środa, 25 maja 2011

Nie kłóćmy się o Jaruzelskiego

Był sowieckim funkcjonariuszem, był ich wychowankiem. Robił zawsze to, co mu kazała Moskwa, pod tym względem nigdy się nie wahał. Był sowieckim patriotą. Jego meldunki ze zwiadów, za sprawą których wyłapywano i mordowano odziały polskich patriotów, żołnierzy NSZ, to była czysta poezja…
 

To tylko kilka zdań, które padają w filmie dokumentalnym Grzegorza Brauna – „Towarzysz generał.” http://blogmedia24.pl/node/22754

Jest to szczegółowa opowieść o losach tego sowieckiego patrioty oparta o materiały źródłowe i różne opinie. Dokument miał na tyle silną wymowę, że wypowiedziano generałowi lokum w siedzibie MON.

Kto choć trochę wówczas myślał, musiał ze zdumienia przecierać oczy. W 2004,  a więc wtedy, gdy ministrem był Jerzy Szmajdziński, biuro generała Jaruzelskiego otrzymuje siedzibę w MON.

Dlaczego Jaruzelski otrzymuje biuro jako były prezydent RP  w MON, a nie, np. w Kancelarii Prezydenta? I po co mu to biuro, skoro jest już schorowanym emerytem, który nie może zeznawać na wytoczonych mu procesach?

Tylko przypadek sprawił, że czujność została uśpiona i film Grzegorza Brauna został wyemitowany i tylko wstrząsające fakty w nim zawarte sprawiły, że Bogdan Klich nie miał ochoty na dalsze łączenie jego urzędu z „tawariszczem jenerałem”.

Temat przestał jednak istnieć. Nikt więcej nie drążył, dlaczego sowiecki patriota w polskim mundurze dostał lokal w siedzibie polskiego Ministerstwa Obrony Narodowej.


Tak, prawdziwym fenomenem życia politycznego Polski jest tawariszcz jenerał Wojciech Jaruzelski.
„Choć nie pełni żadnych funkcji, nie piastuje urzędów, nie działa w żadnym ugrupowaniu, od upadku komunizmu, Wojciech Jaruzelski jest nieustannie w centrum polskiej debaty”. –pisał Igor Janke na łamach Rzepy w marcu br. Zastanawiał się, gdzie leży źródło tej nieustannej obecności.
Jednym z powodów według diagnozy publicysty jest armia kilku milionów wielbicieli bohaterstwa Jaruzelskiego, o głosy których warto walczyć.

W to akurat nie wątpię. Do dziś mamy nie tylko w Rosji, ale i w byłych demoludach, a także na świecie wielbicieli wielkości batiuszki Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwilego.
Jego zbrodnie nie budzą wątpliwości, a jednak wciąż  mit wielkiego Stalina nie umiera i jest pożywką dla niezadowolonych z obecnych systemów politycznych.

Nie trzeba być jednak znawcą tematu, by wiedzieć, że są to skutki bez mała stuletniej propagandy, prania mózgu w szkołach i zakładach pracy, że jest to wreszcie strach. Doskonale onegdaj uchwycił to  Sergiusz Piasecki w „Zapiskach oficera Armii Czerwonej”.
http://www.4shared.com/dir/YDPRVRg7/Zapiski_oficera_Armii_Czerwone.html+

Nie inaczej jest z Jaruzelskim.

Miał rację publicysta – „Generał zawsze się przyda”. Pisze: „Propagandowa praca Urbana i Górnickiego – utrwalona bruderszaftem Adama Michnika, konsekwentnym odczarowywaniem generała przez „Gazetę Wyborczą", twardą obroną go przez postkomunistów i brakiem potępienia jego postaci przez Kościół – okazała się skuteczna”.


Temat znów powraca i to w czasie kampanii wyborczej. Proces Jaruzelskiego  w sprawie masakry  Grudnia 70 zacznie się od nowa, bo zmarła ławniczka i brak ławnika zapasowego. Czyli mówiąc prościej: Sąd odłożył proces generała do czasu aż możliwe będzie jego umorzenie.
I znowu jest okazja do polaryzacji opinii społecznej, do dyskusji za i przeciw. Z faktami jednak trudno  dyskutować nawet propagandzistom. Dlatego nikt  nie  próbuje udowadniać historykom, że biografia Jaruzelskiego przedstawiona w filmie „Towarzysz generał” jest sfałszowana. Za to jednym ulubionym publicystycznym  epitetem - kontrowersyjna - można zrelatywizować wszystkie wygłoszone tam opinie i oceny biografii „tawariszcza jenerała”.

Ma to zasiać wątpliwość, odwołać się do emocji i zaszczepionych w  nas wartości, bądź przez nas odrzuconych. Fakty wtedy stają się instrumentem budowania rzeczywistości politycznej.

Nie wszystko jednak, co się wokół generała wciąż dzieje, da się wytłumaczyć potrzebami doraźnej polityki i strategii wyborczej.
Logika ta czasem zawodzi.
Jaką logiką bowiem można wytłumaczyć obie wypowiedzi, które dzieli nie tylko czas, ale przede wszystkim treść. A choć nie dotyczą Grudnia 70, to jakże są znamienne dla tego wszystkiego, co się wokół generała dzieje w polityce.
W „Przeglądzie mediów” z 4 kwietnia 2006 roku na stronie IPN czytam:
Za "absolutnie normalne" uznał wicemarszałek Sejmu Bronisław Komorowski (PO) zarzuty IPN wobec gen. Wojciecha Jaruzelskiego. "Tak, jak w Chile następuje rozliczenie Pinocheta, tak samo w Polsce musi nastąpić osądzenie stanu wojennego i jego głównych autorów - powiedział Komorowski w poniedziałek na konferencji prasowej w Toruniu. Komorowski ocenia wprowadzenie stanu wojennego  jako działanie przeciwko interesom narodu, a także rozbicie polskich marzeń o wolności. Pion śledczy IPN postawił Jaruzelskiemu dwa zarzuty: "kierowania zorganizowanym związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym, mającym na celu popełnianie przestępstw" oraz podżegania członków Rady Państwa PRL do wprowadzenia wbrew Konstytucji dekretów o stanie wojennym. Grozi mu do 8 lat więzienia. "W stanie wojennym łamano Konstytucję i prawa obywatelskie, doprowadzając nawet do śmierci wielu ludzi. Takie rzeczy nie mogą pozostać bez osądzenia" - uważa wicemarszałek. Komorowski zauważył, że w Chile też sądzi się byłego dyktatora Pinocheta i tak samo należy postąpić w Polsce z autorami stanu wojennego z gen. Jaruzelskim na czele. "Obowiązuje ich odpowiedzialność polityczna, moralna, a także karna za popełnione czyny. I dlatego uważam działanie IPN za absolutnie normalne - stwierdził Komorowski.
Serwis PAP 03.04.2006 r. Gen. Wojciech Jaruzelski i prof. Andrzej Paczkowski byli gośćmi programu „Prosto w oczy” w TVP 1.
http://www.ipn.gov.pl/wai/pl/18/2785/PRZEGLAD_MEDIOW__4_kwietnia_2006_r.html

Minęło 5 lat i ten sam Bronisław Komorowski zostaje prezydentem. W czasie kampanii wyborczej już nie potępia stanu wojennego i nie domaga się osądzenia WRON. A jednym z pierwszych jego działań jest zaproszenie na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego Wojciecha Jaruzelskiego.
To ładny gest. Myślę, że na to warto zwrócić uwagę: prezydent zaprasza byłych premierów i byłych prezydentów. Słucha ich rady. Na tym powinna polegać taka pozytywna moderacja debaty publicznej przez prezydenta - ponad pewnymi podziałami, ponad uprzedzeniami. Warto siebie czasem posłuchać nawzajem, bo polska polityka cierpi na nadmiar ludzi, którzy siebie nie słuchają, a nieustannie atakują - przekonuje Nowak.

I dalej:
„Pytany o postępowania sądowe przeciw Jaruzelskiemu i postępowanie IPN-u ws. odpowiedzialności za wprowadzenie stanu wojennego, odpowiada: Jestem człowiekiem z Gdańska, który ma szczególną wrażliwość na różnego rodzaju rzeczy z przeszłości, również za stan wojenny, ale mało kto ma takie prawo wznosić się ponad pewne uprzedzenia, jak Bronisław Komorowski, który był wsadzany przez ludzi generała Jaruzelskiego do więzienia”.


Jakie uprzedzenia miał na myśli  Sławomir Nowak? Skąd nagle zniknęły uprzedzenia u Komorowskiego? Dlaczego pragmatyzm jego nie ograniczył się do zasięgnięcia języka, a stał się spektakularnym gestem przywrócenia honorów prezydenta wolnej Polski, którym nigdy Jaruzelski  nie był, choć wszyscy nam to wmawiają?  (Sejm kontraktowy to jeszcze nie wolne wybory i wolna Polska) Komorowski nie musiał już niczego udawać na potrzeby kampanii wyborczej, był już prezydentem.

O co więc chodziło? O spłacenie długu? Czy o takie samo spłacenie długu chodzi tym wszystkim, którzy troszczą się, aby do procesów Jaruzelskiego nie doszło? (Warto pamiętać, że to nie jedyny proces, który trwa w nieskończoność. Nadal nie ma rozstrzygnięcia odpowiedzialności Jaruzelskiego za wprowadzenie stanu wojennego.) Też czekają na śmierć ławnika?
A może jest coś więcej? Stawiam pytania retoryczne. Procesy te nie mogą się odbyć, bo wraz z nimi runie mit wolnej i niepodległej III RP?
Bez przesady. W aktach sądowych nie ma rewelacji, których już nie poznalibyśmy dzięki historykom i dokumentom zgromadzonym w IPN. Tych moskiewskich długo jeszcze nie obejrzymy, jeśli w ogóle kiedykolwiek polski historyk do nich będzie mógł zajrzeć.
O co więc tak naprawdę toczy się gra?
Chyba jeszcze raz obejrzę sobie „Towarzysza generała” Grzegorza Brauna.
Tam są wszystkie odpowiedzi. Również na najważniejsze w tym wszystkim pytanie – Dlaczego do tej pory nie doszło do zweryfikowania i oczyszczenia polskiego wymiaru sprawiedliwości, a generał Jaruzelski nie tylko nie został osądzony, ale z największą troską i coraz większymi honorami jest hołubiony w III RP, która coraz jawniej staje się kontynuacją  PRL.

