy się ze stanem wojennym. Wtedy też w gminie postanowiono zatroszczyć się o mój komin i czyste powietrze. Po wsi chodziły trójki kontrolujące strychy, kominy i piece. Urzędnik gminy, strażak i policjant czuwali nad bezpieczeństwem mieszkańców wsi. Dom wtedy nie był moją własnością a szkoły, a mimo to nie udało się troskliwym opiekunom skontrolować strychu, zęby owczarka skutecznie broniły mego domowego miru. Musiano zastosować inne, bardziej esbeckie chwyty, by sprawdzić czy dom od komina po piwnicę przypadkiem nie ukrywa czegoś, co zagraża ludowej władzy.

W swojej naiwności sądziłam, że choć PRL nie odszedł, a jedynie został zmutowany i dostosowany do potrzeb uwłaszczonej nomenklatury, to takie paragrafy jak te powyżej nikomu już nie przyjdą do głowy, skoro bez trudu można uzyskać nakaz sądowy. Zdążyłam sobie przez lata PRL przyswoić definicję państwa policyjnego, teraz przychodzi mi za sprawą erupcji legislacyjnej polskiego Parlamentu wkuwać hermeneutykę państwa urzędniczego?!
Chodzę sobie po mojej wsi i nadziwić się nie mogę. Wysokie ogrodzenia, biegające po posesji rodwajlery i amstaffy nie dają szans na przyjazną wymianę powitania: Szczęść Boże! Jak tam zdrówko sąsiada?
Nad zaryglowaną furtką widnieje groźny napis: Uwaga! Zły pies!
Dzwonisz, porusza się firanka w oknie, ale pewności, że ktoś ci otworzy, nie masz. Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy można było w kapciach wpaść do sąsiadki, bo akurat soli zabrakło.
Zaczyna do mnie powolutku docierać, że wieś zmieniła się w niedostępne bunkry. I tak sobie dumam czy jest to tylko strach przed złodziejami, czy może też przed urzędnikiem gminnym?

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Moje "magdalenki"


"W niedzielę rano w Combray /.../ kiedy szedłem do pokoju cioci Leonii powiedzieć jej dzień dobry, dawała mi kawałek ciasta zmoczywszy je w herbacie lub w naparze kwiatu lipowego"...


Nieśmiertelny, zaczarowany za sprawą Marcela Prousta kawałek magdalenki. Nie jego kształt, małej muszelki z ciasta, przywoływał wspomnienia, ale smak.
Każdy z nas ma taką magdalenkę o smaku dzieciństwa, domu rodzinnego, wywołującą wspomnienia.
Zadziwiające, jaką ten niewielki fragment wspomnień pisarza z pierwszego tomu powieści „W poszukiwaniu straconego czasu” (a jest ich aż siedem) zrobił światową karierę wśród czytelników. Kto go choć raz przeczytał, nie wyrzuci z pamięci. Umyka tylko czasem nazwa ciasteczka. Dlaczego? To proste.
Proustowska magdalenka u każdego zamienia się w jego własną. Przymykamy oczy i wspomnienia stają się rzeczywistością.


Myślę o tym krzątając się po kuchni, tarabaniąc garnkami o metalowy zmywak, mieszając na patelni kapustę z grzybami. Nad wszystkim króluje woń piernika.
Kiedyś tam, wszystkie te zapachy, wydobywające z maminej kuchni, mieszały się z zapachem pastowanej podłogi i świerkowego igliwia.

Co z tych zapachów, smaków stało się moją magdalenką? Z pewnością długi czas była nią kutia. Niełatwy dostęp do łakoci w komunistycznym baraku, zwyczajna bieda, sprawiała, że pszeniczna, makowa, utkana bakaliami i suto omaszczona miodem wigilijna potrawa Kresów była hasłem wywołującym tęsknotę za rodzinnym domem i betlejemską nocą.
Próbowałam wprowadzić ją do naszego domu, ale nie wzbudziła entuzjazmu ani u mojej drugiej połowy, ani u dzieci, więc powoli odeszła w przeszłość.

Moją „magdalenką” pozostał do dzisiejszego dnia makowiec. Prawdziwy, na cieście drożdżowym zawijaniec, pełen maku, błyszczący od lukru. Kiedy wyciągam go z piekarnika i próbuję czy dobrze wypieczony, czy masa nie odchodzi od ciasta, polewam lukrem, widzę mamę wychodzącą z kuchni, z wypiekami na twarzy, zmęczoną, ale dumnie niosącą na blaszce makowce. Słyszę jak mówi. No, udało się, nie popękały.

Dziś w wielu domach nie ma już tych zapachów, nie ma krzątaniny, a magdalenka ma smak pobliskiej piekarni. Nie ma czasu, nie warto, nie umiem – to najczęstsze argumenty. Też kiedyś tak myślałam i dlatego, kiedy mama przygotowywała świąteczne potrawy, nie garnęłam się zbytnio do poznawania tajników radosnego zadowolenia. Udało się. Ciasto pięknie wyrosło.

Kiedy już miałam własną rodzinę, a mamy zabrakło, morze łez wylałam, a niejeden makowiec lądował w śmietniku, zanim nauczyłam się wypełniać dom świątecznymi zapachami.
Dziś różne zasłyszane i wyczytane przepisy stosuję czasem w ciągu roku. Świąteczny stół jest od wielu, wielu lat wciąż taki sam. Proste potrawy, na które dorosłe już dzieci czekają niczym Proust na magdalenkę cioci. Wśród nich jest i makowiec, a jego zapach miesza się z piernikiem i kapustą z grzybami. W czerwonym barszczu znowu będą pływać ręcznie lepione uszka z grzybami, a pierogi znikną z wigilijnego stołu w budzącym wesołość tempie. I znowu usłyszę. Mamo, ale ten makowiec to ci wyszedł.
Tym, którzy chcieliby, na przekór wygodzie, zrobić podobnie i spróbować własnego makowca podaję przepis. Nie jest on mój. Znalazłam go przed laty w jakiejś broszurce gospodyń wiejskich i do dziś stosuję, choć oczywiście nie trzymam się go sztywno.



Polecam. Ten makowiec zawsze się udaje.


Przygotowanie maku:

0,5 kg maku zalać zimną wodą, 1 cm nad makiem i trzymać na ogniu aż do wrzenia. Odstawić z ognia, przykryć szczelnie i odstawić na 8 – 10 godzin. (Ja daję przynajmniej o 10 dag więcej maku, by masy makowej w cieście było pod dostatkiem. Zamiast podgrzewać mak zalany zimną wodą, zalewam mak wrzątkiem wieczorem, przykrywam i dopiero rankiem następnego dnia zabieram się za przygotowywanie masy.)

Mak przekręcić dwa razy przez maszynkę (obowiązkowo przynajmniej dwa razy :-) ), dodać pół paczki herbatników. Też przekręcić je przez maszynkę, całe jajko, 1 szklankę cukru, olejek migdałowy, dużą stołową łyżkę miodu prawdziwego i tyle samo dżemu. (daję po dwie łyżki, bo maku mam trochę więcej. A dżem albo z czarnej porzeczki, albo śliwkowy. Dobrze, gdy jest z własnej spiżarni, bo nie jest taki wodnisty jak ten ze sklepu). Jeśli mamy w domu orzechy, migdały, rodzynki, to też je dodajemy. Orzechy i migdały oczywiście rozdrobnione. Wszystko dobrze należy wymieszać. Najlepiej ręką, oczywiście bez tipsów i lakieru na paznokciach :-)

A teraz ciasto:


1 kg mąki - krupczatka lub tortowa (Ja wolę tortową. Ciasto jest delikatniejsze), 12 dag drożdży, 3 kostki rozpuszczonego ostudzonego masła lub margaryny ( w mojej kuchni nie ma tego badziewia, stosuję tylko masło), 4 jaja – 2 całe i 2 żółtka, szczyptę soli, olejek arakowy i 3 szklanki cukru. Ciasto wyrobić, jeśli jest zbyt gęste dodać ciepłego mleka. (Ciasto nie może być za rzadkie, bo wtedy trudno będzie go rozwałkować. Za twarde jednak źle się wyrabia, więc trzeba wypróbować na własnych błędach ;-) Ja dodaję jeszcze 2-3 łyżki oleju i wtedy ciasto jest po upieczeniu delikatniejsze. Wyrabiamy cierpliwie aż lśniące ciasto będzie odstawać od ręki i miski. Zwykle trwa to około 20 min.)

