poniedziałek, 25 stycznia 2010

Współczesny antysemita


Rano wszystkie internetowe wydania gazet zajarzyły się świętym oburzeniem. A oburzenie było tak święte, że tytuł w każdym wydaniu i w każdym portalu mógł być tylko jeden: 
 „Szoah  to żydowski wymysł”. Już wydawało się, że czeka biskupa Tadeusza Pieronka ekskomunika za te rewizjonistyczne sformułowania, ale nie. Tak koło południa wszystko się wyjaśniło.
Biskup Pieronek nie autoryzował swego wywiadu i nie zamierza się tłumaczyć  z tego, co powiedział. I tu akurat w pełni się z Nim zgadzam. Biskup powiedział to, co większość świata , a nie tylko Polski, myśli i nie ma co tematu więcej wałkować.

Dla Żydów liczy się hagada a nie historia, a że ona mija się z faktami? Któż by się tym przejmował, skoro to złoty interes?

I właściwie można by na tym poprzestać, gdyby nie możliwość konfrontacji informacji podanych w dziennikarskim newsie z  tekstem oryginalnym. Nie znam włoskiego, muszę więc z konieczności polegać na translatorze. Wrzuciłam tekst zamieszczony  w katolickim portalu http://www.pontifex.roma.it/index.php/interviste/religiosi/3531-pacifici-racconta-barzellette-la-polonia-non-e-antisemita-gli-israeliani-non-rispettano-i-diritti-umani-dei-palestinesi-la-shoa-non-e-solo-ebraica-ma-riguarda-cattolici-e-polacchi-israele-gode-di-buona-stampa-il-potere-economico

Każdy przeciętnie rozgarnięty internauta, bynajmniej nie poliglota, zrozumie sens wypowiedzi biskupa. Mnie zainteresowało zupełnie co innego niż dziennikarzy.

 "Wierzę, że dla właściwej i poważnej debaty historycznej, wolnej od uprzedzeń i kłamstw,  Żydzi powinni zastanowić się i zapytać: co zrobili Żydzi amerykańscy i sojusznicze siły zbrojne alianckie  w czasie wojny, aby uniknąć tej  tragedii?. Nic lub niewiele" .

Tak mogę przetłumaczyć ten fragment? Jeśli nie, to proszę mnie poprawić:
" credo che per un corretto e serio dibattito storico, libero da pregiudizi e vittimismi, gli ebrei dovrebbero chiedersi e domandarsi: che cosa fecero gli ebrei americani e le forze alleate in guerra per evitare quelle tragedie?. Poco o niente"

Wypowiedź biskupa Tadeusza Pieronka w tym fragmencie, którego dziennikarze zgodnie nie zauważyli, nie jest niczym nowym. Ameryki  nie odkrył, powtórzył tylko to, o czym doskonale wiedzą również ocalałe od zagłady ofiary.
Przypomnę tu wypowiedź sprzed dwu lat przewodniczącej  Centralnej Rady Żydów w Niemczech, Charlotty Knobloch w związku z wizytą amerykańskiego prezydenta George’a W. Bush’a w Yad Vashem

 "Państwa alianckie nie zrobiły dostatecznie wiele, by ocalić europejskich Żydów podczas Holocaustu” –stwierdziła.
"To Ameryka i inne kraje miały możliwość ocalenia Żydów" - powiedziała liderka wpływowej organizacji żydowskiej.  75-letnia Knobloch przyznała, że nadal pamięta, gdy jako dziecko bezskutecznie oczekiwała na otrzymanie wizy do USA. Podkreśla przy tym, że inne kraje, jak Wielka Brytania czy Szwajcaria też miały sposobność, by uratować ludzi, lecz nie zrobiły tego."
(Knobloch: Państwa alianckie nie chciały ratować Żydów z Holocaustu
KAI/J /008-01-21 /)

A już prawdziwą zagadką dla mnie jest tłumaczenie fragmentu zdania: " La shoa come tale é una invenzione ebraica,... (Shoah jako taka nie jest wynalazkiem żydowskim) jako "Szoah to żydowski wymysł".

Wyrwany z kontekstu, umieszczony w tytule jest tylko chwytliwym zabiegiem stylistycznym, by przyciągnąć, znudzonych żydowską tematyką na jedyną tylko słuszną nutę, czytelników czy manipulacją? Czemu miał służyć tytuł doniesień prasowych?

Właściwie powinnam zmilczeć i „zbytnim frasunkiem głowy sobie nie psować”, skoro wszystko  jest już tak rozwałkowane jak masa asfaltowa na drodze, że nic nie da się ani dodać, ani ująć. Skoro biskup Tadeusz Pieronek wolał nieco złagodzić swoją wypowiedź, to co mogę ja? Zmienię hagadę o holokauście? Wolne żarty.

Jeśli jednak  młodych, poruszonych dogłębnie niewyobrażalnym cierpieniem setek tysięcy ludzi w Auschwitz , nie przekonał „Raport” Witolda Pileckiego, który bez problemu można odnaleźć i przeczytać w blogu Michała Tyrpy,
to może zmusi do myślenia  polski pisarz,  Żyd Gustaw Herling - Grudziński w swoich  „Dziennikach pisanych nocą”, gdzie  przytacza opowieść Jerzego Stempowskiego z czasów wojny.

Na prośbę przyjaciół Żydów amerykańskich Jerzy Stempowski podejmuje w Szwajcarii udaną próbę wykupienia z gestapowskiego więzienia siedmiu Żydów.  Suma okupu, kusząca Niemców, była tak duża, że do owych siedmiu uratowanych dołączyli jeszcze trzech żydowskich więźniów z własnej inicjatywy.
Kiedy szczęśliwcy znaleźli  się na wolności, Jerzy Stempowski otrzymał chłodne podziękowanie kończące się postscriptum: „Kto pana prosił o dodatkowych trzech?”

Dlaczego tych trzech Żydów nie powinien był J. Stempowski ratować? Równie dobrze można zapytać. - A dlaczego nie ma prawie wcale w zbiorowej pamięci Żydów wymordowanych na Kresach II RP pod okupacją niemiecką?

Najbardziej lapidarną i jednocześnie najbardziej dosadną odpowiedź  daje Józef Mackiewicz w książce „Prawda w oczy nie kole”.
W rozdziale „Żydzi” obala mit potęgi i solidarności żydowskiej, czym podpadł zarówno węszącym w każdym goju antysemitę jak i autentycznym antysemitom.
„…opinia publiczna ustaliła, że międzynarodowe żydostwo to wielka, groźna potęga, która zniszczyć może świat cały./…/Tymczasem słabi i politowania godni są dla mnie Żydzi wśród poduszek rozgromionego getta. Nie wierzę w ich międzynarodowy patriotyzm, o którym hitlerowcy twierdzą, że zagraża światu. Nie wierzę w ogóle w ich patriotyzm, ani w ich osławioną solidarność. Są rozbici, pokłóceni i egoistyczni bardziej, niż jakikolwiek inny naród. Ich wszędobylskie interesy pochodzą stąd, że są rozproszeni. /…/W sierpniu 1914 pieło się po rosyjsku i nosiło „zaszczytnyj cwiet” dla mody. We wrześniu spotkali  „Toten huzarów” z kwiatami. W 1919 roku spotykali bolszewików. W 1939 znów spotykali bolszewików. Przez głupotę oczywiście. W miesiąc później cieszyli się z Litwinów.