Proces o sprawstwo kierownicze masakry robotników Wybrzeża w grudniu 1970 r. trwa od 1995, ale już wiadomo, że nie ma szans na jego zakończenie.
Nie kłóćmy się więc o generała. Dla Polaka jest on zbrodniarzem, rosyjskim agentem, którego nie udało się osądzić, ale ostateczną przegraną  nas wszystkich będzie, gdy nie uda się nam obronić archiwum IPN i oczyścić od służb WSI ,  byłych funkcjonariuszy SB, rosyjskich agentów wpływu, zależności od nich polskiego wymiaru sprawiedliwości. Rośnie bowiem pokolenie prokuratorów,  sędziów, którzy nie pamiętają PRL, ale doskonale służą jej odradzaniu się w każdy wymiarze życia społecznego, gospodarczego i politycznego.

poniedziałek, 16 maja 2011

"Dawajcie pieniądze i wynoście się"

Żadna partia w Polsce nie mówi dziś o prywatyzacji służby zdrowia. Nikt nie chce likwidacji darmowej służby zdrowia, ale z prywatyzacją służby zdrowia jest tak jak z karą śmierci. Jak wykonano ostatnio w USA wyrok śmierci, to słupki Obamie od razu podskoczyły -usłyszałam w niedzielnym, moim ulubionym, programie AgenTomasza w Niepoprawnym Radiu PL.

Zastanawiam się,AgenTomaszu, jak podskoczyłyby słupki nie tylko Obamie, gdyby wprowadzić przymusową eutanazję w przypadku nieuleczalnych chorób?
Makabryczny żart? Może i tak, ale za każdym razem, kiedy słyszę, że służba zdrowia w Polsce jest za darmo lub państwo daje cokolwiek i wznawia się dyskusję nad karą śmierci, mam ochotę nie tylko na makabryczne żarty. Problemu kary śmierci nie podejmę, ale o służbie zdrowia, owszem, mam przemożną ochotę pogadać sobie.

Pojęcie państwa socjalnego stworzyli socjaliści. Miał to być raj dla wszystkich po równi. W tym raju każdy według potrzeb miał być traktowany sprawiedliwie. Bardzo szybko okazało się, że nie tyle według potrzeb, ale przede wszystkim według zasług i portfela. Na tę niedogodność znaleziono dziś receptę. Jeśli nie masz pieniędzy, zawsze możesz domagać się eutanazji, tę komuniści, socjaliści i socjaldemokraci wykonają ci za darmo. Będziesz schorowanym biednym nieboszczykiem, ale za to umrzesz z przekonaniem, że skorzystałeś z prawa do wyboru „godnej” śmierci.


Demokracja też skwapliwie podchwyciła szczytne hasła: Liberté-Égalité-Fraternité. By je wcielić w życie wprowadzono i wprowadza się coraz to więcej obowiązków obywatela wobec państwa, bo przecież państwo musi owe hasła realizować, a do tego potrzebne są rozporządzenia, okólniki, dyrektywy, nakazy i zakazy oraz armia ich wykonawców. A mimo to wszystkim nie starcza ani wolności, ani równości, ani braterstwa.

Widać to jak na dłoni po 20 latach rządów tzw. demokratycznych w Polsce. Najpierw wmawiano nam, że obowiązkowo, nawet za marne grosze, trzeba wszystko prywatyzować, bo prywatne jest lepsze. Po latach mądry Polak po szkodzie zorientował się, że to wcale nie była prywatyzacja lecz uwłaszczanie nomenklatury.
Kiedy już doprowadzono tą demagogią do zawłaszczenia majątku narodowego, zabrano się za to, co wskutek złego zarządzania państwa ledwie dycha i można przejąć za bezcen. Tylnymi drzwiami, bez zgody obywateli postępuje ciąg dalszy uwłaszczania tym razem służby zdrowia.

Teoretycznie nie powinno mnie obchodzić czy leczy mnie lekarz w swoim własnym gabinecie, przychodni czy szpitalu za moje składki zdrowotne odciągane przymusowo przez dziesiątki lat, czy jest to instytucja nadzorowana przez państwo.
Nie będę też szukać przyczyn zapaści polskiej służby zdrowia, bo to nie do mnie należy. Ja po prostu płacę i wymagam.
To zarządzający moimi składkami i moim podatkiem powinni przede mną wytłumaczyć się, dlaczego nawet świadczenia gwarantowane nie są w pełni realizowane.
Państwo nie ma ani jednego grosza do swej dyspozycji, który nie byłby groszem obywateli. Państwo niczego nie daje nikomu za darmo, państwo zarządza majątkiem narodowym i z tego zarządzania powinno się przed swymi obywatelami rozliczyć.
Jeśli rządzący ustalają obowiązek wpłacania do wspólnej kasy składek zdrowotnych, dzięki którym chorzy otrzymują pomoc lekarską, kiedy jej potrzebują, to mają obowiązek przed nami zdawać rzetelne sprawozdania, jak gospodarowali naszymi pieniędzmi, zamiast wciskać nam obraz państwa rozdającego cokolwiek za darmo.

Słyszę już chór ortodoksyjnych liberałów - Wymyślasz utopijne frazesy!!
A ja pytam - To są moje frazesy czy rządzących?
Przed czterema laty słyszałam na własne uszy, a teraz, również dzięki Internetowi, mogę przeczytać ponownie:

„Platforma Obywatelska idzie po to do wyborów, aby każdy Polak, niezależnie od tego, jak jest zamożny, ile zarabia, mógł liczyć na podstawową opiekę zdrowotną, na miejsce w szpitalu, dlatego że płaci składkę - oświadczył (wtedy) szef PO Donald Tusk. - Wy wszyscy na to płacicie /…/ i macie prawo do bezpłatnej usługi w szpitalu, w przychodni i ją dostaniecie - mówił (przed czterema laty) Tusk na/…/konwencji Platformy w Bydgoszczy. Jak dodał, Polacy codziennie słyszą od PiS, że nie ma pieniędzy na "godziwe płace" dla lekarzy i pielęgniarek. 
- Za każdym razem, kiedy chcemy o tym mówić, słyszymy ze strony przedstawicieli rządu, PiS, stek oszczerstw na temat Narodowego Programu Ochrony Zdrowia, jaki przedstawiła Platforma Obywatelska - powiedział szef PO. Tusk podkreślił, że "Platforma jest po to, aby państwo wywiązywało się ze swoich zobowiązań". - Skoro państwo zabiera każdej Polce i każdemu Polakowi tyle pieniędzy z kieszeni na ochronę zdrowia, to ma obowiązek i my ten obowiązek wypełnimy, aby za tę składkę każdy Polak otrzymał godziwą opiekę zdrowotną – zapewnił (wówczas). Ekipa rządząca ze zdrowia Polaków - o które nie potrafiła zadbać - robi brzydki, brudny atut swojej kampanii propagandowej - mówił szef PO Donald Tusk na konwencji wyborczej tej partii w Bydgoszczy. - Zdrowie Polaków stało się brudną monetą przetargową w kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości - ocenił Tusk.
http://biznes.onet.pl/static,forum.html?discId=0&threadId=69547219&discPage=9&AppID=324

Jak się z tego obowiązku PO wywiązało w ciągu 4 lat swoich rządów,  każdy Polak może się przekonać w swojej przychodni lekarskiej i w szpitalach.

Za posądzenie kandydata PO na Urząd Prezydenta, że jego partia jest za prywatyzacją służby zdrowia, Jarosław Kaczyński musiał przepraszać. Tymczasem cichcem minister zdrowia ograniczając fundusze wymusza komercjalizację szpitali. Odtąd moją składką zdrowotną, zmuszając mnie do jej płacenia, bez mojej zgody będzie obracać zarząd spółki w szpitalu, który wybudowano i wyposażono za moje, między innymi, pieniądze.

Moje zdrowie stało się już nie kartą przetargową, ale inwestycją w handlowy biznes.

Wielbicieli „prywatyzacji służby zdrowia małymi kroczkami” zapytam:
Czy system zarządzania zmieni się wtedy? Czy pieniędzmi nie będzie już obracać armia urzędników Narodowego Funduszu Zdrowia? Czy nie będzie już listy świadczeń gwarantowanych? Czy starczy pieniędzy na leczenie każdego? Co zmieni się po komercjalizacji i ostatecznie prywatyzacji szpitali, oprócz tego, że państwo, zagarniając nadal pieniądze obywateli, zwolni się z odpowiedzialności za uczciwe i sprawne zarządzanie nimi?

Ale, przyznam, mam dość sporów ideologicznych przed wyborami.
Tak, jestem za prywatną służbą zdrowia i byłam za nią od początku. Niech wam będzie, moje zdrowie może być towarem takim samym jak kapusta na rynku. Stawiam jednak jako współwłaściciel Narodowego Funduszu Zdrowia warunek; zapytajcie wszystkich, którzy płacą składki, w referendum czy oni też się na to zgadzają.

Co do mnie, jak wyżej, jestem za prywatną służbą zdrowia pod warunkiem, że lekarz - biznesmen z innymi lekarzami - biznesmanami założy spółkę komercyjną za własne pieniądze. Tak jak to jest w przypadku wszelkich spółek handlowych. Musi być kapitał i dopiero rozkręcamy biznes. Ale wara od tego, co moje.
W narodowym majątku służby zdrowia są udziały każdego Polaka i nasze, i moje składki zdrowotne; które powinny iść za mną, gdy potrzebuję leczenia. Do mnie powinien należeć wybór szpitala i lekarza.

I widzę nawet wyjście. Skoro nie można zarządzać funduszem zdrowotnym solidarnie tak jak zakłada to system składek zdrowotnych, to może pora najwyższa na uczciwe policzenie, ile jest wart majątek służby zdrowia i oddanie obywatelom w postaci udziałów, to co do nich należy? Może to obywatele przejmą wówczas szpitale a nie kolesie, którzy poparli was w wyborach po to, abyście ich uwłaszczyli kosztem reszty społeczeństwa? Może będę wtedy wiedziała, ile udziałów mam w tejże służbie zdrowia?

Skoro państwo nie wywiązuje się ze swoich obowiązków, to po co mi takie państwo? Oddajcie mi moje pieniądze, nie zmuszajcie mnie do obowiązkowych składek, ja sama zadbam o swoje zdrowie.

Tylko o jedno proszę, nie wmawiajcie mi już więcej, że komercjalizacja szpitali nie jest ich prywatyzacją, prywatna służba zdrowia jest lepsza od państwowej, a państwo daje mi cokolwiek za darmo. Nie zmuszajcie nikogo, by w obronie swoich niezbywalnych praw musiał stawiać kosy na sztorc.
"Dawajcie pieniądze i wynoście się"

środa, 11 maja 2011

Podziwiam „znanych, prawicowych” blogerów

Pewna najlepsza, prawicowa blogerka, tak przynajmniej nazywają ją zgodnie media, od wtorkowego poranka zachwycała się na Twitterze genialnością taktyki Donalda Tuska.

Najpierw był zachwyt nad mądrością „transferu” Arłukowicza do PO.

„Tak się wygrywa wybory” – pochwaliła prawicowa blogerka.

Dzielnie wsparł blogerkę retwittem konsultant polityczny, chyba po to, by się nam utrwaliło: TAK SIĘ WYGRYWA WYBORY.
Na moje pytanie; po co wygrywa się wybory, otrzymałam odpowiedź:

„Normalnie - aby zmieniać kraj. W przypadku Tuska - aby trwać”.

