czwartek, 9 września 2010

Wścieklizna polityczna


Wścieklizna polityczna w Polsce, jak się wyraził Ryszard Legutko, trawa w najlepsze. Każdy z blogerów ma na ten temat swoje zdanie. Nasz chór odwołujący się do racji stanu czy choćby zwykłej przyzwoitości i rozsądku niewiele znaczy. I tak, w mediach, tzw. wiodących, będzie się z całą bezwzględnością  wściekliznę  tę hołubić i zarażać nią kogo się da.

W XX wieku zmasowana propaganda służyła budowie potęgi władzy totalitarnej mającej zawładnąć światem. Trzeba było zapanować nad umysłami obywateli i uśpić czujność opinii międzynarodowej. Dzisiejsza propaganda, szumnie nazywana piarem, nie tylko w Polsce, stawia sobie za cel zdobycie władzy za wszelką cenę, nawet za cenę demontażu państwa. Do tego celu potrzebne są nasze emocje. Umysł, doświadczenie, rozsądek - są tu zbędne. Ale siła destrukcji jest ta sama i tak samo groźna, choć trudno jeszcze nam w to uwierzyć.

Cóż może na to zwykły bloger? Może szukać tych, których z racji swej pozycji i  autorytetu  głos się liczy, którzy wyjaśnią, co naprawdę dzieje się w naszym kraju i czym to grozi. Do takich z pewnością należy prof. Zdzisław Krasnodębski.

Z ogromnym żalem ostatnio odnotowywałam brak dostępu do jego artykułów i esejów. Rzepa bowiem wprowadziła opłatę za dostęp do nich. A mnie na to, zwyczajnie,  nie stać z nauczycielskiej emerytury.

I wreszcie coś i dla takich „bidniaków” jak ja kapnęło. W internetowym wydaniu Rzeczpospolitej z dnia 7 września br. ukazał się artykuł Zdzisława Krasnodębskiego Skazani na urawniłowkę? http://www.rp.pl/artykul/532350-Skazani-na--urawnilowke-.html
Dziwnie cichutko wokół niego, choć trudno się dziwić, kiedy się go przeczyta. Pomyślałam sobie, że warto, by zapoznali się z opinią Profesora również słuchacze Niepoprawnego Radia, bo starczy jego wymowa za opinię wielu blogerów. Zdzisław Krasnodębski  nie pozostawia nam złudzeń. Zresztą posłuchajmy sami;

w dzisiejszym, wieczornym - 144 wydaniu czwartkowej audycji Niepoprawnego Radia www.radiopl.pl

środa, 1 września 2010

Godziwe wynagrodzenie po polsku


"Praca to nie jest coś, co można traktować jako koszt, który należy redukować. Prawa pracownicze to nie jest coś, co jest kosztem nieuzasadnionym, jak dzisiaj wielu mówi".
Prawa pracownicze, umowa o pracę, ubezpieczenia, prawa wolnych związków zawodowych, to "taka sama część naszej cywilizacji, jak spółka akcyjna, spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, jak akcja, jak giełda - instytucje, które zdołały stworzyć współczesny kapitalizm i gigantyczny sukces gospodarczy".

Gdzieś nam ta prawda w III RP umknęła. Jarosław Kaczyński przypomniał ją w swoim przemówieniu na Zjeździe „Solidarności z okazji 30 rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych , ale w ferworze cytowania przez wszystkie media krzyku tramwajarki została zagłuszona. A szkoda, bo rocznica Porozumień powinna być okazją do społecznej debaty nad rolą związków zawodowych w dzisiejszym świecie, a w Polsce w szczególności.


Któż z nas, pobierający edukację w PRL, nie wzruszał się ciężką dolą chłopa i wyzyskiem robotnika. Krwiożerczy burżuj, kapitalista wysysał krew, odbierał godność, zabierał nadzieję. Może jeszcze niektórzy z nas pamiętają obowiązkową lekturę Igora Newerlego „Pamiątka z Celulozy”. Było tych lektur więcej i wydawały się nam one tanią propagandą. Z pewnością taki miały cel, ale opisy nędzy nie odbiegały od rzeczywistości.
Opisy warunków pracy w XIX - wiecznych fabrykach, a potem początków XX  wieku, znajdziemy też w podręcznikach.
W tamtych czasach robotnicy zmuszeni byli zgadzać się na wszystkie warunki pracy, jak i wynagrodzenia, oferowane im przez pracodawców. Do ciężkiej pracy (12-16 godzinnej), w niszczących zdrowie warunkach, zatrudniano nawet dzieci. Na miejsce chorego robotnika stały w kolejce setki innych bezrobotnych przybyłych ze wsi.
Dla właścicieli liczył się tylko zysk i to szybki. To właśnie w wyniku tzw. dzikiego kapitalizmu narodziły się związki zawodowe.
I pomyśleć, że dziś, zdaje się, jesteśmy prawie w tym samy miejscu. Praca stała się bezosobowym towarem, a ci, którzy jej nie mają w opinii pracodawców są mało mobilni, źle wykształceni, leniwi i nastawieni na roszczenia. Bez zmrużenia oka przełykamy formułki typu; to normalne, że płace są niskie, bo konkurencja, wymaga obniżenia kosztów produkcji. Tak funkcjonuje kapitalizm. Dodajmy od siebie – dziki kapitalizm, przenoszony z krajów wysoko rozwiniętych tam, gdzie pracownika można traktować jak maszynę produkcyjną i po zużyciu wyrzucić na śmietnik.
Czy tak Polska jest traktowana?
Na to pytanie właśnie związki zawodowe, opierając się o gruntowną wiedzę socjologiczną i ekonomiczną, powinny nam odpowiedzieć.
Tymczasem przez 20 lat nawet nie udało się  nikomu ustalić koszyka minimum socjalnego, ba, nawet zapomniano już o takiej potrzebie.
Czy jeszcze pamiętamy, co oznacza termin godziwe wynagrodzenie? A przecież nie jest to termin tylko etyczny, ma on swoje umocowanie w prawie międzynarodowym.
Art.4 Europejskiej Karty Społecznej z 1961 r., którą Polska podpisała w listopadzie 1991 r., w momencie wstępowania do Rady Europy, jasno określa, co znaczy uznać prawo pracownika do godziwego wynagrodzenia. Oznacza to, ni mniej ni więcej, tylko:
  • uznać prawo pracowników do takiego wynagrodzenia, które zapewni im i ich rodzinom godziwy poziom życia;
  • uznać prawo pracowników do zwiększonej stawki wynagrodzenia za pracę w godzinach nadliczbowych, z zastrzeżeniem wyjątków w przypadkach szczególnych;
  • uznać prawo pracowników, mężczyzn i kobiet, do jednakowego wynagrodzenia za pracę jednakowej wartości;
  • uznać prawo wszystkich pracowników do rozsądnego okresu wypowiedzenia w razie zwolnienia z pracy;
  • zezwolić na dokonywanie potrąceń z wynagrodzeń tylko na warunkach i w zakresie przewidzianym w ustawodawstwie krajowym lub ustalonym w układach zbiorowych pracy lub w orzeczeniach arbitrażowych.
Na straży owego godziwego wynagrodzenia, które powinno starczyć nie tylko pracownikowi ale i jego rodzinie powinny stać związki zawodowe.
Czy można opłacić czynsz, dojazdy do pracy, energię, zakupić żywność, opał, lekarstwa, ubranie, wyprawki do szkoły za płacę minimalną? O rozrywce, urlopie, nawet nie wspominam.
A od tej płacy liczone  są podatki i wszystkie składki, w tym emerytalne i zdrowotne.  Resztę niektórzy pracownicy, poza budżetówką, dostają pod stołem. Czy można się dziwić, że budżet cienko przędzie a zadłużenie państwa rośnie? Skoro z płacy minimalnej nie może utrzymać się pracownik, to jakim cudem miałoby utrzymać się państwo?
Czy możliwe jest przecięcie tego węzła gordyjskiego? I na to pytanie też powinny szukać odpowiedzi związki.
A jeśli znajdą, jeśli będą chcieli wyegzekwować to prawo? Czy będą  chętni i zdeterminowani jak stoczniowcy w 1980 r.? Czy znajdą się też chętni, tak jak wtedy, pracownicy innych zakładów w całej Polsce do poparcia ich? Ilu nas wtedy będzie?
Problem liczebności związków zawodowych nie jest tylko problemem polskim. Zrzeszonych w nich Polaków jest zaledwie 15%. Jesteśmy na czwartym miejscu od końca  wśród krajów UE. Są jednak gorsi od nas. W Europie najmniej związkowców jest we Francji – 8%. A jednak raz po raz czytamy: francuskie związki zawodowe rozpoczęły ogólnokrajowy strajk przeciwko
I za każdym razem tysiące pracowników opuszcza stanowiska pracy, by bronić swoich praw. Nie wiem czy tupią na nich tak jak w Polsce, że mieszają się do polityki, są destrukcyjne i hamujące rozwój gospodarki. Wiem jednak, że centrale związkowe we Francji mają swoją siłę niezależnie od liczebności i są skuteczne. Może każdy pilnuje tam swego? Może nie martwią się  o pracodawcę, kryzys, rząd, tylko robią to, do czego zostały powołane? Bronią praw pracowniczych, negocjują, opiniują, a jak to nie skutkuje po prostu strajkują.
Czy w Polsce takie silne związki są możliwe? Czy są potrzebne? Skąd mam wiedzieć, kiedy same związki nie są zainteresowane tym, by do pracowników trafić?
Z kolportażem krucho, z wykorzystaniem Internetu jeszcze gorzej. Z trafieniem do pracowników w konkretnych zakładach pracy całkiem kiepsko.
Siłę związku mierzy się masowością i determinacją działania. Ale jest i jeszcze coś, o czym niechętnie mówimy.
W roku 1980 mogłam ja i inni związkowcy liczyć, że w przypadku szykan nie zostaniemy bez pomocy. Jeśli wyrzucą nas z pracy, nie umrzemy z głodu, jeśli aresztują, rodziną zajmą się przyjaciele. A jak jest teraz?
Pod koniec lat 90-tych poprosiły mnie koleżanki o założenie komisji zakładowej w kuratorium oświaty. Zgodziłam się pod jednym warunkiem, że zrobimy to natychmiast, by kierownictwo nie miało wpływu na wybór prezydium.
Liczba chętnych w tym  momencie stopniała w błyskawicznym tempie. Dlaczego to wspominam? Bo tak sobie myślę, że jedną z pierwszych poprawek w związkowym statucie powinien być zakaz kierowania komisją zakładową przez członka związku, który bezpośrednio podlega szefowi. Czy można sobie bowiem wyobrazić sprawnie działającą organizację zakładową  z przewodniczącym, który jest kierowcą szefa?
Potrzebę istnienia związków zawodowych jako reprezentacji pracowników najemnych uzasadniał już w XVIII wieku klasyk ekonomii Adam Smith. I co ciekawe, nie oddzielał on pracy ludzkiej od osoby, a rozwój społeczeństwa wyprowadzał od psychologicznej zdolności człowieka do empatii. To, zdaniem Smitha, ludzka zdolność do zrozumienia potrzeb innych i zaspokajania tych potrzeb na drodze wymiany towarów i usług doprowadziła do rozwoju cywilizacji.
Po wiekach przypomniał nam sens i wartość ludzkiej pracy Jan Paweł II. Cytujemy Jego słowa, powtarzamy, ale nic z tego nie wynika, albo bardzo niewiele.
Śmialiśmy się kiedyś z roli związku zawodowego za komuny; szef pilnie opiniował zarządzenia kierownictwa, dopingował do pracy, w nagrodę dostawał talon na malucha, albo wczasy. Pokornym związkowcom też się czasem i coś dostało, w najgorszym wypadku worek cebuli  lub ziemniaków jesienią.
Dziś związki w prywatnych firmach są rzadkością, dba o to  właściciel, po co mu kłopot? W firmach państwowych najważniejszą troską zdaje się być utrzymanie liczby członków tak, aby były etaty dla związku. Jak przewodniczący fika, to następnego dnia w prasie wylicza mu się, ile zarabia i gościu cichnie.
Owszem, pracują sekcje regionalne i krajowe, biorą udział, jak ich zaproszą, w pracach komisji trójstronnej i … w końcu bez szemrania godzą się na kolejne wykreślenie z Kodeksu Pracy prawa pracowniczego, a komisje zakładowe niedługo już będą ograniczać się do dzielenia paczek świątecznych.
Czyżbyśmy zatoczyli koło i cofnęli się do związków PRL?
Dobrze się stało, że Jarosław Kaczyński  przypomniał nam o roli i miejscu związków zawodowych, ale bez pracy nad ich reformą, ciężkiej harówy, jakiej kiedyś dokonali szeregowi działacze z 1980 r., skazani będziemy na kolejne wspominanie, jak to kiedyś pięknie było. A 40 rocznica podpisania Porozumień Sierpniowych niewiele będzie się różnić od obecnej. I żadne to dla mego pokolenia pocieszenie, że prawdopodobnie wielu z nas będzie już świętować w lepszym, Bożym świecie.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Każde miasto ma swoje „szubienice”


