wtorek, 16 lutego 2010

Co powiemy ks. Jerzemu 6 czerwca?


Przez całe moje życie kazano mi wierzyć, tak – wierzyć, a nie poznawać, w nieomylne prawdy historyczne, społeczne, polityczne. Kiedy się buntowałam, mówiono mi, że „wolność jest zrozumieniem konieczności”.

Konieczna była cenzura, białe plamy w historii Polski i świata, konieczne były wyroki na kułakach i wrogach ludu, konieczny był mur w Berlinie i paszport tylko na demoludy, konieczna była Armia Czerwona w Polsce. Wszystko było koniecznością taką samą jak kuchnie bez okien, szare, ponure blokowiska, tajniacy na każdej imprezie, uroczystości kościelnej,  wycieczce, wczasach, konieczne były czołgi i śmierć „chuliganów” na ulicach Poznania, Gdańska.... Wszystko było konieczne.
Konieczne było milczenie o równaniu granicy na północy i wschodzie kraju, konieczne było zawłaszczenie przez Stalina Lwowa. Same konieczności. Kto ich nie pojął, miał nie tylko problemy on, ale i jego rodzina.

A jeśli mimo to szukał prawdy, a krąg szukających dzięki niemu powiększał się, mógł okazać się wrogiem konieczności do tego stopnia, że tracił życie.
A potem byli tacy, którzy kwitowali to jednym zdaniem, w którym zamykała się wszelka konieczność; A po co pchał się głupi do polityki!

Dziś jest inaczej, dziś nikt mi już nie mówi, że coś jest koniecznością. Dziś wszystko jest demokracją, wolnością i mam wybór. Jaki ten wybór jest? Wciąż ten sam; między PRAWDĄ a POLITYKĄ.

Myślę tak o tym i nie mogę się nadziwić, że nie tylko nie zdelegalizowano PZPR, nie zabroniono komunistom zrzeszania się pod inną pokrywką z wciąż tą samą zupą w garnku, ale dziwię się przede wszystkim temu, że dziś wolno im domagać się ukarania winnych emisji filmu o Jaruzelskim.
Nie mogę się nadziwić i pytam; Za co ginęły dzieci Lwowa, Warszawy, polscy oficerowie w Katyniu, za co zginął generał Emil Fieldorf,  Witold Pilecki, Danuta Siedzikówna, ppor. St.  Kuchcewicz,  żołnierze AK, Armii Andersa, Dywizji generała Maczka, Narodowych Sił Zbrojnych?
Dlaczego oddało swe życie  tysiące wywiezionych na Syberię i do Kazachstanu, pracujących w gułagach, zamęczonych w obozach koncentracyjnych, rozstrzelanych w enkawudowskich, gestapowskich i peerelowskich więzieniach, pomordowanych siekierami i spalonych na Kresach przez ukraińskich nazistów?
Jaki sens miała ich ofiara, skoro nad grobem w Katyniu stanie potomek ich morderców, a Bandera został bohaterem narodowym zaprzyjaźnionego państwa?
Jaki sens miała męczeńska śmierć ks. Jerzego, jeśli dziś zdrajcę ojczyzny broni prawo, a dla wielu ojczyna nie ma nawet dachu nad głową?
Jaki sens miały nasze solidarnościowe hasła, modlitwy za Ojczyznę, łzy i uniesienia przy każdej wizycie Jana Pawła II, kiedy polski Parlament, prezydent i rząd nie troszczą się o suwerenność Ojczyzny, nie dbają o jej obywateli, pozwalają na to, byśmy wciąż byli jedynie rynkiem zbytu dla zachodniej tandety?
Jaki sens miała nasza walka o godność człowieka pracującego, skoro  związki nie bronią godziwej zapłaty, kiedy nie ma na lekarstwa i szkoły?

Zastanawiam się; z czym my pójdziemy na Plac Marszałka Józefa Piłsudskiego 6 czerwca, co my powiemy ks. Jerzemu?
Wzruszymy się, zaśpiewamy „ Ojczyzno ma...” i wrócimy do swojej beznadziei, kłamstw i życia na kredyt?

wtorek, 9 lutego 2010

Jak długo nad Auschwitz - Birkenau zamiast modlitwy będzie unosić się propaganda?


Właściwie to już wszystko zrobiono; zrehabilitowano, odznaczono, uczczono. Nawet okolicznościowy album IPN wydał. I wszystko byłoby po Bożemu. Nikt nie zarzuci, że Witold Pilecki nie został zauważony, niedoceniony, nieuhonorowany. Nawet wojnę  o Bulwar Jego imieniem we Wrocławiu stoczono. Ale żeby zaraz monetę wybijać?! A jak się ona przypadkiem znajdzie w ręku młodej osoby z Izraela, gdy będzie chciała kupić sobie w Auschwitz jakąś pamiątkę, to co? Jak opowiedzieć jej, kim był  Pilecki?

Ot, zgryzota. I ja ją nawet rozumiem i współczuję ;((
Tyle pracy na darmo? Wszystkim było już wiadomo, że II wojna światowa wybuchła tylko po to, by rozwiązać problem żydowski. Czasem tylko w III Rzeszy urzędnikom myliły się naszywki i niektórym Żydom, zwłaszcza na początku organizowania „wolnej przestrzeni życiowej dla Niemców” przylepiano literkę „P”. Szybko jednak błąd naprawiono i ... wszyscy już wiedzą, że jeśli ginęli na ten przykład Polacy czy Cyganie to oni też byli Żydami. (Nie wierzycie? Przeczytajcie sobie komentarze w onecie pod artykułami dotyczącymi obchodów rocznicowych w Auschwitz).
Ech, tyle pieniędzy na tę edukację wydano, tyle zachodu, by utrzymać padające czasopisma, bo ludziska mają dość propagandy na temat antysemityzmu wyssanego z mlekiem matki i nikt już nie chce je kupować, nawet jeśli mają w stopce przymiotnik „katolicki”.

A tu patrzcie! Wyskoczył jakiś tam Michał Tyrpa ze swoją Fundacją „Paradis Judaeorum”.
Od dwóch lat z uporem maniaka nie pozwala zamknąć wstydliwego dla syjonistów żydowskich i bandziorów z UB  pod przewodnictwem NKWD i  PZPR (Czy odwrotnie? Sama już nie wiem) tematu.
Nie dość, że prowokuje samą nazwą Fundacji, bo niby co? Niby Polska to raj dla Żydów.? Bezczelne antysemickie kłamstwa!
Wszystkich dokumentów    historii Polski nie da się co prawda  zamknąć w sejfie, a żal, ale z tym rajem to już naprawdę przesada.  
Z  św. Maksymiliana Kolbego nie bardzo dało się zrobić antysemitę, bo uparł się i oddał życie dobrowolnie w Auschwitz, choć nie był Żydem.  Edyta Stein -  św. Teresa Benedykta od Krzyża też   poszła razem ze swoją siostrą  i innymi katolikami pochodzenia żydowskiego do gazu, by „cierpieć za swój lud” naśladując we wszystkim Chrystusa. Nie pomogły protesty i szukanie dziury w całym. Niby taki przyjacielski ten Jan Paweł II wobec Żydów, a nie ustąpił i  z Żydówki świętą zrobił. Z tym też już sobie poradziliśmy. Wydajemy pisma Edyty Stein i zapominamy dodać św. przed jej imieniem. Maleńka korekta a cieszy. A 8 sierpnia, rocznica  śmierci św. Edyty Stein, jako dzień modlitw za ofiary Holokaustu wciąż wypada nam z pamięci.

