środa, 28 kwietnia 2010

Troska komuchów o „krwiożerczy naród”


Cimoszewicz martwi się:  Kaczyński może podpalić Polskę. Liczy jednak, że do tego nie dojdzie. Oj, żeby  Cimoszewicz wiedział, na co   liczą Polacy, nie gadałby głupot.
Bo tak myślę sobie, że rodacy przede wszystkim liczą na to, by jemu podobni nie liczyli, że można w nieskończoność grać zgraną płytą.
A zdrowy rozsądek podpowiada mi, że jak ktoś nie chce podpalenia Polski, to powinien przede wszystkim martwić się o to, co może być przyczyną pożaru.  
Może przypomnieć temu panu jak to było?

Stoję przy kuchence gazowej, której nie wyprodukowała polska firma, widać zagraniczni robią to lepiej, a że polskimi rękoma i za bezcen, to już inna sprawa. Garnek też nie polski. Niestety nie znam producenta, bo go dorwali na granicy, zabrali  garnki, a ja  kupiłam je w tzw. sklepie bezcłowym. No, ale łyżka jeszcze z radzieckiej stali; nie gniotsia i nie łamiotsa. To jeszcze prezent ślubny z czasów, kiedy stal produkowano na potrzeby tankistów wielkiego brata, a z odpadów robiono konserwy i czasem łyżki.
Może wcale tak nie było, ale tak się wtedy mówiło, bo konserwę trudno było otworzyć taka gruba była stal, a sztućce najłatwiej było dostać od Ruskich (tak się też wtedy mówiło). Teraz  po nie chodzi się głównie na bazar, bo te ze sklepów bezcłowych wyginają się niczym plastelina.

Oka tym na złość babci nie wydłubiesz. A przecież znowu nadszedł czas, kiedy trzeba dzielić i szczuć, bo inaczej podobno się nie da i na złość sobie i innym nie tylko oczy, ale i uszy niszczyć, o głowach nie warto nawet już wspominać. Na tym przecież polega walka o władzę w demokracji.

Stoję więc nad garnkiem z zupą szczawiową, mieszam i dumam.
Jak to było?  Jak do tego doszło?
Kiedy już zwątpiliśmy i prawie daliśmy za wygraną, a każdy, jak umiał, radził sobie w peerelowskiej rzeczywistości, nagle zaświtała nadzieja. Wybory. Miały być kontraktowe, a wyszło tak, że o mało komuny nie przewróciliśmy. Na szczęście Wałęsa z kolesiami czuwał, a pierwszy premier zadbał, by Polska po 20 latach od tamtych wyborów była, jak się sam wyraził, jedynie prawie normalna. 
Kiedy z takim trudem premierowi i wszystkim oddanym sprawie politykom udało się naprawić błędy i wypaczenia, uczynić partyjną nomenklaturę, TW i agentów WSI urzędnikami, ministrami, bankierami, i kapitalistami, ochronić ich ubeckie i esbeckie emerytury, raz po raz głupim moherom i nieudacznikom śmie marzyć się wolność. A to Olszewskiego i Macierewicza wypuszczają przed szereg, a to prawa i sprawiedliwości  zachciało się.

I co? Sprawna akcja „zabierz babci dowód” zmobilizowała tych na angielskim zmywaku i zadanie wykonali. Wkrótce przekonali się boleśnie, że cud gospodarczy i druga Irlandia miałaby się ewentualnie ziścić tylko wtedy, gdy oni na tych zmywakach pozostaną. Co do Irlandii wszystko gra; ta sama stopa bezrobocia jest i u nas.  Przejrzeli na oczy? Widać tak, skoro publicznie i z oddaniem celebrowali na angielskim bruku żałobę narodową po  prezydencie, którego jeszcze tak niedawno w pubach kaczorem nazywali. (Tylko czemu za głupotę lemingów płaci cały naród?)

Już, już miało PO rządzić 7 lat, już dogadał się z Putinem, niczym Janukowycz, wicepremier w sprawie gazu, a car w nagrodę postanowił wesprzeć piar polskiego premiera nad katyńskimi grobami, kiedy Polakom pod stopami usunęła się ziemia. W swoim przerażeniu i bólu zapragnęli być razem. Mało tego, znowu urosły im skrzydła i bez strachu, prosto w oczy kamery powiedzieli, co myślą o III RP.