Tylko Polaków nie spotykali z kwiatami, a właśnie w dawnej Polsce było im najlepiej. Dziś to powiedzą: „UJ, jak żiło się, jak żiło się! Jak u Pana Boga! Tk, tk, tk, co to biło za żicie, ach, ach! Temu żiciu ceny nie biło! – Ot jak. /…/Antysemici porównują Żyda do pasożyta. Nie wierzcie antysemitom. Raczej porównać go można do natrętnej muchy, która siada na rogi wołu i stamtąd ogłasza, jak w bajce La Fontaine’a: my orzemytak pisał Józef Mackiewicz w 1942. Czy dziś  napisałby podobnie?
Nie mam na ten temat do końca wyrobionego zdania. Pocieszam się jednak, że to nie wszyscy Żydzi z holokaustu utworzyli nową, bardzo intratną religię. Zastąpili judaizm biblijny i rabiniczny religią zagłady, grzebiąc tym samym wspaniałą tradycję i kulturę diaspor żydowskich.

 Ksiądz Waldemar Chrostowski twierdzi, że dziś antysemitą jest nie ten, kto nie lubi Żydów, lecz ten, kogo nie lubią Żydzi.
 A ja mam swoją, zmywakową definicję i twierdzę(oczywiście na własny użytek, gdzież bym śmiała inaczej); antysemitą jest ten, kto nie chce być syjonistą lub syjonizm Izraela nie popiera i ośmiela się mówić o prawie Palestyńczyków do własnego państwa.  MOŻE BYĆ NIM KAŻDY, RÓWNIEŻ ŻYD.

A i jeszcze ten, kto nie chce amerykańskim organizacjom żydowskim płacić odszkodowań za zagładę braci, których oni ratować nie chcieli.
___________________________________________________________________________

A to linki do audycji w Niepoprawnym radiu  www.radiopl.pl
na powyższy temat.
Podaję je chronologicznie, od najstarszej:
Katarzyna - Kościół - Żydzi - Polska wywiad z ks. Waldemarem Chrostowskim -

Do środy można wysłuchać  audycję niedzielną:
Ksiądz prof. Waldemar Chrostowski o dialogu z Żydami -
Potem będzie można odnaleźć ją w archiwum radia i wysłuchać o dowolnej porze.

Na temat wywiadu wypowiedział się też Michał Tyrpa składając bp Tadeuszowi Pieronkowi podziękowanie za wypowiedź. „Bóg zapłać Biskupowi Pieronkowi”

sobota, 23 stycznia 2010

Michał Bobrzyński opowiada o powstaniu styczniowym


            Każdego roku w styczniu  Polacy przez dziesiątki lat wracali do historii zrywu ku wolności, jakim było powstanie styczniowe. Czy dziś też tak jest? Rocznicę wybuchu powstania zastąpił Dzień Dziadka.

Pamięć pokoleń jest krucha. Historia weryfikuje postawy i wybory.
A jak to widział Michał Bobrzyński, który wzrastał w atmosferze gorących sporów wokół oceny owych wyborów polskich patriotów, ale i zdrajców?

Pozostawiamy na  chwilę  Polskę Piastów widzianą oczyma historyka i polityka – konserwatysty, ostatniego Stańczyka Michała Bobrzyńskiego.


Nie sposób przypomnieć całości opisu przyczyn i skutków zbrojnego zrywu powstańczego. Słuchacze niepoprawnego radia będą mogli zapoznać się z nimi w kontynuowanym chronologicznym cyklu  odcinków „Dziejów Polski”.

W najbliższych, niedzielnych audycjach  w trzech częściach odcinka specjalnego  przedstawiamy jedynie obszerne fragmenty historii powstania styczniowego.
Posłuchajmy, www.radiopl.pl zaprasza na odcinki specjalne opowieści Michała Bobrzyńskiego o powstaniu styczniowym.
Odcinek 1.


poniedziałek, 18 stycznia 2010

Doda nie zaszkodzi prezydentowi


Prezydent chce ocieplić swój wizerunek. Prezydent wybrał się na bal, a Doda robiła głupie miny i go pocałowała. I powstał problem wagi państwowej; pomoże czy zaszkodzi to wizerunkowi prezydenta.
Fachowej analizy emocjonujących wydarzeń dokonał Eryk Mistewicz. Nie będę żabą, co nogę nadstawia, gdy konia kują i ową analizę pozostawię bez komentarza.
Ja tam widzę zupełnie co innego, gdy podnoszę głowę znad zmywaka. Nawet jeśli mój obraz jest skrzywiony i niereprezentatywny, to nie zaszkodzi ani nie pomoże prezydentowi. Jest on raczej smutną  oceną politycznej rzeczywistości, na którą naród nie ma większego wpływu tak samo, jak na chwyty marketingu politycznego serwowanego nam prosto z  salonów zachodnich. A że one do sytuacji Polski mają się jak pięść do nosa, to już raz spin doktorzy przekonali się w 2005 r. (Osobiście nie mam nic przeciwko temu, by i tym razem tak było).

Jeśli w obecnym wyścigu do prezydenckiego pałacu jednak owi spin doktorzy nie przegrają, to bynajmniej  nie dlatego, że prezydentowi Dodę wymyślili i ośmieszyli w narodzie głowę państwa. Nie bardzo wiem, co naród ostatnio czyta, ogląda i słucha, bo socjolodzy naukowe badania zdradzili już dawno dla polityki, ale na pewno opiniotwórcze gazety nie stanowią priorytetowego towaru przy zakupach. Co widać doskonale choćby po likwidacji punktu ich  sprzedaży w moim wiejskim sklepie.

             Lech Kaczyński nie przegra wyborów z powodu marketingowej laleczki, ściskającej prezydenta, gdy ten próbuje prowadzić ożywioną konwersację z dawno poślubioną i jedyną kobietą jego życia. Lech Kaczyński to nie Sarkozy, który wodził swoją ślubną na wiece, póki nie wygrał wyborów, a Polska to nie Francja. 
Lech Kaczyński swoje wybory dawno już przegrał, bo zdradził swój elektorat.  Ten elektorat nie wymagał od prezydenta cudów. Prezydent miał stać na straży polskiej racji stanu, po stronie spauperyzowanych, okradzionych z własnych miejsc pracy i wciąż oszukiwanych przy okazji każdych niby – reform; socjalnych, oświatowych, zdrowotnych czy podatkowych. Prezydent  miał bronić polskiej historii, tradycji i wartości z nich wyrosłych, miał strzec suwerenności Ojczyzny z takim trudem i poświęceniem odzyskanej.