Prawicowa, najlepsza blogerka, oczywiście, w zmienianiu kraju pomaga, jak może. Każde wystąpienie prawicowych polityków, w tym prezesa Jarosława Kaczyńskiego, analizuje i spiera się dla dobra Polski. Walczy jak lwica z wmawianiem lemingom, że PiS po wyborach zawrze koalicję z SLD. Żaden błąd nie ujdzie jej uwagi. Dzięki niej wszyscy mogli się zapoznać z tezami, np. wygłoszonymi na kongresie „Polska – Wielki Projekt”. Wiadomo przecież nie od dziś, że PO ma pełne szuflady pakietów reformujących Polskę. I już wszystkie zrealizował. A media peany na tę cześć głoszą.;-)

PiS bez pomocy blogerów nie jest w stanie przebić się w mediach i prawicowa blogerka to rozumie, dlatego pracowicie spędziła na Twitterze dzień próbując przebić się przez szum medialny. Dzielnie walczyła z hasłem „Dzień bez krytyki PiS i lizania dupy Tuskowi i PO w mediach jest dniem straconym”. Przepraszam tu wrażliwych, ale tyłek to zbyt piękne słowo do tego, co się dzieje. Lizać można wprost, to robią niewyrobione oszołomy w komentarzach na forach i pod blogerskimi notkami. A można udawać obrzydzenie wściekając się, że inni to robią. To taka inteligentniejsza, dostępna tylko nielicznym, z najwyższym IQ, forma marketingu politycznego.

Wróćmy do twittów znanej, prawicowej blogerki. Wspieraniu prawicy służyły pracowicie wystukane na klawiaturze twitty:

„Ale trzeba przyznać, że Arłukowicz się tanio nie sprzedał. Specjalnie dla niego stanowisko utworzyli”.

„A Kluzik i Poncyl przespali swoją szansę. Już się nie załapią na posady czy listy”.

„A PiS oddaje wszystko walkowerem”.


Doprawdy trudno pojąć, jaki związek „prawicowa blogerka” widzi między „transferem” Arłukowicza a walkowerem PiS i na czym ten walkower polega? Ja w każdym razie nie podejmuję się tłumaczenia myśli ukrytej w tym stwierdzeniu. No, chyba że, chodzi o dyskretne nadanie kierunku myślenia
– Wszystkiemu winien PiS, również temu, że dwóch degeneratów sprzedaje za stanowisko w rządzie miejsce na liście wyborczej. Jeden z nich jest nawet szefem rządzącej partii i premierem.

„Arłukowicz powinien skutecznie przykryć długie i drogie weekendy premiera”. –stwierdza prawicowa blogerka.

Tu zgadzam się bez zastrzeżeń. Dodam tylko: dzięki, między innymi, wytężonej pracy marketingowej znanej prawicowej blogerki.
Owocem tego wysiłku, za który zapewne Stachowicz i konsultant polityczny jest głęboko wdzięczny, są następne twitty oceniające Tuska i Arłukowicza:

„genialny bo za darmo wziął medialną twarz. Zamiast narzekać będzie teraz pracować dla niego. Na odcinku propagandy”.

Chyba dlatego, że w 140 znakach trudno jasno się wyrazić twitt nie zawierał mantry – „zamiast narzekać jak PiS”.

„W pakiecie z rządowym stołkiem musiało być też miejsce na liście. Co pokazuje, że ten interes się obu opłacił”.

„i koniec końców obu się to opłaciło”.


Zastanawiam się, na czym polega ta opłacalność? Na odpowiedź zapewne przyjdzie czas, jak już wszystkie lemingi uwierzą, że to taktyka wyborcza a nie kupczenie mandatem, które powinno podlegać ocenie nie tylko moralnej ale i prawnej.


No cóż, za kupowanie głosów w Wałbrzychu sąd zapewne ukarze winowajców. Unieważnił też wybory. Kupowanie miejsca na liście wyborczej będzie jedynie ocenione pragmatycznym stwierdzenie znanej prawicowej blogerki:
„Ale jak mu wystarczy nic nie znaczący stołek i wiążący się z nim prestiż (i nie tylko) to pociągnie długo u boku Tuska”.

Za to „długo u boku Tuska” zapłaci podatnik, bo przecież to utworzone stanowisko kosztuje. Ale takimi przyziemnymi sprawami znana, prawicowa blogerka się nie zajmuje. To zostawia oszołomom, którzy myślą, że programem wyborczym można wygrać Polskę i ją zmienić.


Proszę się jednak nie niepokoić. Znana, prawicowa blogerka nie zapomniała o wsparciu PiS:

„Dzisiejszy ranek - PiS śpiewa pod pałacem, PO pozyskuje do współpracy najbardziej medialnego polityka opozycji. Tak się wygrywa wybory”.


Prawda, że tak rzeczywistość może oceniać tylko prawicowa blogerka, której zależy na Polsce?


A ja naiwna, wiejska blogerka, sądziłam, że tym, między innymi, bloger prawicowy różni się od lewicowego, że w trosce o Polskę umie odróżniać marketing polityczny od rzeczywistości, w jakiej znajduje się Polska i polska polityka. Z naiwnością dziecka sądziłam, że znana prawicowa blogerka potrafi to swoim czytelnikom, których ma dzięki nieustannemu wkładaniu nam wszystkim w głowy, że jest najlepsza, wyjaśnić, że to nie jest marketing, ale cyniczne kupczenie stanowiskami w rządzie na potrzeby wyborów.


Z tej naiwności wynikło moje pytanie do znanej, prawicowej blogerki:

Tak dziś czytam Twoje twitty i nadziwić się nie mogę. W PR PO pracujesz? ;-)
Oczywiście otrzymałam od znanej, prawicowej blogerki satysfakcjonującą odpowiedź, którą pozostawiam bez komentarza. Sama się komentuje:

"Dlaczego? Bo nie udaję, że nie widzę jak się Tuskowi wszystko udaje? Ano udaje mu się. Jestem wściekła, ale on wygrywa”.

I jak tu nie podziwiać znanych prawicowych blogerów.

czwartek, 5 maja 2011

Ku pokrzepieniu serc




Święto Narodowe Trzeciego Maja, które we wtorek obchodziliśmy, splata się z świętem Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, ustalonym przez Piusa XI.

Po raz pierwszy Maryję Królową Polski i Polaków nazwał w XVI w poeta Grzegorz z Sambora. Ale ukoronowanie Maryi na Królową Polski wiąże się w świadomości kościoła katolickiego i narodu polskiego przede wszystkim z obroną klasztoru Jasnej Góry oraz Ślubami Lwowskimi króla Jana Kazimierza.

Odmowa wpuszczenia do klasztoru Szwedów skłoniła ich do rozpoczęcia oblężenia, trwającego od 18 listopada 1655 r. do nocy z 26 na 27 grudnia.
Wieść o zwycięstwie nad wojskami szwedzkimi, które odstąpiły od oblężenia, nie zdobywszy klasztoru i sanktuarium, rozeszła się błyskawicznie po nękanym przez wroga kraju prawie całkowicie opanowanym przez Szwedów i Rosję.

Uwolnić ojczyznę od potopu wroga mógł jednak jedynie zryw całego narodu a nie tylko szlachty. By poderwać go do walki, król Jan Kazimierz złożył uroczyste śluby 1 kwietnia 1656 r. w katedrze lwowskiej.

Monarcha oddał Rzeczpospolitą pod opiekę Matki Boskiej, którą nazwał Królową Polski i obiecał, że poprawi sytuację chłopów i mieszczan, kiedy tylko kraj zostanie uwolniony spod okupacji. Po ślubowaniu króla, w imieniu senatorów i szlachty, podobną rotę odczytał podkanclerzy koronny biskup krakowski Andrzej Trzebicki, zaś wszyscy obecni powtarzali słowa jego ślubowania.
Obietnice wobec niższych stanów nie zostały zrealizowane z powodu stanowczego sprzeciwu szlachty, ale przez kolejne wieki wydarzenia te, zarówno dotyczące obrony Częstochowy, jak i ślubów królewskich krzepiły serca Polaków.

Mistrzem w budzeniu ducha Narodu, podtrzymania woli przetrwania, gdy wydawało się, że giniemy, okazał się Henryk Sienkiewicz.

Pragnę ten fragment „Potopu” podarować wszystkim, którzy dziś widzą los Polski tylko w czarnym barwach. Tak po prostu, ku pokrzepieniu serc, posłuchajmy:

Audycja 212 Niepoprawnego RadiaPL http://radiopl.pl/

19:37 Henryk Sienkiewicz (czyta Katarzyna) – Potop – Śluby Lwowskie Jana Kazimierza

czwartek, 28 kwietnia 2011

Jan Paweł II w polskim parlamencie


Im bliżej beatyfikacji Jana Pawła II tym śmieszniej w mediach.Jedni wpadają w uroczysty ton patetyczno-religijny żądając odpolitycznienia tej uroczystości. Inni pragną choć na moment zaistnieć w mediach bulwersującymi wypowiedziami.
A gdzieś tam ginie w szumie medialnym istota wielkości nauczania Jana Pawła II i fakt, że za Jego sprawą wielu na świecie dowiedziało się, gdzie leży Polska, a co dociekliwsi pragnęli poznać choć pobieżnie historię „dalekiego kraju”. Wielu rodaków za oceanem zaczynało szukać swoich korzeni i poznawać kraj przodków.

Niestety, zmarnowaliśmy czas przygotowań do beatyfikacji. Otwartym pozostawiam pytanie, na ile było to zaniedbaniem, a na ile celowym rozmyciem przesłania nauczania Jana Pawła II.

Nie sposób dziś nadrobić ten czas stracony dla narodowych rekolekcji. Przypomnijmy sobie choć jeden dzień, a zobaczymy, jak wiele jako naród tracimy zapominając, co do nas i o nas mówił nam i światu.


11 czerwca –  7 dzień pielgrzymki. To był długi, bardzo pracowity i niezwykle wyczerpujący dzień dla  Jana Pawła II, kolejny  w najdłuższej pielgrzymce Ojca  Świętego do ojczystego kraju.

Sprawozdanie jest w sieci i każdy może je przeczytać:

http://mateusz.pl/jp99/pd/0611/


Jak w soczewce program tego pamiętnego dnia  skupia wszystko, co było ważne w posłudze  Ojca Świętego.
Polska za Jego sprawą  żyła w przekazie medialnym całego świata. Mógł nie mówić wiele, wystarczyłoby, żeby kamery, dziennikarze i reporterzy podążali za Nim, a  Polska wskrzeszona po latach zniewolenia istniała piękna i dumna. Któż wtedy nie chciał się przyznać, że jest Polakiem?


Ale Jan Paweł II nie tylko był wtedy z nami, ale mówił. A jego słowa do dziś niczym niezrealizowany testament.

Patrząc na to, co dzieje się w polskim parlamencie, jak bez wahania przegłosowuje się ustawy i  ratyfikuje dokumenty ograniczające suwerenność państwa, jak  niczym maszynka do głosowania godzi się na ograniczanie praw rodziny, dewastację polskiej szkoły, służby zdrowia,jak wielu posłów nawet nie czyta przyjmowanych ustaw, nie można nie myśleć o historycznym dniu 11 czerwca 1999 r.