Odstawić do wyrośnięcia. Jak będzie chciało uciekać z miski, ;-) łapać, dzielić na cztery części. Na posypanej mąką stolnicy rozwałkować placki grubości tak na oko 1- 1,5cm nakładać masę makową też dla wygody podzieloną na 4 części i starannie zawinąć. Następnie owinąć w papier pergaminowy. (Dziś mamy już papier do wypieków. Ja musiałam biegać w dzieciństwie po sklepach papierniczych, by dostać arkusze pergaminowe albo kalkę techniczną.) Ważne by zawinąć tak, aby ciasto papieru nie rozwinęło, kiedy będzie rosło w piekarniku. Zostawiam około 1 cm wolnej przestrzeni między ciastem a papierem. Staram się, by krawędzie papieru były przyciśnięte ciastem do blaszki i zabezpieczam jeszcze szpilkami. Oczywiście boków nie zapinam, ani nie przygniatam ciastem, chyba że ktoś piecze na płaskiej blaszce bez boków. Wtedy trzeba zabezpieczyć, bo ciasto drożdżowe będzie szukać sobie wyjścia i zrobią się nam na końcach makowca brzydkie (ale też smaczne) bułeczki. Nakłuwam w kilku miejscach papierowy rulonik i wstawiam do piekarnika. Niestety, nie podam czasu pieczenia, bo to już musi sama gospodyni wyczuć. W moim piecze się około 30 - 40 min, ale ja nie mam termometru. Zaglądam przez szybkę czy się rumieni. Wyciągam i lukruję.

Smacznego! Zapewniam, warto się potrudzić!

Wesołych, pachnących rodzinnym szczęściem Świąt Bożego Narodzenia życzy mama Katarzyna.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Podymne Jana Dworaka


Jan Dworak zapowiada projekt nowelizacji ustawy medialnej, która pozwoli na automatyczne pobieranie opłat za możliwość dostępu do TV publicznej.
KRRiT przedłoży zmianę dotyczącą płacenia abonamentu, jednak "to nie będzie opłata od gniazdka elektrycznego ani opłata przy okazji płacenia za energię elektryczną" - zapewnia przewodniczący.

Pomysł polega na domniemaniu, że jak masz elektryczność to i możliwość odbioru TV. Posiadanie telewizora nikogo już nie będzie obchodziło. A jak ktoś zacznie się migać od opłaty, to wpiszą go na krajową listę dłużników. Rejestracja odbiornika stanie się zbędna, wystarczy, że mamy dach nad głową i żarówkę. Co będzie z tymi, którym odłączono prąd, bo są dłużnikami zakładów energetycznych, tego Jan Dworak nie wyjaśnił.

Jednym słowem, dawne podymne wraca niczym staropolska tradycja, tym razem według pomysłu cwaniaków dumających, jak kolejny raz zajrzeć do kieszeni obywateli bez troski o poziom, bez odpowiedzialności za jakość i bez potrzeby rozliczenia się ze sposobu wydatkowania publicznych pieniędzy.
Sądząc po entuzjazmie w głosie przewodniczącego KRRiT, relacjonującego zakres nowelizacji ustawy, KRRiT przedstawi prawo solidne wartościowe i wystarczające na pensje dla telewizyjnych politruków.
Za zwolnionych od abonamentu zapłaci państwo. Czyli, mówiąc językiem ekonomicznym a nie politycznym, Dworak i jego towarzysze wymyślili kolejny podatek, mniej więcej, w wysokości 650 mln rocznie. Emeryci zapłacą go od swojej emerytury, a państwo przeleje to na konto panów Dworaków. Zachwycony tym pomysłem starzec pochwali opiekuńcze państwo, dzięki któremu stać go na tabletki kojące artretyczny ból.
Aż boję się myśleć, co to będzie jak z takiego pomysłu skorzystają drogowcy i każą mi płacić za możliwość posiadania samochodu, LOT - za możliwość latania, PKP - za jazdę pociągiem, a babcie klozetowe za możliwość siusiania w miejskich ubikacjach. W czasach rządów tzw. liberałów przecież wszystko może się zdarzyć.
Do wielu rzeczy przyzwyczaiła mnie komuna, np. do obowiązkowej w szkole prasówki na posiedzeniach rady pedagogicznej i oglądania dzienników telewizyjnych. Kiedy ktoś nie chciał i zamiast propagandy wolał spacer, na ulicy czekali już na niego zomole, by mu wyperswadować apolityczność.

Dziś jest inaczej. Jestem świadomym obywatelem – suwerenem. Gwarantuje mi to Konstytucja. Zdołałam nawet sobie wytłumaczyć, że jestem takim tyci, tyci suwerenem i dlatego Tusk czy prezydent nie zapytali mnie o zgodę na dokończenie żywota w IV Rzeszy, choć patrząc na mój skromny życiorys może i miałabym do wypowiedzenia się na ten temat dodatkowe prawa.

Teraz okazuje się, że i dla KRRiT też jestem tyci, tyci bez prawa głosu, a możliwość oglądania telewizji nie jest moim przywilejem a obowiązkiem.
Słuchając wypowiedzi Dworaka myślę, że ten pan dworuje sobie z takiego suwerena, jakim jest obywatel III RP. I ma rację, bo skoro do tej pory, np. ja, nie mam pojęcia, jak pomysły nowelizacji ustawy przez KRRiT mają się do art. 118 Konstytucji, określającego, kto ma prawo do inicjatywy ustawodawczej, to kiepski ze mnie suweren i nie dziwota, że nikt mnie o zdanie nie pyta.
Powinnam wiedzieć, że do obrony życia dziecka poczętego potrzeba 100 tys. podpisów, do skubania obywatela z jego kasy wystarczy tylko KRRiT.
Parę razy jednak władza już się przekonała, że potrafię być uparta, gdy ktoś zmusza mnie do tego, co jest moim przywilejem a nie obowiązkiem.
Nie udało się Urbanowi zmusić mnie do oglądania jego gęby w TV za komuny, nie udało się dyrektorowi szkoły zmusić mnie do czytania Trybuny Ludu i nikt mnie też nie zmusi dziś do płacenia za coś czego nie oglądam ani nie słucham.
Owszem, dosyć długo uważałam wynalazek telewizyjny za pożyteczny skok cywilizacyjny i parę programów, mimo cenzury i propagandy, oglądałam w czarnobiałym pudełku.
Był też czas, kiedy broniłam sensu istnienia telewizji publicznej jako formy komunikacji społecznej, edukacji kulturalnej czy rozrywki w wolnej Polsce. Ostatnie wydarzenia skutecznie wyleczyły mnie z tej ułudy.