Pomnik nagrobny czy pomnik dla uczczenia pamięci? „Pomnik hańba” czy szacunek dla poległych? Taką oto awanturę zafundował nam prezydent – patriota zapowiadający nową jakość w przywracaniu pamięci. Pierwszą próbę mamy już za sobą. Na szczęście jeszcze nie całkiem zgłupieliśmy i dzięki temu buńczuczna zapowiedź Andrzeja Kunerta nie doszła do skutku. „Zbliżająca się 90-ta rocznica Bitwy Warszawskiej 1920 r. powinna otrzymać wyjątkową, szczególnie uroczystą oprawę. Dążąc do nadania nowej wartości obchodom rocznicowym najwyższe władze państwowe podniosły ideę zaproszenia na planowane uroczystości przedstawicieli strony rosyjskiej”. - napisał szef Rady Pamięci Narodowej do burmistrza Wołomina. http://bit.ly/dAdY1y  http://szeremietiew.blox.pl/2010/08/Bolszewikom-swieczke-a-Polakom-ogarek.html

Nie o tym chcę jednak rzec dziś. Zgadzam się bowiem całkowicie z oceną Łukasza Warzechy:
Smutny był tegoroczny 15 sierpnia, zwłaszcza gdy przypomnieć sobie rocznicę bitwy warszawskiej sprzed paru lat…”
A dyskusję na temat nowej jakości pamięci narodowej uważam podobnie jak wojnę z pamięcią o Lechu Kaczyńskim za kiepskie „macanie” nastrojów społecznych.
Nie tak szybko, komuszki, nie tak szybko. Wasi towarzysze musieli wielu patriotów zabić, wielu zastraszyć i pozbawić nadziei, zanim jako tako utrwalili przewodnią siłę narodu. Może i by się im udało, gdyby nie Opatrzność zsyłająca nam Prymasa Tysiąclecia i Ojca św. Jana Pawła II, gdyby też nie narowisty proletariat i otumaniona drugim obiegiem inteligencja, jak to się wtedy mówiło, pracująca. W odróżnieniu od „wałkoni” tworzących kulturę nie na temat.
Na marginesie próby uroczystego odsłonięcia na cmentarzu w Ossowie pomnika żołnierzom Armii Czerwonej moje myśli przy zmywaku uciekają w takie jedno dziwne miejsce w Olsztynie, które budzi we mnie żal, ale i śmiech. Historia, bowiem, potrafi z możnych tego świata zdrowo zadrwić, choć prawda jest tam wciąż na usługach polityki. A to budzi niewesołe refleksje i skojarzenia.
Siedzę na murku oddzielającym mnie od chodnika i jezdni. Po drugiej stronie Alei  Marszałka Józefa Piłsudskiego okazały Urząd Wojewódzki. Kilkanaście metrów w kierunku Ratusza gruby i wysoki mur oddziela ulicę od aresztu i Temidy. Naprzeciwko okazały, ponury budynek, w którym niegdyś miało swoją siedzibę Gestapo, dziś odnowiony - służy  Sądowi  Administracyjnemu i Marszałkowi Województwa.
W tym prostokącie obszerny, wyłożony płytami oraz polbrukiem parking dla urzędniczych samochodów, zwieńczony u szczytu okazałym pomnikiem. Zwykle okupowany przez tuptusiów.Za parę groszy od lat nieodmiennie przyrzekają pilnować samochodu, by nikt nie ukradł koła czy wycieraczki.  Jedni się buntują, inni płacą i dzięki temu mają szansę, że nikt im lakieru gwoździem nie porysuje.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Szubienice_Olsztyn_001.JPG