Pamiętamy?

„Składam dzięki Panu historii za obecny kształt polskich przemian, za świadectwo godności i duchowej niezłomności tych wszystkich, których w tamtych trudnych dniach jednoczyła ta sama troska o prawa człowieka, ta sama świadomość, iż można życie w naszej Ojczyźnie uczynić lepszym, bardziej ludzkim. Jednoczyło ich głębokie przekonanie o godności każdej osoby ludzkiej, stworzonej na obraz i podobieństwo Boga i odkupionej przez Chrystusa. Dzisiaj zostało wam powierzone tamto dziedzictwo odważnych i ambitnych wysiłków podejmowanych w imię najwyższego dobra Rzeczypospolitej”.

Zastanawiam się, co dziś znaczy; zdanie wypowiedziane przez Ojca Świętego:

„Od was zależy, jaki konkretny kształt przybierać będzie w Polsce wolność i demokracja”.

Czy to stwierdzenie papieża nie wymaga gruntownej, merytorycznej, a nie tylko politycznej i piarowskiej dyskusji?
Nikogo nie ciekawi, wiedza przeciętnego Polaka o demokracji? Co dla niego znaczy to słowo? Jak je rozumie polski maturzysta, student?


Ze wzruszeniem słucham mowy powitalnej śp.  Marszałka Macieja Płażyńskiego
  http://www.youtube.com/watch?v=11--bI4SSkQ&feature=related

Migają w oku kamery twarze posłów, którzy zginęli w Smoleńsku. Warto też przyjrzeć się niektórym słuchaczom historycznego przemówienia Jana Pawła II, np.  posłowi Niesiołowskiemu. Może dzięki temu  łatwiej będzie nam zrozumieć jego obecne wypowiedzi i zachowania?


A Ojciec Święty mówił:
„Trudno w tej chwili nie wspomnieć o długiej, sięgającej XV wieku historii polskiego Sejmu czy o chlubnym świadectwie ustawodawczej mądrości naszych przodków, jakim była Konstytucja 3 Maja z 1791 roku. Dziś, w tym miejscu, w sposób szczególny uświadamiamy sobie zasadniczą rolę, jaką w demokratycznym państwie spełnia sprawiedliwy porządek prawny, którego fundamentem zawsze i wszędzie winien być człowiek i pełna prawda o człowieku, jego niezbywalne prawa i prawa całej wspólnoty, której na imię naród. [Zdaję sobie z tego sprawę], że po długich latach braku pełnej suwerenności państwa i autentycznego życia publicznego, nie jest rzeczą łatwą tworzenie nowego, demokratycznego ładu i porządku instytucjonalnego”.

Co dziś powiedziałby papież w polskim  parlamencie o tych trudnościach w tworzeniu nowego, demokratycznego ładu i porządku?

A wtedy wskazywał i przypominał:
„Miejsce, w którym się znajdujemy, skłania do głębokiej refleksji nad odpowiedzialnym korzystaniem w życiu publicznym z daru odzyskanej wolności oraz nad potrzebą współpracy na rzecz dobra wspólnego.

Niech nam w tej refleksji pomoże przywołanie na pamięć jakże licznych w ciągu ostatnich dwu stuleci heroicznych świadectw polskiego dążenia ku własnemu suwerennemu państwu, które dla wielu pokoleń naszych Rodaków istniało jedynie w marzeniach, w przekazach rodzinnych, w modlitwie. Mam tu na myśli przede wszystkim czasy rozbiorów i związaną z nimi walkę o odzyskanie utraconej Polski, wykreślonej z mapy Europy. Brak tej podstawowej struktury politycznej kształtującej rzeczywistość społeczną był zwłaszcza podczas ostatniej wojny światowej tak dotkliwy, że w warunkach śmiertelnego zagrożenia samego biologicznego istnienia narodu, doprowadził do powstania Polskiego Państwa Podziemnego, które nie miało analogii w całej okupowanej Europie. [Zanim tu przyszedłem -
mówił Ojciec Święty - poświęciłem pomnik. Pomnik upamiętniający to Państwo Podziemne oraz Armię Krajową. Było to dla mnie okazją do głębokiego wzruszenia].

Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że to dzisiejsze spotkanie w Parlamencie byłoby niemożliwe bez zdecydowanego sprzeciwu polskich robotników na Wybrzeżu w pamiętnym Sierpniu 1980 roku. Nie byłoby możliwe bez Solidarności, która wybrała drogę pokojowej walki o prawa człowieka i całego narodu. Wybrała także zasadę, jakże powszechnie wtedy akceptowaną, że nie ma wolności bez solidarności: solidarności z drugim człowiekiem, solidarności przekraczającej różnego rodzaju bariery klasowe, światopoglądowe, kulturowe, a nawet geograficzne, czego świadectwem była pamięć o losie naszych wschodnich sąsiadów”


Ciekawe jest to, że te słowa  nagrodziła oklaskami tylko prawa strona polskiego parlamentu. Ciekawe też mogłoby być wyznanie lewej strony; co wtedy myślała i dlaczego słowa Jana Pawła II nie spodobały się jej. Co myśleli wówczas ci, którzy dziś z taką ochotą pchają się do samolotu, by reprezentować władze polskie  na Placu Świętego Piotra w dniu beatyfikacji największego z rodu Polaków?

Czy mają odwagę stanąć nad grobem Jana Pawła II i powiedzieć: Ojcze Święty pozwoliliśmy nie tylko na oszukanie polskich robotników, ale  również na likwidację historycznych stoczni, na zamknięcie wielu polskich zakładów, na zmarnotrawienie narodowego dorobku. Dziś normą jest masowa emigracja młodych Polaków za chlebem. Nie ma solidarności, pozostał szyld .
 

A  Jan Paweł II mówił wtedy:
„Konsekwencją wyboru takich właśnie pokojowych metod walki o społeczeństwo wolnych obywateli i o demokratyczne państwo, były – mimo cierpień, ofiar i upokorzeń stanu wojennego i lat następnych – wydarzenia roku 1989, które zapoczątkowały wielkie zmiany polityczne i społeczne w Polsce i Europie. /…/O tych wydarzeniach nie wolno nam zapomnieć. Przyniosły one nie tylko upragnioną wolność, ale w sposób decydujący przyczyniły się do upadku murów, które przez niemal półwiecze oddzielały od wolnego świata społeczeństwa i narody naszej części kontynentu”.

Wbrew temu, co wszyscy dziś czujemy i co wiemy i jak oceniamy, wtedy czuliśmy się wolni i pełni zapału do porządków we własnej Ojczyźnie.
Wiemy też dziś więcej, wiemy na pewno, że nie stało się tak, jak mówił Jan Paweł II:
„Pamięć o moralnych przesłaniach Solidarności, a także o naszych, jakże często tragicznych doświadczeniach historycznych, winna dziś oddziaływać w większym stopniu na jakość polskiego życia zbiorowego, na styl uprawiania polityki czy jakiejkolwiek działalności publicznej, zwłaszcza takiej, która jest sprawowana na mocy społecznego wyboru i zaufania.
Służba narodowi musi być zawsze ukierunkowana na dobro wspólne, które zabezpiecza dobro każdego obywatela”.



Przed nami ogrom walki i pracy takiej właśnie, o jakiej mówił Jan Paweł II.
Pod jednym wszak warunkiem, że przestaniemy być petentami a zaczniemy wymagać od tych, których wybieramy.


„Jest oczywiste – mówił dalej papież -  że troska o dobro wspólne winna być realizowana przez wszystkich obywateli i winna przejawiać się we wszystkich sektorach życia społecznego. W szczególny jednak sposób ta troska o dobro wspólne jest wymagana w dziedzinie polityki. /…/Wykonywanie władzy politycznej czy to we wspólnocie, czy to w instytucjach reprezentujących państwo powinno być ofiarną służbą człowiekowi i społeczeństwu, nie zaś szukaniem własnych, czy grupowych korzyści z pominięciem dobra wspólnego całego narodu”.


Czy słowa te nie brzmią dziś jak cierpka ironia kontestująca rzeczywistość? Przecież polityka to jedynie zdobycie władzy. I nie ma ceny, nie ma świństwa, które nie zrobi dziś każdy, kto chce ją utrzymać.
 
Dotyczy to również polityków nazywających się wierzącymi. A nierzadko wspierani są oni przez niektórych hierarchów Kościoła polskiego, choć i jedni i drudzy słyszeli wówczas:

„Takiej postawy, przenikniętej duchem służby wspólnemu dobru, Kościół oczekuje przede wszystkim od katolików świeckich. Nie mogą oni rezygnować z udziału „w polityce”, czyli w różnego rodzaju działalności gospodarczej, społecznej i prawodawczej, która w sposób organiczny służy wzrastaniu wspólnego dobra (Christifideles laici, 42). Wraz ze wszystkimi ludźmi mają przepajać duchem Ewangelii rzeczywistości ludzkie, wnosząc w ten sposób swój specyficzny wkład w pomnażanie dobra wspólnego. Jest to ich obowiązek sumienia wynikający z chrześcijańskiego powołania”.

Czy nam się to podoba, czy nie, porządkowanie polskiego domu musimy zacząć jeszcze raz  i nie wolno nam przemilczać tego, o czym mówił do nas Jan Paweł II . Inaczej kolejny zryw polskich patriotów wykorzystają ci, którzy wówczas z trudem wytrzymali na poselskich krzesłach, gdy On mówił do nich z nadzieją, że nie zmarnują dziejowej szansy. 

Można też posłuchać: http://radiopl.pl/
19:10 Blog:Katarzyna - Jan Paweł II w polskim parlamencie http://mamakatarzyna.blogspot.com/

środa, 20 kwietnia 2011

A Jan Paweł II tak mówił


Człowiek podąża ku Zmartwychwstaniu - każdy swoją drogą. Dla wielu z nas krzyżuje się ona z innymi w Wielkim Tygodniu przy adoracji Najświętszego Sakramentu w ciemnicy, we wspólnocie adorującej Krzyż i przy Grobie Pańskim, by na końcu razem z bijącymi dzwonami ogłosić światu: Chrystus zmartwychwstał! Prawdziwie zmartwychwstał! Alleluja!

Nie jest łatwo podzielić się z innymi, o czym się myśli w takie dni. Gdyby nie Zmartwychwstanie, trud życia, cierpienie i śmierć nie miałyby sensu. Jakże o tym mówić, jak się dzielić tym, co tak bardzo osobiste?
Nie bardzo umiem. Kołaczą wspomnienia zapachy i dźwięki z rodzinnego domu. Ale te ma każdy z nas. I dla każdego są one jedyne i niepowtarzalne. Wystarczy zamknąć oczy…
Któż wobec tego może być naszym nauczycielem? Kto lepiej i mądrzej może nas obdarować, by Wielkanoc nie zatraciła się w „wesołym jajku” i „zajączku”?