Lech Kaczyński nie sprostał zadaniu. Sprzedał dla mętnej polityki, której cierpkie owoce zbiera właśnie dziś po wyborach na Ukrainie, cierpienie tysięcy Polaków  wciąż opłakujących swoje rodziny po ludobójstwie na Kresach. Wyparł się swoich rodaków, gdy oni tak bardzo na niego liczyli, wycofał się z obchodów 65 rocznicy rzezi na Wołyniu. Nie widział nic niestosownego, że przedstawiciel jego kancelarii w tym samy czasie bawi się na ukraińskim festiwalu w Sopocie. Wskrzeszanie nacjonalistycznych upiorów spod znaku Bandery nie przyniosły spodziewanych efektów. Nie  igrzysk, lecz chleba woła Ukraina. Doskonale to, niestety, umie wykorzystać  Rosja.
Za fiasko polityki skierowanej na  Ukrainę odpowiada rząd, ale to gesty prezydenta, sprawiające ból Polakom,  zabrały mu jakże oddany elektorat kombatantów i Kresowiaków. Mit wskrzesiciela polskiej historii, jaki powstał w związku z Powstaniem Warszawskim i honorowaniem autentycznych działaczy pierwszej „Solidarności” pękł jak mydlana bańka.  

Lech Kaczyński nie sprostał zadaniu  i zawiódł swój elektorat  nie dlatego, że pozwolił na zdjęcia z Dodą. Nie rozśmieszajmy Polaków takimi bzdurami, bo wcale im nie do śmiechu. Lech Kaczyński oszukał naród w najważniejszym;
PODPISAŁ    TRAKTAT LIZBOŃSKI, CHOĆ TWIERDZIŁ, ŻE BEZ USTAWY KOMPETENCYJNEJ GWARANTUJĄCEJ WYŻSZOŚĆ POLSKIEJ KONSTYTUCJI NAD TRAKTATEM, DOKUMENTU NIE PODPISZE.

Wiem, to nie prezydent zobowiązał się do tej ustawy, to premier zawarł dżentelmeńską umowę w Juracie i zobowiązał się do jej realizacji.
Prezydent bez tej ustawy nie miał jednak prawa podpisywać TL, a jednak to zrobił i do dziś nie przeszkadza mu, że ustawy nie ma. Liczy na amnezję swego elektoratu?    

Przez dłuższy czas sądziłam, że prezydent lawiruje, bo tego wymaga polityka, ale w sprawach pryncypialnych nie zawiedzie tych, którzy mu zaufali.
Dziś mogę z goryczą jedynie kontestować; prezydent nie sprostał zadaniu i nie widzę potrzeby wybierania między dżumą a cholerą. Dla przyszłości Polski nie ma najmniejszego znaczenia czy prezydentem będzie Tusk, Kaczyński czy Szmajdziński. Ci panowie różnią się jedynie retoryką skierowaną do swoich elektoratów.
Na to na pewno nie nabierze się już ktoś, kto stracił zaufanie, a do takich z pewnością należy większość elektoratu Lecha Kaczyńskiego.

Czy to znaczy, że dawni wyborcy Lecha Kaczyńskiego przeniosą swoje głosy na Tuska, a może na  Olechowskiego czy Nałęcza?
Chcielibyście, panowie, co? Marzy wam się taka sytuacja?  Pomarzyć zawsze wolno, czemu nie…;-)
Lech Kaczyński stracił zaufanie swego elektoratu, ale to nie znaczy, że wasi klienci je pozyskali. I powiem więcej.
Coraz bardziej jestem przekonana, że nie pozostaniemy w domach w dniu wyborów. Najgorsze bowiem, co mogłoby Polskę i Polaków teraz spotkać, to utwierdzenie się w przekonaniu, że polityka musi być brudna,  politycy to Rychu, Zdzichu czy Grzechu, a o wizerunku ich decyduje pocałunek Dody na policzku konkurenta.



wtorek, 12 stycznia 2010

Zasypał śnieg, zalała tandeta

Jeden nieuważny ślizg i … śnieg otula niczym puchowa kołdra. Narty nie czekały aż się z niego wygramolę, same się wypięły. Nad głową szumią sosny zdmuchując mi na twarz śniegową watę. Pies próbuje mnie zdopingować; radośnie merda ogonkiem i krótkimi łapkami wygrzebuje spod śniegu kijki. Głośnym szczekaniem namawia mnie na pozycję pionową. Jemu to dobrze ma cztery nóżki, poślizg mu nie grozi. Ale i on ma kłopot, co jakiś czas musi wygryzać sobie z nich śnieżne kule, które przeszkadzają w gonitwie za sarnami.
Patrzę w błękitne niebo, wciągam w płuca pachnące wilgocią powietrze. Zanosi się na odwilż czy jak? Zmarkotniałam, bo znowu narty pójdą do garażu, a mnie pozostaną kijki do udawania, że nordic working jest tak samo miłym sportem jak bieganie na nartach.

Rozmarzyłam się, zapatrzyłam w przeszłość. Ileż to już lat takiej frajdy? Podobna zima była wtedy, w 1978 r. Pięćdziesiąt metrów od nas morze śniegu i las, a my bezradni wróciliśmy z nieudanego spaceru. Zmywałam talerze po obiedzie i dumałam nad smutnym losem posiadacza nauczycielskiej pensji. W szufladzie leżały, co prawda, bony kredytu dla młodych małżeństw, ale niewiele ich było, a i one miały stać się kuchennymi meblami.
Desperacko machnęłam ścierką w miednicę wypełnioną wodą z pompy przed chwilą odmrożonej wiechciem palącej się słomy. (Do naszego wiejskiego mieszkania z nauczycielskiego przydziału cywilizacja w postaci wodociągu czy kanalizacji jeszcze wtedy nie zawitała. Zmywaka też nie było. Wtedy rozmyślało się nad miednicą, wiadrem lub szafelkiem ). I oświadczyłam niedawno poślubionemu.
- Jak sobie chcesz, ale ja sprzedaję sąsiadce bony i jutro jadę do miasta po narty. Meble będą musiały poczekać na odwilż.

Dwa razy nie musiałam powtarzać, niczego też nie musiałam wyjaśniać, ani do niczego przekonywać. Na małżeńskiej zgodności poglądów w tym temacie nie było najmniejszego pęknięcia czy zadrapania.
Tym sposobem sąsiadka mogła kupić sobie telewizor a my nasze drewniane, śladowe „polsporty”.

I tak jest do dziś. Każdego roku tęsknie wyglądamy obfitych opadów śniegu, które przykryłby korzenie na leśnych ścieżkach i górkach. Wieczorem z niepokojem obserwujemy za oknem termometr czy przypadkiem nie idzie ku odwilży.
Nie mogę się nadziwić. To nasze narty, buty wiązania, kijki mają już 32 lata?! Nic nie pękło, nic nie odpadło?!
Czy teraz też kupiłabym tak wytrzymały sprzęt sportowy?