Do roku 1989 plac ów nosił nazwę Armii Czerwonej, a okazały monument (wyjątkowy bohomaz) z wielkich kamiennych bloków, według projektu Xsawerego Dunikowskiego, na zlecenie Mieczysława Moczara, stanął jako „Pomnik Wdzięczności Armii Czerwonej”. Choć każdemu było wiadomo, że za spalenie miasta, wymordowanie części mieszkańców wraz z chorymi w szpitalu psychiatrycznym, nie powinno się być nikomu wdzięcznym, nawet jeśli walczył z sobie podobnym barbarzyńcą. Sam kształt pomnika przypomina dwie potężne szubienice, choć z pewnością w 1954 r. nikt nie odważyłby się głośno takiej  nazwy użyć.
Wdzięczność po roku 1989 stała się kłopotliwa, zwłaszcza, że ulicę Zwycięstwa, w niezrozumiałej dla komuchów euforii,  przemianowano na Al. Marszałka Józefa Piłsudskiego.
Widać w nadziei, że nie wszystko stracone i stare może jeszcze wrócić (czego właśnie doświadczamy dziś), nazwa pomnika w 1993 została zmieniona. Został poświęcony „Wyzwoleniu Ziemi Warmińskiej i Mazurskiej”. Do tej pory Marszałek nie doczekał się pomnika na swojego imienia alei i musi chyba za pokutę, że odważył się pogonić Tuchaczewskiego, znosić towarzystwo czerwonoarmiejców.
Podejrzewam, że wielu młodych mieszkańców Olsztyna nie pamięta już, jak nazywa się pomnik i komu jest poświęcony, za to  lokalizację parkingu bezbłędnie wskaże, kiedy usłyszy nazwę „pod szubienicami”.
Gorzej byłoby już z dyskusją czy Armia Czerwona wyzwoliła Olsztyn, czy też go zdobyła?
Z tym problem w Olsztynie trudno się uporać przez 20 lat. Dawni towarzysze broni, zrzeszeni w dawnym ZBOWiD, regularnie każdego roku spotykają się ze swymi „wyzwolicielami”. Wódkę piją, „Okę” śpiewają i rzewnie dawne czasy we wspomnieniach przywołują. Niczego złego w tym nie widzą i nawet konkursy piosenki radzieckiej kontynuują. Coś, co nie podlega dyskusji i jest historycznym faktem; Armia Czerwona zdobyła Olsztyn, a nie wyzwoliła, wciąż budzi emocje i wywołuje polemiki.
Tyle historii, która wciąż nie ma swego zakończenia i przed każdymi wyborami wpisuje się w programy wyborcze prawicy. Trudno jest walczyć z czymś, co jakimś sposobem znalazło się na liście zabytków, ale zawsze można obiecać patriotycznym wyborcom, że zniknie ono z widoku i nikogo już nie będzie straszyło swym kłamstwem i brzydotą.
Żołnierze Armii Czerwonej mają w Olsztynie swój cmentarz wojenny http://lord-seth.fotosik.pl/albumy/745092.html
Międzynarodowe konwencje gwarantują  każdemu, nawet najeźdźcy, godne miejsce spoczynku. Co do tego nie ma wątpliwości. Mają go w Olsztynie również żołnierze I wojny światowej.  http://www.rowery.olsztyn.pl/wiki/miejsca/1914/warminsko-mazurskie/olsztyn
Co mają jednak do konwencji i obowiązku opieki nawet nad grobami wrogów ojczyzny pomniki upamiętniające, dziś krzyczące jawnym kłamstwem? Tego nie da się zrozumieć bez retoryki spadkobierców PRL. Do tej pory sądziłam, że tymi spadkobiercami są członkowie SLD, teraz okazuje się, że również PO. I tak sobie myślę, że nie tylko w Ossowie mieszkańcy mają pecha, bo w 20 lat po odzyskaniu prawa do radości ze zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej niby polskie władze i niby polskie instytucje fundują im, warszawiakom, Polsce, pomnik najeźdźcy, za rozgromienie którego wdzięczna jest nam Europa.
Zastanawiam się. Niejako w spadku po PRL każde miasto ma swoje „szubienice” i nawet można zrozumieć, choć to bardzo boli, że do tej pory z nimi się nie uporano, ale jak zrozumieć uroczyste fundowanie nowych „szubienic”? Tego chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie jest w stanie pojąć. „Bez wodki nijak nie pajmiosz”. :-(
Jeśli tak się to potoczy jak w Olsztynie, to marne widzę szanse na godne przeżywanie radosnego święta Wojska Polskiego ustanowionego w rocznicę obrony ojczyzny przed czerwoną zarazą.
Wygląda na to, że przez wiele lat zamiast świętować na paradzie Wojska Polskiego zwycięstwo i chwalić się nim przed światem, będziemy toczyć boje o prawdę i pamięć bez polityki na usługach.

niedziela, 15 sierpnia 2010

O Bitwie Warszawskiej z dedykacją....


Od dwudziestu lat szczęśliwie możemy uroczyście wspominać polskie zwycięstwo nad bolszewizmem, które nie tylko uratowało Polskę, ale całą Europę przed straszliwym terrorem w imię tzw. walki o sprawiedliwość społeczną.
O samej bitwie mówi się przy tej okazji wiele. Dlatego ja z okazji 90 rocznicy Bitwy Warszawskiej przygotowałam dwa obszerne cytaty z powieści Józefa Mackiewicza „Lewa wolna”, obrazujące to, co działo się na kilkanaście dni przed ofensywą Tuchaczewskiego i bezpośrednio po bitwie. Dedykuję je polskiej lewicy i prezydentowi Rzeczpospolitej, który z troską i współczuciem pochyla się nad mogiłą „czerwonoarmiejców”.

Posłuchajmy:

19:22 – „Lewa wolna”  fragmenty  powieści Józefa Mackiewicza

czwartek, 12 sierpnia 2010

Miętne 26 lat później?


Emocje nie stygną. Wyzwiska również. W podgrzewaniu atmosfery prześciga się TVN. Dziennikarz GW w dyskusji podekscytowany, żąda szacunku dla Tarasa, gdy na Twitterze napisałam przez pomyłkę jego nazwisko małą literą. Już wiadomo; za barierką mohery i dewotki a wszyscy razem antysemici.

Ci, którzy próbują wyłowić sens konfliktu, nie rozumieją, dlaczego na Węgrzech mógł powstać pomnik upamiętniający ofiary katastrofy w Smoleńsku, a w Polsce o to trzeba walczyć? W trwaniu przy krzyżu upatrują inni złą wolę i zbijanie kapitału politycznego.

Jak bumerang powtarzane jest pytanie. Dlaczego protestujący się tak upierają? Przecież wystarczyłoby „grzecznie przenieść krzyż do kościoła i po sprawie”.

Oburzeniem też pałają  niektórzy na porównanie walki z krzyżem pod Pałacem Prezydenta z wojną wypowiadaną krzyżowi przez komunistyczne władze PRL. Audycja poświęcona, między innymi, tym represjom w radiowej trójce, prowadzona przez red. Sakowicza została już ostro oprotestowana, a robiący zawrotną karierę Krzysztof Luft z determinacją obiecał protest poprzeć.
Na szczęście mnie jeszcze nie można ust i komputera zamknąć i póki mogę, będę mówiła i pisała. Dziś mówię młodym. Nie dziwcie się,  że wasi rodzice i dziadkowie wydarzenia spod Pałacu porównują z wydarzeniami w PRL.
Dwadzieścia sześć lat temu w niewielkiej miejscowości  leżącej na ziemi mazowieckiej, w Zasadniczej Szkole Rolniczej w Miętnem gm. Garwolin, dawnym województwie siedleckim, władza wydała wojnę krzyżom w szkole, które, nie tylko tam, powszechnie za zgodą rodziców i uczniów wieszano w szkolnych pracowniach.

I temu też nie dziwcie się, bo wolność krzyżami się mierzy i dlatego „Solidarność” 30 lat wstecz walczyła  nie tylko o sprawiedliwość, ale i o prawo do wolności wyznawania własnych przekonań publicznie. Odzyskiwaliśmy ułamek podmiotowości w baraku demoludów, jak nazywano wówczas państwa Układu Warszawskiego. To, co dziś wydaje się nam oczywiste; krzyż na ścianie, medalik na piersi, religia w szkole, 26 lat temu nie było oczywistością. A za wierność przekonaniom trzeba było płacić wysoką cenę, nawet taką jak zapłacili górnicy czy błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko i pozostałe ofiary wojny Jaruzelskiego przeciwko narodowi, często nam nieznane nawet z nazwiska.

Sami z resztą wyróbcie sobie zdanie. Posłuchajcie i oceńcie czy miedzy obroną krzyża pod Pałacem Prezydenckim a walką o krzyże uczniów w Miętnem  są podobieństwa, czy też nie?

Tak opisuje to IPN, a ja z konieczności przytaczam najważniejsze wydarzenia, bo uważam, że warto i trzeba je przypomnieć w kontekście wojny wypowiedzianej krzyżowi w podobno niepodległej Polsce, a sprowokowanej przez prezydenta wybranego w demokratycznych wyborach.