Najłatwiej to nam poszło z enkawudzistami żydowskimi, nikogo przepraszać nie musieliśmy jeszcze nas  przeproszono. Gorzej  wyszło z książką Grossa. Histerii antysemickiej nie udało się już na nowo rozpętać i trochę pieniędzy na chybioną kampanię zmarnowało się. A wszystko przez tego wrednego o. Tadeusza Rydzyka i profesora Jerzego Roberta  Nowaka.  Jednemu nawet  kontrole Urzędu Skarbowego nie zamknęły ust. Drugiemu sale zamykaliśmy, wykłady odwoływaliśmy, a on nic tylko swoje; Gross kłamie i już.

Jakoś te kłopoty same wciąż się mnożą  i trudno z ich rozwiązywaniem nadążyć. Bo na ten przykład, co zrobić w internecie z „Raportem”  Witolda Pileckiego i to, jakby tego mało było, również w wersji angielskiej? Jakieś wystawy urządzają w Europarlamencie i sesje naukowe! Ledwo dało się odwrócić uwagę  od pomysłu Fundacji ustanowienia,  by polski bohater, rotmistrz Witold Pilecki został patronem Międzynarodowego Dnia Bohaterów Walki z Totalitaryzmem.

Co to to nie! Wystarczy, że wygłupił się nieodpowiedzialnie prof. R.D. Foot i zaliczył Witolda Pileckiego do sześciu najodważniejszych ludzi II wojny światowej.

W samą porę przyszły wybory i parlamentarzystom Rotmistrz przestał być potrzebny,

Bieda jednak tylko przycupnęła, maluczko znowu się obudzi, bo wybory prezydenckie za pasem i z pewnością akcja we Wrocławiu nie pójdzie na marne.

A do tego jeszcze,  wredny Michał Tyrpa. Nie tylko już od grudnia trąbił na wszystkie strony świata, że NBP zamierza wydać okolicznościową monetę upamiętniającą wyzwolenie Auschwitz – Birkenau z podobizną rotmistrza Witolda Pileckiego, ale jeszcze przekablował  do ministra kultury i dziedzictwa narodowego na   Piotra Cywińskiego żądając jego dymisji ze stanowiska dyrektora Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau za sprzeciw wobec projektu Narodowego Banku Polskiego i nieudolne wypełnianie obowiązków.

To jeszcze nic, ale ten Prezes Fundacji to ma chyba jakieś wejścia do agencji informacyjnych, których my, o zgrozo, zlokalizować nie umiemy i wiadomość ta przedostała się do gazet.

Jak się jednak zaangażuje właściwe siły to i taki kłopot może być rozwiązany.

Nie wierzycie?  Sami sprawdźcie. Wczoraj było tak w Dzienniku Zachodnim:

Oświęcim: Dymisja za rotmistrza Pileckiego?


 A dziś jest tak:

Oświęcim: Broniąc rotmistrza, atakują dyrektora


Nie wiadomo jeszcze tylko, jak przekonać do likwidacji tych  nieodpowiedzialnych komentarzy, ale i to się da zrobić, w końcu komuś się pisanie głupich tekstów znudzi, no nie?
________________________________
Ps
Co do pointy notki jestem   przekonana, że na pewno da się zrobić, skoro  redaktor musiał zmienić tytuł, to i admin gazety internetowej też będzie musiał.
Dlatego,  tak na wszelki wypadek, nie tylko skopiowałam obie wiadomości i służę nimi, gdyby linki nagle przestały działać, bo admin musiał, ale i zamieszczam tu swój komentarz, który pod obiema wersjami umieściłam. Też na wszelki wypadek ;))

Oto on, dla wygody czytania sformatowany już tu w blogu:

09.02.10, 13:03:10
Pozostaje mi wkleić komentarz, który napisałam tu:


Z niepokojem obserwuję zawłaszczanie historii przez polityków. Pół biedy jeśli to dotyczy zwycięstwa np. pod Wiedniem, ale jeśli związane jest z tragedią, której uczestnicy jeszcze żyją?
Tak dzieje się w przypadku Auschwitz- Birkenau.
Skandaliczne izolowanie zwiedzającej młodzieży z Izraela od współczesnej Polski. Prowokacja związana z kradzieżą napisu nad bramą obozu. Organizowanie obchodów wyzwolenia więźniów obozu jako rocznicy tylko żydowskiej. Skandaliczne publikacje w gazetach izraelskich na temat Polaków, którzy byli podobno gorsi w Auschwitz niż Niemcy itd, itp.

Europa z  syndromem winy poradziła sobie. Lista oficjalnych gości na obchodach wyraźnie na to wskazuje. Współczucie się wyczerpało, jak powiedział onegdaj Żyd światowej sławy skrzypek Menuhin.
I tylko w Polsce są gorliwcy, którzy gotowi są służyć zakłamywaniu historii nawet wbrew oczywistym faktom. Dlatego nie wierzę ani jednemu słowu Jarosława Mensfelta.

Jeśli to jednak nieprawda, to kaliber postawionych zarzutów przez Fundację Paradis Judaeorum jest tak duży, że wymaga nie tylko odezwania się rzecznika, ale złożenia wyjaśnień przez samego dyrektora i reakcji ministerstwa

Tego skandalu nie da się wyrzucić za bramę obozu. Rozumiem, że Witold Pilecki i Jego raport może denerwować tych, którzy zawłaszczają sobie dla polityki, opartej o Holokaust, historii, ale sprzeciwianie się monecie, która ma upamiętnić bohaterstwo Rotmistrza jest już zbrodnią na Jego pamięci i na pamięci wszystkich pomordowanych:

„Łącznie nie zarejestrowanych i zarejestrowanych zginęło w przybliżeniu - 960 000 Żydów (...), około 70-75 000 ( 74 000) Polaków (...), 21 000 Cyganów (...), 15 000 radzieckich jeńców wojennych (...), 10-15 000 (12 000) zarejestrowanych więźniów innych narodowości (m.in. obywateli radzieckich - Białorusinów, Rosjan, Ukraińców, nadto Czechów, Jugosłowian, Francuzów, Niemców, Austriaków) ".
I nie są to dane z antyżydowskiej strony. To są liczby z


Nie w tym rzecz jednak, to nie licytacja. W obozie Niemcy zabijali ludzi. Czy tylko Żydzi są ludźmi?

Raport W. Pileckiego ujawnia niewygodną prawdę, że świat wiedział o obozie i nie zrobił nic, by skrócić cierpienie więźniów do końca wojny. Mało tego, ta wiedza o obozie była w zasięgu wywiadów zachodnich. Można ją było zdobyć i udowodnił to Rotmistrz.

Jak długo jeszcze nad Auschwitz - Birkenau zamiast modlitwy będzie unosić się propaganda? Czy temu ma służyć praca Muzeum i nieodpowiedzialne zachowanie dyrektora tego Muzeum?
Wciąż łudzę się, że Pan Michał Tyrpa i Jego Fundacja, Więźniowie oraz my wszyscy, zbulwersowani i dotknięci tą wiadomością otrzymamy przekonywujące wyjaśnienie nie tylko rzecznika Muzeum, ale również samego jej dyrektora.

niedziela, 7 lutego 2010

Kto popełnił błąd? – III część odcinka specjalnego; powstanie styczniowe


Jak niezniszczalny bumerang wciąż powraca pytanie czy powstanie styczniowe miało sens? Czy było tylko wojenną zawieruchą, nic nie znaczącą dla historii Europy, a wykrwawiającą i wyniszczającą bez potrzeby naród polski?