Nie ma co zastanawiać się. Wyłażę z śniegowej zaspy i ku radości „dwarniaszki jamnikopodobnej” wracam do domu.
W przedpokoju potykam się o nowe buty, które nowymi pozostaną, jeśli nie chcę zbankrutować. „Salamander” sprzedał mi u progu zimy przepiękne kozaczki z miękkiej jedwabistej skórki. Noszę je jednak od wielkiego święta; fleki na obcasach wytrzymują tylko dwie wyprawy po sklepach. Ich wymiana kosztuje 15 zł. Obliczyłam, że do końca sezonu mogłabym sobie za nie z powodzeniem kupić kolejnego angielskiego bubla.
Odstawiam kozaczki i staram się odgonić niewesołe myśli gorącą pachnącą herbatą. „Biała dama” to ulubiona mieszanka zielonej herbaty. Ostatnio była niedostępna. Wreszcie przyszła nowa dostawa… Zapach i smak ten sam, tylko dlaczego wciąż pluję całymi gałązkami herbaty? O, o! ta to nawet na herbaciany konar wygląda. Czy to w ramach obniżania kosztów produkcji poczęstowano mnie nim?

Co tam buty, herbata. Ja mogę tu zacytować całą wielką listę bubli, tandety, którą obdarowują mnie już nie tylko zachodnie czy chińskie firmy. Polski znak jakości też już stał się jedynie symbolicznym znakiem.
Przekonuję się o tym za każdym razem, gdy próbuję wymienić nadwyrężone czasem garnki, łyżki, tarkę do warzyw, baterię w łazience… Kiedyś moje świąteczne obrusy były śnieżnobiałe, choć adamaszek pamiętał mój rodzinny dom. Kiedy postanowiłam je wymienić, okazało się, że dzisiejsze płótno nie wybielisz zwykłym gotowaniem. Syntetyczne dodatki szybko zamieniły biel na beznadziejną szarość.

Gorzko wzdychając nad tandetnym światem ludzi, szukam pozytywów. Wreszcie wszystko wróciło do normy, myślę sobie. Nie ma obaw; już żaden mebel, żaden sprzęt kuchenny, żadna zastawa, ręczniki, pościel nie przeżyją właściciela.
Wreszcie marketing jest na swoim miejscu. Nie po to bowiem powstała reklama, by nas przekonać do dobrego zakupu, poinformować o świetnej jakości towaru. Co to, to nie! Za to nikt specjalistom od wciskania kitu nie płaci. Im płaci się za ilość wciśniętej tandety.

Kiedyś, gdy nie można było otworzyć konserwy, żartowaliśmy; ruska stal, gniotsia, nie łamiotsia.
A dziś? Dziś mówią mi.
- Nie narzekaj, gdyby nasze „Franie” wciąż prały, kto kupiłby dzisiejsze „zanusko-boskie” pralki? Jeśli nie wierzyłabyś reklamie, to wiesz, ilu ludzi dziś byłoby bezrobotnych?! Przecież oni studia kończyli, byś ty mogła tandetą otoczyć się z własnej nie przymuszonej woli!

Może i racja, może niepotrzebnie trzymam w garażu trzydziestoletnie narty, może dawno powinnam szpanować w plastikowych „sanmarkach” i zamiast liczyć szyszki na moich sosnach, bywać na „bananowo-orczykowych” trasach zjazdowych przynajmniej w Zakopanem?
Niestety i z tym może być problem, bo do światowej tandety dołączyła polska kolej. By dostać się z Warmii do Zakopanego muszę czekać na odwilż. A jak będzie odwilż, to po co mi Zakopane?

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Bohater narodowy na służbie u polityków?



„Jest bohaterem, na którego zasługujemy, ale którego w tej chwili nie potrzebujemy” . Taką odpowiedź otrzymuje  dzieciak z filmu „Mroczny rycerz”.

Nie jestem w wieku fanów Christiana Bale, ale, przyznam, że ta  pointa mnie zaciekawiła.
Jakiż to skok. Dawny Joker, w którego wcielił się onegdaj Jack Nicolson, już teraz nie ginie z rąk Batmana, a Batman nie staje się bohaterem. Ratuje ludzi przed brakiem nadziei i wiary w zwycięstwo dobra biorąc na siebie hańbę zła czynionego z zemsty przez nieskazitelnego i niezłomnego dotąd prokuratora. Zamiast wdzięczności i pomników bohatera czeka go list gończy i pościg. Tego nie może pojąć dziecko, ale dorosły bez zmrużenia oka, bez protestu przyjmuje do wiadomości ów fakt.

Czy można sobie wyobrazić większy paradoks politycznej i moralnej schizofrenii społecznej?! Godzimy się na zło, nie wierzymy w możliwość całkowitego jego pokonania, a jednocześnie pragniemy ułudy zwycięstwa nad nim i dla tej ułudy gotowiśmy poświęcić bohaterów, którzy walczą ze złem.
Widać mam mentalność dziecka i chyba już nigdy nie dorosnę, bo nie przyjmuję tej logiki rozumowania. Doskonale mi ona jednak wyjaśnia  powojenne losy Żołnierzy Wyklętych, a wśród nich rotmistrza Witolda Pileckiego.

Jego życiorys przez dziesiątki lat był doskonałą ilustracją „bohatera, na którego zasługujemy, ale którego w tej chwili nie potrzebujemy”.
Nie był potrzebny nikomu, nawet   kombatantom AK czy NSZ. Był bowiem dla niektórych z nich bolesnym wyrzutem ich słabości w pogodzeniu się z losem ojczyzny sprzedanej komunistom.
Nie chciały go znać organizacje żydowskie, bo jego „Raport” nie pasował  do czarno-białego mitu  kata i ofiary, nie mieścił się w „ideologii przedsiębiorstwa” zbudowanego cynicznie na  Holokauście.

O jego świętości i niezłomnej wierze, która pozwoliła mu przetrwać więzienny koszmar i do ostatka bronić honoru polskiego żołnierza, nie wspominali duchowni hierarchowie w czasie patriotycznych nabożeństw, choć przykład jego życia doskonale nadawał się do krzewienia miłości do Boga, Kościoła  i Ojczyzny zarówno w mrocznych czasach PRL jak i w III Rzeczpospolitej.
Wszyscy jednak spaliśmy spokojnie, bo niepamięci winni byli nie Polacy, lecz system, który go osądził i zamordował. Dzięki, między innymi publikacji IPN, znamy już   nazwiska i twarze zleceniodawców i wykonawców mordu sądowego w starej kotłowni więzienia mokotowskiego wieczorem 25 maja 1948 strzałem w tył głowy. Wiemy też o roli, jaką odegrał Józef Cyrankiewicz w blokowaniu ułaskawienia,  a potem po roku 1956, rehabilitacji Rotmistrza.
Sporo nagromadziło się już informacji, wiedzy, publikacji na ten temat. Nadano Rotmistrzowi pośmiertne odznaczenia i imię Witolda Pileckiego  niektórym szkołom, ulicom i placom.