Historia konfliktu o krzyże w Miętnem rozpoczęła się w drugiej połowie 1980 r. Uczniowie Zasadniczej Szkoły Rolniczej w Miętnem zawiesili krzyże we wszystkich pracowniach. Po stanie wojennym rozpoczęto stopniowe ich usuwanie. W końcu 1983r. w szkole krzyże pozostały jeszcze tylko w kilku pracowniach.

Na polecenie władz oświatowych i stanowczych żądań Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Siedlcach dyrektor usunął i te pozostałe.

Uczniowie zaprotestowali i w wystosowanej petycji zażądali ich przywrócenia. Zgody na to nie mogło być, nawet kompromis nie był mile widziany. Nie zgodzono się, by pozostał jeden krzyż w bibliotece lub u wejścia do szkoły.

Służby Specjalne szybko ustaliły, kto pomaga młodzieży, kto chce ze świeckiej szkoły uczynić, o zgrozo,  „wyznaniową”. Wszystkiemu byli winni - ks. Stanisław Bieńko – wikariusz parafii Garwolin oraz nauczyciele Stanisława Makara i Bogumiła Szeląg z „Solidarności”.

Osiem krzyży z maleńkiej, nikomu w większości Polski  i za granicą nie znanej szkoły, zaprzątnęły głowy władz od góry do dołu. Odbywały się narady, posiedzenia, posypały się groźby rozwiązania szkoły i wilczego biletu dla niesubordynowanych uczniów i zwolnień w radzie pedagogicznej, co zresztą stało się faktem.

Doszło do pierwszego porozumienia. Uczniowie zgodzili się, że krzyże zostaną przeniesione do kościoła w Garwolinie. Zrobiły to uroczyste delegacje uczniowskie.

14 stycznia - w kościele parafialnym w Garwolinie podczas nieszporów odprawianych przez wikariusza ks. St. Bieńko modlono się w intencji tych, co zdjęli krzyże w szkołach jak i za to,  by wróciły na swoje miejsce. Obecny był bp Jan  Mazur wraz z młodzieżą z ZSR

12 lutego -  krzyże z kościoła podczas nabożeństwa otrzymały delegacje uczniów, którzy zawieźli je do swoich parafii. Tam odbyły się adoracje i modlitwy.

19 lutego - podczas wywiadówki w ZSR rodzice zawiesili krzyże na korytarzach i w niektórych pracowniach.

Krzyże ponownie władza zarekwirowała, ale proboszcz nie chciał ich w taki sposób przyjąć. Konflikt rozszerzał się. Protest uczniów zaostrzał się, a wieści o nim niebezpiecznie rozbiegały się po kraju. Zainteresowała się też nim  zagranica. Niemiecki dziennikarz w nakręconym filmie relacjonował widzom: obie strony są nieprzejednane.

Jednocześnie trwały negocjacje z władzą, która bynajmniej ustąpić nie chciała, ale i rozgłos też był stanowczo jej nie na rękę. Mógł wywołać niepokoje, a i trudno byłoby wtedy opowiadać bajki o stabilizacji pokojowej w kraju po tzw. zawieszeniu stanu wojennego.

8 marca zajęcia zawieszono,  nie dopuszczając tym samym do okupacji budynku szkoły przez strajkujących, a pod szkołę podstawiono autobusy, by uczniów rozwieść do domów. Do pilnowania porządku ściągnięto aż dwie kompanie ZOMO i zablokowano drogi wyjazdowe.

Uczniowie zorganizowali się w małe grupy, przez pola i cmentarz przedostali się do garwolińskiego kościoła. Na porannej mszy zgromadziło się 1500 uczniów z różnych szkół. Obecny był bp Jan Mazur. Przejmującą homilię proboszcza, jego łzy i płacz młodzieży zarejestrowały kamery. Pokazał go w swoim programie „Warto rozmawiać” po latach Jan Pospieszalski. Bez trudu każdy odnajdzie go na YouTube „Miętne – strajk szkolny w obronie krzyży”. http://www.youtube.com/watch?v=Lr1fHowAWnI Podobnie jak dokumenty dotyczące pamiętnego strajku uczniów w szkole w Miętnem oraz szczegóły zakończenia konfliktu i wspaniałej roli, jaką w tym odegrał bp Jan Mazur, możemy odnaleźć na stronie IPN http://www.ipn.gov.pl/portal/pl/203/1597/Konflikt_o_krzyze_w_Mietnem_8211_w_20_rocznice_wydarzen.html

To groźba bojkotu wyborów zawarta w pisemnym proteście diecezji siedleckiej i niezłomna postawa uczniów, solidarność młodzieży z innych szkół, determinacja biskupa, księży, rodziców i nauczycieli ostatecznie zadecydowała o uległości władzy po 5 miesiącach przejmującej w swej wymowie walki o prawo do krzyża w miejscu nauki i pracy.

Jeśli ktoś nie wie, co dziś czują obrońcy krzyża pod Pałacem, niech obejrzy wspomniany fragment  filmu. Może coś zrozumie? Może będzie wreszcie wiedział, dlaczego nie ufają zapewnieniom władzy i żądają konkretnych decyzji?

Ja pamiętam swoje łzy po złamanym strajku studenckim i dlatego nie mam wątpliwości, że to władza pod pałacowym krzyżem już przegrała. Można złamać, można zdusić siłą, podstępem, ośmieszaniem, wyrzuceniem z pracy, nasłaniem bandziorów, ale nie można już niczym naprawić pęknięcia. Dla obrońców krzyża i tych tysięcy ich wspierających zarówno w Warszawie, Krakowie, jak i w całej Polsce, ten prezydent i ten rząd na zawsze w pamięci będzie obcy, wrogi.  I nie pomoże gadanie o prawie, o demokracji, o świeckim państwie. Czy o to chodziło Bronisławowi Komorowskiemu?

 

środa, 4 sierpnia 2010

Ręce podniesione na władzę PO zostaną obcięte


Polityka to rzecz brudna i  niegodna. Wszystko, co jest dla niej wykorzystywane, należy potępić i zakazać, a jeśli to nie pomaga, nie „wykluczamy użycia sił porządkowych”.

A dokładniej jak to brzmiało?
Najpierw było tak:
Bronisław Komorowski 10 lipca w wywiadzie dla Gazet Wyborczej: "Krzyż przed Pałacem Prezydenckim to symbol religijny, więc zostanie we współdziałaniu z władzami kościelnymi przeniesiony w inne, bardziej odpowiednie miejsce".

Tajemnicą dla tych, co nie wiedzą czym jest prowokacja, pozostanie, dlaczego włączył się do tego rzecznik rządu. 11 lipca media zgodnie cytują za PAP: Rzecznik rządu Paweł Graś powiedział w niedzielę, że w sprawie krzyża pod Pałacem Prezydenckim oczekuje zdecydowanej reakcji hierarchii kościelnej.

Oczekiwania rzecznika rządu stają się bardziej jasne, kiedy zestawimy je z propozycją Grasia wobec hierarchii kościelnej. Krzyż powinien być przeniesiony „albo na mogiłę ofiar, albo do Świątyni Opatrzności Bożej lub w inne miejsce kultu wskazane przez hierarchię kościelną”.

Dziwny dwugłos zamienia się w publiczną wymianę opinii:
Rzecznik Kurii Warszawskiej, ks. Rafał Markowski powiedział w niedzielę, że decyzja w sprawie krzyża należy do Kancelarii Prezydenta. - Krzyż znajduje się na dziedzińcu pałacu Prezydenckiego i tak naprawdę decyzja w tej sprawie należy do Kancelarii Prezydenta. Kościół w tym wypadku nie ma nic do powiedzenia, najwyżej może się zgodzić na pewne propozycje - zaznaczył ks. Markowski. Zadeklarował, że jeśli prezydencka kancelaria wystąpi do Kurii "z jakimiś propozycjami", wówczas Kuria "może je rozważyć".

I jak wiemy z późniejszych wydarzeń, kuria dotrzymała słowa. Nie wtrąciła się, ale uczestniczyła w tzw. porozumieniu czyli zrobieniu harcerzy na szaro. Medialnie też milczała jak zaklęta póki nie okazało się, że wysłannicy kurii zostali wygwizdani. Abp Nycz ubrał mitrę i zagrzmiał. Nie na władzę, oczywiście, tylko na lud, który nie szuka porozumienia. Tak przynajmniej można było odczytać zawiłości słów pasterza; skoro już się tak uparli, to musicie z nimi, tymi dewotkami i  kaczystami, rozmawiać. My , tzn. kuria, zgodnie z tradycją Piłata, umywamy ręce.