--------------------------------------

Wielki Czwartek – Wieczernik. Apostołowie wokół Mistrza. Dziwnie do nich mówi. Jeszcze nie rozumieją wagi słów i znaczenia gestów.
I dziś wielu dziwi się i nie rozumie. A bywa, że z Wieczernika biorą tylko Agapę zapominając, że bez wiary i kapłana jest ona tylko zwykłą ucztą na pamiątkę tej pierwszej, tej jedynej, wciąż na nowo przez pokolenia powtarzanej, odkrywanej.

A Jan Paweł II tak mówił wielokrotnie do kapłanów:
„Kapłan zawsze i niezmiennie znajduje źródło swej tożsamości w Chrystusie- Kapłanie. To nie świat potwierdza jego status wedle swych potrzeb i roli, jaką on odgrywa w społeczeństwie. Kapłan jest naznaczony pieczęcią Kapłaństwa Chrystusowego, by uczestniczyć w Jego charakterze jedynego Pośrednika i Odkupiciela”.

Czy pamiętają o tym ci, którzy usilnie wmawiają nam, że kapłaństwo to zawód?
Wysoko postawiona tu poprzeczka dla zwykłego śmiertelnika. Jak może temu sprostać? Zwłaszcza, gdy tak wiele od niego Chrystus i każdy z nas wymaga; każde źdźbło czy okruszek w oku swego proboszcza zauważymy. Doprawdy, bez kolan i adoracji nie da rady.

--------------------------------------

Nasze kolana zginają się przed krzyżem w Wielki Piątek. Ogołocony ołtarz, odarty z czci, poniżony, bezbronny Jezus.

A Jan Paweł II tak w ostatniej stacji Drogi Krzyżowej mówił:

«Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?» (Łk 24, 26). - Te słowa Jezusa, skierowane do dwóch uczniów idących do Emaus, rozbrzmiewają w naszych sercach dzisiejszego wieczoru na zakończenie Drogi Krzyżowej w Koloseum. /…/ «Myśmy się spodziewali»... Uczniowie są zniechęceni i przygnębieni. Nam również trudno zrozumieć, dlaczego droga zbawienia musi prowadzić przez cierpienie i śmierć. /…/
Drodzy bracia i siostry! – mówił dalej Ojciec Święty- Człowiek współczesny bardzo potrzebuje spotkania z Chrystusem ukrzyżowanym i zmartwychwstałym!
Kto, jeśli nie Boski Skazaniec, może pojąć w pełni cierpienie tego, kto spotyka się z niesprawiedliwymi oskarżeniami?
Kto, jeśli nie Król wyszydzony i upokorzony, może zaspokoić oczekiwania tylu mężczyzn i kobiet pozbawionych nadziei i godności?
Kto, jeśli nie Syn Boży ukrzyżowany, może zrozumieć ból i samotność tylu ludzi, których życie zostało złamane i pozbawione perspektyw na przyszłość?


A my kiwamy głowami na potwierdzenie prawdziwości tych słów i śpiewamy:
W krzyżu cierpienie, w krzyżu zbawienie. Kto krzyż odgadnie ten nie upadnie.

Nikt tak dobrze i tak namacalnie nie czuje sensu słów papieża i wielkopostnej pieśni jak człowiek stary, chory, pozbawiony nadziei na pracę, odrzucony i sponiewierany, samotnie zdążający, nawet bez chusty Weroniki i pomocy Cyrenejczyka.

Ale bywa, że wtedy zdarza się cud:
«Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go» (Łk 24, 31). Po tych słowach w sercach dwóch przygnębionych wędrowców zapanowały pokój i radość. Rozpoznali swojego Mistrza, gdy łamał chleb.

--------------------------------------

Biją dzwony, długo, radośnie dźwięczą w rękach ministrantów. Kołatki znowu czekać będą rok w zachrystii.

A Jan Paweł II tak mówił do młodych pielgrzymów przy grobach Apostołów:
W perspektywie trzeciego tysiąclecia chrześcijaństwa - narodzin Chrystusa - które przybliża się, wam młodym Chrystus zawierza szczególne zadanie apostolskie. Chrystus posyła każdego z was i każdą z was z osobna i wszystkich razem jako apostołów, najczęściej jako apostołów świeckich, abyście głosili Jego ewangelię słowem i życiem wszędzie tam, gdzie jesteście, uczycie się czy pracujecie. Bardzo ważne jest to "posłanie razem". /…/Dzisiaj, kiedy wielu chce zredukować religię wyłącznie do sfery życia prywatnego, szczególnej wagi nabiera budzenie świadomości społecznego wymiaru wiary, jej przeżywania oraz zaangażowania apostolskiego.Wyraża się w tym społeczna natura człowieka

Takie tam gadanie - powie ktoś. Dziś młodzież żyje zupełnie czym innym. Czy aby na pewno wszyscy mają dobre informacje? Rozejrzyjmy się dokoła dokładnie. I kiedy tak będziemy się rozglądać, może zadziwimy się, jak wielu młodych ludzi żyje inaczej, niż chcieliby tego współcześni moderatorzy ich sumień.
Uśmiechają się czasem zagadkowo, a po głowie myśli krążą - Boże, jak trudno i jak niewdzięcznie, i jak czasem niebezpiecznie. Bez Ciebie Boże nie mielibyśmy szans.

Ich i wszystkich, którzy zajrzą do mego blogu, posłyszą, może przypadkiem, mamę Katarzynę w Niepoprawnym RadiuPL , pozdrawiam tak jak mnie przed laty nauczyli rodzice: Chrystus Zmartwychwstał!
Im i każdemu z nas, życzę, by w poranek Zmartwychwstania przydarzył nam się cud przejrzenia na oczy; taki sam jak uczniom podążającym do Emaus.


--------------------------------------

Tak bardzo chciałabym, by moje życzenie spełniło się, ale to nie ja miałam tu mówić.
To Jan Paweł II ma wciąż do nas mówić. A mówił tak, gdy się z nami żegnał na lotnisku w Balicach:

Ojczyzno moja, ukochana ziemio, bądź błogosławiona!

Pamiętamy?
http://bit.ly/emu7Bb

środa, 13 kwietnia 2011

„Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”


Zobaczcie sobie dzisiaj, jak zebrani w niedzielę na Krakowskim Przedmieściu śpiewali: Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie. Nie uważacie Państwo tego za skandal?
Przecież, to jest "plucie w twarz" tym, którzy rzeczywiście żyli w niewoli w czasie okupacji. Notabene wielu z tych ludzi w PRL śpiewało "pobłogosław"
- zapytał internauta: http://twitter.com/#!/gibon102

Odpowiedziałam:
Owszem, ja od tej chwili też będę śpiewać „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”.

Mało tego (dodam teraz), nie czuję, abym pluła w twarz bohaterom walczącym o wolność, wprost przeciwnie, jestem im to winna, abym takiej Polski nie nazywała wolną.
Uzasadnienie moje takie same jak za PRL, a jeszcze trochę i nie będzie potrzeby uzasadniać, bo nie będzie Polski.

Owszem, dla wielu Polaków po kazamatach NKWD, gułagach, terrorze okupacyjnym, nożach i siekierach banderowców, więzieniach gestapo wydawała się PRL oazą wolności na miarę pogodzenia się z czerwoną koniecznością.
Wystarczyło tylko dobrze urządzić się w tym baraku, wymościć słomę w swoim kącie, zapomnieć o rodzinie na emigracji, nauczyć się modlić po cichu, mieć w rodzinie właściciela czerwonej legitymacji, a można było przeżyć.

Nazwanie żołnierzy walczących z sowieckim okupantem i władzą instalowaną przez Stalina, bandytami znacznie koiło wyrzuty sumienia. Można było nie myśleć o rozstrzelanych kilku tysiącach działaczy ludowych, żołnierzy AK, NSZ i WiN, o wyrokach śmierci i strzałach do dziewcząt i chłopców, których rodzice opacznie nauczyli, co to Bóg Honor i Ojczyzna. Można było zapomnieć Fieldorfie, Pileckim czy Łupaszce, a potem nawet wzruszyć się wiadomością o śmierci Bieruta czy Stalina. Można było też udawać, że nie wie się o Katyniu, masakrze Grudnia 1970, Poznańskim Czerwcu czy ofiarach w Lubinie, Radomiu i o górnikach z kopalni „Wujek”, o skrytobójstwach stanu wojennego.

Poeta nie bez powodu napisał:
„Takie widzisz świata koło, jakie tępymi zakreślasz oczy”. A choć słowa dotyczyły czasów rozbioru, niosą wciąż aktualną po dziś dzień definicję niewolnika, któremu dobrze w kajdanach.

Pozwolono Polakom nawet na urządzenie tego baraku; fabryki, stocznie, huty, kopalnie; „Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatnio”. A rzesza kapusi, i armia rozdzielających ochłapy z pańskiego stołu, dbała o ułudę wolności i od czasu do czasu smarowała szyje, gdy łańcuchy wżerały się w karki. Niepokornych zwalniano z pracy, dzieci ich wyrzucano z uczelni, bito zomolskimi pałami , strzelano i rozjeżdżano czołgami.

Jeśli mieliśmy jeszcze gdzie śpiewać: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, to dzięki mądrości Prymasa Polski kardynała Stefana Wyszyńskiego a potem Ojca Świętego – Jana Pawła II , kilku biskupów, bo nie wszystkich i pięknych sercem polskich zwykłych kapłanów.

I jeśli mimo rzeczywistości niewolniczego baraku jeszcze marzyliśmy o wolności, to dlatego, że czasem udawało się niektórym przekroczyć granicę i zobaczyć jak żyją wolni ludzie. Dla wielu była to wolność do wypełnionej w zachodnich supermarketach miski, ale byli i tacy, którzy szukali tam wolności słowa i sumienia.
Zwykle nawet od najbliższych słyszeli wtedy: Źle ci?! Władza ludowa dała ci wykształcenie, mieszkanie, pracę. Nie mieszaj się do polityki.

I prawdę powiedziawszy, nie ma sensu dalej brnąć w szczegóły, bo nikt lepiej tego baraku jak George Orwell nie opisał.

Problem w tym, że dziś, kto pamięta tamten czas i ma odwagę do niezależnej oceny, nie może nie dostrzec, że tak naprawdę to tylko zmieniło się hasło na zwierzęcym folwarku i metody zniewalania.

Nie odcięto się prawnie od komuny, nie uwłaszczono i nie upodmiotowiono społeczeństwa.
Zdrajców i i oprawców polskich patriotów po dziś dzień chroni prawo.