Zrobiło się dziwnie niebezpiecznie i portki nomenklaturze się zatrzęsły? I tak ma być! Nie tylko portki mają się trząść i nic tu po biadoleniu, że Jarosław Kaczyński podpala Polskę. Bo to nie on ją podpala, ani „krwiożerczy naród”. Gdyby takim był, dziś żadni „Cimoszewicze, Kwaśniewscy czy Kalisze”  nie śmieliby głosu zabierać. Dziękowaliby dniem i nocą na kolanach, że Polska w tamtych czerwcowych dniach 1989 r. nie była Rumunią.

Za to polskie miękkie serce dziś mieszamy zupę w nie polskim garnku. Prezydent, jego ministrowie, marszałkowie, dowódcy WP, strażnicy pamięci narodowej w jednej chwili zginęli na tej samej ziemi, co ich ojcowie. A każdy, kto dopomina się ujawnienia przyczyn katastrofy, ukarania winnych, jest spiskowcem i oszołomem.

I po tym wszystkim  Cimoszewicz straszy podpaleniem Polski?!

Jeśli ktoś tu bawi się ogniem, to na pewno nie naród spod Pałacu Prezydenta. To kolesie, ci sami, którzy wydawali rozkazy strzelania do robotników w 1956, 1970, 1976 i 1981, to siostry i bracia tych, co wydawali wyroki na  Siedzikównę, Fieldorfa, Pileckiego i tysiące innych zamordowanych tak samo jak w Katyniu; strzałem w tył głowy, katowanych w ubeckich więzieniach, ćwiczonych na „ścieżkach zdrowia” przez ZOMO, wciąż podpalają Polskę.
Może już dość tego podpalania, może pora na sprawiedliwe wyroki i odzyskanie Polski?

Ten „krwiożerczy naród” niczego innego nie chce jak tylko czuć się gospodarzem we własnym domu. Cieszyć się życiem, pracować, sprawiedliwie być wynagradzanym, nie okradanym i okłamywanym. Chce czuć majestat tysiącletniej historii Polski, ufać swoim przedstawicielom, być dumnym z ich wiedzy, kultury i patriotyzmu. Marzy mu się, by żaden „Cimoszewicz” nie pouczał, jak ma żyć, bo ten naród z pokolenia Piastów i Jagiellonów nie zasłużył, by na urząd prezydenta Najjaśniejszej pchał się byle kto.

Ten Urząd to coś więcej niż partyjny stołek i nie każdy swoim dupskiem może go zaśmiecać. A już na pewno żaden postkomunista nie będzie Polakom dyktował, kto jest godny tego Urzędu.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Bronisław Komorowski najlepszym kandydatem tłumu jest


A jak nie jest jeszcze, to na pewno będzie, bo Public Relations ostro zabrał się do roboty, a „sondażownie” nie nadążają z liczeniem i prognozowaniem.
Co tłumowi pozostaje wobec takiej rzeczywistości?

A no nic, jedynie zwiesić głowę i rozejść się spod Wawelu  czy Pałacu Prezydenta. Tłum, gawiedź, ciekawscy, żądni sensacji tak powinni zrobić; schować flagi, wkleić do albumu zdjęcie przy sarkofagu i wrócić do rzeczywistości,  bo żyć jakoś trzeba. Kredyty pozaciągane, dzieciska rosną, gdzieś muszą się uczyć, pracować...może uda się im własną firmę założyć. Nauczą się szybko, jak omijać prawo, redukować wskazania kasy fiskalnej, zatrudniać na czarno, załatwiać w gminach zwolnienia od podatków. Tego i tamtego zna się, wiadoma rzecz; sąsiad pracuje w  ważnym urzędzie, za płotem prokurator, który wybudował sobie domek na wsi, z gminnym geodetą  na procesji Bożego Ciała pogada się o działce. 

Jeśli  nie wszędzie tak jest i nie wszyscy kombinują, to przecież nawet ciemniak wie, że z  płacy minimalnej nie da się wyżyć i oczywistym jest również, że tylko samobójca nie weźmie dokładki ciężko zapracowanych pieniędzy, czasem po 16 godzin na dobę, pod stołem. W takich chwilach nie myśli się o wysokości przyszłej emerytury naliczanej od zaniżonej wypłaty.