Co na to ci, którzy ten krzyż postawili?
17 lipca z apelem o niewłączanie krzyża postawionego przed Pałacem Prezydenckim w spory polityczne zwrócili się do polityków i dziennikarzy harcerze z "Inicjatywy Polsce i bliźnim". Wyrazili nadzieję, że krzyż będzie mógł pozostać w obecnym miejscu do czasu postawienia pomnika”.
Z tych enigmatycznych doniesień prasowych uważny czytelnik mógł się wreszcie dowiedzieć, że po katastrofie smoleńskiej powstała inicjatywa  skupiająca  harcerki i harcerzy z różnych związków ruchu skautowskiego - "Inicjatywa Polsce i bliźnim" .
Od 10 kwietnia teren przed Pałacem Prezydenckim stał się miejscem znanym na całym świecie, gdzie Polacy okazują swoje przywiązanie do wartości patriotycznych i zdolności jednoczenia się ponad podziałami. – napisali w apelu harcerze i grzecznie poprosili, by władze poczekały do września, kiedy członkowie „Inicjatywy Polsce i bliźnim” wrócą z wakacji.
Zaapelowali: "Prosimy o zapewnienie naszej inicjatywie możliwości spokojnego rozwoju, z pożytkiem dla wszystkich".

Władza pożytku w inicjatywie harcerskiej nie dostrzegła. Władzy bardzo się spieszyło i to  do tego stopnia, że w końcu skauci zawarli z władzą porozumienie przed postulowanym wcześniej wrześniem. Tak przynajmniej doniosła prasa 21 lipca:
Krzyż sprzed Pałacu Prezydenckiego zostanie przeniesiony do Kościoła Akademickiego Św. Anny na Krakowskim Przedmieściu - poinformował Jarosław Bochniarz z Rady Naczelnej ZHR.

Czy wiedzieli  o tym harcerze z „Inicjatywy Polsce i bliźnim”? Sądząc po tytułach w niektórych gazetach „krzyż podzielił harcerzy”.

Dziwne, prawda? - Krzyż podzielił harcerzy. Czy na pewno krzyż, a może to nie krzyż podzielił, może to podzielili ich przerażeni oddolną inicjatywą harcerską autorzy prowokacji według sprawdzonych esbeckich wzorców?  Kto to widział, by jacyś smarkacze zawiązywali jakąś inicjatywę nie uzgadniając z Gazetą Wyborczą, Kancelarią Prezydenta, rzecznikiem rządu i kurią metropolitarną. Brzydko, fe, dzieci, tak się bawić.

Radosne ćwierkanie o porozumieniu wkrótce zamieniło się w szyderstwo z naiwności dzieciaków:
Czy harcerze dali się okpić w sprawie krzyża – pytał Michał Szułdrzyński w „Rzeczpospolitej”.
Skauci nigdy nie upierali się, że krzyż ma  pozostać pod Pałacem na stałe. W zawartym porozumieniu otrzymali obietnicę „godnego upamiętnienia ofiar katastrofy i dni żałoby narodowej”. Mieli nadzieję, że w miejscu krzyża stanie pomnik lub wmontowana zostanie tablica pamiątkowa.
Tymczasem okazało się, że obiecywano im cynicznie gruszki na wierzbie. Kancelaria Prezydenta była już od 14 lipca w posiadaniu pisma konserwatora zabytków Ewy Nekandy - Trepki informującego, między innymi:
„Wprowadzenie na stałe w przestrzeń zabytkową nowych elementów nie jest uzasadnione względami konserwatorskimi”  i dalej „W przypadku podjęcia decyzji o przeniesieniu pamiątkowego krzyża do obiektu będącego zabytkiem wpisanym do rejestru zabytków konieczne będzie również uzyskanie wspomnianego wyżej pozwolenia konserwatorskiego”.

Jak dalece cyniczna była to gra, świadczy wypowiedź rzecznika rządu w radiowej trójce już po podpisaniu porozumienia 22 lipca – Uważam, że jeśli ktoś się zdecyduje na obronę krzyża wbrew decyzji Kościoła, to będziemy mieli do czynienia z działalnością sekty czy ze schizmą, a nie obrońcami.
Chyba rzecznik nie był autorem tego zdania, skoro nieustannie powtarzało się i powtarza ono w ustach niektórych dziennikarzy i polityków.

Warto też przypomnieć rozmowę w tejże trójce Pawła Wrońskiego z GW. Dziennikarz, wiedząc zapewne o opinii konserwatora zabytków, zapewniał jednak Łukasza Warzechę i słuchaczy o woli władz upamiętnienia miejsca, gdzie teraz znajduje się krzyż. Ba, twierdził, że jest o tym dobrze poinformowany.

Zrobiłam sobie długi wykaz historii wojny krzyżowej pod Pałacem prezydenckim. Każdy może go zrobić, bo Internet, póki co, jest jeszcze wolną przestrzenią i dokumentuje skrupulatnie nie tylko historię tej prowokacji.
Jeśli przypominam, to dlatego, że ona wcale  wczoraj się nie skończyła. W chwili kiedy o tym piszę. Powstała nowa silna zapora ze stalowych płotków przed „talibami”, którzy krzyż wykorzystują do celów politycznych.

Jaki będzie tego finał? Pytanie retoryczne. Wszak władza nie zastanawia się teraz nad porozumieniem społecznym, a jedynie nad skutecznym wyrolowaniem tym razem już nie tylko harcerzy, ale i czuwających przy krzyżu. Stanie się to zapewne przed zaprzysiężeniem Bronisława Komorowskiego. Nie można bowiem dopuścić do eskalacji, jak to wczoraj w TVP INFO orzekł późnym wieczorem Blumsztajn, do budowania niecnego kultu Lecha Kaczyńskiego.  

Kiedy tak przyglądałam się marsowej minie miłościwie nam panującego Tuska na tle biało czerwonej i unijnej flagi. Kiedy tak słuchałam tysięczny raz, że krzyż nie może być wykorzystywany do polityki, przypomniałam sobie pewne inne zdania, które na trwałe wpisały się do historii Polski zawłaszczonej przez komunistów.
Pierwsze z nich pochodzi z  przemówienia radiowego Józefa Cyrankiewicza z dnia 29.06.1956 - "Rękę podniesioną na władzę ludową obetniemy".
Drugie wypowiedział, hołubiony przez III RP z Gazetą Wyborczą na czele, Jaruzelski: "Socjalizmu będziemy bronić jak niepodległości" No cóż, walka z krzyżem i patriotyzmem Polaków świadczy, iż Jaruzelski dotrzymuje słowa, a PO z rządem Donalda Tuska jest wiernym wykonawcą przyrzeczenia generała.

Ciekawi mnie już tylko jedno- Z czego będą składać się siły porządkowe służące pacyfikacji „schizmy” i „sekty” pod Pałacem. Będą tylko pałki, gaz czy armatki wodne też są już w pogotowiu?
Ach i jeszcze jedno. Czy pisze się już przemówienie dla nowego prezydenta? Bo jeśli tak, to trzeba też koniecznie przećwiczyć entuzjastyczne hasła z rozentuzjazmowanego tłumu. Za wzór mogą posłużyć te słynne z wydarzeń marcowych 1968 r. „Wiesław, Wiesław”. Teraz mogą brzmieć  – Bronek, Bronek, Donek, Donek!” Można też dostosować inny okrzyk. Wtedy wierni towarzysze  krzyczeli: „Śmielej, śmielej…”, w domyśle - goń syjonistów! Doprawdy śmiesznie łatwo dostosować je do obecnej sytuacji:  Śmielej, śmielej goń kaczystów”!
Prawda, że piękne hasła? Tylko wziąć przepisać, umieścić na armatkach wodnych i po kłopocie. Ręce podniesione na władzę PO zostaną obcięte.

środa, 28 lipca 2010

Prawda skłóca, ale nie jest to winą szukających prawdy



Od pierwszej chwili po smoleńskiej tragedii Donald Tusk nadał jej (i słusznie) charakter polityczny. Zapewnił naród o tym, że zrobi wszystko, aby przyczyny katastrofy zostały wyjaśnione. Szkoda, że nie dodał:  a winni zaniedbań poniosą konsekwencje polityczne i prawne. Dziś zamiast tego mamy bezpardonowy atak na wszystkich, którzy domagają się rzetelnego śledztwa i wskazują na błędy polityczne. Śmieszne byłoby, gdyby nie dotyczyło tragedii, obrzucanie  komisji Macierewicza obrzydliwościami i gdyby nie to, że jednocześnie Polacy otrzymują nieustannie informacje od Prokuratury i polityków sugerujące odpowiedzialność za katastrofę Lecha Kaczyńskiego. Czy to tylko marketing polityczny? A może jednak coś więcej? Może strach przed odpowiedzialnością polityczną? Czy nie w taki właśnie scenariusz wpisują się ostatnie wypowiedzi Izabeli Skąpskiej?