Michał Bobrzyński jako polityk, konserwatysta nie należał do entuzjastów zrywów zbrojnych Polaków wobec zaborców.
Tym bardziej jego ocena powstania styczniowego jako historyka jest warta uwagi i zatrzymania się na chwilę przed wydaniem ostatecznej odpowiedzi na to wciąż dzielące  Polaków pytanie.
Dziś trzeci i ostatni odcinek specjalny poświęcony powstaniu dotyczy błędów polityki międzynarodowej Anglii, Francji i Austrii, której konsekwencją była mocarstwowa polityka Bismarcka, potęga Prus i I wojna światowa.

Ofiarą tej polityki stał się naród polski. „Dziwić się nie można, że widząc trzy wielkie mocarstwa ujmujące się za jego sprawą, im zaufał, że zaufał poparciu, jakiego powstaniu użyczyła Austria, że zaufał głośnym oświadczeniom ministrów angielskich /.../ Napoleonowi, który stał u szczytu swej potęgi”. – pisze Michał Bobrzyński.

A jednak, mimo tej krytycznej opinii wobec błędów politycznej interwencji mocarstw,  pisarz nie pozostawia nas bez odpowiedzi na pytanie o sens powstania styczniowego i powstań w ogóle.Nie pomija też opisu tego, co działo się po upadku powstania styczniowego na ziemiach polskich w poszczególnych zaborach, a zwłaszcza rosyjskim oraz  na emigracji.

O tym jednak już w kolejnych odcinakach „Dziejów Polski”, w następną niedzielę, bowiem, wracamy  do historycznej opowieści, którą na chwilę przerwaliśmy przeskakując w czasie w związku z styczniową rocznicą.

 Do powstania styczniowego i oceny walki zbrojnej narodu polskiego o odrodzenie Ojczyzny wrócimy więc  jeszcze raz.
Niecierpliwych odsyłam do książki, jeśli będą mieli, podobne jak ja, szczęście i uda im się dotrzeć do wydania w II Rzeczpospolitej trzech tomów „Dziejów Polski’ Michała Bobrzyńskiego.

Nie odważę się tu zacytować w całości opinii Bobrzyńskiego, bo mogę stracić co gorętszych słuchaczy, a szkoda by było. :-)
Początek jednak mogę, czemu nie, może zachęcę tym do czytania?

W III tomie na stronie 270 czytam:
„... że chociaż powstania się nie powiodły i ciężkie sprowadziły na naród cierpienia, to jednak bez nich naród....”
I dalej: „Uwierzyć w tę apologię powstań mógł tylko ten, kto...”

Więcej nie napiszę. :-) Nie ma rady, albo cierpliwie czekać na kolejne odcinki i słuchać, słuchać  www.radiopl.pl albo trzeba sięgnąć do książki i samemu pokłócić się z Michałem Bobrzyńskim.

Ale ja polecam zdecydowanie lekturę przy komputerowych głośnikach i bardzo liczę, że słuchacze Niepoprawnego Radia również.
Już teraz pozdrawiam wszystkich serdecznie. Do usłyszenia wieczorem.

Ps.
Dodam, że cały program niedzielnej audycji będzie, jak zawsze na stronie  www.radiopl.pl
Gorąco polecam wszystkie audycje a nie tylko „Dzieje Polski”

poniedziałek, 1 lutego 2010

Bandera weźmie udział w „Euro 2012”


Pierwsza tura wyborów na Ukrainie jasno pokazała, że  ukraińscy nacjonaliści spod znaku OUN - UPA i Stepana Bandery są w mniejszości. Budowanie samoistnu Ukrainu na upiorach rezunów nie chwyciło. I nie mogło chwycić, bo Ukraińcy też byli w wielu wypadkach ofiarami noży, siekier i ognia banderowców.

Problem jednak nie skończył się, a właściwie dopiero się zaczął. Pokłosie wschodniej koncepcji politycznej, co do której zgoda panowała między L. Kaczyńskim, D.Tuskiem i R. Sikorskim, a entuzjastycznie wspierała ją „Gazeta Wyborcza”, będzie teraz  drapać po bezrozumnych mózgownicach, ku wielkiej radości Moskwy, jeszcze bardzo długo. W euforii z tego powodu są też  naszego chowu komuniści z SLD.
Bez prowokacji, bez wojny, będzie Rosja miała Ukrainę dla swoich celów. Nasi „mistrzowie” od polityki wschodniej podali ją na tacy.  Pełne uznanie dla ich szachowych umiejętności.;((

O prawdziwych problemach Ukrainy dowiadywali się tylko dociekliwi z czasopism, do których ani przeciętny Polak, ani Ukrainiec nie zagląda. Nam zafundowano spektakl na grobach pomordowanych.
Szkoda, że odbywa się on kosztem pojednania zwykłych obywateli; Polaków i Ukraińców.

Bo nam cynicznego teatru nie trzeba było,  brakowało tylko  paru istotnych działań i gestów, bez których  nie da się niczego zbudować. Miało być pojednanie; wspólna praca historyków, potępienie sprawców, słowo - przepraszam.  A mistrzostwa w piłce nożnej, tak jak pomarańczowa rewolucja, miały nas połączyć.
Zamiast tego będziemy mieli protesty i  dopóki nowy prezydent w imię sprawiedliwości dziejowej aktu Juszczenki nie uchyli, będą się nasilały. Jeśli tego  nie zrobi, to na pewno z premedytacją wykorzysta go do swojej kampanii wyborczej, a polaryzację opinii samych Ukraińców skrzętnie będzie podgrzewał niejeden raz. W Polsce będzie działo się to samo. Moskwa na pewno już się o to postara.

Nie trzeba być politologiem, by wiedzieć, że taka polityka była prezentem dla Putina. Rosja doskonale wiedziała, jak bolesnym problemem jest nierozliczenie rzezi na  Kresach II Rzeczpospolitej. Trzeba być kompletnym …. (nie ma tu odpowiedniego słowa), by budować relacje z Ukrainą na  przemilczaniu i akceptowaniu  odradzającego się rewizjonizmu ukraińskich nacjonalistów, których czepił się desperacko Juszczenko jak niegdyś Chmielnicki zaporoskich kozaków. Jak można było Ukraińcom proponować haniebną historię jako wzór dla budowy narodowej tożsamości?! Komu w ogóle ten pomysł zaświtał w głowie?

Jeśli do tego dodamy,  brak jednoznacznej reakcji na odznaczenie Romana Szuchewycza w 2007 r. tytułem Bohatera Ukrainy, cyniczne wykorzystanie 65 rocznicy  rzezi na Wołyniu do kampanii wyborczej do Europarlamentu przez PSL i akcję rozpędzania spotkań, sympozjów za przyzwoleniem, między innymi, Schetyny i poparciem ukraińskich posłów, milczenie prezydenta, premiera i MSZ wobec podpisania aktu odznaczenia  Bandery, nieodpowiedzialne wypowiedzi niektórych hierarchów kościelnych, honoris causa KUL dla Juszczenki, to nie prędko temat i problem zniknie. Jeszcze tylko brakuje nam beatyfikacji biskupa Szeptyckiego i rowy między Polską a Ukrainą będą nie do zakopania.