Coraz więcej ludzi ma świadomość, że rotmistrz Witold Pilecki to bohater, na którego zasługują nie tylko Polacy ale i Europa.

Nieocenione w tym zasługi położyła Fundacja Paradis Judaeorum i jej prezes Michał Tyrpa. Raport Witolda Pileckiego można dzięki Fundacji przeczytać również w języku angielskim. http://witoldsreport.blogspot.com/

Dzięki akcji tejże Fundacji „Przypomnijmy o Rotmistrzu”, której znaczek widnieje również na moim blogu, mogli zapoznać się z naszym niezłomnym bohaterem europarlamentarzyści nie tylko polscy.
Petycja w sprawie pomocy w  ustanowieniu rocznicy śmierci rtm. Pileckiego europejskim Dniem Bohaterów Walki z Totalitaryzmem – wciąż zmusza do działania i każe się posłom  określić. ( http://www.petycje.pl/4376 )
Nie da się bowiem udawać polskiego patrioty i jednocześnie milczeć w sprawie petycji, nie podpisać jej, nie wesprzeć działaniem.

Prezentem dla Polaków może być wiadomość, że moneta z wizerunkiem Witolda Pileckiego upamiętni 65 rocznicę oswobodzenia Auschwitz.

Głośna akcja wrocławskiego projektu obywatelskiego z inicjatywy radnych PiS „TAK dla Pileckiego!http://takdlapileckiego.pl/, której logo widnieje na wielu internetowych stronach i portalach (także u mnie  i na stronie www.radiopl.pl )  również jest papierkiem lakmusowym polskich patriotów.

W czym więc problem, gdzie widzę dziurę w całym? Powinnam się cieszyć z  tych faktów. Pamięci narodowej nie przywróci się przecież z dnia na dzień. Wymaga to wspólnego wysiłku wszystkich patriotycznych i naukowych środowisk nie tylko w sprawie Witolda Pileckiego.  Na przywrócenie polskiej historii wciąż czekają inni Żołnierze Wyklęci. http://podziemiezbrojne.blox.pl/html


Podkreśliłam „wspólnego”, bo coraz bardziej jest mi smutno i coraz więcej mam wątpliwości czy w akcjach polityków chodzi o przywrócenie Polakom bohatera, na jakiego zasługują, czy też może tylko o instrumentalne jego wykorzystanie , bo już go niektórzy potrzebują.
To, że naród Go potrzebuje, nikt nie powinien mieć wątpliwości, ale dlaczego nagle politycy tak bardzo Nim się interesują?

Mam swoją na ten temat teorię. Witolda Pileckiego potrzebują politycy, bo zauważyli, że Polacy coraz więcej o nim wiedzą i coraz częściej wyrażają swoje oburzenie, że do tej pory nie przywrócono mu w narodowej pamięci należytego miejsca.
Ale jak to w polityce bywa, bardzo chcą jednocześnie, by to oni byli autorami pomysłów na przywracanie tej pamięci. (Przekonał się o tym Michał Tyrpa o czym pisze choćby w najnowszej notce http://mementomori.salon24.pl/147810,publicystom-rzeczpospolitej )

Dwoją się i troją nad ich urzeczywistnianiem, nieustannie sprawdzając czy im słupki już podrosły, czy jeszcze muszą wymyślić coś nowego. Bywa, że wykorzystują do tego instytucje, które powinny służyć pamięci narodowej, jak choćby IPN.

Czy moja teoria jest słuszna? A jeśli tak, to czy to źle, że bohaterstwo tego Niezłomnego Żołnierza służy również polskiej polityce?
Nie wiem, jeszcze nie wiem, ale tak sobie rozmyślam, że moją niepewność wkrótce rozwieją  zbliżające się wybory prezydenckie.

wtorek, 15 grudnia 2009

Związkowcy w Warszawie


Tysiące członków „Solidarności” ciągnie na Warszawę. Kiedy czytam takie wiadomości, myślę o początkach prawdziwego, nie bankowego, kryzysu.
Jasne jest, że za kryzys odpowiada ten, kto wziął na siebie odpowiedzialność, komu powierzono w demokratycznych wyborach władzę w państwie.
Nie dziwię się więc, że związkowcy raz po raz wyruszają na Warszawę.

Związki pracownicze nie są zbędnym balastem postkomunistycznym, jak to nam próbują wmówić pracodawcy. To są teorie pod publikę i chwytają je zwykle młodzi ludzie, którym jeszcze wydaje się, że sami góry przenosić mogą, jeśli nauczą się spolegliwej pracy zespołowej, dobrze rozpoznają swoje miejsce w szeregu i będą dyspozycyjni. (Jest to mantra wbijana pracownikom na licznych korporacyjnych kursach).
Tymczasem za tymi mantrami  dla maluczkich i naiwnych  kryją się  potężne organizacje korporacyjne i związki pracodawców.

 Demokracja polega na równowadze sił. Zrzeszają się pracodawcy, muszą się zrzeszać pracownicy, bo sprzedają swoją pracę. A skoro już pogodziliśmy się, że praca jest towarem takim samym jak inne, to oczywistym staje się skuteczna walka o to, by sprzedać ją jak najdrożej, a do tego potrzebne są związki. W pojedynkę bowiem tylko pies i to bezskutecznie, na grzbiecie pchły łapie.
Potrzeba zrzeszania się jest stara jak nasza cywilizacja. A od kiedy zaczęliśmy budować cywilizację przemysłową, związki dla zdrowia jej organizacji są niezbędne. Problem w tym, że wraz ze zmianą warunków na rynku pracy, muszą się zmieniać również i związki pracownicze.

Po roku 1989 skutecznie Polaków zniechęcono do zrzeszania się. (To też jest temat na długie Polaków rozmowy).
Zamiast wykorzystać wolność i z takim trudem wywalczone prawo zrzeszania się, Polacy głównie zaczęli oszczędzać na związkowych składkach. Dlaczego?  A to jest pytanie do działaczy związkowych i samych Polaków. Nie mnie za wszystkich odpowiadać.
Nie ma co jednak udawać, że jest inaczej. - Ta sytuacja jest na rękę zarówno  władzom związkowym jak i pracodawcom. Jedni zrobią zadymę, drudzy tę zadymę wykorzystają w kampanii wyborczej dla swoich polityków. I tak to się od lat kręci.