Nikt nie ma prawa nikomu odmawiać wypowiedzenia własnego zdania i własnej oceny tego, co się wydarzyło. Ma do tego prawo Izabela Skąpska, choć może budzić zdziwienie, że nie zależy jej na śledztwie i wyjaśnieniu do końca przyczyn śmierci jej ojca. Nie ma jednak prawa do zamykania ust innym rodzinom dotkniętym tragedią. Nie ma prawa do zarzucania im, że dają się wykorzystywać politycznie, bo sama to robi. I tak jak w przypadku jej ojca zmusza do zadania pytania. – Robi tak z własnej inicjatywy czy musi?
Kiedy o tym myślę, wracam pamięcią do Katynia.

 Makabryczne odkrycie grobów w lesie katyńskim przez dziesięciolecia było fałszowane, a pamięć przetrwała tylko dzięki determinacji rodzin bestialsko pomordowanych polskich oficerów i woli Polaków. Kiedy pierwszy raz usłyszałam o Katyniu w Zaduszki w swoim parafialnym kościele i powtórzyłam to w domu, oprócz skąpych informacji od rodziców otrzymałam również ostrzeżenie. – Nie mów o tym w szkole, bo tata będzie miał kłopoty w pracy. I tak było przez wiele lat. Aż przyszedł rok 1980. Jak z rogu obfitości posypały się powielane wydawnictwa podziemnej bibuły, zdjęcia i informacje. Nikt już się nie bał, czytano i przekazywano innym. Nawet wojna Jaruzelskiego z narodem nie była w stanie zatrzymać tej lawiny.
Nie był to jednak koniec walki o prawdę. Skoro nie dało się jej już w żaden sposób ukryć, władza postanowiła nad tym zapanować. Oprócz sączenia dezinformacji i uporczywego wkładania do głów młodym ludziom, że groby trzeba zostawić na rzecz świetlanej  przyszłości, postarano się o skłócenie środowiska Rodzin Katyńskich. Nie było to trudne, skoro  prezesem Federacji Rodzin Katyńskich był zarejestrowany przez SB tajny współpracownik o pseudonimie „Igor” Andrzej Sariusz – Skąpski.
O zmarłych nie mówi się źle, albo wcale. W świetle ostatnich wyczynów jego córki Izabeli trzeba jednak i o tym pamiętać.

W czasach PRL Andrzej Skąpski był dyrektorem paksowskiego zakładu „Inco”, a także przewodniczącym PRON w Białym Dunajcu. Jego kontakty z SB zaczęły się w 1987,  a więc na dwa lata przed historycznymi wyborami do Sejmu kontraktowego. Powód był bardzo prozaiczny; chęć wyjazdu do Wielkiej Brytanii. Z raportów oficera prowadzącego, kpt. Zengel, wynikało, że zwerbowany do współpracy nie miał żadnych oporów w dzieleniu się z SB informacjami   na temat nastrojów pracowników jego zakładu, tego, co dzieje się w kołach PAX w Nowym Sączu i Białym Dunajcu czy w zakopiańskim Klubie Inteligencji Katolickiej. SB była zadowolona ze współpracy tak, że nagrodziła TW za dobrą współpracę butelką francuskiej brandy. Do rozwiązania współpracy z „Igorem” doszło we wrześniu 1989 r.
Do czego jest nam dziś potrzebna  wiedza o niechlubnej przeszłości prezesa Federacji?
Bez niej trudno zrozumieć konflikty i różne stanowiska poszczególnych Rodzin Katyńskich wobec działań na rzecz uznania zbrodni w Katyniu za ludobójstwo przez władze Rosji. A także trudno odczytać zaangażowanie jego córki w rozmywaniu śledztwa w sprawie katastrofy w Smoleńsku.

Jeszcze w kwietniu 2009 r. Andrzej Sariusz -Skąpski oczekiwał od Rosji uznania zamordowania polskich oficerów za akt ludobójstwa. Po sławetnym wystąpieniu Niesiołowskiego o zbrodni katyńskiej, które oburzyło i skłóciło Polaków, prezes Federacji zmienił zdanie:

W rozmowie w RMF stwierdził, że rodziny katyńskie wcale nie oczekują takiego zdefiniowania mordu. - Ludobójstwem był holocaust czy rzeź w Rwandzie, natomiast Katyń to zbrodnia wojenna. Czepianie się słowa i robienie z tego afery politycznej jest dla mnie obrzydliwe i oburzające.

Wywołało to protesty członków organizacji Rodzin Katyńskich oraz zdziwienie rosyjskiego „Memoriału” walczącego przed sądami o uznanie tej zbrodni za ludobójstwo.

Andrzej Skąpski, gotów był poświęcić pamięć ojca i skłócić Rodziny Katyńskie dla tzw. pojednania polsko rosyjskiego? Zwolnienia Rosji z odpowiedzialności politycznej i prawnej? Dlaczego? Nie trudno nawet przy zmywaku odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Przestrzeń pamięci o Katyniu zagospodarował marketing polityczny, a prezes Federacji stanął po stronie Niesiołowskiego  i piaru PO obliczonego na wojnę z Prezydentem i PiS. Temu służyły i służą do dziś wszystkie, tragiczne w skutku, szopki wokół obchodów rocznicy ludobójstwa w Katyniu. Właśnie w tę politykę marketingowo słupkową wpisuje się współczesna tragedia w Smoleńsku.

Wciąż słyszę, że mieszanie do polityki tragicznie zmarłych jest obrzydliwe. A ja tak sobie na własny użytek myślę, że najbardziej obrzydliwa jest w tym wypadku hipokryzja tych, którzy tak mówią.

Niczym innym jak aktem politycznego ludobójstwa Stalina były strzały w tył głowy polskich oficerów, policjantów, urzędników i duchownych. Niczym innym jak taktyką polityczną Zachodu i władz PRL było przemilczanie tej zbrodni. Dokonano jej nie tylko na polskiej inteligencji, ale i na polskim narodzie odbierając mu prawo do własnej historii i jej oceny w imię wyższych, strategicznych celów nie drażnienia sowieckiego sojusznika i okupanta Polski.

Mimo upływu lat i wmawiania Polakom, że jesteśmy wolnym i suwerennym krajem, do osób, które miały do tej pory odwagę powiedzieć publicznie prawdę o ludobójstwie w Katyniu, niewielu ważnych polityków możemy zaliczyć. Zrobił to Jarosław Kaczyński w swoim przemówieniu w Sejmie w 2003 r, Marek Jurek, Jarosław Kalinowski oraz rzecznik praw obywatelskich – Janusz Kochanowski.  Śp. Lech Kaczyński zwlekał z jednoznacznym określeniem i nie zdążył. W przygotowanym przemówieniu nad grobami w Katyniu miał powiedzieć:
„W kwietniu 1940 roku ponad 21 tysięcy polskich jeńców z obozów i więzień NKWD zostało zamordowanych. Tej zbrodni ludobójstwa dokonano z woli Stalina, na rozkaz najwyższych władz Związku Sowieckiego”.



Czy miał do tego prawo jako polityk? A może nie powinien, tak jak chciał tego Donald Tusk i Putin, tam lecieć? Może to było „obrzydliwe mieszanie zmarłych do polityki”?
Co w takim razie robił premier Polski w Katyniu? Dlaczego nie było go razem z rodzinami pomordowanych tylko ze spadkobiercą zbrodni sowieckiej?
Nikt też do tej pory nie zadał podobnego pytania wielkiemu polskiemu „patriocie” – Bronisławowi Komorowskiemu. Dlaczego Marszałek Sejmu Rzeczpospolitej nie był w delegacji lecącej na główne obchody 70 rocznicy w Katyniu? Nie chciał pomordowanych mieszać do polityki?
Najtragiczniejsza stacja polskiej Golgoty Wschodu została powiększona o przystanek na lotnisku w Smoleńsku czy to się politykom PO podoba czy nie. I na zawsze już ludobójstwo w  Katyniu i katastrofa w Smoleńsku będzie miała wymiar nie tylko ludzki, ale i polityczny. 
Nie lecieli tam bowiem z prywatną wycieczką. Wybrali się tam jako reprezentacja wszystkich Polaków. Za przygotowanie obchodów rocznicy zbrodni w Katyniu, udziału delegacji z najwyższymi rangą politykami, dowódcami Polskich Sił Zbrojnych, przedstawicielami najważniejszych urzędów w Polsce, organizacji kombatanckich, za bezpieczeństwo lotu odpowiadali konkretni urzędnicy reprezentujący władzę polityczną Polski. Za kierunek i przebieg śledztwa również odpowiadają politycy z premierem rządu na czele. Takie są reguły gry w demokracji i nie pomoże w tym żaden polityczny marketing, ani walka z krzyżem przed Pałacem Prezydenta, zakaz budowy pomników ofiar czy dyskredytowanie komisji sejmowej.