Dziś Kresowiaków postawiono pod ścianą.
Nie pozostawiono im żadnego wyboru. Jeśli nie zaprotestują, jeśli nie pokażą światu, że nie godzą się na to, by mordercy ogłaszani byli bohaterami narodowymi, to już nigdy  nikt nie dowie się o polskiej, ormiańskiej i żydowskiej tragedii. Zginęło 260 tys. obywateli polskich, zniszczono polską kulturę, jej zabytki, a kolejny bandyta  staje się bohaterem Ukrainy za przyzwoleniem Polaków?!
Europa musi się o tym wreszcie dowiedzieć dla dobra jej obywateli, którzy chyba nie bardzo  zdają sobie sprawę, że Bandery, OUN, UPA nie da się oddzielić od faszyzmu i nazizmu europejskiego. Oprócz  Mussoliniego i Hitlera był Dymytr Doncow, Stepan Bandera, Roman Szuchewycz, Galizien –SS i wykonawcy bestialskich, sadystycznych mordów, przy których gazowanie wydaje się litościwą śmiercią, jeśli w ogóle o litości może tu być mowa. Banderowcy prześcignęli swoich   niemieckich nauczycieli. Ostatnio pojawiła się nawet nikła szansa, że Europa wreszcie dowie się,  bo na odznaczenie Bandery zaprotestowali wreszcie Żydzi.
Lepszej okazji do protestu, który zostanie usłyszany, jak losowanie  grup eliminacyjnych  „Euro 2012” nie będzie. Problem w tym, że protesty te są również na rękę Janukowyczowi  oraz Rosji i wpisują się w kampanię wyborczą na Ukrainie.
Juszczenko  aktem nadania odznaczenia Bohatera Ukrainy St. Banderze faktycznie poparł w drugiej turze wyborów Janukowycza, budząc lęk przed nacjonalistami we wschodniej Ukrainie. Nienawiść do Tymoszenko odebrała mu instynkt samozachowawczy, czy też ktoś mu tę nieobliczalną w skutkach głupotę podsunął?
Nie ma to najmniejszego już znaczenia. Wzajemnych animozji, konfliktów i protestów nie da się uniknąć. 
Czy to wina  Kresowian, czy braku kompletnej odpowiedzialności polityków? Jeśli Kresowianie są wykorzystywani do wielkoruskiej polityki, to na pewno nie ich wina. Im nie pozostawiono wyboru.  

Jest na to jakaś rada? Oczywiście, że jest.
Gdyby to ode mnie zależało, zabroniłabym udziału w tych protestach jakimkolwiek politykom.
Pora by przestali wykorzystywać ludzkie tragedie, wojny i ludobójstwo do marketingu politycznego. Może lepiej niech zajmą się drogami, budową stadionów, likwidacją skutków srogiej zimy, służbą zdrowia? Tyle jest  pracy, nie ma potrzeby, by pojawiali się na demonstracjach. Do demonstrowania swoich opinii mają cały Parlament. Tam ich miejsce.

Pogoniwszy polityków, zaprosiłabym do wspólnych protestów Ukraińców. Zwykłych obywateli, mieszkańców Warmii, Mazur, Ziemi Lubuskiej, Pomorza, Dolnego Śląska … zapytała czy mają odwagę wspólnie zaprotestować przeciwko narzucaniu im bohaterów, którzy dokonują nowego podziału miedzy ludźmi, nie pozwalają ranom zabliźnić się, uczcić krzyżem swoich bliskich na grobach w ziemi ojców  i cieszyć się pokojem.

Życie jest zbyt krótkie i zbyt trudne, by budować je na nienawiści. Przyjaźni nie da się jednak w żaden sposób  pogodzić z ideologią  Dymitra Doncowa. Można ją tylko potępić, odrzucić i prosić Boga, by nigdy już nikt nie zdołał wychować żadnego Bandery ani dziś, ani jutro. Czy możliwe jest by była to wspólna modlitwa; Polaków i Ukraińców ponad głowami polityków polskich, ukraińskich  i Rosji?

Nie jestem naiwna, wiele widziałam i słyszałam, wychowałam się i żyję przecież wśród Ukraińców, ale mimo to, a może właśnie dlatego jestem przekonana, że jest ona możliwa.
Zanim to nastąpi, pozbierajmy wszystkie okruchy mrówczej pracy ludzi dobrej woli na rzecz pojednania i zabliźnienia ran.
Jeśli chodzi o mnie nazbierałam ich sporo  i zamierzam o nich mówić bardzo często, na przekór krótkowzrocznym politykom.

_____________________________________

Moje notki o problemie odradzającego się ukraińskiego nacjonalizmu:

sobota, 30 stycznia 2010

O co bili się Polacy? Powstanie styczniowe w opowieści Michała Bobrzyńskiego (Cz. 2)



„Wszystkie plany odbudowania Polski w drodze powstań podjęte od czasów zaborów, opierały się na przypuszczeniu, że do powstania porwie się cały naród dwudziestomilionowy w granicach pierwszego rozbioru …”
Już powstanie listopadowe pokazało, że plany te były złudne. Tym bardziej nadzieje takie po uwłaszczeniu chłopów na Litwie i południowej Rusi były nierealne w roku 1863  i nie mogli na nich opierać się ani powstańcy, ani kierujący walką Rząd Narodowy.

O co więc chodziło tym, którzy tę nierówną walkę w powstaniu styczniowym podjęli? Michał Bobrzyński pisze: „ …podjęto je jednak dla krwawego zaznaczenia polskości tych krajów  wobec państw, które do interwencji się posunęły”

Jak wielką cenę zapłaciła za to młodzież, ziemianie polscy, ich oficjaliści i służby, zaścianki na Litwie, inteligencja polska w miastach i miasteczkach oraz duchowieństwo, o tym opowiada autor „Dziejów Polski”  w 2 części odcinka specjalnego poświęconego powstaniu styczniowemu.
Opowieść ta łamie nasze stereotypy i prostuje obrazy powstałe w krzywym zwierciadle różnych politycznych i ideologicznych poglądów.
Posłuchajmy uważnie, zanim uwierzymy w owe „naukowe” sądy. Nie jest to przecież aż tak zamierzchła epoka, do której trzeba nam specjalnego klucza, by ją zrozumieć.
W naszych rodzinach przecież żyją, być może, jeszcze ci, którym dziadek czy babcia opowiadali o powstańczych bitwach i potyczkach, tłumaczyli, dlaczego ich rodziny znalazły się na Syberii, dlaczego stracili majątki, skąd w ich pamiątkach znalazły się   listy, fotografie i  reprodukcje rysunków Grottgera.
Ich opowiadania i „Dzieje Polski” Michała Bobrzyńskiego splatają się w całość historii naszej Ojczyzny, której cząstkę stanowimy dziś my.

Posłuchajmy….

Jak zwykle, nowe wydanie audycji Niepoprawnego radia jutro o 19-tej. Z całym programem będzie można zapoznać się na stronie radia www.radiopl.pl

Do usłyszenia w niedzielny wieczór.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Współczesny antysemita


Rano wszystkie internetowe wydania gazet zajarzyły się świętym oburzeniem. A oburzenie było tak święte, że tytuł w każdym wydaniu i w każdym portalu mógł być tylko jeden: 
 „Szoah  to żydowski wymysł”. Już wydawało się, że czeka biskupa Tadeusza Pieronka ekskomunika za te rewizjonistyczne sformułowania, ale nie. Tak koło południa wszystko się wyjaśniło.
Biskup Pieronek nie autoryzował swego wywiadu i nie zamierza się tłumaczyć  z tego, co powiedział. I tu akurat w pełni się z Nim zgadzam. Biskup powiedział to, co większość świata , a nie tylko Polski, myśli i nie ma co tematu więcej wałkować.

Dla Żydów liczy się hagada a nie historia, a że ona mija się z faktami? Któż by się tym przejmował, skoro to złoty interes?