Czy jest szansa, żeby  pracownicy  obudzili się? Zorganizowali się w silne związki, ustalili składki, uniezależnili się od pracodawców, wyszli  z miejsc pracy zakładając struktury prawdziwych central, a nie ich atrapy, zbudowali fundusz dla bezrobotnych i strajkujących, odkleili się od partii i polityków?
Tak mi się marzy dzień, w którym przeczytam, że na taczkach  wywieziono, razem z nieudolnymi dyrektorami i zarządami padających spółek, przewodniczących komisji zakładowych i prezesów kół związkowych, jakże często osobistych  przybocznych, ich  klakierów.

Do tego, by nie były to tylko życzenia, potrzebne są  nie tyle „skoki przez płot” ile rzetelne szkolenia związkowców oraz obecnych i przyszłych pracowników.  Może zamiast lekcji wychowania seksualnego  bardziej przydałyby się młodzieży  zajęcia ze skutecznej ochrony praw pracowniczych?

Może pora na prawdziwe podręczniki ekonomii i socjologii, zanim kolejny manifest napisze nowy Marks czy Engels?

PS. Zapraszam do dyskusji na czacie po jutrzejszej wieczornej audycji . www.radiopl.pl

wtorek, 8 grudnia 2009

„A pan nam raczył przebaczyć”



Czy czwarty odcinek w tvp „Gier wojennych” Dariusza Jabłońskiego nie pozostawi już miejsca na dowolność interpretacji odpowiedzialności Jaruzelskiego za wojnę przeciwko polskiemu narodowi?

Ci, którzy jeszcze rok temu osądzenie generała i członków „Wrony” uważali za niemożliwe, dziś tłustym drukiem cytują wypowiedzi wydające wyrok skazujący. Jest zdrajcą – krzyczy Wałęsa. Litościwie nie będę cytować wszystkich jego wypowiedzi sprzed lat na ten temat. Nie strzela się do przestrzelonej bramki. Szkoda energii.

Nie mogę jednak zapomnieć o tych wszystkich rocznicach 13 grudnia, kiedy to tylko samotni młodzi ludzie z uporem godnym najwyższego szacunku, zabierali generałowi poczucie dobrze spełnionego obowiązku pikietując pod jego domem.

Nie umiem też pogodzić się z faktem, że jedynym rozliczeniem tamtego okresu jest łaskawe ogłoszenie przez generała abolicji dla internowanych i więzionych. Co solidarnościowy bard skwitował ironicznym „A pan nam raczył przebaczyć”.
I wreszcie; nie umiem zrozumieć ustawy, która skazuje internowanych i więzionych na dochodzenie prawdy o represjach nierzadko przed tymi samymi sędziami, którzy wydawali wówczas na nich wyroki.


Tymczasem niektóre media nadal prześcigają się w relatywizowaniu przestępstwa, jakie popełnił Zwierzchnik Polskich Sił Zbrojnych wobec własnego narodu.

Oto żołnierze powołani do obrony ojczyzny nie tylko za sprawą zgody tego pana musieli przysięgać na wierność i posłuszeństwo wobec obcej armii, ale wyruszyć kolejny raz czołgami przeciwko swoim rodakom,  by strzelać do nich jak do wroga.
Nic to, sprowadzanie faktów do poziomu dyskusji i wolności do własnych poglądów przyniosły pożądane efekty.
Klikam do googli i z przerażeniem odnajduję pomysł z 2006 r .na referendum internauty z Przemyśla:

Czy generał Wojciech Jaruzelski powinien przyjąć na siebie polityczną i moralną odpowiedzialność za wprowadzenie stanu wojennego?
To dokładnie tak jakbyśmy we wrześniu ogłosili referendum:
Kto powinien wziąć moralną i polityczną odpowiedzialność za wybuch II wojny światowej. Niemcy czy Polska? Argumenty za i przeciw.
 
Absurdalny i nieadekwatny przykład? Może jednak dla Przemka z Przemyśla wcale nie byłby to taki absurdalny temat do referendum, bo przecież II wojnę światową zna tylko z historii.
Bez emocji i na podstawie racji niemieckich, polskich dochodziłby zapewne do swoich wniosków i głosował tak, jak mu światopogląd dyktuje. Identycznie, jak w sprawie stanu wojennego i odpowiedzialności generałów.

Za sprawą dokumentu Dariusza Jabłońskiego i artykułu Antoniego Dudka znowu mamy szał dyskusji zamiast oceny faktów, z którymi przecież mądry a nade wszystko przyzwoity człowiek nie dyskutuje. Fakty po prostu trzeba przyjąć z pokorą i nie tylko ich wagę publicznie ocenić ale i sądowy wydać wyrok, gdy dotyczą przestępstwa.

Faktem jest, że Jaruzelski domagał się pomocy radzieckiej w pacyfikowaniu Polaków. Czy ten fakt znowu zostanie zrelatywizowany? Sprowadzony do referendum, jakie się Polakom funduje każdego grudnia?

Niestety, patrząc na to, jak szybko z internetowych niektórych gazet zniknęły poranne rewelacje o cytowanym, w filmie i artykule, fragmencie zeszytu generała Anoszkina, niewielką mam szansę dożyć takiego skutecznego procesu.

Póki co, zamiast o zdradzie junty generalskiej WRON kolejni Przemkowie nie tylko z Przemyśla będą zapewne na lekcjach historii odgrywać sąd nad Ryszardem Kuklińskim, a w Internecie ogłaszać referendum w sprawie jego odpowiedzialności moralnej za zdradę ojczyny.

Ponieważ obawiam się, że nie tylko nie doczekam za swego ziemskiego żywota sprawiedliwego wyroku i pozbawienia odznaczeń wojskowych oraz degradacji generałów, to śpieszę donieść, że kiedy myślę o roku 1980 i planach wkroczenia trzech armii Układu Warszawskiego do Polski oraz o 13 grudnia 1981, nieodmiennie dziękuję Bogu za odwagę i poświęcenie Ryszarda Kuklińskiego.

Niczego nie jestem tak pewna, jak tego, że to dzięki Opatrzności i Niemu żyję. Mogłam urodzić synów, wychować ich i dziś czekać na kolejne wspólne Święta Bożego Narodzenia.
Bywają wydarzenia, których bieg zależy nie od milionów, lecz decyzji i determinacji jednego człowieka.

PS.
Tytuł notki pochodzi z ballady Władysława Walca „Abolicja” dedykowanej jednemu z internowanych w Kwidzynie Władkowi Kałudzińskiemu z Olsztyna
Słuchaczy niepoprawnego radia odsyłam do notki zamieszczonej w blogu www.mamakatarzyna.blogspot.com
Można tam wejść również przez stronę Nieznudzeni Polską www.nieznudzeni.pl


Umieszczam pod nią linki do tematu. Może uzupełnimy je razem? Może jakiemuś „Przemkowi” rozjaśnią w głowie i wyprostują kręgosłup?
________________________________________
Film „Gry wojenne” Dariusza Jabłońskiego

Artykuł Antoniego Dudka IPN „Bez pomocy nie damy rady”

Wypowiedź L. Wałęsy:
roty przysiąg żołnierskich

Moja poprzednia notka na temat Jaruzelskiego:

Przykład typowej dyskusji młodych o Ryszardzie Kuklińskim:

Książka, którą warto przeczytać:
Benjamin Weiser, Ryszard Kukliński Życie ściśle tajne, Świat Książki, Warszawa 2009

piątek, 4 grudnia 2009

Wszystko ma swój koniec


Moje pisanie w salonie 24 również dobiegło końca .