Pora, póki nie jest jeszcze za późno, by Donald Tusk i jego rząd wziął na siebie tę odpowiedzialność. Można oczywiście dalej prowadzić żenującą grę i wmawiać Polakom, że „obrzydliwością jest mieszanie zmarłych do polityki”, tak jak przez dziesięciolecia wmawiano nam, że za zbrodnię w Katyniu nie odpowiadają władze sowieckie. Historia prawdy o Katyniu uczy jednak, że można Polaków zmusić do milczenia, ale nie można wmówić im, by uwierzyli w kłamstwa, nawet jeśli przez jakiś czas z różnych powodów będą je powtarzali.




Prawda skłóca i dzieli, ale nie jest to winą szukających prawdy, lecz tych, którzy z nią walczą.

wtorek, 20 lipca 2010

Za dużo żądam od swego Kościoła?


Kiedy wybuchła prowokacja „Gazety Wyborczej” w związku krzyżem, kiedy skwapliwie przyłączył się do tego chór polityków z prezydentem – elektem i rzecznikiem rządu na czele, byłam święcie przekonana, że jednym krótkim oświadczeniem  warszawskiej kurii biskupiej  drzewo krzyża zostanie wyłączone z kampanii.


Długo zastanawiałam się nad tym czy pisać, co myślę o zachowaniu duszpasterzy wobec sytuacji społecznej i politycznej w Polsce i wobec wytoczonej krzyżowi i Polakom wojny, by zniszczyć niebezpiecznie odradzający się patriotyzm wokół ś.p. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nie potrafię jednak dłużej milczeć, nazbierało się we mnie tyle żalu, że zmywak wypełniony po brzegi. Nie mam innej ojczyzny i nie mam innego Kościoła i choć możecie mnie nazwać ptakiem, co własne gniazdo kala, to nie zostawiono mi wyboru. Winni są również ci, którzy takich jak ja  do tego zmusili.

Raz po raz ktoś tam powoływał się na rzecznika kurii, to znowu zabierali  pojedynczy księża głos  i dziwnym trafem cytowani byli tylko ci, którzy są za zabraniem krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego. W końcu  wyczytałam, że Episkopat milczy, bo nie chce być kozłem ofiarnym w całej tej politycznej rozgrywce.

Problem w tym, że jest w niej i to bardzo głęboko, i  nie tylko w związku z krzyżem.

Wierni przecierają od pewnego czasu oczy ze zdumienia. Podział na kościół łagiewnicki i toruński dociera już nawet do wiejskich kółek różańcowych i dzieli wiernych w parafiach. Bez żadnej powściągliwości niektórzy biskupi atakują elektorat przeciwny PO biorąc na świadka nawet Boga, który nie zdradził nam swoich preferencji wyborczych. Milczą o skandalicznych wypowiedziach abp Życińskiego naruszających nawet Nauczanie czy o wywiadach abp Pieronka, choć nie trzeba być zbytnio bystrym, by domyśleć się,  że wskazują swoimi wypowiedziami, na kogo Polak powinien głosować, kogo powinien słuchać.
I nie przeszkadza im to, że są narzędziami w walce politycznej. Jest to tym bardziej gorszące, że przy okazji włączają Kościół diecezjalny swymi atakami do walki z   Radiem Maryja i o. Rydzykiem. Im nie wolno, biskupom diecezjalnym wypada wszystko, byle bez nazwisk.

Trudno to pojąć, ale jeszcze trudniej udawać, że się tego nie widzi i nie słyszy. Milczałam, kiedy metropolita warszawski abp K. Nycz z  beatyfikacji ks. Jerzego Popiełuszki uczynił na koniec uroczystości  marketing na rzecz Świątyni Opatrzności Bożej i przy okazji wymienił wszystkich politycznych darczyńców z  PO. Pomyślałam sobie, że widać moich cegiełek i tych pieniędzy zbieranych od biedaków z mojej parafii i jej podobnych,  za mało, skoro musi żebrać u polityków mających Polskę i polski Kościół najdelikatniej mówiąc w nosie.

Kiedy w pierwszym rzędzie postkomuniści zasiedli, by uczcić powołanie polskiego prymasa, pomyślałam, że nie ma co się pieklić; tyle może dziś prymas w Polsce; podlizać się dzierżącym jawnie i skrycie władzę, aby jeszcze to i owo, zagrabionego w PRL, odzyskać. Nie warto dawać im satysfakcji, że wierni obserwują z coraz większym zdumieniem i rozgoryczaniem owe kunktatorstwo.
Przyzwyczaiłam się też, że Episkopat nie występuje otwarcie w obronie wykorzystywanych, okradanych z urlopów i godziwego zarobku czy emerytury i opieki zdrowotnej. Nie może, bo  sam nierzadko z luk prawnych korzysta wobec swoich pracowników świeckich.

To, co się jednak w tej chwili dzieje, jest już jawnym sprzeniewierzeniem się posłannictwu Kościoła i powinności wobec Polski. Słowa mocne i może niesprawiedliwe.  
A jednak wypowiadam je, choć wiem, że sprawię tym dziką satysfakcję wrogom Krzyża.

Udawanie, że Kuria warszawska nie bierze udziału w kampanii samorządowej jest zwyczajną bajką dla naiwnych i maluczkich.

Wielokrotnie harcerze od wywołanej pod krzyżem awantury powtarzali, że krzyż ten zostanie przeniesiony z chwilą, gdy powstanie wiarygodna inicjatywa uczczenia pamięci Prezydenta RP, jego małżonki i ofiar katastrofy, w której przecież zginęli również polscy biskupi i kapelani nie tylko katoliccy. Prosili o czas do września.

W tym dążeniu do takiego zamknięcia żałoby narodowej jest ukryte pragnienie i marzenie Polaków o majestacie władzy, o wielkości Ojczyzny i godności Narodu. Mogą się z tego naigrawać  politycy, ale Kościół, pamiętający dziedzictwo wieków,  Prymasa Tysiąclecia i Ojca św. Jana Pawła II, powinien stać na straży tych wartości, bo z nich przez lata czerpał siłę i dzięki nim utrzymywał się mimo prześladowań.

Gdzie jest teraz Prymas, gdzie jest abp Nycz w tym momencie? A no, milczą i udają, że nie  mieszają się do polityki. Tylko że  jakimś dziwnym trafem właśnie tym milczeniem pchają krzyż Chrystusa w ręce polityków polaryzując opinię społeczną.

Kto ma  bronić godności krzyża jeśli nie Prymas Polski, jeśli nie pasterz archidiecezji, na której krzyż został postawiony; starzy ludzie obrzucani obelgami i policzkowani przez rozwydrzoną młodzież?
Milczysz prymasie,  i arcybiskupie, bo tak ci wygodnie.  Tymczasem właśnie tak uprawiasz politykę wierną władzy a nie Narodowi.

A Polacy, którym zależy na Ojczyźnie i wiernie trwają przy Kościele, czują się przez was opuszczeni i zdradzeni. Zapytam więc wprost; Czy dlatego, że jesteśmy w większości biedni?

A wystarczyłoby kilka dobitnych zdań. Krzyż będzie stał, dopóki harcerze, którzy dali nam przykład swojej służby Ojczyźnie w potrzebie, nie ustalą z władzami miasta formy upamiętnienia tego miejsca.
Wystarczyłoby kilka mocnych i stanowczych  zdań; To wy, politycy mieszacie tragedię smoleńską i ten krzyż do brudnej kampanii, a naród ma prawo do uczczenia we własnej ojczyźnie i stolicy pamięć swojego prezydenta. Ma prawo żądać uczciwego śledztwa, a wam wara od tego. Zostawcie krzyż w spokoju. Zajmijcie się obiecanymi reformami.

Za dużo żądam od  swego Kościoła?

środa, 7 lipca 2010

Wiedza i myślenie nie boli, głupota bije bezlitośnie


Jednym ze sposobów rządzenia znanych od wieków jest dzielenie społeczeństwa
Nic tak dobrze nie robi kampanii jak szczucie biedaka na burżuja. Wiedział o tym Lenin, Stalin i Dzierżyński. Zmieniało się tylko nazewnictwo. Dziś burżuj i kułak został zastąpiony urzędasem.

Potwór administracji rozrasta się i pożera coraz więcej podatków na wynagrodzenia, biura, samochody, szkolenia czy podróże. Tempo, w jakim rośnie, zapiera dech w piersiach. W 1990 r., na początku transformacji, w administracji publicznej pracowało 159 tys. osób. W ubiegłym roku – 420 tys. - pisze Krzysztof Rybiński.