Panie Dworak, powiem wprost:
Nie zamierzam więcej ani jednej złotówki przeznaczać na opłatę głupich seriali, programów promujących dewiacje rozporkowe czy obrażające moje uczucia religijne. Znudziły mi się gadające głowy, tandetna muzyka i programy „rozrywkowe” z Nergalem. Pana instytucja straciła mnie jako widza raz na zawsze po haniebnych, tendencyjnych i wybiórczych relacjach z wydarzeń pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Ostatecznie wszelką miarę przekroczyła biorąc udział w, rodem z peerelowskiej esbecji, prowokacji 11 Listopada 2011.

Udział moich pieniędzy w czymś takim, jak zarządzana przez pana instytucja, uważałabym za brak szacunku do siebie i wszystkich Polaków walczących o wolność słowa i rzetelność informacji. I proszę mnie nie straszyć listą dłużników, bo ja już dawno wyrosłam z lęku przed inkasentami, poborcami i cwaniakami, którzy próbują żyć na mój koszt.
Informuję też, że pieniądze te, które miałyby służyć propagandzie, niszczeniu porządnych ludzi i moich wartości z pewnością przydadzą się TV Trwam i innym niezależnym mediom, jak choćby, współtworzonemu z przyjaciółmi - Niepoprawnemu Radiu PL. Skoro tam znajduję informacje, wiedzę, skoro w takich mediach odnajduję moją Polskę, to chyba nie muszę panu tłumaczyć, że żadna ustawa, ani żadne groźby nie są w stanie zmusić mnie do płacenia abonamentu. Podymne w wykonaniu KRRiT mnie nie interesuje, panie Dworak.

czwartek, 1 grudnia 2011

O delikatnej Wusi i polskim systemie służby zdrowia…

Ręka w nadgarstku mocno ściśnięta. Tak ma być przynajmniej przez 2 godziny. Chora z uwagą ogląda palce czy nie sinieją. W drugą rękę kapie kroplówka.
Oj, chyba mi nie ścieka - i podnosi rękę w górę.
Pewnie, że nie schodzi, bo pani źle trzyma rękę. Siostra odchodzi, chora narzeka. Wreszcie zdejmują zaciski na lewej ręce. Lekarz prosi, by nie ruszała nią, bo grozi krwotokiem z tętnicy. Znika za drzwiami.
Pacjentka wzywa pielęgniarkę - Proszę mnie na chwilę odłączyć od kroplówki, bo chcę do toalety…
Po powrocie układa coś w torbie, czesze się, porządkuje, wykonuje szybkie ruchy ręką, która miała być unieruchomiona, nadgarstek sinieje, bandaż robi się czerwony.
Patrzę na to z przerażeniem i zastanawiam się, dlaczego ta kobieta celowo szkodzi sobie? Jest stara i nie chce wracać do domu? Tu jej lepiej? A może nikt już nie zwraca uwagi na jej narzekanie, skargi na bóle, chore serce, pokłute od badań poziomu cukru palce, brzuch posiniaczony zastrzykami?

Tą, przy oknie, czeka trudny zabieg. Od rana nie wolno jej ani jeść, ani pić. Dlaczego po kryjomu wypija prawie całą butelkę wody mineralnej, a potem parzy sobie mocną kawę? Życie jej niemiłe, a może znowu ktoś wątpi, że jest chora? Na szczęście zabieg odłożono.

I tak prawie każdego dnia. Na sali zmieniają się pacjentki, po zabiegach i badaniach wracają szybko do domu. Długie godziny oczekiwania w izbie planowych przyjęć kończą się następnymi oczekiwaniami; łóżko już wolne, ale pościel nieprzebrana, tam jeszcze leży pacjentka i czeka na przyjazd rodziny, by ją zabrała… i kiedy wreszcie będzie można coś przegryźć, kiedy pobiorą krew… Pielęgniarki zwijają się wykonując zlecenia, salowe też nie próżnują.
Gdzie ten zły, łapówkowy, cyniczny personel? Nie wiem. Ja go przez ten miniony tydzień nie spotkałam. Widziałam ciężko pracujących ludzi szybkim krokiem przemierzających korytarze w dawno ustalonym rytmie.

Czy w ten rytm wpisane są wywiady z chorymi w obecności innych chorych? Głupio tak opowiadać przy wszystkich, że się straciło przytomność i zrobiło siusiu na dywan.
Mimo woli słucham odpowiedzi sąsiadki z prawej strony, jak usilnie stara się rzeczowo odpowiadać na zadawane pytania lekarza. Pytania są dokładne i coraz natarczywiej zadawane. Przecież chodzi o postawienie jak najlepszej diagnozy.
Dlaczego robi się tak nerwowo? Dlaczego język się plącze, a lekarz zamienia się w przesłuchującego?
Bywa, że pod koniec takiej rozmowy czujesz się Szwejkiem, który za wszelką cenę chce nabrać wszystkich i zadekować się przed zbyt wymagającym życiem w szpitalu. A wszystko to, co przed rozmową wydawało ci się w twoim organizmie realną dolegliwością, staje się „psychosomatycznym” urojeniem i najchętniej dałbyś natychmiast nogę ze szpitala. Czekasz potem niecierpliwie na wyniki badań, a kiedy są dobre, nie cieszysz się, choć masz powód, bo bałeś się tych złych. W oczach przekazującego ci wyniki nie dostrzegasz dobrej nowiny, ale wyrzut, że zabrałeś czas? Czujesz się winien, że diagnoza na szczęście była mylna? Po powrocie przyrzekasz sobie; nigdy więcej. A potem wracasz na sąsiednie łóżko z diagnozą bez szans?


Myślę o tym wszystkim dziś już przy swoim zmywaku. Od wielu, wielu lat mówi się o dehumanizacji medycyny. Najtragiczniejszym tego wyrazem jest aborcja i eutanazja. To skrajne przykłady, mające swe podłoże w ideologiach totalitarnych, które odpowiednio podane uzyskują akceptację medyczną, społeczną i aprobatę prawną.


Dehumanizacja medycyny to nie tylko jednak aborcja i eutanazja, to codzienna rzeczywistość szpitalna. Doświadczają ją przede wszystkim chorzy terminalnie. Nierzadko - Ma pan raka – słyszy pacjent i z tą wiadomością, jak z uderzeniem obuchem, pozostaje sam. Mobilizacja rodziny, przyjaciół podnosi z ziemi i nadaje sens walce z tą okrutną chorobą.
Miałam okazję przyjrzeć się korytarzowi, na którym siedzą milczący, skuleni w sobie, czekający na swoją porcję chemii, pacjenci. Nawet na zdrowym ten ponury, od dawna nie remontowany korytarz budzi przygnębienie. Co czują pacjenci, co czują bliscy, którym słowa pocieszenia więzną w gardle i jedyne, na co ich stać, to cierpliwe czekanie, aż kochana osoba skończy kroplówkę, by jak najszybciej wyjść na światło dzienne. Nie ma słów, nie ma metody na paniczny lęk? Pomóc może tylko ten, kto ten lek już oswoił? Czy w tym oswajaniu nie pomogłaby kolorowa, pogodna przestrzeń szpitalnej sali i świetlicy dla towarzyszącej choremu rodziny? Czy jedynym miejscem oczekiwania musi być ponury przepełniony korytarz i drenująca kieszenie kawiarnia w hallu szpitala?