I właściwie można by na tym poprzestać, gdyby nie możliwość konfrontacji informacji podanych w dziennikarskim newsie z  tekstem oryginalnym. Nie znam włoskiego, muszę więc z konieczności polegać na translatorze. Wrzuciłam tekst zamieszczony  w katolickim portalu http://www.pontifex.roma.it/index.php/interviste/religiosi/3531-pacifici-racconta-barzellette-la-polonia-non-e-antisemita-gli-israeliani-non-rispettano-i-diritti-umani-dei-palestinesi-la-shoa-non-e-solo-ebraica-ma-riguarda-cattolici-e-polacchi-israele-gode-di-buona-stampa-il-potere-economico

Każdy przeciętnie rozgarnięty internauta, bynajmniej nie poliglota, zrozumie sens wypowiedzi biskupa. Mnie zainteresowało zupełnie co innego niż dziennikarzy.

 "Wierzę, że dla właściwej i poważnej debaty historycznej, wolnej od uprzedzeń i kłamstw,  Żydzi powinni zastanowić się i zapytać: co zrobili Żydzi amerykańscy i sojusznicze siły zbrojne alianckie  w czasie wojny, aby uniknąć tej  tragedii?. Nic lub niewiele" .

Tak mogę przetłumaczyć ten fragment? Jeśli nie, to proszę mnie poprawić:
" credo che per un corretto e serio dibattito storico, libero da pregiudizi e vittimismi, gli ebrei dovrebbero chiedersi e domandarsi: che cosa fecero gli ebrei americani e le forze alleate in guerra per evitare quelle tragedie?. Poco o niente"

Wypowiedź biskupa Tadeusza Pieronka w tym fragmencie, którego dziennikarze zgodnie nie zauważyli, nie jest niczym nowym. Ameryki  nie odkrył, powtórzył tylko to, o czym doskonale wiedzą również ocalałe od zagłady ofiary.
Przypomnę tu wypowiedź sprzed dwu lat przewodniczącej  Centralnej Rady Żydów w Niemczech, Charlotty Knobloch w związku z wizytą amerykańskiego prezydenta George’a W. Bush’a w Yad Vashem

 "Państwa alianckie nie zrobiły dostatecznie wiele, by ocalić europejskich Żydów podczas Holocaustu” –stwierdziła.
"To Ameryka i inne kraje miały możliwość ocalenia Żydów" - powiedziała liderka wpływowej organizacji żydowskiej.  75-letnia Knobloch przyznała, że nadal pamięta, gdy jako dziecko bezskutecznie oczekiwała na otrzymanie wizy do USA. Podkreśla przy tym, że inne kraje, jak Wielka Brytania czy Szwajcaria też miały sposobność, by uratować ludzi, lecz nie zrobiły tego."
(Knobloch: Państwa alianckie nie chciały ratować Żydów z Holocaustu
KAI/J /008-01-21 /)

A już prawdziwą zagadką dla mnie jest tłumaczenie fragmentu zdania: " La shoa come tale é una invenzione ebraica,... (Shoah jako taka nie jest wynalazkiem żydowskim) jako "Szoah to żydowski wymysł".

Wyrwany z kontekstu, umieszczony w tytule jest tylko chwytliwym zabiegiem stylistycznym, by przyciągnąć, znudzonych żydowską tematyką na jedyną tylko słuszną nutę, czytelników czy manipulacją? Czemu miał służyć tytuł doniesień prasowych?

Właściwie powinnam zmilczeć i „zbytnim frasunkiem głowy sobie nie psować”, skoro wszystko  jest już tak rozwałkowane jak masa asfaltowa na drodze, że nic nie da się ani dodać, ani ująć. Skoro biskup Tadeusz Pieronek wolał nieco złagodzić swoją wypowiedź, to co mogę ja? Zmienię hagadę o holokauście? Wolne żarty.

Jeśli jednak  młodych, poruszonych dogłębnie niewyobrażalnym cierpieniem setek tysięcy ludzi w Auschwitz , nie przekonał „Raport” Witolda Pileckiego, który bez problemu można odnaleźć i przeczytać w blogu Michała Tyrpy,
to może zmusi do myślenia  polski pisarz,  Żyd Gustaw Herling - Grudziński w swoich  „Dziennikach pisanych nocą”, gdzie  przytacza opowieść Jerzego Stempowskiego z czasów wojny.

Na prośbę przyjaciół Żydów amerykańskich Jerzy Stempowski podejmuje w Szwajcarii udaną próbę wykupienia z gestapowskiego więzienia siedmiu Żydów.  Suma okupu, kusząca Niemców, była tak duża, że do owych siedmiu uratowanych dołączyli jeszcze trzech żydowskich więźniów z własnej inicjatywy.
Kiedy szczęśliwcy znaleźli  się na wolności, Jerzy Stempowski otrzymał chłodne podziękowanie kończące się postscriptum: „Kto pana prosił o dodatkowych trzech?”

Dlaczego tych trzech Żydów nie powinien był J. Stempowski ratować? Równie dobrze można zapytać. - A dlaczego nie ma prawie wcale w zbiorowej pamięci Żydów wymordowanych na Kresach II RP pod okupacją niemiecką?

Najbardziej lapidarną i jednocześnie najbardziej dosadną odpowiedź  daje Józef Mackiewicz w książce „Prawda w oczy nie kole”.
W rozdziale „Żydzi” obala mit potęgi i solidarności żydowskiej, czym podpadł zarówno węszącym w każdym goju antysemitę jak i autentycznym antysemitom.
„…opinia publiczna ustaliła, że międzynarodowe żydostwo to wielka, groźna potęga, która zniszczyć może świat cały./…/Tymczasem słabi i politowania godni są dla mnie Żydzi wśród poduszek rozgromionego getta. Nie wierzę w ich międzynarodowy patriotyzm, o którym hitlerowcy twierdzą, że zagraża światu. Nie wierzę w ogóle w ich patriotyzm, ani w ich osławioną solidarność. Są rozbici, pokłóceni i egoistyczni bardziej, niż jakikolwiek inny naród. Ich wszędobylskie interesy pochodzą stąd, że są rozproszeni. /…/W sierpniu 1914 pieło się po rosyjsku i nosiło „zaszczytnyj cwiet” dla mody. We wrześniu spotkali  „Toten huzarów” z kwiatami. W 1919 roku spotykali bolszewików. W 1939 znów spotykali bolszewików. Przez głupotę oczywiście. W miesiąc później cieszyli się z Litwinów.

Tylko Polaków nie spotykali z kwiatami, a właśnie w dawnej Polsce było im najlepiej. Dziś to powiedzą: „UJ, jak żiło się, jak żiło się! Jak u Pana Boga! Tk, tk, tk, co to biło za żicie, ach, ach! Temu żiciu ceny nie biło! – Ot jak. /…/Antysemici porównują Żyda do pasożyta. Nie wierzcie antysemitom. Raczej porównać go można do natrętnej muchy, która siada na rogi wołu i stamtąd ogłasza, jak w bajce La Fontaine’a: my orzemy” – tak pisał Józef Mackiewicz w 1942. Czy dziś  napisałby podobnie?
Nie mam na ten temat do końca wyrobionego zdania. Pocieszam się jednak, że to nie wszyscy Żydzi z holokaustu utworzyli nową, bardzo intratną religię. Zastąpili judaizm biblijny i rabiniczny religią zagłady, grzebiąc tym samym wspaniałą tradycję i kulturę diaspor żydowskich.

 Ksiądz Waldemar Chrostowski twierdzi, że dziś antysemitą jest nie ten, kto nie lubi Żydów, lecz ten, kogo nie lubią Żydzi.
 A ja mam swoją, zmywakową definicję i twierdzę(oczywiście na własny użytek, gdzież bym śmiała inaczej); antysemitą jest ten, kto nie chce być syjonistą lub syjonizm Izraela nie popiera i ośmiela się mówić o prawie Palestyńczyków do własnego państwa.  MOŻE BYĆ NIM KAŻDY, RÓWNIEŻ ŻYD.