Abp Gądecki w Archikatedrze Warszawskiej na uroczystej mszy w obecności najwyższych władz powiedział:

„Wszyscy oni zginęli pragnąc uczcić ofiary katyńskie i zwrócić uwagę na zbrodnię ludobójstwa, jakiego – z woli Stalina – dokonano na polskich oficerach w Rosji w roku 1940. Ponad 21 tysięcy polskich jeńców z obozów i więzień NKWD zostało zamordowanych nie tylko w lasach Katynia, ale i w Twerze, Charkowie oraz w innych, znanych i jeszcze nieznanych miejscach straceń. W tym samym czasie rodziny pomordowanych i tysiące mieszkańców przedwojennych Kresów były zsyłane w głąb Związku Sowieckiego, gdzie ich niewypowiedziane cierpienia znaczyły drogę polskiej Golgoty Wschodu. Ziemia przykryła ślady zbrodni, a kłamstwo miało ją wymazać z ludzkiej pamięci. Ciągle jednak znajdowali się ludzie, którzy pamiętali. Do nich należała też owa polska delegacja na uroczystości 70. rocznicy zbrodni katyńskiej.
Katastrofa pod Smoleńskiem – największa z polskich tragedii w okresie pokoju – dowiodła, że pamięć może kosztować. Zwłaszcza, kiedy na jedną śmierć nakłada się druga. Ale właśnie dzięki owej wiernej pamięci kłamstwo katyńskie stało się jawne opinii publicznej na całym świecie.
Już choćby z tego tytułu – my, Polacy – jesteśmy dłużnikami ofiar tej katastrofy. W pierwszą rocznicę tego wydarzenia pragniemy oddać im hołd”

.
http://duchowy.pl/2011/04/10/homilia-abp-gadeckiego-podczas-mszy-w-archikatedrze-warszawskiej/

Czy dlatego dziś usłyszeliśmy od doradcy prezydenta, że Katyń nie był zbrodnią ludobójstwa lecz zbrodnią wojenną? Doradca Kuźniar nie zna uchwał Sejmu i nie wie, że Polska nie była w stanie wojny z Rosją sowiecką czy udaje, że nie wie?

Nie narzekajmy jednak, cieszmy się wolnością, bo abp Gądecki ma szczęście, Kuźniar tylko sprostował jego niedyplomatyczną wypowiedź. A przecież abp mógł podzielić los ks. płk Żarskiego. Mógł prezydent podobno wolnej Polski wstać, zbesztać publicznie i spowodować wakat w metropolii poznańskiej a nawet odwołanie z funkcji wiceprzewodniczącego Episkopatu Polski.


Jaka jest ta nasza wolność, najlepiej świadczy los ks. płk Sławomira Żarskiego.
Został publicznie upokorzony przez Komorowskiego i przeniesiony do rezerwy tylko za to, że powiedział w homilii:
„ostatnimi laty patriotyzm, jako wartość życia indywidualnego i wspólnotowego, przestał być uważany za konieczny dla egzystencji”, a wartością stała się „zaradność w zaspokajaniu własnych potrzeb i gromadzenia dóbr osobistych, nawet za cenę zniszczenia dobra wspólnego”.

Tego błędu nie popełnił już abp Gądecki. Długie jego kazanie w Archikatedrze Warszawskiej rozmyło się na koniec w naiwnych apelach o pojednanie i dialog. Tak się tym przejęły władze, że natychmiast po znaku pokoju i biskupim błogosławieństwie zrobiły porządek z tzw. nielegalnym namiotem na Krakowskim Przedmieściu. A wszystko w imię wolności, dialogu i pojednania.


Przed kilkoma dniami dowiedzieliśmy się, że pada ostatnia polska stocznia marynarki wojennej, bo rząd zalega z zapłatą.

Dowiadujemy się też, że Donald Tusk prowadzi rozmowy ponad głowami Polaków z Miedwiediewem na temat przejęcia przez rosyjskie spółki LOTOS.
http://gospodarka.dziennik.pl/artykuly/329250,tusk-rozmawial-z-miedwiediewem-o-sprzedazy-lotosu.html

a Sikorski nie widzi żadnej sprawy w rosyjskiej prowokacji w przeddzień 1 rocznicy katastrofy smoleńskiej.

Czy trzeba dodawać do tego jeszcze, że w wolnej Polsce nie do pomyślenia byłoby, by polski prezydent walczył z krzyżem harcerzy upamiętniającym tragedię smoleńską, a z wrogiem Polski składał wieniec pod rosyjską brzozą, choć wokół krzyże wetknięte w smoleńską ziemię przez rodziny opłakujące swoich bliskich?

Czy w wolnej Polsce możliwe byłoby odmówienie rodzinom ofiar katastrofy smoleńskiej statusu pokrzywdzonego? Czytam:
„…prokuratorzy, którzy od zeszłego tygodnia prowadzą wydzielony z głównego śledztwa cywilny wątek organizacji lotów, uważają, że obecnie "nie można mówić o bezpośrednim przełożeniu działań organizacyjnych na zaistnienie katastrofy".

http://www.rp.pl/artykul/2,641764.html

Jeśli filmy ukazujące bicie ludzi w czasie legalnej manifestacji dla uczenia pamięci tych, którzy zginęli służąc ojczyźnie,świadczą o wolności, to ja nie chcę takiej wolności. To jest wolność Tuska i Komorowskiego, nie moja.

http://niezalezna.pl/8996-nie-bialorus-polska-tuska

Polska została ograbiona, zdemolowana, upokorzona, a to, co pozostało, zawłaszczyła postkomuna. Zamiast prawa są dyrektywy, zamiast wolności cenzura. Resztkami rządzi WSI i Ostachowicze szczujący nas na siebie jak niegdyś w starożytnym Rzymie gladiatorów.

Nie ma sprawnie funkcjonujących instytucji, które broniłyby zwykłego obywatela. Parlament polski jest bezwolną maszynką do głosowania. Wolni w tym kraju są jeszcze tylko geje i lesbijki. Za poturbowanie posła nie grozi nic, za żart o pedałach można wylecieć z partii.

Wolno Tarasom sikać na krzyż i „zielonym” za rosyjskie ruble protestować na polskiej ziemi, decydować o wykorzystaniu polskich bogactw naturalnych, Polak natomiast nie ma prawa stać na chodniku, zapalić znicz, zamanifestować swoje przekonania.

Polskojęzyczne media cyngli natychmiast usłużnie nazywają ich kibolami. Choć w roli kiboli akurat wystąpiła tu władza nasyłając „zomoli”.
I tak jak za PRL znowu policja nie chroni mnie i moich rodaków, tylko władzę, która odgradza się od nas barierkami. I tak jak za PRL każe mi się szanować prawo, które depcze moją wolność, rani uczucia i spycha na margines.

Może i Polska jest wolna, ale nie dla mnie, nie dla bezrobotnych i bezdomnych. Jeśli jest wolna, to dla Jaruzelskiego, Kiszczaka i jego kumpli dla tych, którzy ukradli pierwszy milion.
Dlatego znowu będę w kościele śpiewać „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie” i prosić, błagać, aby dał mi szansę ujrzeć ją prawdziwie wolną bez agentów, zomoli, cyngli i pożytecznych idiotów, bez biskupów nazywających obrońców krzyża sektą i bez posłów, którzy jak bezwolne cielęta podnoszą swoje racice w partyjnych kajdankach , by w stadnym głosowaniu podwyższyć emerytury oprawcom, a sprzedać honor i suwerenność Polski.

sobota, 2 kwietnia 2011

A śmierć jest mostem między życiem a wiecznością

Jest o czym myśleć. Czekaliśmy na tę chwilę, myśleliśmy o niej z dumą i radością. Tymczasem los zrządził inaczej. Beatyfikację poprzedza nie tylko rocznica śmierci Jana Pawła II, ale pierwsza rocznica tragicznej katastrofy smoleńskiej.
I jedna i druga to wielkie zobowiązanie dla Polaków. Testament i dziedzictwo Jana Pawła II zobowiązuje do wierności, do powrotu do tamtych chwil, by wskrzesić w sobie wszystko, co dobre i szlachetne. Ale również po to, aby ocalić od zapomnienia, manipulacji, kłamstwa i oszczerstw ofiary 10 kwietnia. To każdy Polak rozumie, wróg próbuje ośmieszyć, a świat nie może się nadziwić.
Z Bożą pomocą, prosząc o wstawiennictwo Jana Pawła II, który nazywał Ojczyznę swoją matką i ten zakręt historii Polski sforsujemy.

Właśnie mija szósta rocznica śmierci Jana Pawła II.

Szczególna rocznica, bo za kilka tygodni Wielki Papież, ogłoszony już podczas pogrzebu wolą wiernych santo subito, teraz rozpoczyna drogę do kanonizacji.
Uroczystość wyniesienia Jana Pawła II na ołtarze odbędzie się w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, święto ustanowione przez papieża Polaka. Zmarł on 2 kwietnia 2005 roku, w wigilię tej uroczystości, przypadającej tydzień po Wielkanocy.Na zawsze Miłosierdzie Boże głoszone z taką gorliwością przez polską zakonnicę św. Faustynę zostało związane z papieżem w bieli z polskiej ziemi.

Wiele już na ten temat napisano, wiele też wielkich słów padnie. Zostawiam je możnym tego świata, którzy nierzadko bez rachunku sumienia i refleksji już ćwiczą do lustra pozy i miny do zdjęcia na Placu Świętego Piotra.

Moje myśli zatrzymują się na dniach cierpienia i odchodzenia jedynego mojego ziemskiego bezwarunkowego Autorytetu.

Kiedy wracam do tego tygodnia narodowych rekolekcji wraz z umierającym Ojcem Świętym, sięgam do pewnego listu. Im starsza jestem tym lepiej go rozumiem.
Napisał go Jan Paweł II w 1999 r. a skierował do ludzi w podeszłym wieku.
Każdy z wiekiem może sprawdzać na sobie wiarygodność Jego słów.

„Drodzy Bracia i Siostry, jest naturalne w naszym wieku, że powracamy do przeszłości, aby dokonać swoistego bilansu. Takie spojrzenie wstecz pozwala na spokojniejszą i bardziej obiektywną ocenę ludzi i sytuacji, z jakimi zetknęliśmy się w życiu. Mijający czas zaciera kontury wydarzeń i łagodzi ich bolesne aspekty”.

I dalej pisze człowiek, który wie, co to ból i cierpienie; towarzyszy mu ono każdego dnia.

„Niezależnie od indywidualnych doświadczeń nasza refleksja skupia się przede wszystkim na problemie czasu, który nieubłaganie upływa. /…/ Człowiek poddany jest czasowi: rodzi się i przemija w czasie. Dzień narodzin staje się pierwszą datą jego życia, a dzień śmierci ostatnią: alfa i omega, początek i koniec jego ziemskiego bytowania, jak podkreśla chrześcijańska tradycja, umieszczając te litery greckiego alfabetu na kamieniach nagrobnych”.

Chrześcijańska perspektywa nie zostawia człowieka wobec ograniczeń czasu bezbronnym. W starości „dopełnia się miara ludzkiego życia; zgodnie z Bożym zamysłem wobec każdego człowieka jest to okres, w którym wszystko współdziała ku temu, aby mógł on jak najlepiej pojąć sens życia i zdobyć «mądrość serca»”.

A śmierć jest mostem między życiem ziemskim, a życiem w wieczności.