W jednym z lekarskich biuletynów czytam w felietonie lekarza:
„Im jesteśmy starsi, my lekarze, doświadczeni przez obcowanie z cierpieniem, tym większą wagę przywiązujemy do potęgi psychiki chorego. To, że świat i społeczeństwa się zmieniają, niczego nie usprawiedliwia. Zapomina się, albo się nie wie, że zawsze jest w nas coś, co nazywamy iskierką nadziei. Ta iskierka, to płomień, który płonie tak długo, jak długo nie padnie słowo, o którym myśli chory i które zna lekarz. Jakże łatwo w ten sposób zgasić tę iskrę głęboko ukrytą w psychice człowieka! Pomyślmy, że chory przez długie godziny i dni zostaje sam ze swymi myślami, strzegąc tego tlącego się płomyka. Innym problemem jest frustracja pacjentów, przybierająca formy agresywności, gdy lekarz nie ma czasu bo się spieszy. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że pacjent, który zgłasza się do nas, pragnie o swoich dolegliwościach szczegółowo opowiedzieć i usłyszeć pociechę. Consoler toujours - francuskie pocieszyć zawsze, niezmiennie jest aktualne”.
Przeczytałam ten fragment kilka razy. Nie wiem, co sądzą o tym inni lekarze, ale wiem, że tak chcieliby widzieć lekarza pacjenci.

Jak już się tak rozmarzyłam, to zadam jeszcze jedno, ostatnie pytanie.

Dlaczego, choć kilkakrotnie leżałam w szpitalu, nigdy nie spotkałam się z psychologiem, który po prostu porozmawiałby z tą panią, która machała niebezpiecznie chorą ręką i z tą, która jeszcze bardziej chciała być chora i dlatego przed operacją wypiła mocną kawę i z tą czekającą na swoją porcję chemii i z moją sąsiadką denerwującą się przesłuchaniem lekarza?


Na studenckim forum dostrzegłam opinię Wusi:
„Studiuję ostatni rok psychologii i jest za przeproszeniem do dupy!!!!!! :(”
No cóż, pozostaje podsumowanie:
Jaka ta Wusia była delikatna, nic nie wspomniała o polskim systemie służby zdrowia.

środa, 16 listopada 2011

Zmywak chwilowo zapchany

Zapchały wam kiedyś pomyje zmywak? Powiecie, że to niemożliwe, jeśli ktoś zmywa na bieżąco?
Bywa czasem tak, że mimo iż dbasz o czystość nie nadążasz ze zmywaniem, a wtedy zlew się zatyka. Mój właśnie się zatkał. Dawno tyle brudu łajdactwa, kłamstw i lizania tyłka władzy nie było w życiu publicznym. Pękły wszelkie hamulce, nikt już się już nie kryguje, nikt nie udaje. Pijacki Pieniążek z „Popiołu i diamentu” Andrzejewskiego to czysty diament dziennikarski w porównaniu do pismaków mediów, za które płacę ciężki haracz z mojej emerytury, by móc każdego dnia podnosić sobie ciśnienie i oszczędzać na kawie.


Powiecie, że wkładam wszystkich dziennikarzy mainstreamowych do jednego ścieku, a są porządni, rzetelni, uczciwie informujący, kto kogo zaprosił, kto ile pieniędzy im wręczył i kto arsenał bojówkarski przygotował, by bić Polaków w dniu ich święta.
To prawda, bo skąd niby o tym wiedziałabym. Mam do nich tylko jedno małe pytanie.

Dlaczego o Nowym Wspaniałym Świecie, centrum komunistycznej młodzieżówki, arsenale ulicznych zadym za samorządowe pieniądze dowiaduje się opinia publiczna dopiero teraz?


A to tylko jedno z pytań, które ciśnie się, kiedy otwierasz telewizor, radio czy Internet i słuchasz wiadomości z pierwszej ręki, której właściciela nie znasz.
Jeden z portali katolickich zamieścił informację „Nowy Wspaniały Świat za cudze pieniądze”. Blisko 475 tys. samorządowych pieniędzy z podatków warszawiaków poszło na Towarzystwo im. Stanisława Brzozowskiego, które jest wydawcą Krytyki Politycznej i najemcą lokalu przy Nowym Świecie 63 za groszową opłatą czynszu.
W porannych komentarzach internautów nie było pytania.

Jak to możliwe, że w kraju, gdzie konstytucyjnie zabroniona jest ideologia komunistyczna, samorząd wspiera lewacką organizację?

O arsenale bojówkarzy też oczywiście policja, ABW ani żaden dziennikarz nic nie wiedzieli. Nie było polecenia, mimo iż wróble na dachu ćwierkały o zaproszeniu Antify do Polski?

Polakom tłumaczy się, iż płacenie podatków to obowiązek patriotyczny. Nie wymaga się jednak od władzy rozliczenia, co robi z tymi pieniędzmi. Nie pytają o to dziennikarze. Pod presją dziennikarstwa społecznego czasem coś bąkną, pod warunkiem, że informacja zostanie już odpowiednio propagandowo obrobiona. Dlaczego?

Jeden z komentatorów na Twitterze gorzko podsumował ostatnie dziennikarskie popisy:

„Dobrze byłoby, gdyby dziennikarz podpisując się pod swoim tekstem, obok nazwiska, umieszczał kwotę kredytu do spłaty”.

Tacy jak ja mieszkający daleko od szosy kiedyś psuli sobie uszy nasłuchując BBC, Wolną Europę czy Głos Ameryki. Dziś kłaniam się nisko wszystkim, którzy byli tam, gdzie nie było żadnego dziennikarza telewizji i radia publicznego. Dzięki nim mogłam zobaczyć, pięknych ludzi. Niestety nie dane mi było tak jak większości Redakcji Niepoprawnego Radia PL, pomaszerować razem z przyjaciółmi, ale dzięki ich relacjom, mogę powtórzyć za Marcusso: Widziałam Wolnych Polaków. Czekałam na pierwsze filmy, relacje, notki. Niecierpliwie przeglądałam http://niepoprawni.pl/ , http://www.blogpress.pl/ , http://blogmedia24.pl/ , http://wolnapolska.pl/ . W niedzielę mogłam już słuchać nowej audycji http://niepoprawneradio.pl/ Wystarczyło też wejść na http://nieznudzeni.pl/ , aby odszukać dziennikarzy, reporterów, wszystkie portale, blogi, które zmusiły popłuczyny peerelowskich "łże - mediów" do spuszczenia z tonu triumfalizmu.

To im, ich ciężkiej pracy, za którą im nikt nie płaci, zawdzięczają Polacy, że jeszcze mogą dowiedzieć się, jak było naprawdę.


Grzebiąc w propagandowych pomyjach też, jak się uprzemy, wyłuskamy ważne informacje. Ale to jakby z pomyj po libacji wyciągać rodzynki. Cóż z tego, że grona dojrzewały w słońcu, były dorodne, cieszyły oczy plantatorów, skoro już są nieprzydatne, bo ubrudzone pijackimi odchodami na talerzu.

Przepraszam, jeśli komuś popsułam apetyt, ale tak się dziś czuję przy swoim zmywaku i pytam.
Co w dzienniku z powabnym zdjęciem Wandy Nowickiej w klonowych liściach robią jeszcze dziennikarze, którzy cieszą się szacunkiem i uznaniem talentu w środowiskach patriotycznych?

Udają, że to, co piszą jest tak ważne, że warto uwiarygodniać gazety, które stały się już tylko biuletynami PR, agentów wpływu i pożytecznych idiotów? A książki, które napiszą i tak kupią ci, co za darmo odwalają za nich pracę informacyjną? To prawda, niektórzy z nich byli na Marszu Niepodległości, ale prywatnie, nie jako korespondenci gazet w których publikują.

Zachowują się tak samo, jak kadra narodowa? Udają, że te dziwne zygzaki to dumny Orzeł w Koronie tysiącletniej Rzeczpospolitej, byleby tylko grać w drużynie i zarobić trochę szmalu?