A i jeszcze ten, kto nie chce amerykańskim organizacjom żydowskim płacić odszkodowań za zagładę braci, których oni ratować nie chcieli.
___________________________________________________________________________

A to linki do audycji w Niepoprawnym radiu  www.radiopl.pl
na powyższy temat.
Podaję je chronologicznie, od najstarszej:
Katarzyna - Kościół - Żydzi - Polska wywiad z ks. Waldemarem Chrostowskim -

Do środy można wysłuchać  audycję niedzielną:
Ksiądz prof. Waldemar Chrostowski o dialogu z Żydami -
Potem będzie można odnaleźć ją w archiwum radia i wysłuchać o dowolnej porze.

Na temat wywiadu wypowiedział się też Michał Tyrpa składając bp Tadeuszowi Pieronkowi podziękowanie za wypowiedź. „Bóg zapłać Biskupowi Pieronkowi”

sobota, 23 stycznia 2010

Michał Bobrzyński opowiada o powstaniu styczniowym


            Każdego roku w styczniu  Polacy przez dziesiątki lat wracali do historii zrywu ku wolności, jakim było powstanie styczniowe. Czy dziś też tak jest? Rocznicę wybuchu powstania zastąpił Dzień Dziadka.

Pamięć pokoleń jest krucha. Historia weryfikuje postawy i wybory.
A jak to widział Michał Bobrzyński, który wzrastał w atmosferze gorących sporów wokół oceny owych wyborów polskich patriotów, ale i zdrajców?

Pozostawiamy na  chwilę  Polskę Piastów widzianą oczyma historyka i polityka – konserwatysty, ostatniego Stańczyka Michała Bobrzyńskiego.


Nie sposób przypomnieć całości opisu przyczyn i skutków zbrojnego zrywu powstańczego. Słuchacze niepoprawnego radia będą mogli zapoznać się z nimi w kontynuowanym chronologicznym cyklu  odcinków „Dziejów Polski”.

W najbliższych, niedzielnych audycjach  w trzech częściach odcinka specjalnego  przedstawiamy jedynie obszerne fragmenty historii powstania styczniowego.
Posłuchajmy, www.radiopl.pl zaprasza na odcinki specjalne opowieści Michała Bobrzyńskiego o powstaniu styczniowym.
Odcinek 1.


poniedziałek, 18 stycznia 2010

Doda nie zaszkodzi prezydentowi


Prezydent chce ocieplić swój wizerunek. Prezydent wybrał się na bal, a Doda robiła głupie miny i go pocałowała. I powstał problem wagi państwowej; pomoże czy zaszkodzi to wizerunkowi prezydenta.
Fachowej analizy emocjonujących wydarzeń dokonał Eryk Mistewicz. Nie będę żabą, co nogę nadstawia, gdy konia kują i ową analizę pozostawię bez komentarza.
Ja tam widzę zupełnie co innego, gdy podnoszę głowę znad zmywaka. Nawet jeśli mój obraz jest skrzywiony i niereprezentatywny, to nie zaszkodzi ani nie pomoże prezydentowi. Jest on raczej smutną  oceną politycznej rzeczywistości, na którą naród nie ma większego wpływu tak samo, jak na chwyty marketingu politycznego serwowanego nam prosto z  salonów zachodnich. A że one do sytuacji Polski mają się jak pięść do nosa, to już raz spin doktorzy przekonali się w 2005 r. (Osobiście nie mam nic przeciwko temu, by i tym razem tak było).

Jeśli w obecnym wyścigu do prezydenckiego pałacu jednak owi spin doktorzy nie przegrają, to bynajmniej  nie dlatego, że prezydentowi Dodę wymyślili i ośmieszyli w narodzie głowę państwa. Nie bardzo wiem, co naród ostatnio czyta, ogląda i słucha, bo socjolodzy naukowe badania zdradzili już dawno dla polityki, ale na pewno opiniotwórcze gazety nie stanowią priorytetowego towaru przy zakupach. Co widać doskonale choćby po likwidacji punktu ich  sprzedaży w moim wiejskim sklepie.

             Lech Kaczyński nie przegra wyborów z powodu marketingowej laleczki, ściskającej prezydenta, gdy ten próbuje prowadzić ożywioną konwersację z dawno poślubioną i jedyną kobietą jego życia. Lech Kaczyński to nie Sarkozy, który wodził swoją ślubną na wiece, póki nie wygrał wyborów, a Polska to nie Francja. 
Lech Kaczyński swoje wybory dawno już przegrał, bo zdradził swój elektorat.  Ten elektorat nie wymagał od prezydenta cudów. Prezydent miał stać na straży polskiej racji stanu, po stronie spauperyzowanych, okradzionych z własnych miejsc pracy i wciąż oszukiwanych przy okazji każdych niby – reform; socjalnych, oświatowych, zdrowotnych czy podatkowych. Prezydent  miał bronić polskiej historii, tradycji i wartości z nich wyrosłych, miał strzec suwerenności Ojczyzny z takim trudem i poświęceniem odzyskanej.


Lech Kaczyński nie sprostał zadaniu. Sprzedał dla mętnej polityki, której cierpkie owoce zbiera właśnie dziś po wyborach na Ukrainie, cierpienie tysięcy Polaków  wciąż opłakujących swoje rodziny po ludobójstwie na Kresach. Wyparł się swoich rodaków, gdy oni tak bardzo na niego liczyli, wycofał się z obchodów 65 rocznicy rzezi na Wołyniu. Nie widział nic niestosownego, że przedstawiciel jego kancelarii w tym samy czasie bawi się na ukraińskim festiwalu w Sopocie. Wskrzeszanie nacjonalistycznych upiorów spod znaku Bandery nie przyniosły spodziewanych efektów. Nie  igrzysk, lecz chleba woła Ukraina. Doskonale to, niestety, umie wykorzystać  Rosja.
Za fiasko polityki skierowanej na  Ukrainę odpowiada rząd, ale to gesty prezydenta, sprawiające ból Polakom,  zabrały mu jakże oddany elektorat kombatantów i Kresowiaków. Mit wskrzesiciela polskiej historii, jaki powstał w związku z Powstaniem Warszawskim i honorowaniem autentycznych działaczy pierwszej „Solidarności” pękł jak mydlana bańka.  

Lech Kaczyński nie sprostał zadaniu  i zawiódł swój elektorat  nie dlatego, że pozwolił na zdjęcia z Dodą. Nie rozśmieszajmy Polaków takimi bzdurami, bo wcale im nie do śmiechu. Lech Kaczyński oszukał naród w najważniejszym;
PODPISAŁ    TRAKTAT LIZBOŃSKI, CHOĆ TWIERDZIŁ, ŻE BEZ USTAWY KOMPETENCYJNEJ GWARANTUJĄCEJ WYŻSZOŚĆ POLSKIEJ KONSTYTUCJI NAD TRAKTATEM, DOKUMENTU NIE PODPISZE.

Wiem, to nie prezydent zobowiązał się do tej ustawy, to premier zawarł dżentelmeńską umowę w Juracie i zobowiązał się do jej realizacji.
Prezydent bez tej ustawy nie miał jednak prawa podpisywać TL, a jednak to zrobił i do dziś nie przeszkadza mu, że ustawy nie ma. Liczy na amnezję swego elektoratu?    