Jaki jest sens starości? Papież tłumaczy:

„Konieczne jest, abyśmy znów spojrzeli na życie jako całość z właściwej perspektywy. Właściwą perspektywę stanowi wieczność, każdy zaś etap życia jest ważkim przygotowaniem do niej. Także starość ma swoją rolę do odegrania w tym procesie stopniowego dojrzewania człowieka zmierzającego ku wieczności. Z tego dojrzewania czerpie oczywiste korzyści również środowisko społeczne, do którego należy człowiek sędziwy”.

Czy dziś ktokolwiek z młodych postrzega tak starość? Jakie korzyści mogą płynąć z obowiązków wobec starej matki czy ojca? Jaki sens jest ich życia? Wiecznie narzekają, coś ich wciąż boli, trzeba uważać, by nie zrobili sobie krzywdy, zapewnić opiekę…

Kiedyś w salonie24 wybuchła ożywiona dyskusja na temat starości. Ktoś wtedy napisał, że nienawidzi starego ciała, jego zapachu, koloru, budzi w nim obrzydzenie. Zrozumiałe jest więc, że wielu ludzi świadomie chce zakończyć życie dopóki są zdrowi i sprawni.

Jan Paweł II znał te poglądy i argumenty. Napisał w liście:

„Jeśli spróbujemy przyjrzeć się obecnej sytuacji, przekonamy się, że w niektórych społeczeństwach starość jest ceniona i poważana, w innych zaś cieszy się znacznie mniejszym szacunkiem, ponieważ panująca tam mentalność stawia na pierwszym miejscu doraźną przydatność i wydajność człowieka. Pod wpływem tej postawy tak zwany trzeci lub czwarty wiek jest często lekceważony, a sami ludzie starsi muszą zadawać sobie pytanie, czy ich życie jest jeszcze użyteczne.
Dochodzi nawet do tego, że z coraz większą natarczywością proponuje się eutanazję jako rozwiązanie w trudnych sytuacjach. Niestety w ostatnich latach sama idea eutanazji przestała budzić w wielu ludziach owo uczucie zgrozy, jakie jest naturalną reakcją umysłów wrażliwych na wartość życia”.


I dalej:

„Trzeba sobie uświadomić, że cechą cywilizacji prawdziwie ludzkiej jest szacunek i miłość do ludzi starych, dzięki którym mogą oni czuć się — mimo słabnących sił — żywą częścią społeczeństwa”.

Cóż znaczyłyby te słowa, jaką wagę miałyby, gdyby wypowiadał je człowiek młody i zdrowy?

Wracam do okna i Placu Świętego Piotra. Za oknem umierał człowiek stary, schorowany i cierpiący, który dobrze wiedział, czym jest lęk przed śmiercią:

„Jest naturalne, że z upływem lat oswajamy się z myślą o «zmierzchu». /…/Granica życia i śmierci przesuwa się przez nasze wspólnoty i stale przybliża się do każdego z nas. Jeśli życie jest pielgrzymką do niebieskiej ojczyzny, to starość jest czasem, gdy jesteśmy najbardziej skłonni myśleć o wieczności. Mimo to także my, ludzie starzy, z trudem godzimy się z perspektywą odejścia. Jawi się ona bowiem jako mroczny aspekt naszej ludzkiej kondycji naznaczonej przez grzech i stąd budzi nieunikniony smutek i lęk. Czyż zresztą mogłoby być inaczej? Człowiek został stworzony dla życia,…”


Na placu zgromadzili się ludzie, którzy towarzyszyli Mu myślą, modlitwą i sercem w ostatniej drodze.

A ja już wtedy wiedziałam, że Jan Paweł II będzie patronem mojej śmierci. To Jego będę prosić o modlitwę, by śmierć moja była wypełnieniem życia, miała sens i była godna.

Zaświadczył bowiem, że to, czego nauczał, co głosił jest prawdą. Zaświadczył to swoim życiem i śmiercią. Jego odchodzenie było świadectwem zadającym kłam fałszywie litującym się nad starością teoriom i frazesom o ulżeniu w cierpieniu poprzez zabicie starca.

Jego odchodzenie to lekcja szacunku i miłości do człowieka starego. Nie uporczywej terapii lub kroplówki niosącej śmierć, potrzeba mu, lecz własnego łóżka, ulżenia w bólu i kochających osób wokół niego. Tak mało i tak wiele jednocześnie.

Wciąż patrzę we wspomnieniach w to okno rozjaśnione światłem i słyszę modlitwę , a w niej zamkniętą prawdę o ludzkiej egzystencji:

„…Chleba powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen”.
I nie ma to znaczenia czy jesteś wielki, czy malutki niczym pyłek topolowego puchu. W oczach Boga jesteś Jego dzieckiem i potrzebny. A w oczach ludzi?


http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/jan_pawel_ii/listy/do_starszych_01101999.html

środa, 23 marca 2011

„Mamy, co chcemy, żyjemy w raju”

Za sprawą okropnego Jarosława Kaczyńskiego media wałkują jeden tylko temat. „Biedronka” jest odmieniana przez wszystkie przypadki.

A ja miałam szczery zamiar pisać o mądrej i ważnej dla polskiej młodzieży książce „Od niepodległości do niepodległości” Historia Polski 1918 – 1989, wydanej ostatnio przez IPN. Zachęcić nauczycieli do jej sprowadzenia do szkół, bo to dobry krok we właściwym kierunku. Książka musi jednak poczekać. Jak znam reguły piarowskiej narracji, nikt mojej notki nie przeczyta, ani nie wysłucha.

Nie zamierzam też dołączać do biedronkowego ujadania, koń jaki jest, każdy widzi.
Przy tej okazji jednak wypłynął na Twitterze temat, który bardzo dobrze znam z doświadczenia.
BIEDA
Czy bieda jest czymś obraźliwym i czyni ludzi gorszymi? Czy kupowanie w Biedronce to rodzaj stygmatu? – jak sugeruje dziennikarska interpretacja słów byłego premiera Jarosława Kaczyńskiego?


Młody człowiek napisał do mnie:
plcerber
@mamakatarzyna /…/Bieda czyni poczucie ludzi gorszymi, każdy psycholog to Pani powie.

W pierwszej chwili żachnęłam się! Jeszcze tego by brakowało, aby o mojej wartości decydował dobrobyt lub bieda.

Myślałam, że dyskusje na temat prawdziwości marksowskiego powiedzenia - Byt kształtuje świadomość - mamy już za sobą. Ale nie. Ostatnio nawet Torbicka w dyskusji przed filmem „Babcia” Brillante Mendozy zadumała się nad tym stwierdzeniem kwitując je filozoficznie – Coś w tym jest.
Taak, coś w tym jest. Złośliwe powiedzonko mojej drugiej połowy – Byt co najwyżej kształtuje odbyt - musi poczekać. Marks wiecznie żywy.

Rozumieją to wszyscy politycy i solidarnie od dziś będą robić zakupy w Biedronce, by pokazać, jak biednym współczują, robiąc przy tym do nich oko.
„Wicie, rozumicie”, ta bieda to taki tylko chwyt narracyjny, emocjonująca opowieść. Żyjemy bowiem w takim już dobrobycie, że nudzicie się przed telewizorami i trzeba wymyślać bajki coraz to nowe, aby wam się chciało pójść do wyborów. Was przecież BMW Komorowskiej nie razi. Co najwyżej, jak na Polaka przystało, zazdrość was zżera i przy porannej kawie w biurze, albo w windzie, będziecie mieli o czym gadać, że taka gruba, brzydka i głupia, a potrzecie, BMW kierowca ją do Biedronki wozi. Ta to ma szczęście!

Zdania „plcerbera” nie mogę jednak zlekceważyć. Czy ma rację? Najlepiej sprawdzić to na sobie i swoich obserwacjach.


Co jak co, ale o biedzie to ja mogę długo opowiadać i wzruszyć nawet do łez.

Mogę opowiedzieć, jak siedziałam godzinę w ciemnym zakamarku komórki na węgiel, aż pójdzie sobie koleżanka, która uparła się, by obejrzeć po szkole lalkę, jaką podobno dostałam pod choinkę. Nie uwierzyła mi i słusznie.

W mojej do bólu prawdziwej narracji znajdzie się też opowieść o mamie, która zemdlała z głodu, bo kanapki przyniosła do domu dla dzieci. Nie zjadła, gdy ją po pracy poczęstowano.

Najbardziej wzrusza mnie do dziś moja ulubiona narracja z panią aptekarzową, która, gdy jej przynosiłam wypraną i wyprasowaną przez mamę bieliznę, stawiała mnie na wycieraczce, abym podłogi nie pobrudziła, a może i co gorszego nie zrobiła, gdy pójdzie po portfel.

Kidy już studiowałam, zaniosłam pranie i zostałam zaproszona na salony, a ja jak ten niewdzięcznik odparowałam – Dziękuję, do wycieraczki się przyzwyczaiłam. - Taka głupia byłam, nie chciałam dostąpić awansu społecznego.

Mogę też opowiedzieć o nagrodzie za pracę społeczną w ogólniaku w postaci butów zimowych, które musiałam sama sobie kupić i przynieść na apel, by mi je uroczyście wręczono.:-(
W moich wspomnieniach nie może też zabraknąć rozmowy z sąsiadką, ówczesną kapitalistką – fryzjerką. Na wieść, że córka praczki wybiera się na studia, wygłosiła kojącą mowę. – Dziecko, daj sobie spokój, wystarczy ci matura, ciebie na studia nie stać.
Och, jak mi się robota przy wywożeniu papierowych śmieci z Opolanki i myciu szyb w biurowcu paliła w ręku, gdy przypominałam sobie tę radę. ;-)

No tak, ale ja jestem taki Radek z „Syzyfowych prac”, po prostu udało mi się. Nie wolno mi zapominać o tych, którym się nie udało i nie udaje.
Rzucam ścierkę do zmywaka i bezowocne rozmyślania. Sięgam po wiedzę do mądrych opracowań.

Jak więc jest z tą biedą w Polsce?
Z badań zespołu Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk pod kierunkiem prof. Elżbiety Tarkowskiej wynika jasno: bieda jest i różne ma imię, a także cechy charakterystyczne tylko dla Polski.

Przede wszystkim dotyczy polskiej wsi, ale nie tylko.
Trwałe ubóstwo można dostrzec w miastach śląskich, w dotkniętej bezrobociem i pauperyzacją Łodzi i w innych wielkomiejskich środowiskach czy w osiedlach popegeeerowskich. Wynika ona, miedzy innymi, z braku wykształcenia, niskiego poziomu edukacji i bezrobocia, zwłaszcza wśród młodzieży. Staje się chroniczna, a nawet dziedziczna wskutek braku perspektyw. Ma swój wymiar czasu i przestrzeni, kumuluje się w pewnych środowiskach http://www.academia.pan.pl/pdf/ciemnosc_tarkowska.pdf

Jest jednak i taka bieda, za którą odpowiadają rządzący od 20 lat Polską i związki zawodowe.
Nazywa się - working poor. Wynika nie z bezrobocia ale płacy, która, mówiąc brutalnie, nie pozwala ani umrzeć, ani żyć.

Takich według badań w Polsce jest ponad 2 mln. Są to ludzie, którzy ciężko pracują, a mimo to żyją w biedzie. Dlaczego?