Oficjalny medialny przekaz stał się obrzydliwym zapchanym pomyjami zmywakiem i doprawdy, dziwię się, że jeszcze nie widzę w moim szkle kontaktowym generała, który postanawia zrobić wreszcie porządek.

Patrząc na Nagrania Marszu Niepodległości http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=0lgLeATIGug zamykam jednak rozmyślania przy moim zmywaku, mimo wszystko, optymistycznie. Myślę bowiem, że jest on zapchany badziewiem tylko do czasu. Już wkrótce znajdzie się wycior, który te wszystkie kłamstwa prowokacje, zdrady, zwykłe łajdactwa w końcu przepcha i spuści do kanału, a do zmywaka popłynie źródlana woda.

Niemożliwe, aby kilkadziesiąt tysięcy ludzi maszerujących, całymi rodzinami ulicami polskich miast, bez strachu, z poczuciem własnej wartości nie obudziło Naród. (Nie mylić Narodu z motłochem. Ten znajdziemy w każdym kraju. Zwykle trzyma się blisko napełniających miski ochłapami z pańskiego stołu.)

„ Las biało-czerwonych flag.. - A oni szli... szli... i szli...
Budzi się Polska.. Budzi.. - Budzi się i Nadzieja i Wiara”.
- I tym pięknym komentarzem internauty do filmu o Marszu Niepodległości żegna Gości blogu mama Katarzyna.

poniedziałek, 24 października 2011

Recepta na życie Teatru Węgajty

Dotarł do mnie drogą elektroniczną list Teatru Węgajty, któremu Centrum Edukacji Teatralnej i Inicjatyw Kulturalnych w Olsztynie odmówiło finansowania 4 etatów, co zagraża dalszej działalności Teatru.

Powinnam podpisać petycję protestującą przeciwko zwolnieniom. Dlaczego nie zrobię tego, dlaczego uważam decyzję o likwidacji etatów za jedynie słuszną i zgodną z obowiązującym prawem, choć mocno spóźnioną?


Otóż w przeciwieństwie do entuzjastów sztuki teatralnej Teatru Węgajty, pokusiłam się onegdaj o poznanie przyczyn głębokiej niechęci najbliższego otoczenia do Teatru. I to jemu przyznaję rację.

Oto próba zebrania ich w jedno, choć, oczywiście daleka będę od wyczerpania tematu.


Teatr ma swoją siedzibę w gminie pod Olsztynem – Jonkowo. Na terenie działalności Teatru mieszkają też jego przyjaciele, którzy w języku profanów kultury z wyższej półki nazywani byli warszawką lub aliantami, podobno zainstalowaną w gospodarstwach, emigrujących z Polski w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych Warmiaków, przez wpływową warszawską nomenklaturę. Starsi doskonale pamiętają, jak niesprawiedliwie obrzucano ich podejrzeniami o rozrzucanie wokół siebie igieł po stałej dożylnej dostawie kompotu. Jak wyśmiewano ich za niedbały strój i brak, zdaniem sąsiadów, właściwej troski o dzieci.

Nigdy nie udało się skutecznie oddzielić prawdy od plotek i zróżnicować w świadomości tychże profanów Teatr od owego towarzystwa, które, jak wieść gminna niosła, trudniło się głównie załatwianiem w samorządach i w Warszawie pieniędzy na działalność Teatru Węgajty. Na udział w spektaklach w siedzibie wiejskiej arkadii sztuki, żaden profan nie mógł liczyć.

Ale, niech tam, zostawmy wieść gminną. Sięgnijmy do źródeł.

Erdmute Sobaszek - niektórzy z członków Gminnego Komitetu Obywatelskiego poznali ją w czasie gorącej pracy nad reformą gminy przygotowywaną do pierwszego samorządu, wybranego w roku 1990.


Nie, nie należała do KO, podobnie jak jej mąż Wacław i Wolfgang Niklaus - jeden z pasjonatów przeróbki stodoły na teatr. O Mute wiedzieli tylko, że pochodzi z Niemiec, znacznie później, że z DDR. Nawet zrozumiałe, bo czym się tu chwalić. Jeszcze mniej informacji docierało o Niklausie. Podobno wiatry przygnały go z Austrii. Zwykle dużo mówił o Bogu, ale nigdy nie powiedział, jakiego konkretnie jest wyznania i jak Boga pojmuje.
Ale czy to ważne? W tej zapyziałej czerwonej eskaerowskiej gminie, głównym zaopatrzeniowcu wojewódzkiej nomenklatury w świeże mięso prosto z masarni, każdy, kto chciał ten układ zmienić, był przyjacielem. Szkoda, że wtedy nie padły ważne pytania. Może dziś kultura gminna nie ograniczałaby się do pokazu bitwy z czasów napoleońskich, chlania piwa i warsztatów lepienia garnków oraz malowania ikon prawosławnych czy szkolenia dietetycznego. Może warto było w szczerej rozmowie zapytać wprost.
Kochani, jak wy to zrobiliście, że „Pracownia” olsztyńska, została zakazana w stanie wojennym (patrz wywiad: http://pracownia.org.pl/dzikie-zycie-numery-archiwalne,2165,article,3080 ), a prawie w tym samym czasie hojna gmina Jonkowo sprzedała przyszłemu teatrowi „znikąd” nie tylko stodołę z przyległościami ziemskimi, ale i zapewniła 2 etaty w Gminnym Ośrodku Kultury?

Kto pamięta tamten czas, to wie, że wszystko załatwiało się wówczas u gminnego sekretarza komórki PZPR i Naczelnika Gminy. Młodym warto też przypomnieć, że w każdej gminie był politruk w stopniu wojskowym, zajmujący się oficjalnie obroną cywilną, a nieoficjalnie badaniem czy kichnięcie w gminnej toalecie nie jest przypadkiem początkiem wrogiej działalności. Czyżby przeszłość artystów z gromadką dzieci, którzy chcą prowadzić eksperymentalny teatr, nie budził żadnych zastrzeżeń? Nie wymagał inwigilacji, sprawdzania? A może był sprawdzony i dlatego znalazły się dla nich stałe pensje?


W reformę kulturalną gminy członkowie Teatru włączyli się aktywnie poprzez przyjaciół i takich pożytecznych idiotów jak nauczycielka z gminnej szkoły.

Ich środowisko nie tolerowało, nauczycielkę rodzice akceptowali i ufali jej. Doskonale nadawała się razem z mężem, przewodniczącym komitetu, na instrument, na którym można było wiele wygrać. Że traktują ich instrumentalnie, nie kryli się. Wszelkie próby zmiany tego, oznaczałyby jednak rozbicie GKO, a im bardzo zależało na reformach i budowaniu prawdziwego samorządu, dlatego chyba trochę udawali, że tego nie dostrzegają. Z entuzjazmem wszyscy snuli plany ożywiania oświaty i kultury w gminie po wyborach . Niczym bumerang powracało na zebraniach pytanie. Czym zarządza dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury, skoro nie ma Domu Kultury? Powstał nawet z inicjatywy przewodniczącego KO projekt decentralizacji działalności kulturalnej gminy na poszczególne parafie i wioski. Tam miały być wiejskie świetlice, w których nie tylko spędzano by wolny czas, ale kształcono się i dzielono z innymi własną tożsamością. Czy nie o krzewienie różnorodności kultury pogranicza chodziło i chodzi członkom Teatru „Węgajty”? Plan ten nie budził więc zastrzeżeń u członków KO ani u elity artystycznej, za jaką się uważało środowisko „aliantów”.