 I tak się jakoś w Polsce żyje. Na granicy prawa, albo z jego pominięciem, każdy sobie rzepkę skrobie. Jednym wychodzi to lepiej, innym gorzej. Tych, co to im gorzej, coraz mniej, bo zima tego roku była ostra. Kilkaset osób odciążyło ZUS i nadwyrężoną kryzysem opiekę społeczną. Nie było z tego powodu wielkiego szumu w mediach. I ja to nawet rozumiem. Kapitalizm to twarda szkoła przetrwania, dla nieudaczników nie ma miejsca. Nie warto się żadnym pijakiem przejmować, bo sam sobie winien. Póki co meldunku pod chmurką , w kanale ciepłowniczym czy na działce  nie ma. A bez dowodu tożsamości głosować nie może, to po co komu taki? Im szybciej zamarznie, tym lepiej. Z chorymi staruszkami w wyziębionym mieszkaniu też tylko kłopot... Co innego z więźniami. Obiecasz większą celę, przepustkę czy wybór adwokata z urzędu, a pod celą zainstalujesz telewizor i głos masz pewny.

Nie, nie zebrało mi się na gorzki sarkazm. Taka jest polska rzeczywistość; pławią się w niej męty, wegetuje człowiek uczciwy i wykorzystuje bez skrupułów polityk. Jest nawet taka partia, która doskonale odpowiada potrzebom tłumu. Nauką, zwłaszcza historii, nie każe dzieciom „zbytnio głowy sobie psować”. Jeśli już jakieś wartości preferuje, to na pewno najwyższą jest pogarda dla wapniaków i moherów. Wprawdzie  jeszcze głośno nie popiera, tak jak Obama, aborcji,  eutanazji, a związki homoseksualne nie nazywa małżeństwem, ale  tylko dlatego, że nie wszystkie watahy dinozaurów zdołano wyciąć. To jednak tylko kwestia czasu. Wyroki w Strasburgu czy prędzej, czy później problem załatwią odgórnie.

Tak się przynajmniej wydawało. Temu służyła propaganda sukcesu, przemilczanie niewygodnych tematów, wyciszanie afer, unieszkodliwienie CBA, rozprawienie się z Mariuszem Kamińskim czy forsowanie, ku radości rozmnożonych obficie na eseldowskim  chlebie byłych esbeków i TW, zmian w funkcjonowaniu IPN. I wreszcie partyjne prawybory, których reklama w mediach jako żywo przypominała nie tyle prawybory w USA, ile namaszczenie na I sekretarza KC PZPR.
I nagle to wszystko „rypło”. Tragedia pod Smoleńskiem z „kartofla” uczyniła bohatera, ministrom w Kancelarii Prezydenta przywrócono twarz ludzi kompetentnych, wykształconych i znających się na swojej pracy. Nieszczęście pamięci zbiorowej przypomniało też wielkość ostatniego prezydenta II Rzeczpospolitej.  Nawet zaprzyjaźniony kardynał zawiódł i królewski pogrzeb pozwolił wyprawić.  A Polacy za granicą publicznie wzruszali obcokrajowców swoją żałobą.  
Mało tego; to, co wydawało się niemożliwe po spotkaniu w Katyniu Putina i Tuska, Lech Kaczyński i wszystkie ofiary osiągnęły  po śmierci. Zbrodni katyńskiej nie wypiera się już Rosja i wskazuje winnych, a Sąd Najwyższy Rosji zajmie się znów Katyniem. Może też dzięki temu wreszcie sami Rosjanie zapragną  rozliczenia zbrodni popełnionych na ich narodzie?

Tysiące słów w  uczonych wywodach padło, by ustalić, co się właściwie stało, dlaczego tłum nie chce już być tylko tłumem wymachującym szalikiem i ryczącym hymn ze stadionów piłkarskich? Dlaczego płacze, skoro tyle pieniędzy wydano, by ośmieszyć nie tylko urzędującego prezydenta, ale i zlekceważyć majestat tego Urzędu?
Zrobiło się głupio i niebezpiecznie; tłum pod Pałacem Prezydenta nie chciał już być nazywany tłumem, lecz narodem.
I  ci harcerze... kto prowadzi ich drużyny, zastępy, że chcą pracować i służyć  nie żądając zapłaty?!  
Nie zawiedli tylko kupcy  na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie i hotelarze w Krakowie. Żałoba żałobą, a biznes biznesem.  Oni jedni nie poczuli się narodem.?