Podobno, jak twierdzi Zygmunt Bauman w książce "Płynny lęk", ludzie nieustannie boją się, że stracą pracę, że będą musieli walczyć każdego dnia o przetrwanie. Biedni pracujący potęgują ten lęk. To dlatego owi biedni będą marginalizowani i uznawani za „niewidocznych”, aby nie poruszać darmo naszych sumień.
http://gospodarka.gazeta.pl/pieniadze/1,29577,6186454,Pracujacy_biedni.html?as=2&startsz=x


Wciąż jednak nie odpowiedziałam na pytanie najważniejsze: Czy biedacy czują się gorsi od innych? Czy cierpią z powodu swego ubóstwa?
Niestety, odpowiedzi jednoznacznej nie znalazłam. Każdy biedę, widać, przeżywa inaczej. Nie trudno domyśleć się, co czuje matka i ojciec, kiedy nie mają na rehabilitację i lekarstwa dla dziecka. Łatwo też zrozumieć walczącą z rakiem osobę, która miesiącami czeka na badania czy terapię.
Wiem też, co czują rodzice pod koniec sierpnia, gdy muszą swe pociechy wyprawić do szkoły, a książki starszego rodzeństwa nie można przełożyć do tornistra młodszego. I zgadzam się, że taka bieda niezawiniona, wynikająca ze zwykłego wyzysku, budzi poczucie, że jest się kimś gorszym, odrzuconym.
Co będzie jednak jak to poczucie zmieni się w bunt?

Czytam tekst hip-popu
„Chciałbym budzić się w łożu wodnym, dobrze się ubierać,
nie chodzić głodny, mieć swój własny chodnik,
w nim dłoń odbitą, strzelić w łeb tym, co mi źle życzą,
góry na własność, na nich do willi wyciąg i co?
i kurew tysiące, przestać bić się z własnym ojcem,
złoto, które oświetla na Majorce słońce gorące,
płonące gliny i co pół godziny
jeździć inna furą patrząc jak me odrzutowce na niebie wirują
na mym lotnisku co z dumą kołują. Kurwa jak te marzenia mnie dołują,
zamiast wodniaka me plecy od podłogi chorują,
rówieśnicy podjeżdżają betami, z biedy sobie żartują.
Zastanawiałeś się jak to jest gdy inni głód czują
i plują na problemy, mówią my o nich nic nie wiemy,
mamy co chcemy, żyjemy w raju
dzień w dzień na haju, a co złego w tym kraju to nie u nas”


http://tekstyhh.pl/index.php/GRZ/Tak-to-ja.html

Można zlekceważyć te marzenia, można je wykorzystać do partyjnych celów, ale przychodzi taki czas, że rachunek trzeba zapłacić, bo narracja nie chwyta.

środa, 9 marca 2011

Panie Prezydencie, wstyd nam

Rzeź szkół, alarmuje prasa. P i S usunęło z partii wiceprezydenta Łodzi i pięciu radnych za to, że poparli w głosowaniu zamknięcie 19 szkół. Reforma oświaty to część platformianej rzezi szkół – twierdzą posłowie P i S. A w Radomiu P i S zlikwidowało Zespół Szkół Agrotechnicznych mimo protestów – odcina się PO.

Według posiadanych przez MEN informacji w przyszłym roku szkolnym będzie mniej o 300 szkół z tego aż 177 podstawówek. Nikt na razie nie liczy, ilu nauczycieli straci pracę, bo zamykanie placówek jeszcze się nie zakończyło. Nie wiadomo też, ilu pedagogów znajdzie zatrudnienie w pozostałych szkołach. To będzie zapewne wiadomo dopiero pod koniec czerwca.

Fala likwidacji szkół przypomina falę zamykania przedszkoli, jaka przeszła przez kraj w latach 90. Teraz próbujemy tę sieć przedszkoli odbudowywać. To pokazuje, jak niespójna jest polityka edukacyjna w kraju - twierdzi Alina Kozińska-Bałdyga, prezes Federacji Inicjatyw Oświatowych. Jej zdaniem, każda szkoła na wsi powinna być uratowana, bo jej zamknięcie oznacza degradację danej miejscowości.

To ostatnie zdanie Kozińskiej – Bałdygi wyprowadza mnie z równowagi. Znam te argumenty na pamięć. Powtarzane są od lat. Sama kiedyś je głosiłam. Ale, kto jak kto, ta pani dobrze wie, że czasy małej szkółki utrzymywanej przez samorząd dawno minęły. Co nie znaczy, że nie mogą one istnieć jako szkoły społeczne. Decyzja należy do rodziców i środowiska. Ale i one nie są żadnym gwarantem prestiżu wsi i poziomu edukacji. Jak to w życiu bywa; różne są wsie, różne zaangażowanie i potrzeby mieszkańców. Ważne, że prawo gwarantuje takie możliwości, a za uczniem idzie subwencja. Rzecz jednak w tym, że nie pokrywa ona kosztów kształcenia, modernizacji czy rozbudowy bazy szkolnej. W przypadku małej, wiejskiej szkółki jej funkcjonowanie bez możliwości dofinansowania przez rodziców czy organizacje jest praktycznie niemożliwe.

Denerwuje mnie też udawanie, że wystarczy zabronić likwidacji placówki, by kwitła kultura i szerzyła się oświata na wsi. Ale to problem na długie, bardzo długie rozmowy nie tylko w środowisku oświatowym. Potrzebne są też badania socjologiczne.
Z tym mamy jednak problem, bo nawet spis powszechny, a cóż dopiero socjologowie, zaangażowany jest w polityczną poprawność. Nie będzie więc pełnej wiedzy o polskim społeczeństwie. Inna sprawa, że przy obecnej inwigilacji społecznej może to dobrze, że nie wszystko będzie w spisie prawdą i nie o wszystkim będzie wiadomo?

Nieprawdą jest też, że jedyną przyczyną likwidacji szkół jest niż demograficzny. Przyczyny są bardziej prozaiczne.
Krzysztof Baszczyński, wiceprezes Związku Nauczycielstwa Polskiego, który monitoruje zamykanie szkół, twierdzi, że niż to wymówka.
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,9193389,Ponad_300_szkol_zostanie_zamknietych___To_niespojnosc.html

I ma rację. Tylko co po tej racji komu teraz. Wiceprezesowi wypada przypomnieć, kto do obecnej sytuacji przyłożył się w imię solidarności partyjnej.

A było tak: 17 grudnia 2008 r. – związkowcy OPZZ demonstrują przed Sejmem. Bronią weta prezydenta Lecha Kaczyńskiego i ostrzegają swoich posłów przed jego odrzuceniem.
Jedynie Sławomir Broniarz – szef Związku Nauczycielstwa Polskiego jest innego zdania. On jest za odrzuceniem weta prezydenta, bo jak tłumaczył to Napieralski, Broniarzowi bardzo zależy, by ustawa weszła w życie jak najszybciej, dzięki czemu nauczyciele będą godnie zarabiali, ale też przede wszystkim mieli godną przyszłość po tym, jak zakończą swoją pracę zawodową”.

Wtedy w swoim blogu zastanawiałam się. W co gra Broniarz? Do głowy mi nie przyszło, że w przypadku zabrania nauczycielom przywilejów, prezes ZNP nie zostanie znokautowany przez brać nauczycielską.
http://mamakatarzyna.blogspot.com/2008/12/sawomir-broniarz-przeciwko-bratnim.html

A jednak weto zostało odrzucone, a los nauczycieli przehandlowany.

By zrozumieć, co naprawdę wtedy się stało, warto sobie przypomnieć "Stanowisko Komisji Pedagogicznej ZG ZNP w sprawie obrony szkoły publicznej i statusu zawodowego nauczycieli" z dn. 2008-10-28
Zamieściłam je w obawie, że zniknie wraz z kierunkiem wiatru, w swoim blogu.
Naprawdę warto zadać sobie trochę trudu i przeczytać je.

Jak Broniarz przehandlował polską oświatę
http://niepoprawni.pl/blog/181/jak-broniarz-przehandlowal-polska-oswiate


O apokaliptycznej wizji oświaty pisali wtedy wszyscy, rodzice nawet petycje do minister Hall. Bez skutku.

Prezydent wówczas zorganizował Oświatowy Okrągły Stół, do którego zaprosił przedstawicieli związków zawodowych, parlamentarzystów, samorządowców, rodziców i ekspertów.
http://praca.gazetaprawna.pl/artykuly/31918,prezydent_zorganizuje_edukacyjny_okragly_stol.html

Zdaniem, między innymi, sekcji krajowej oświaty NSZZ "Solidarność", prezydent powinien zawetować wszystkie trzy ustawy dotyczące edukacji, które przygotował rząd, tj. projekty nowelizacji Karty Nauczyciela, Ustawy o systemie oświaty oraz przyjętą już przez parlament ustawę emerytalną. – donosił Nasz Dziennik.
http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20081113&id=po62.txt


To po tych konsultacjach Lech Kaczyński uznał zmiany w Ustawie o Systemie Oświaty za szkodliwe nie tylko dla nauczycieli ale kondycji polskiej oświaty.
http://fakty.interia.pl/raport/szesciolatki_do_szkoly/news/prezydent-zawetowal-nowelizacje-ustawy-o-systemie-oswiaty,1272177

Rząd nie wycofał się jednak z niczego. Nie pomogły żadne argumenty. Wspólnym wysiłkiem PO, PSL i SLD weto prezydenta zostało odrzucone.

I co wtedy zrobili nauczyciele? A no nic. Podkulili ogon. I przyjęli za dobrą monetę obiecanki o podwyżkach. Protestów związkowych też nie było. Broniarz przehandlował polską oświatę, a nauczyciele milczeli. A teraz nagle - larum! Szkoły likwidują!

A ja teraz, szanownemu ciału pedagogicznemu, przypomnę mały szczegół:
Wraz z odrzuceniem weta prezydenta nie tylko ograniczono przywileje emerytalne nauczycieli, ale wprowadzono brzemienny w skutkach zapis ograniczający kompetencje kuratoriów oświaty. Dziś już samorząd nie musi się pytać o pozwolenie na zamknięcie szkół. I dzięki temu zapisowi rząd będzie mógł wywiązać się z obiecanych podwyżek pensji nauczycielskich. Zaoszczędzi je na subwencji oświatowej po likwidacji szkół.

Takie to proste, a daliście się nabrać i wcale mi was nie żal. Od ludzi wykształconych można wymagać odrobiny oleju w głowie. Nie tylko Broniarz i SLD, przy pomocy którego odrzucono weto prezydenckie, was wykiwali, ale wy sami jesteście odpowiedzialni za stan polskiej oświaty, za jej degradację i degradację prestiżu zawodu pedagoga. Tak się zwykle kończy brak wyobraźni i zwykłe kunktatorstwo.

Pozostaje już tyko westchnienie; Panie Prezydencie, wstyd nam, że zmarnowaliśmy szansę, jaką Pan stworzył wetując niszczące polską oświatę ustawy.