Wszystko miało zaowocować działalnością kulturalną wyzwalającą szukanie własnych korzeni i dzielenie się własną kulturą, bogacenie nią innych. Szukanie wspólnoty narodowej, która przecież nigdy nie była monokulturową.

Wkrótce miało się jednak okazać, że każdy ciągnął nitkę z innego kłębka.

Na posiedzeniu Komisji Oświaty zaraz po wyborach stanął wniosek o likwidację GOK. Nie było problemu z jego przeforsowaniem, dyrektor „placówki bez placówki”, urzędujący kątem w Domu Strażaka, nie miał najlepszych notowań. Problem zaczął się później. Rozwiązanie GOK dla wnioskodawców było reformą, dla przyjaciół teatru tylko sposobem na pozbycie się niewygodnego dyrektora. Wszystko miało zostać po staremu, etaty członków teatru też. Trudno było jednak przywrócić status quo, bo i strażacy się wściekli, gdy okazało się, że ich telefon służył głównie do międzynarodowych kontaktów artystów, za które nie zamierzali ponosić astronomicznych kosztów.

Desperacki upór doprowadził do oddzielenia Teatru od funduszy gminnych. Został oparty o zdrową zasadę; świadczycie usługę kulturalną, gmina płaci. Nie ma usług, nie ma pieniędzy.

Marzenia stawały się rzeczywistością.


Nie ustały jednak próby przejęcia inicjatywy mimo oczywistych sukcesów polityki kulturalnej samorządu i kierownika wiejskiego domu kultury. Jak grzyby po deszczu w ruinie świetlicy wiejskiej, z trudem remontowanej, powstawały nowe inicjatywy działalności dla dzieci i dorosłych, by wspomnieć tylko niektóre; teatrzyk dziecięcy, kurs tańca klasycznego, ognisko muzyczne, lekcje języka angielskiego i niemieckiego dla dorosłych. Rozstrojone pianino ze szkoły, na którym nikt od lat dzieciom nie przygrywał, razem z zakurzonymi w magazynku akordeonami, powędrowało do Wiejskiego Domu Kultury. W zamian do szkoły zaczęli przyjeżdżać na atrakcyjne lekcje aktorzy Teatru Lalek w Olsztynie.

Problem jednak był, bo przy takiej działalności, piwo beczkami w czasie pokazów, występów i organizowanych uroczystości się nie leje. Pobliski sklepikarz miał wyraźnie o to pretensje. Dotacje na bardziej „ambitne”, elitarne działania też nie płynęły. W konsekwencji wszystko zostało zmarnowane i zaprzepaszczone. Nawet, podobno, po wiejskiej hali, w której do czasu sprzedania przez gminę budynku, nie tylko pełnił funkcję, ale i mieszkał nowy kierownik Domu Kultury, przyjaciel Teatru i „aliantów”, śladu już nie ma.
Ale Teatr wciąż trwał. O jego działalności słyszało się głównie, gdy groziło przykręcenie kurka. Wtedy rozumiało się samo przez się, że Teatr Węgajty to instytucja na miarę europejską i należy jej się wsparcie. A zabieranie tego wsparcia, to zamach na kulturę nie tylko regionu, ale kraju, a nawet Europy. Jeśli ktoś był dociekliwy i pytał, kiedy spektakle teatralne odbywają się, bo chciałby je zobaczyć, natychmiast stawał się wrogiem i profanem, który nie rozumie, że artyści nie mogą pracować zgodnie z harmonogramem, lecz natchnieniem.

Warszawka toczyła poprzez swoich radnych wojny z nauczycielami, dyktowała, kto ma być dyrektorem. Czego to nie dało się załatwić, gdy opór rósł. Nawet redaktor Jaworowicz była ze swoim programem do dyspozycji. Stało się jasne, że jeśli chcesz mieć święty spokój i nie stracić dyrektorskiego stołka, musisz dobrze żyć z rodzicami warszawki, a jeszcze lepiej, kiedy uczniowie twojej szkoły będą uczestniczyć w „Teatrze wędrówki” czy warsztatach lepienia garnków i zajęciach muzycznych. Teatr obrósł w różne przystawki, które umożliwiały starania o kolejne grandy i pozwalały na dodatkowy zarobek.

Jeśli ktoś zna choć po trosze realia tamtych czasów i zada sobie trud porównania ich z obecnymi, to śmiesznym wyda mu się tłumaczenie zawarte w liście w sprawie petycji, że Teatr jest starszy od Stowarzyszenia "Teatr Węgajty". To przecież oczywiste. Po 1989 roku zmieniły się realia dofinansowań, nie wystarczył już przychylny naczelnik czy urzędnik w Warszawie. Zniechęcili się też sponsorzy, bo co to za inwestycja, która nie pomnaża klientów i nie budzi zaufania w środowisku, poza wąskim gronem, które z wdzięczności, np. za rolę w serialu telewizyjnym, obwieszcza koniec świata wraz z końcem Teatru.
Potrzebna była fasada prawna, by usprawiedliwić etaty i jednocześnie pozyskiwać legalnie dodatkowe środki. Autorka listu zapomniała jednak dodać, że Stowarzyszenie jest integralną, wraz z siedzibą, częścią Teatru Węgajty.

To właśnie te realia nie pozwalają na utrzymywanie fikcji niezgodnej z prawem. Taką bowiem fikcją są etaty członków Teatru. Niektórym kojarzą się one z etatem górnika w drużynie piłki nożnej na Śląsku. Górnik kopalnię od strony korzonków nigdy nie oglądał, ale listę podpisywał i pensję brał, a dzięki temu mógł kopać piłkę jako „amator”.


Dla mnie to wystarczający powód, by uznać decyzję wypowiedzenia umów czterem członkom Teatru za jak najbardziej słuszną i sprawiedliwą. Każdy ma prawo do swojego sposobu życia, przeżywania świata, każdy ma prawo do swojej życiowej misji, ale nie ma prawa wymagać, by pieniądze podatnika szły na obcą, często daleką od polskiej tożsamości, kulturę. Jeśli chodzi o mnie, chętnie ją poznam, przyjadę, zapłacę za bilet, kiedy pojawi się wreszcie plakat informujący o nowym spektaklu w Teatrze „Węgajty”, ale dlaczego moje podatki mają w ciemno finansować coś, co przez ponad 20 lat nie zdołało się przebić się z informacją do przeciętnego mieszkańca regionu?


Nie da się doić w nieskończoność, kiedyś mleko przestaje lecieć, a odgrzewane spektakle mogą przestać się podobać, zwłaszcza, że i aktorzy już nie pierwszej świeżości. Okoliczni proboszczowie też są zamknięci na „klezmerską” muzykę w czasie mszy świętej. Badania „naukowe” nad kulturą mniejszości również nie budzą respektu, bo trudno się z nimi zapoznać, konia z rzędem temu, kto je zna.

Jest i inny problem „filozoficzny” do rozpoznania dla ciekawskich. Co takiego badają członkowie Teatru, czego nie bada polska nauka etnograficzna? Co jest w spektaklach Teatru takiego, czego nie są w stanie stworzyć teatry zawodowe na małych scenach alternatywnych? Nie mają stodoły i wiejskiego powietrza? ;-) Co jest takiego wyjątkowego w stodole Teatru, że aż cztery etaty przez lata są opłacane z pieniędzy podatnika? Czy inne organizacje pożytku publicznego też mają taki komfort pracy? Czy jest to zgodne z prawem?