A tu jeszcze nie koniec. Czeka przed wyborami   beatyfikacja  ks. Jerzego Popiełuszki. Ot i problem, bo jak Polak poczuje wiew historii, jak zatęskni za wielkim prezydentem i do tego dołoży kazania ks. Jerzego o miłości do Ojczyzny, prawdzie i solidarności, to może być naprawdę źle. Trzeba się śpieszyć.
Nie da rady  już jednak kłamać i pluć na przeciwnika, bo nie wszyscy nazwą to deszczem. Można jednak wpisać się  w tęsknotę polskiej duszy za wspólnotą narodową, za wielkością Najjaśniejszej, za szlachetnym wodzem, którego można wybrać i kochać.
Czy nadaje się do tej roli Bronisław Komorowski?  Patrząc na publikowane zdjęcia z tym panem, można sądzić, że piękniejszego, mądrzejszego i szlachetniejszego wodza Polacy nie znajdą. Ten wzrok dalekosiężny, to tło... Naprawdę wielki!

Czy naród, który wskutek tragedii wykluł się przed chwilą z bezbarwnego tłumu, jak niegdyś w czasie sierpniowych strajków, da się nabrać na tę pozę? No cóż, głowy nie dam, ale na miejscu marszałka nie przesadzałabym z miną wodza i ze zbyt pochopnym wcielaniem się w rolę prezydenta, naród może już tego nie kupić, a tłumów może zabraknąć.

Nie będę  jednak ukrywać, że bardzo liczę w tej kwestii na mój naród  i ufam, że nie uwierzy wodzowskim pozom żadnego przefarbowanego na patriotę kandydata.

czwartek, 15 kwietnia 2010

Od mojego podpisu proszę się odczepić


Pierwszy szok. Załamujący się głos prezenterki; w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem zginął Prezydent RP wraz z Małżonką i członkami oficjalnej delegacji lecącej na obchody 70 rocznicy  zbrodni w Katyniu...

Potem jeszcze większy szok; piękne, wzruszające zdjęcie pary prezydenckiej i na tym tle same dobre słowa. Musiałam się szczypać, by uwierzyć, że to o tym samym „małym Lechu Kaczyńskim, o tej samej Marii, która mężowi krawat poprawiała”.

Czar miłości prysł, piarzy zabrali się do roboty, zadania rozdzielono; Róży dostało się zorganizowanie protestów. Pracę wykonała chyba nadgorliwie i powstał problem. Podziałów, wywołanych emocjami, nie da się „niedźwiadkiem” polityków zakopać. Zwłaszcza, że nie bacząc na żałobę i rodziny, wyciągnięto armaty z arsenału językowego pań Środy i Senyszyn.  
Tak to jest, gdy mądrości ludowych się nie pamięta. A tam jak byk stoi; Kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada.

Ktoś w końcu  poszedł po rozum do głowy; Nie szczujcie jednych na drugich, bo kto wam podpisy zbierze.
Efektem tego szukania rozumu w bezrozumnych głowach jest genialny pomysł: w ramach jedności narodowej, w obliczu tragedii i niedoskonałości prawa partie powinny sobie pomóc w zbieraniu podpisów pod listami kandydatów.
Powinnam pomóc kandydatowi PO, SLD i złożyć swój podpis pod kandydaturą Bronisława Komorowskiego czy Cimoszewicza?! A  leming spod Franciszkańskiej  skrobnie mi pod listą kandydata PiS czy PR? I to będzie znakiem jedności narodowej?!
 I znowu muszę się szczypać, by sprawdzić czy żyję, czy nie śpię. Co jeszcze wymyślicie kolesie? Zamiast niszczyć ustawami IPN czy polskie rodziny, może warto było jeszcze raz dobrze przestudiować Konstytucję?