Przez dłuższy czas sądziłam, że prezydent lawiruje, bo tego wymaga polityka, ale w sprawach pryncypialnych nie zawiedzie tych, którzy mu zaufali.
Dziś mogę z goryczą jedynie kontestować; prezydent nie sprostał zadaniu i nie widzę potrzeby wybierania między dżumą a cholerą. Dla przyszłości Polski nie ma najmniejszego znaczenia czy prezydentem będzie Tusk, Kaczyński czy Szmajdziński. Ci panowie różnią się jedynie retoryką skierowaną do swoich elektoratów.
Na to na pewno nie nabierze się już ktoś, kto stracił zaufanie, a do takich z pewnością należy większość elektoratu Lecha Kaczyńskiego.

Czy to znaczy, że dawni wyborcy Lecha Kaczyńskiego przeniosą swoje głosy na Tuska, a może na  Olechowskiego czy Nałęcza?
Chcielibyście, panowie, co? Marzy wam się taka sytuacja?  Pomarzyć zawsze wolno, czemu nie…;-)
Lech Kaczyński stracił zaufanie swego elektoratu, ale to nie znaczy, że wasi klienci je pozyskali. I powiem więcej.
Coraz bardziej jestem przekonana, że nie pozostaniemy w domach w dniu wyborów. Najgorsze bowiem, co mogłoby Polskę i Polaków teraz spotkać, to utwierdzenie się w przekonaniu, że polityka musi być brudna,  politycy to Rychu, Zdzichu czy Grzechu, a o wizerunku ich decyduje pocałunek Dody na policzku konkurenta.



wtorek, 12 stycznia 2010

Zasypał śnieg, zalała tandeta

Jeden nieuważny ślizg i … śnieg otula niczym puchowa kołdra. Narty nie czekały aż się z niego wygramolę, same się wypięły. Nad głową szumią sosny zdmuchując mi na twarz śniegową watę. Pies próbuje mnie zdopingować; radośnie merda ogonkiem i krótkimi łapkami wygrzebuje spod śniegu kijki. Głośnym szczekaniem namawia mnie na pozycję pionową. Jemu to dobrze ma cztery nóżki, poślizg mu nie grozi. Ale i on ma kłopot, co jakiś czas musi wygryzać sobie z nich śnieżne kule, które przeszkadzają w gonitwie za sarnami.
Patrzę w błękitne niebo, wciągam w płuca pachnące wilgocią powietrze. Zanosi się na odwilż czy jak? Zmarkotniałam, bo znowu narty pójdą do garażu, a mnie pozostaną kijki do udawania, że nordic working jest tak samo miłym sportem jak bieganie na nartach.

Rozmarzyłam się, zapatrzyłam w przeszłość. Ileż to już lat takiej frajdy? Podobna zima była wtedy, w 1978 r. Pięćdziesiąt metrów od nas morze śniegu i las, a my bezradni wróciliśmy z nieudanego spaceru. Zmywałam talerze po obiedzie i dumałam nad smutnym losem posiadacza nauczycielskiej pensji. W szufladzie leżały, co prawda, bony kredytu dla młodych małżeństw, ale niewiele ich było, a i one miały stać się kuchennymi meblami.
Desperacko machnęłam ścierką w miednicę wypełnioną wodą z pompy przed chwilą odmrożonej wiechciem palącej się słomy. (Do naszego wiejskiego mieszkania z nauczycielskiego przydziału cywilizacja w postaci wodociągu czy kanalizacji jeszcze wtedy nie zawitała. Zmywaka też nie było. Wtedy rozmyślało się nad miednicą, wiadrem lub szafelkiem ). I oświadczyłam niedawno poślubionemu.
- Jak sobie chcesz, ale ja sprzedaję sąsiadce bony i jutro jadę do miasta po narty. Meble będą musiały poczekać na odwilż.

Dwa razy nie musiałam powtarzać, niczego też nie musiałam wyjaśniać, ani do niczego przekonywać. Na małżeńskiej zgodności poglądów w tym temacie nie było najmniejszego pęknięcia czy zadrapania.
Tym sposobem sąsiadka mogła kupić sobie telewizor a my nasze drewniane, śladowe „polsporty”.

I tak jest do dziś. Każdego roku tęsknie wyglądamy obfitych opadów śniegu, które przykryłby korzenie na leśnych ścieżkach i górkach. Wieczorem z niepokojem obserwujemy za oknem termometr czy przypadkiem nie idzie ku odwilży.
Nie mogę się nadziwić. To nasze narty, buty wiązania, kijki mają już 32 lata?! Nic nie pękło, nic nie odpadło?!
Czy teraz też kupiłabym tak wytrzymały sprzęt sportowy?

Nie ma co zastanawiać się. Wyłażę z śniegowej zaspy i ku radości „dwarniaszki jamnikopodobnej” wracam do domu.
W przedpokoju potykam się o nowe buty, które nowymi pozostaną, jeśli nie chcę zbankrutować. „Salamander” sprzedał mi u progu zimy przepiękne kozaczki z miękkiej jedwabistej skórki. Noszę je jednak od wielkiego święta; fleki na obcasach wytrzymują tylko dwie wyprawy po sklepach. Ich wymiana kosztuje 15 zł. Obliczyłam, że do końca sezonu mogłabym sobie za nie z powodzeniem kupić kolejnego angielskiego bubla.
Odstawiam kozaczki i staram się odgonić niewesołe myśli gorącą pachnącą herbatą. „Biała dama” to ulubiona mieszanka zielonej herbaty. Ostatnio była niedostępna. Wreszcie przyszła nowa dostawa… Zapach i smak ten sam, tylko dlaczego wciąż pluję całymi gałązkami herbaty? O, o! ta to nawet na herbaciany konar wygląda. Czy to w ramach obniżania kosztów produkcji poczęstowano mnie nim?

Co tam buty, herbata. Ja mogę tu zacytować całą wielką listę bubli, tandety, którą obdarowują mnie już nie tylko zachodnie czy chińskie firmy. Polski znak jakości też już stał się jedynie symbolicznym znakiem.
Przekonuję się o tym za każdym razem, gdy próbuję wymienić nadwyrężone czasem garnki, łyżki, tarkę do warzyw, baterię w łazience… Kiedyś moje świąteczne obrusy były śnieżnobiałe, choć adamaszek pamiętał mój rodzinny dom. Kiedy postanowiłam je wymienić, okazało się, że dzisiejsze płótno nie wybielisz zwykłym gotowaniem. Syntetyczne dodatki szybko zamieniły biel na beznadziejną szarość.

Gorzko wzdychając nad tandetnym światem ludzi, szukam pozytywów. Wreszcie wszystko wróciło do normy, myślę sobie. Nie ma obaw; już żaden mebel, żaden sprzęt kuchenny, żadna zastawa, ręczniki, pościel nie przeżyją właściciela.
Wreszcie marketing jest na swoim miejscu. Nie po to bowiem powstała reklama, by nas przekonać do dobrego zakupu, poinformować o świetnej jakości towaru. Co to, to nie! Za to nikt specjalistom od wciskania kitu nie płaci. Im płaci się za ilość wciśniętej tandety.

Kiedyś, gdy nie można było otworzyć konserwy, żartowaliśmy; ruska stal, gniotsia, nie łamiotsia.
A dziś? Dziś mówią mi.
- Nie narzekaj, gdyby nasze „Franie” wciąż prały, kto kupiłby dzisiejsze „zanusko-boskie” pralki? Jeśli nie wierzyłabyś reklamie, to wiesz, ilu ludzi dziś byłoby bezrobotnych?! Przecież oni studia kończyli, byś ty mogła tandetą otoczyć się z własnej nie przymuszonej woli!