Znikam z salonu i zapraszam tu: http://nieznudzeni.pl/
Stamtąd jest wejście do mego salonu :-)
http://mamakatarzyna.blogspot.com/
A wszystko dzięki pomocy tego "AGREGATA" :-)
http://markd.pl/?p=18
Marku, dziękuję Ci. :-)


Swoją opinię na temat tego, co się stało, już wyraziłam. Jak można było się domyśleć, nie byłam ani czerwona, ani zielona, tylko niebieska, więc nie zasługiwałam na odpowiedź.
Pozdrawiam wszystkich moich Gości. Dzięki dyskusji z Wami moje widzenie świata znad zmywaka znacznie się poszerzyło.
Nie zmieniło się tylko jedno;
WARTO BYĆ SOBĄ, WARTO CENIĆ SIĘ. NIE WARTO IŚĆ NA KOMPROMIS ZE ZŁEM.

ŚWIAT JEST ZBYT PIĘKNY, A ŻYCIE ZBYT KRÓTKIE, BY GODZIĆ SIĘ NA TO, ŻE INNYCH BIJĄ, BO JESZCZE NIE MNIE.
Staram się, by mój zmywak był czysty i przezroczysty.
Czy mi się to udało ? Nie do mnie ocena należy.
mama Katarzyna

wtorek, 1 grudnia 2009

Nie pójdę do wyborów, bo nie będę miała wyboru

Długo to trwało, ale dotarła do mnie wreszcie świadomość, że moje poglądy nikogo tak naprawdę nie obchodzą.
Mogę myśleć, co chcę, robić też w miarę wolno mi wszystko pod warunkiem, że nie będę czepiać się Żydów za budowanie osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu i nie będę chciała leczyć homoseksualizmu. Wolno mi też wierzyć i wielbić Boga pod warunkiem, że nie będę się domagać krzyży w miejscu pracy i w szkole.
Ujdzie mi na sucho kilka wykroczeń drogowych, nawet, kto wie, może i jakie oszustwo podatkowe, ale nie wybaczą mi nazywanie aborcji zabijaniem dzieci poczętych, a eutanazję pozbywaniem się problemu ludzi starych i chorych. Szukanie źródeł tego prawa w nazizmie i komunizmie wywoła ostry sprzeciw i kto wie czy nie odbierze moim potomkom możliwości kariery w instytucjach Europy.

Warunków, pod jakimi mogę czuć się wolna w Unii, jest jeszcze kilka. Zatrzymam się przy jednym, najważniejszym, na razie, dla konstruktorów nowego porządku w świecie, bo stwarzającym pozory demokratycznego ładu.

Będę wolnym i prawym obywatelem już nie tylko Polski, ale i całej UE, jeśli wezmę udział w wyborach.
Tu nie ma wyjątków, jeśli odważę się powiedzieć głośno, że zbojkotuję proponowaną mi farsę wyborczą, oberwie mi się z każdej strony; i z prawa, i z lewa.

Niech tam. Bijcie mnie już dziś prawym czy lewym sierpowym, mnie tam już wszystko jedno. Nie jest mi natomiast, tak jak za komuny, wszystko jedno, kto i dlaczego robi ze mnie tępe narzędzie do osiągania politycznych celów.

Zniosłam już wiele zawodów i upokorzeń. Mam kaca moralnego do dziś wobec ludzi, których przekonywałam do głosowania na Wałęsę czy AWS.

Nie zrobię już nic więcej, mało tego, innym głośno powiem, dlaczego nie idę do wyborów. Mówię o tym już dziś i zdania nie zmienię, chyba że stanie się cud i zmieni się stosunek polityków do mnie.

Jako wyborca czuję się oszukana i zmanipulowana przez partię, na którą dwukrotnie głosowałam. Czuję się oszukana, bo zrobił ze mnie wała również prezydent. Między kim a kim będę więc wybierać?! I jakie ma znaczenie mój wybór, skoro w ważnych nie tylko dla mnie ale i moich wnuków sprawach po prostu okłamano mnie?

Nie zamierzam już przypominać punkt po punkcie kłamstw i obiecanek dotyczących traktatu lizbońskiego zarówno prezesa PiS jak i prezydenta. (O kłamstwach marszałka i premiera z PO nie wspominam, bo na nich nigdy nie liczyłam i na nich nie głosowałam, w niczym mnie więc nie zawiedli).
Każdy, kogo ten temat interesował, zna na pamięć kolejne wersje; staniemy się województwem, umowa w Juracie, podpiszę jak będzie ustawa kompetencyjna, oddamy do TK, by orzekł w sprawie zgodności traktatu z polską konstytucją… część posłów PiS zamierza oddać traktat do TK, ale prezes nie… itp itd.
Niedobrze się robi nie tyle od tych kłamstw, ile od pogardy wobec wyborców, których cynicznie ma się za idiotów z ostatnim stadium Alzheimera.

Skoro szef kancelarii prezydenta – Władysław Stasiak 28 listopada 2009 roku po prostu jakby nigdy nic ocenia skierowanie Traktatu Lizbońskiego do Trybunału Konstytucyjnego jako dobry pomysł i jednocześnie ubolewa, że pomyślano o tym zbyt późno,
to mamie Katarzynie pozostaje przy zmywaku już tylko bierny opór wobec tego, z czym się nie zgadza, co uważa za zdradę ojczyzny i demokracji, ale na co nie ma już żadnego wpływu.

Zbyt dobrze pamiętam farsę wyborów w PRL, abym teraz mogła sobie pozwolić na powtórkę. Jeśli mnie jako wyborcę nie szanuje się, to ja przynajmniej muszę szanować i cenić swój głos. Nie będę więcej maszynką do głosowania, którą odstawia się na strych zaraz po wyborach.

Dlaczego więc nie pójdę do wyborów? To proste i jasne.


NIE PÓJDĘ DO WYBORÓW, BO NIE BĘDĘ MIAŁA WYBORU

środa, 25 listopada 2009

My - Oni, a bohaterowie niemodni

Wystarczy podzielić i wszystko gra. Podział stary jak świat. Moje pokolenie na tym budowało swój patriotyczny kręgosłup. Każdy, kto mienił się opozycjonistą, słusznie czy nie, był „MY”. Każdy, kto wspierał służbą, działalnością polityczną, przynależnością do partii, ORMO, TPPR itd., komunistów, PRL, był „ONI”
My - patrioci, polska prawica, antykomuniści, monarchiści, tradycjonaliści, narodowcy.
Oni – komuchy, TW, esbecy, ubecy, sądowi mordercy, partyjne sprzedawczyki.
Oni – Żydzi, Niemcy, Ruscy.
My – Polacy
Oni – świat, który nie rozumie polskiej duszy, zdradził, oszukał
My – wiecznie między wrogami, biedni i cierpiący

Zakłócę społeczny mir, gdy stwierdzę, że podziały wcale nie są takie proste i jednoznaczne?