A może z tymi osiągnięciami Teatru jest tak jak w przypadku Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego. Na stronie tego instytutu wiele informacji i tylko jeden dział jest wciąż w budowie … http://www.szkolawidzow.e-teatr.pl/projekty_zrealizowane.html

Mam też spory problem z rozstrzygnięciem. Na czym polegała praca etatowa członków Teatru, jak była jej efektywność mierzona?
Czy takie jak te zajęcia warsztatowe „Tradycja bizantyjska" były prowadzone w ramach opłacanych etatów? http://platformakultury.pl/art,pl,warsztaty,98603.html
Występy w więzieniu również? http://www.polskawspolnotapokoju.pl/index.php?kat=projekt_wiezienny
Jak mam odczytywać krótkie informacje w stylu: „Udział w warsztatach jest bezpłatny. Uczestnicy pokrywają wyłącznie koszty pobytu (wszyscy) oraz koszty materiałów warsztatowych (tylko uczestnicy zajęć Pracowni Ikony, patrz niżej)”. Mam tu ogromny problem ze zrozumieniem, co jest bezpłatne, co finansuje Ministerstwo, a co jest w ramach etatowej pracy w Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych w Olsztynie?

Zapytam więc tu; ten koszt pobytu (85 zł za dobę) to w ramach krzewienia kultury w środowisku, które w większości jest bezrobotne i żyjące na granicy ubóstwa?

Podobne wątpliwości budzi informacja:


„Finansowany z dotacji Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Urzędu Marszałkowskiego Województwa Warmińsko-Mazurskiego”. Co jest w tym projekcie finansowane przez MKiDzN oraz marszałka, a co wykonywane przez pracowników Centrum?

No cóż, każdy ma swój sposób na życie. Tyle tylko, że ja uważam go za zwykłe cwaniactwo i życie na koszt podatnika. Na mój podpis pod petycją, kochani, nie liczcie. Życie stwarza przed wami niepowtarzalną szansę pracy na swoim i na własny rachunek. Zamiast pisać błagalne listy, skorzystajcie z tej szansy to naprawdę twórcza okazja. ;-)

wtorek, 11 października 2011

Wybory przegrała Platforma Obywatelska!

Każdy, kto dziś bierze udział w akcji rozpowszechniania informacji o spisku w łonie PiS, bierze udział w akcji dorzynania watahy czy zdaje sobie z tego sprawę, czy nie. Jest za akcją rekonstrukcji PZPR, która tylko wyprowadziła sztandary, ale ich nie zwinęła.


Już w nocy, zaraz po ogłoszeniu sondażowych wyników, dziennikarz W. Wybranowski tajemniczo ogłosił, że w PiS jest bunt przeciw prezesowi, ale nie może powiedzieć, kto w nim bierze udział. Dziś Rzepa już ogłosiła, że rozrabiają Kurski i Ziobro. Nie zamierzam dochodzić czy to prawda, czy redaktor może tylko za cyngla robił. Mam nadzieję, że członkowie PiS nie są idiotami, bo wiedzą, jak się skończył los Poncyliusza i Kowala czy Jakubiak, choć nie wątpię, że trwa intensywna akcja rozmiękczania niezadowolonych.


Ale nie o to chodzi.
Nie trzeba być wtajemniczonym znawcą gier politycznych, wystarczy odrobina wiedzy o mechanizmach czarnego piaru, który zwykle zaczyna się na Twitterze, a pożyteczni idioci i ludzie nieświadomi celu, roznoszą wieści i z nimi dyskutują. Za jakiś czas pojawiają się „mądre” artykuły prasowe i zaczyna się urabianie opinii, zaangażowani ideowo politolodzy „uczenie” gawiedzi wytłumaczą co i jak.


Wystarczy spojrzeć na rozkład mandatów, by zrozumieć, o co toczy się gra. PiS nie przegrało wyborów. Wynik na miarę polaryzacji opinii społecznej i gawiedzi, a także być może biedaków, którzy wybory, jak w Wałbrzychu, traktują jako możliwość zarobku. To się dopiero okaże.


WYBORY PRZEGRAŁA PO!

Gdyby PiS miało taki szmal na propagandę, tak aktywne młodzieżówki i tak sprzyjające media, nawet zagraniczne, dziś jak Fidesz przejmowałoby władzę. Tymczasem PO tego nie osiągnęła. Utrzymała status quo, i ostatecznie znalazła się w objęciach WSI jako zakładnik sztabu „wyborczego” stokrotek lisów i urbanów.


Niestety, cudów po wyborach nie będzie, wkrótce ludzie się przekonają, jak zrobiono ich w konia.

Jak odwrócić uwagę?

Prosty sposób: ogłosić światu, że PiS poniósł sromotną klęskę, a wszystkiemu winien Jarosław Kaczyński i wałkować to od rana do wieczora.
Sfrustrowani przegrani, którzy traktowali PiS jak trampolinę do własnej kariery pomogą.

PiS jest drugą największą partią opozycyjną, mimo iż w Smoleńsku straciło najlepsze siły tej partii.


Owszem, trzeba zmienić taktykę, trzeba przeanalizować błędy, ale też trzeba do partii tej wstąpić, jeśli chce się odnowić siły. Przykro mi, że paru wartościowych ludzi nie weszło do Sejmu, ale to jeszcze nie powód, by siać defetyzm i rozbrajać jedyną w tej chwili siłę prawicową.
Wystarczy zadać sobie pytanie:

Co będzie, jeśli PiS w tej chwili się rozpadnie na małe frakcje obrażonych w Sejmie. A w tym kierunku idzie cały impet piaru esbeckiego. Trzeba być człowiekiem nieodpowiedzialnym, by ogłaszać koniec PiS, albo źle życzyć Polsce.


Tylko na to czekają, abyśmy tę narrację kupili. To są cyniczni dranie, którym Polska zwisa. Nie oczekujmy od nich uznania wyników wyborów i pracy dla dobra kraju.

Zamiast kupować ich cwany bełkot, może po prostu zabrać się do roboty w terenie? Mam bardzo długą listę pretensji do moich posłów. I zamierzam im to powiedzieć. Tylko taka jest droga ratowania Polski.

Powiem brutalnie.
Nie należy srać w to, co jest jedyną obroną przed komuną. A wyborcze frustracje zostawić dla siebie. Lepiej pogłówkujmy jak idiotów wykorzystać, tak jak to robi komuna, tylko dla ich dobra.

NAJWAŻNIEJSZE TERAZ OBRONIĆ JEDNOŚĆ PiS w SEJMIE i myśleć, jak stworzyć koalicjanta. Bo to nie wynik wyborów jest tu najgorszy, najgorsze jest to, że nawet gdyby PiS wygrało wybory, nie rządziłoby. Nie znaczy, że nie powinniśmy pracować jak dotychczas, by PiS mogło jak Fidesz rządzić samodzielnie.


----------------------
Ps. Mówiąc w tekście o sfrustrowanych nie miałam na myśli konkretnych osób, lecz sytuację, reakcje i komentarze powyborcze.

środa, 21 września 2011

Mistrz bioetyki w Niepoprawnym Radiu PL

Obywatel Republiki Włoskiej, uczony polski za granicą. Profesor zwyczajny (professore stabile ordinario) w zakresie filozofii i teologii moralnej. Dr hab. nauk teologicznych – teologia moralna, bioetyka. Master bioetyki. Master italianistyki, a nade wszystko niezwykle ciepły, umiejący i chcący rozmawiać z każdym, radosny człowiek. Próżno by szukać w nim cokolwiek z napuszoności profesorskiej togi.