Może i racja, może niepotrzebnie trzymam w garażu trzydziestoletnie narty, może dawno powinnam szpanować w plastikowych „sanmarkach” i zamiast liczyć szyszki na moich sosnach, bywać na „bananowo-orczykowych” trasach zjazdowych przynajmniej w Zakopanem?
Niestety i z tym może być problem, bo do światowej tandety dołączyła polska kolej. By dostać się z Warmii do Zakopanego muszę czekać na odwilż. A jak będzie odwilż, to po co mi Zakopane?

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Bohater narodowy na służbie u polityków?



„Jest bohaterem, na którego zasługujemy, ale którego w tej chwili nie potrzebujemy” . Taką odpowiedź otrzymuje  dzieciak z filmu „Mroczny rycerz”.

Nie jestem w wieku fanów Christiana Bale, ale, przyznam, że ta  pointa mnie zaciekawiła.
Jakiż to skok. Dawny Joker, w którego wcielił się onegdaj Jack Nicolson, już teraz nie ginie z rąk Batmana, a Batman nie staje się bohaterem. Ratuje ludzi przed brakiem nadziei i wiary w zwycięstwo dobra biorąc na siebie hańbę zła czynionego z zemsty przez nieskazitelnego i niezłomnego dotąd prokuratora. Zamiast wdzięczności i pomników bohatera czeka go list gończy i pościg. Tego nie może pojąć dziecko, ale dorosły bez zmrużenia oka, bez protestu przyjmuje do wiadomości ów fakt.

Czy można sobie wyobrazić większy paradoks politycznej i moralnej schizofrenii społecznej?! Godzimy się na zło, nie wierzymy w możliwość całkowitego jego pokonania, a jednocześnie pragniemy ułudy zwycięstwa nad nim i dla tej ułudy gotowiśmy poświęcić bohaterów, którzy walczą ze złem.
Widać mam mentalność dziecka i chyba już nigdy nie dorosnę, bo nie przyjmuję tej logiki rozumowania. Doskonale mi ona jednak wyjaśnia  powojenne losy Żołnierzy Wyklętych, a wśród nich rotmistrza Witolda Pileckiego.

Jego życiorys przez dziesiątki lat był doskonałą ilustracją „bohatera, na którego zasługujemy, ale którego w tej chwili nie potrzebujemy”.
Nie był potrzebny nikomu, nawet   kombatantom AK czy NSZ. Był bowiem dla niektórych z nich bolesnym wyrzutem ich słabości w pogodzeniu się z losem ojczyzny sprzedanej komunistom.
Nie chciały go znać organizacje żydowskie, bo jego „Raport” nie pasował  do czarno-białego mitu  kata i ofiary, nie mieścił się w „ideologii przedsiębiorstwa” zbudowanego cynicznie na  Holokauście.

O jego świętości i niezłomnej wierze, która pozwoliła mu przetrwać więzienny koszmar i do ostatka bronić honoru polskiego żołnierza, nie wspominali duchowni hierarchowie w czasie patriotycznych nabożeństw, choć przykład jego życia doskonale nadawał się do krzewienia miłości do Boga, Kościoła  i Ojczyzny zarówno w mrocznych czasach PRL jak i w III Rzeczpospolitej.
Wszyscy jednak spaliśmy spokojnie, bo niepamięci winni byli nie Polacy, lecz system, który go osądził i zamordował. Dzięki, między innymi publikacji IPN, znamy już   nazwiska i twarze zleceniodawców i wykonawców mordu sądowego w starej kotłowni więzienia mokotowskiego wieczorem 25 maja 1948 strzałem w tył głowy. Wiemy też o roli, jaką odegrał Józef Cyrankiewicz w blokowaniu ułaskawienia,  a potem po roku 1956, rehabilitacji Rotmistrza.
Sporo nagromadziło się już informacji, wiedzy, publikacji na ten temat. Nadano Rotmistrzowi pośmiertne odznaczenia i imię Witolda Pileckiego  niektórym szkołom, ulicom i placom.

Coraz więcej ludzi ma świadomość, że rotmistrz Witold Pilecki to bohater, na którego zasługują nie tylko Polacy ale i Europa.

Nieocenione w tym zasługi położyła Fundacja Paradis Judaeorum i jej prezes Michał Tyrpa. Raport Witolda Pileckiego można dzięki Fundacji przeczytać również w języku angielskim. http://witoldsreport.blogspot.com/

Dzięki akcji tejże Fundacji „Przypomnijmy o Rotmistrzu”, której znaczek widnieje również na moim blogu, mogli zapoznać się z naszym niezłomnym bohaterem europarlamentarzyści nie tylko polscy.
Petycja w sprawie pomocy w  ustanowieniu rocznicy śmierci rtm. Pileckiego europejskim Dniem Bohaterów Walki z Totalitaryzmem – wciąż zmusza do działania i każe się posłom  określić. ( http://www.petycje.pl/4376 )
Nie da się bowiem udawać polskiego patrioty i jednocześnie milczeć w sprawie petycji, nie podpisać jej, nie wesprzeć działaniem.

Prezentem dla Polaków może być wiadomość, że moneta z wizerunkiem Witolda Pileckiego upamiętni 65 rocznicę oswobodzenia Auschwitz.

Głośna akcja wrocławskiego projektu obywatelskiego z inicjatywy radnych PiS „TAK dla Pileckiego!” http://takdlapileckiego.pl/, której logo widnieje na wielu internetowych stronach i portalach (także u mnie  i na stronie www.radiopl.pl )  również jest papierkiem lakmusowym polskich patriotów.

W czym więc problem, gdzie widzę dziurę w całym? Powinnam się cieszyć z  tych faktów. Pamięci narodowej nie przywróci się przecież z dnia na dzień. Wymaga to wspólnego wysiłku wszystkich patriotycznych i naukowych środowisk nie tylko w sprawie Witolda Pileckiego.  Na przywrócenie polskiej historii wciąż czekają inni Żołnierze Wyklęci. http://podziemiezbrojne.blox.pl/html


Podkreśliłam „wspólnego”, bo coraz bardziej jest mi smutno i coraz więcej mam wątpliwości czy w akcjach polityków chodzi o przywrócenie Polakom bohatera, na jakiego zasługują, czy też może tylko o instrumentalne jego wykorzystanie , bo już go niektórzy potrzebują.
To, że naród Go potrzebuje, nikt nie powinien mieć wątpliwości, ale dlaczego nagle politycy tak bardzo Nim się interesują?

Mam swoją na ten temat teorię. Witolda Pileckiego potrzebują politycy, bo zauważyli, że Polacy coraz więcej o nim wiedzą i coraz częściej wyrażają swoje oburzenie, że do tej pory nie przywrócono mu w narodowej pamięci należytego miejsca.
Ale jak to w polityce bywa, bardzo chcą jednocześnie, by to oni byli autorami pomysłów na przywracanie tej pamięci. (Przekonał się o tym Michał Tyrpa o czym pisze choćby w najnowszej notce http://mementomori.salon24.pl/147810,publicystom-rzeczpospolitej )

Dwoją się i troją nad ich urzeczywistnianiem, nieustannie sprawdzając czy im słupki już podrosły, czy jeszcze muszą wymyślić coś nowego. Bywa, że wykorzystują do tego instytucje, które powinny służyć pamięci narodowej, jak choćby IPN.

Czy moja teoria jest słuszna? A jeśli tak, to czy to źle, że bohaterstwo tego Niezłomnego Żołnierza służy również polskiej polityce?
Nie wiem, jeszcze nie wiem, ale tak sobie rozmyślam, że moją niepewność wkrótce rozwieją  zbliżające się wybory prezydenckie.