Skoro już trąbicie o tym przed końcem żałoby, to wam powiem, co o tym myślę. Jestem złym, kłótliwym głupim moherem i ani mi się śni „wzmacniać lewą nogę” swoim podpisem.  A tak w ogóle, to proszę się od mojego podpisu odczepić. Jest  mi zbyt drogi, bym nim szastała na prawo i lewo. Za darmo nie dam, co mi znowu obiecacie? :-)) Za darmo może go dostać jedynie moja Ojczyzna.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Świętych obcowanie w wydaniu ks. Bonieckiego


Jeśli ktoś ma nadzieję, że zniszczy Kościół tzw. aferami pedofilskimi, to się grubo myli.
Kościół jest silny mocą Chrystusa i wiarą, a nie zboczeńców, którzy znaleźli bezpieczne schronienie w murach plebanii, uczelni czy klasztorów. Z tym, jak z wieloma dziełami księcia ciemności, Kościół Chrystusa sobie poradzi. Mało tego, wyjdzie z tej walki silniejszy i da siłę swoim wiernym.

Nie wiem jak innych, ale ten bezprecedensowy atak na Benedykta XVI, a teraz i na sługę Bożego - Jana Pawła II, nie załamuje mnie. Przynagla jedynie do modlitwy, postów, ofiary i świadectwa, bo tak katolik walczy ze Złym, wystraszonym świętością młodych, ślubujących czystość, broniących nienarodzonych, chorych i starych przed zagładą równą ludobójstwu Hitlera i Stalina.
Kiedy Zły szaleje, a świat, wydaje się, razem z nim podąża ku zagładzie, moją osobistą siłę czerpię ze słów spisanych w Ewangelii św. Mateusza.

„Odpowiedział Szymon Piotr: Tyś jest Mesjasz, Syn Boga żywego.
Na to Jezus mu rzekł: Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony, albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie.
Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Opoka] i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą”.(Mt 16,16-18 BJ)

Nadzieją są dla mnie setki męczenników za wiarę w wielu  miejscach na świecie w XX i obecnym wieku. (List do Europy  http://bit.ly/cP5hMT )
Ich ofiara jest ofiarą całopalną złożoną razem z Chrystusem na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata. I to nie jest napuszony, pompatyczny frazes. Taka jest nasza wiara, dzięki której Bóg największe zło może przemienić w dobro. 

Wiara bez modlitwy wypala się, a bez uczynków staje się martwa.
Kiedy przeglądamy prasę codzienną, może wydawać się nam, że katolicy  jak Apostołowie po śmierci krzyżowej swego Nauczyciela, pochowali się i pozamykali ze strachu w swoich domach, a Zły triumfuje. Nic podobnego. Nadal każdego dnia miliony ust dzień rozpoczyna od pochwalenia imienia Pana, miliony rąk czyni znak krzyża i poleca swoje myśli, słowa i czyny Bogu. Miliony rąk służy drugiemu człowiekowi, bo w wielu  jest miłosierny Samarytanin i Matka Teresa, tylko nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, a tylko nieliczne media o tym  mówią i  piszą.
Jak każdego dnia wielu chrześcijan będzie dziś, zamiast przeglądać prasę pieniącą się z nienawiści do Chrystusa i Piotra naszych czasów, myć zaropiałe rany, karmić bezdomnych, trzymać za rękę umierających. Jak każdego dnia i nocy świat otacza modlitwa różańcowa płynąca z mnisich eremów, klasztornych cel, kościołów i domów chrześcijan świeckich, a na ołtarzach świata sprawowana jest nieustanna Ofiara Eucharystyczna.

CHRYSTUS ZMARTWYCHWSTAŁ. PRAWDZIWIE ZMARTWYCHWSTAŁ

Dlatego nie warto polemizować z „sensacjami” w stylu „The Sunday Times” czy innych korporacyjnych brukowców. Z tego żyją, z tego się utrzymują takie gazety, powinnam je więc ignorować i nie przysparzać im czytelników. Ich „troska” o skrzywdzonych przez zboczeńców jest fałszywa. Nie o skrzywdzone dzieci im bowiem chodzi. Gdyby tak było, równie głośno unosiłby się  np. ich krzyk oburzenia nad prawem  zezwalającym na aborcję w wieku 16 lat czy próbami obniżenia inicjacji seksualnej. Dlatego owe „newsy na zamówienie” nie dziwią mnie. Wiem, co o nich sądzić i wiary mojej nie zachwieją.  