Mogłabym wiele przykładów dać ze swego otoczenia i swego życiorysu. Może jednak nie warto swojej miarki wielkości zmywaka przykładać do historii? :)

Historia naszego MY – ONI skupia się jak w soczewce w losach Emila Fieldorfa, Witolda Pileckiego czy Ryszarda Kuklińskiego.

Każda z tych postaci to złamany stereotyp podziału na MY –ONI. Każdy z nich był patriotą, ale żaden z nich nie doczekał się uznania całego narodu, ani też wszystkich jego przedstawicieli w wolnej, suwerennej podobno Polsce.
Gesty raczej wymuszone i teatralne, takie trochę czasem na odczepnego.
Warto natomiast przypomnieć, jaki naprawdę jest stosunek do polskich patriotów na przykładach z ostatnich miesięcy, a nawet dni.

Generał „Nil” – brak osądzenia katów. Nieważne, że zamordowano polskiego generała służącego Ojczyźnie w walce z okupantem. Istotne jest to, że trzeba by było w procesie ujawnić, iż oprawcami byli Żydzi - komuniści. Tak jakby Polacy o tym nie wiedzieli. :-)
„Przeważnie to byli sędziowie i prokuratorzy pochodzenia żydowskiego. Więc właściwie ja twierdzę, że gdyby mój ojciec był Żydem i Polacy by go tak skazali, to Polacy byliby już dawno osądzeni. A ponieważ jest odwrotnie, to niestety mamy to, co mamy”.
– powie córka Maria Fieldorf – Czerska w filmie „On wierzył w Polskę”.
Słowa te zmanipulował Ryszard Bugajski czyniąc z Pani Marii antysemitkę i musiał przeprosić.
http://wyborcza.pl/1,76842,6532430,Ryszard_Bugajski_do_Marii_Fieldorf_Czarskiej.html


Rotmistrz Witold Pilecki – Owszem, zrehabilitowany, odznaczony pośmiertnie, IPN wydał album z listą tych, którzy wydali na niego wyrok. W ostatnich dniach do zainteresowanych czytelników trafiła też książka Wiesława Jana Wysockiego „Rotmistrz Witold Pilecki 1901-1948”. Nadal jednak budzi niepokój i nie jest osobą, z której wszyscy Polacy są dumni. Czego symbolicznym dowodem niech będzie brak odpowiedzi większości europosłów na petycję Fundacji Paradis Judeorum
http://mementomori.salon24.pl/128730,numery-z-auschwitz-prosza-o-twoj-gest

oraz wrocławskiego skandalu. Dlaczego Wrocław nie chce Pileckiego? http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,78999,7277591,Rotmistrz_Pilecki_a_wroclawski_patriotyzm___polemika.html

Ryszard Kukliński – ta postać wydawałoby się nie powinna budzić żadnych emocji. Wprost przeciwnie. Można było oczekiwać od „Gazety Wyborczej” i całego salonu poprawnego politycznie entuzjastycznych artykułów na temat patriotyzmu w Ludowym Wojsku Polskim. Tam też walczono z komunizmem i o suwerenną Polskę.
Śledząc losy Ryszarda Kuklińskiego nie można temu zaprzeczyć.
A jednak. Z trudem wymuszony na polskich władzach proces rehabilitacyjny. Naciskom Brzezińskiego, ambasadora USA w Warszawie, głośnemu apelowi Zbigniewa Herberta nie oparł się jednak ani Miller, ani Kwaśniewski, choć to można by było jakoś jeszcze wytłumaczyć, ale nie kto inny tylko legenda, wódz, ten który podobno obalił komunizm -prezydent Lech Wałęsa.
A wielki „opozycjonista”, Adam Michnik pisze w czasie pierwszej wizyty Ryszarda Kuklińskiego w Polsce:
„Jeśli ten cały festiwal [towarzyszący wizycie Kuklińskiego] ma oznaczać, że stosunek do Kuklińskiego i amerykańskich służb specjalnych stanie się testem na patriotyzm Polaków, będzie to żałosny finał polskiego marzenia o wolności”
.

Michnik nie musiał się obawiać ostracyzmu ani w środowisku dziennikarskim, ani w opinii społecznej. W jednym z sondaży 46% respondentów uznało, że Kukliński „zdradził interesy państwa polskiego”, podczas gdy 16% uważało, że „zachował się jak patriota”. W sondażu tym 59% respondentów uznało wprowadzenie stanu wojennego za czyn patriotyczny, a tylko 15% za zdradę interesów Polski.

Nie mogę odmówić Michnikowi zdolności prorokowania. Tak. To prawda.
Ryszard Kukliński stał się testem polskiego patriotyzmu i miarą stopnia urzeczywistnienia marzeń o wolności. Podobnie jak generał Emil Fieldorf i rotmistrz Witold Pilecki.
Nie wiem, jakich dziś udzieliliby Polacy odpowiedzi na jego temat, ale wiem, że wciąż nie jesteśmy wolni, również dlatego, że tak do końca tej wolności wcale nie pragniemy. Film „Gry wojenne” Dariusza Jabłońskiego nie przebił się do powszechnej świadomości Polaków. Mimo zapowiedzi w wielu miastach nie mieli oni możliwości zapoznania się z tym dokumentem. Czy byliby jednak chętni do jego obejrzenia? A może przyniósłby kinom straty?

Podobnie jest z serialem. W okolicach godz. 23 Polacy na TVP 1 mogą w poniedziałki obejrzeć serial w pięciu odcinkach „Gry wojenne”,(pozostały jeszcze trzy).
Godziny jego emitowania nasuwają nieuchronnie pewne podejrzenie; wciąż o tym, kto jest bohaterem a kto nie, kto patriotą a kto zdrajcą nie decydują sami Polacy.

W tym wszystkim dręczy mnie szczególnie jedno pytanie. Czy podział na MY – ONI w tej sprawie przebiega na linii NARÓD – KOMUNIŚCI i ICH SPADKOBIERCY?

W jednej z przesyłek Ryszard Kukliński doniósł, że do generałów dotarła wreszcie świadomość, iż nie da się wprowadzić stanu wojennego i zlikwidować „Solidarności” bez choćby częściowego przyzwolenia społecznego.
Na to przyzwolenie ciężko pracowali reżimowi dziennikarze, politruki i agenci SB w strukturach „Solidarności”.
I przyzwolenie trwa do dziś, niestety, już nie tylko po „ICH” stronie ale i „NASZEJ”.

Czyżby bohaterowie byli już niemodni?