Nie, nie przybył do nas z Włoch. III Liceum Ogólnokształcące im. Unii Lubelskiej w Lublinie może być dowodem, że nawet w stanie zimnej wojny generała z narodem możliwe jest kształcenie i wychowanie ku najpiękniejszym wartościom; ku Bogu, miłości Ojczyzny i filozofii, którą fascynuje Prawda i Osoba stworzona na obraz i podobieństwo Boże.

Może kiedyś Profesor sam nam opowie nie tylko o swojej drodze naukowej, ale również o dojrzewaniu do kapłaństwa i swoich zainteresowaniach z dziedziny teologii moralnej i, przede wszystkim, bioetyki, realizowanych początkowo w murach Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, a potem na Wydziale Teologicznym Północnych Włoch w Mediolanie (Facolta Teologica dell’Italia Settentrionale w Mediolanie), w Szkole Medycznej i Nauk Humanistycznych również w Mediolanie (Scuola di Medicina e Scienze Umane HSR Istituto Scientifico w Mediolanie).

Ks.prof. dr hab. Artur Jerzy Katolo, prowadzący od lat pracę dydaktyczną ze studentami, zarówno w Polsce jak i w słonecznej Kalabrii, bo o nim tu mowa, zajmuje się z pasją jedną z najmłodszych dziedzin nauki, której rozwój wymusił okrutny XX wiek oraz biologiczne i medyczne osiągnięcia naukowe, o jakich ludziom minionych wieków nawet się nie śniło.

Wszystko zaczęło się u początku minionego wieku w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Dziś nadal uczeni spierają się o zakres nauk bioetycznych i samą definicję bioetyki. Nie ulega wątpliwości, że miarą problematyki książek, prac i artykułów Arturo Katolo jest definicja bioetyki, którą sam podaje w swojej pracy „ABC BIOETYKI”.
„Bioetyka jest nauką poszukującą rozwiązania problemów natury moralnej, które rodzą się w granicznych momentach życia: poczęcie, narodziny, choroba i śmierć”.

http://www.apologetyka.katolik.pl/inne-polemiki/77

Te problemy to, między innymi: inżynieria genetyczna, klonowanie, sztuczna prokreacja, aborcja, transplantacja organów, eksperymenty na człowieku.


Tytuły książek: "Contra in vitro", "La medicina disumana. Politica sanitaria del Terzo reich" czy artykułów takich jak: "Embrion ludzki – osoba czy rzecz?", "Bezdroża antykoncepcji", "Moralny obowiązek pomocy dziecku nienarodzonemu...", "Jakość życia, obsesja zdrowia i homo continuus", "Status embrionu ludzkiego", "Prawo dziecka niepełnosprawnego do życia", "Sztuczne zapłodnienie w kontekście prawdy o ludzkiej płciowości", "Związki nieformalne – niektóre aspekty prawne i moralne", "A historia kolem sie toczy...Powrot hitlerowskiej etyki medycznej?", "L'anatomia del totalitarismo nelle teorie di Orwell", "Etica medica nazista" – mówią same za siebie.

Czy trzeba dodawać, że są to najważniejsze w tej chwili problemy dotyczące każdego z nas? Od przyjęcia rozumem i sercem wiedzy o człowieku, o uwarunkowaniach biologicznych, medycznych, ale i prawnych, wynikających z prawa naturalnego i pozytywnego, zależy jego los.


Nie da się uniknąć tych problemów, bo one już dawno wkroczyły w sferę polityki, a rozwiązania często decydują o ludzkich losach wbrew naszemu pożytkowi i bezpiecznej przyszłości.

Dlaczego o tym piszę?
Ks. Artur Katolo jako bioetyk, naukowiec gości w naszym radiu już od dłuższego czasu. A wszystko, co sam przekazał i co również ja mogłam tu przeczytać, dotyczy spraw fundamentalnych, choć może nie wszyscy to zauważyli. W ferworze dyskusji politycznych umykają nam sprawy naprawdę ważne, jak choćby wymuszanie poprzez działalność ONZ na krajach ubogich prawa aborcyjnego za cenę udzielanej pomocy czy ta ostatnia, z naszego podwórka, usprawiedliwiająca ubezpołodnienie Pani Szwak bez jej zgody.

Większość z naszych słuchaczy zna już film Grzegorza Brauna „Eugenika w imię postępu”, który ukazuje, między innymi, jak „szczytne” idee udoskonalenia społeczeństwa zaowocowały uznaną prawnie w wielu amerykańskich stanach sterylizacją osób upośledzonych. Nieodparcie kojarzą się one z uzasadnieniem sądu umarzającego sterylizację kobiety, “która ze względu na swoje upośledzenie mogłaby zajść znowu w ciążę”.

Przypominają one o, stosunkowo niedawnej, aferze na Słowacji, podejrzeniu o ubezpłodnienie stu kobiet romskich przez tamtejszych lekarzy czy podobnych zachowaniach w Szwecji wobec kobiet tzw. wieloródek.
Czy nie z tego samego powodu w naszym prawie wciąż za sprawą polskich polityków obowiązuje nieludzkie prawo, szumnie nazywane kompromisem politycznym, zabijania na żądanie w łonie matki dzieci z podejrzeniem chorób genetycznych i upośledzeń?

Jeśli ktokolwiek sądzi, że można bezkarnie nie przejmować się eugeniką stosowaną w imię postępu, to musi przedtem koniecznie wysłuchać felietonów ks. Arturo Katolo (Innocentego Czepialskiego) w Niepoprawnym Radiu Pl http://niepoprawneradio.pl/ (9 odcinków „Eugenika i eutanazja w medycynie III Rzeszy” od audycji 231 do 239 )

Tamte okrutne czasy nie wzięły się znikąd. Zaczęły się od wyborów obywateli i stanowionego, ponad moralnością, prawa.

Nie wystarczy jednak tylko wiedzieć, trzeba umieć również dzielić się swoją wiedzą i działać. Ksiądz profesor Artur Katolo od lat organizuje wystawy fotograficzne we Włoszech (odbyło się już 15 wystaw) dotyczące hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Na których stara się ukazać, wbrew propagandzie obowiązującej we Włoszech, iż nie tylko Żydzi ginęli w tych obozach i oprócz Auschwitz były jeszcze inne: Majdanek, Stutthof, Gross Rosen etc. To, jak sam mówi, taka jego prywatna wojna z polityczną poprawnością.

Toczą się dyskusje o status dziecka poczętego, toczy się walka o zakaz aborcji, powraca w naszej Ojczyźnie raz po raz temat eutanazji. Warto wiedzieć, jak nauka i chrześcijaństwo przez wieki rozstrzygały te problemy, by zrozumieć, dlaczego nie wolno nam głosować na partie, proponujące rozwiązywanie problemów społecznych poprzez zabijanie. Warto wiedzieć, jak przez wieki filozofia i wiara odkrywała sens ludzkiego cierpienia, czym była i jest choroba, jaki ma sens ludzkie cierpienie? To właśnie o tym były dwa ostatnio czytane artykuły Artura Katolo w Niepoprawnym Radiu PL.


Z racji obowiązków Profesora mnie, z wielką stratą dla autentyczności prezentowanych treści, przypadła rola lektora Jego artykułów. Teraz zapraszam na cykl odcinków dotyczących ludzkiego sumienia. Jest to już historyczny wykład, bo habilitacyjny. Ale to jeszcze nie koniec naszych spotkań z polskim Włochem. Zapraszam szczególnie młodych i wykształconych z wielkich miast. Warto posłuchać, co mają do powiedzenia nam mądrzy ludzie zanim ogłosimy światu własne „nowoczesne” poglądy. Pierwszy odcinek w audycji 252 (czwartkowej)