Urzędnicy nie czują kryzysu. Przeciętne wynagrodzenia w ministerstwach zwiększały się dwa razy szybciej niż w całej gospodarce. Bulwersuje opinię społeczną Rzepa

I mamy już współczesnego kułaka. Wszystkiemu winien urzędnik. Czy ktoś z nas zastanawia się, kim jest dziś urzędas? Nic nie robią, przewracają papierki i biorą za darmo pieniądze.
Nikt nawet nie zająknie, że w tym roku dla administracji nie było waloryzacji płac, a rozrasta się, bo taka jest struktura zarządzania funduszami unijnymi. Dotacje trzeba podzielić, a potem skontrolować.
Trzeba pracować w administracji, by wiedzieć, jak każda akcja typu „Moje Boisko – Orlik 2012”  czy różne „walki” z bezrobociem, bezdomnością itp mnoży zadania administracji i koszty jej funkcjonowania od góry do dołu nie wyłączając samorządów. Mnożą się strategie, plany, kursy i szkolenia.

Kiedy samorządy przejmowały szkoły, kuratoria miały pełnić rolę nadzoru pedagogicznego, a wydział finansowy tych instytucji miał zostać ograniczony do płac wizytatorów; księgowa i kadrowa w zupełności by wystarczyła. Ale władza zostawiła sobie dotacje celowe na rozbudowę bazy i różnego rodzaju programy i tak powolutku wszystko wróciło do normy peerelowskiej nomenklatury.

Coś, co powinno być zadaniem samorządów umieszcza się w dotacjach specjalnych budżetu państwa, by mieć kiełbasę wyborczą i wpływ na dobór wykonawców. Całe chmary firm kręci się wokół ministerstw, urzędów, by wejść w kolejny projekt. Tak jak próbował to zrobić Sobisiak  http://www.rp.pl/artykul/432107_Sobiesiak_chcial_budowac_Orliki.html  w ministerstwie kierowanym przez Drzewieckiego.
 Chmary liderów od szkolenia i standardów żyje z centralizacji władzy, połykają to, co powinno pobudzać gospodarkę i tworzyć nowe miejsca pracy.

Nikt ciemnemu ludowi nie powie przecież, że administracja rozrasta się, bo nie zreformowany system kształcenia na wyższych uczelniach produkuje bezrobotnych. Po znajomości i kluczu partyjnym z każdym rokiem przybywa przechowanych w administracji absolwentów uczelni.
Nikt nie wyjaśni, na czym polega wzrost płac w administracji, a urzędnik w resorcie to nie ten sam, co obsługuje nas w okienku paszportowym. 

Szczucie jednych na drugich ma swe korzenie w ideologii walki klas i jest wygodnym narzędziem w usprawiedliwianiu niewydolności państwa. Posługuje się nim też każdy system totalitarny. Raz są to kułaki i burżuje, urzędasy, innym razem Żydzi czy emigranci. Ale cel jest ten sam. Odwrócić uwagę od chorego systemu funkcjonowania kraju i zdobycia władzy.
W końcu mleko się rozlewa i cuchnie, a ciemny lud prowadzony jest na rzeź do walki z ciemiężycielami.
Zanim wyruszymy z kosami na urzędasów, nauczycieli czy emerytów warto czasem ruszyć głową i pomyśleć. Myślenie nie boli, a głupota bije bezlitośnie.


środa, 30 czerwca 2010

Same pytania, żadnej odpowiedzi


Szczęśliwy to kraj, w którym obywatele czują się syto i bezpiecznie do tego stopnia, że kandydatów na prezydenta traktują jak małpy w cyrku. Siadają przed telewizorem i oczekują emocjonującego show. Ciemny lud nawet nie wie, że ulega manipulacjom.

Z konieczności więc, dla ratowania swego wizerunku w lustrze nie powinnam  oglądać żadnej debaty. A jeśli już będę jednak tak ciekawska, zasłonię lustro i włączę telewizor, to nie powinnam się łudzić. Nic, co mówią kandydaci, nie jest warte. Cierpliwie mam obgryzać z emocji paznokcie i czekać końcówki, bo wyciągnięcie jakiegoś skandalu może zmienić moje patrzenie na kandydatów.

Podobno debaty to przemysł, a jak przemysł, to jest i zarobek.
Kto płaci? Tylko wyborca? Czy za takie pieniądze, jakie może ofiarować wyborca w Polsce, Rumunii czy na Ukrainie chciałby kreator PR czy spin doktor pracować? Kto więc naprawdę rządzi piarem wyborczym? Dlaczego usilnie wmawiają nam, że nastały nudne czasy postpolityki i tak naprawdę nie mamy wpływu na wybory, bo liczy się emocjonująca narracja a nie program? Szklanka wody czy umiejętne łamanie ustaleń miedzy sztabami robi z nas wała, a my nawet o tym nie wiemy?
Trudno na pozór nie zgodzić się, kiedy po ustaniu emocji analizuje się wyniki wyborów. Rzecz w tym, że analizują je ci sami, którzy sposób patrzenia na politykę i polityków wmawiają „ciemnemu ludowi”. Wyciągają z przeszłości przykłady, jak to debata zmieniła wyniki i wygrał ich ulubienic z odpowiednio dobranym krawatem.

Trudno ich opiniom zaprzeczyć, nie mamy innych jak tylko ich analizy, bo socjolodzy dawno przestali być naukowcami. Dziś „anatomię władzy” nie opisuje naukowiec, lecz klucznik sukcesu. Czy można od niego oczekiwać, że powie nam prawdę, całą prawdę i tylko prawdę?
Zgoda więc; w wyborach liczy się narracja, wizerunek, język ciała i na końcu haki, których przeciwnik nie zdąży już zdementować.
Zastanawia mnie jednak inny problem. Dlaczego ten przemożny wpływ piarowców i spindoktorów nie można wykorzystać dla dobra kraju? Dlaczego w ten sposób nie można wcisnąć „ciemnemu ludowi” polityka MĄDREGO, MAJĄCEGO DOBRY PROGRAM DLA „CIEMNEGO LUDU” I OJCZYZNY?
Z jakiego to powodu muszą wygrywać wybory „Bolki”, „Alki” czy „sołtysi”, „podrabiani hrabiowie” i „gajowi? Kto woli zapłacić grube pieniądze, by na „ciemny lud” spadła wina, że głupio wybrał? Zamiast wyłączyć telewizor i włączyć rozum, siedzi bezmyślnie przed „szkłem kontaktowym” i marzy, że tym razem zrobią porządek z jego szefem. Będzie musiał mu płacić za 12 – godzinną dniówkę tak, by i on mógł z rodziną choć raz pojechać nad morze czy wczasy pod gruszą.

Bez obaw. Nie zamierzam snuć żadnej teorii. Po prostu nie wiem. Jedyne co wiem to to, że gajowi mimo wpadek, alarmujących informacji o niekorzystnych umowach, tajemnych wizytach zagranicznych i dziwnych odwiedzinach nie budzą odrazy u wyborców, przynajmniej nie wszystkich.
Mniejsza o ciemny lud, ten sobie w końcu jakoś radzi. Na wczasy nie ma, ale telewizor jest, piwko do telewizora też. Resztę da się jakoś załatwić. I tak naprawdę lubi ten mit o sobie. Tylko on wie, że woli „Bolka” czy „gajowego” często dla własnej wygody. Z nimi nie jest tak źle, zawsze coś skapnie pod stołem pańskim. A jak zacznie działać prawo i sprawiedliwość, to różnie może być. Jeśli do czegoś potrzebna mu debata, to tylko po to, by zracjonalizować swój strach przed przyszłością i wybór całkiem nieracjonalny.

Bardziej niż te wszystkie oczywistości dręczy mnie jeszcze coś innego.

Dlaczego Bronisław Komorowski nie boi się swoich wpadek kompromitujących go jako marszałka i bez obaw wyrzeka się programu PO. Dlaczego nie waha się w czasie kampanii odbyć tajemniczą podróż do Armenii? Dlaczego po jego wizycie zmienia się ambasador Rosji w Polsce? Dlaczego on sam odwiedza męża Barbary Blidy, choć mógłby to zrobić niezauważenie ktoś z jego sztabu? Dlaczego kampanię z uporem maniaka robi mu Rostowski kosztem siły polskiej złotówki?
I wreszcie, skąd ten brak lęku przed utratą elektoratu, kiedy mówi w debacie, że katastrofa pod Smoleńskiem wpisuje się w stosunki z Rosją?


Tyle gaf, tyle nieostrożności? Naprawdę aż  takim durniem jest?  Jak ma się do tego potęga Public Relations? Darmo piarowcy biorą pieniądze, a jedynie co im się udaje to przemysł debat?

Niełatwo być mamą przy zmywaku. Same pytania, żadnej odpowiedzi.