Natomiast nie jest mi obojętne, gdy wspomaga ich w ataku na Kościół, chcę wierzyć, że nieświadomie, kapłan z Chrystusowego Kościoła.
Kiedy ten kapłan kpi sobie w wywiadzie, udzielonym ogólnopolskiemu dziennikowi, z wiary w cuda za przyczyną świętych, kiedy podważa sens modlitwy o rychłą beatyfikację Jana Pawła II, kiedy uważa, że wyniesienie na ołtarze jest właściwie odczłowieczeniem świętego, to  wtedy odczuwam autentyczny wstyd  za tego kapłana, próbującego tym sposobem  zaistnieć w mediach i swoją gazetę, która od dawna jest tylko z nazwy katolickim tygodnikiem, uratować przed zamknięciem. Za niego po prostu modlę się. I to już od czasu, kiedy protestował przeciwko realizmowi „Pasji” Mela Gibsona twierdząc, że Krzyż Chrystusa to tylko symbol.
Bardziej jednak boli mnie brak reakcji moich pasterzy na wypowiedzi duchownych, którzy na „ołtarzu marketingowym i politycznym” składają wyznanie wiary Kościoła.
Czy nikt nie zdaje sobie sprawy, że to gorszy maluczkich i wprowadza zamęt? A może ja się bez potrzeby dziwię, bo tak właśnie ma być?! W głowach wiernych, każdego dnia bombardowanych sensacjami rodem z piekła, ma urodzić się również wątpliwość w Credo katolików?
No cóż, skoro nikogo, poza mną, wypowiedź ks. Bonieckiego nie zdziwiła - http://bit.ly/aZd8mG  to mamie Katarzynie pozostaje już tylko zapytać.  Czy taki sam pogląd na temat świętości i wiary w świętych obcowanie wyznaje Zgromadzenie Księży Marianów, z którego wyszedł ów kapłan – redaktor i czy jest to zgodne z Magisterium Kościoła?

środa, 31 marca 2010

W krzyżu cierpienie, w krzyżu zbawienie, w krzyżu miłości nauka...


„W krzyżu cierpienie, w krzyżu zbawienie, w krzyżu miłości nauka
Kto krzyż odgadnie, ten nie upadnie...”.

Komuś, kto nie jest chrześcijaninem, trudno pojąć zarówno słowa tej pieśni jak i kult Krzyża. Drzewo hańby. Ludzkiej „pomysłowości”, by wykonanie wyroku śmierci trwało długo, a ból odstraszał innych. Jak można krzyżyk z ciałem ukrzyżowanego, nosić na piersi, adorować i upadać w pokorze przed Nim? Całować zakrwawione stopy, przepraszać, błagać? Jak w życiu każdego z nas widzieć Chrystusowy Krzyż i jeszcze do tego twierdzić, że każdy jest w stanie go udźwignąć, bo Pan Bóg  tylko łaskę rozlewa w obfitości, a krzyż przykrojony jest na naszą miarę.
Ból, cierpienie jest do udźwignięcia z Nim. Ale On ma tylko ręce rodziny,  naszego sąsiada, szefa, przechodnia, pracownika socjalnego, lekarza, księdza, wolontariusza z hospicjum... On daje tylko siłę, byśmy mogli go unieść. Widać nasz krzyż jest  ważny, skoro On, Bóg Miłości, nie zabiera nam go, tylko szuka nam Cyrenejczyka, który ulży w drodze.

Tych, którzy odgadli Krzyż, było i jest w ludzkim pochodzie przez historię tysiące. Nie znamy czasem ich twarzy, noszą nazwiska i imiona brzmiące  obco i trudne do wymówienia. Wszyscy są  jednak bliźniaczo podobni do siebie,  łączy ich bezwarunkowa miłość do ludzi, bo w każdym widzą cząstkę Boga.
Kiedy o tym myślę, wiele postaci,  przesuwa się w mojej pamięci, również tych z mojego otoczenia, których niewielu zna, a większość nigdy nie pozna. Świętość bowiem nie jest przypisana do ludzkiego lecz boskiego ołtarza. To On wie, kto naprawdę jest święty.
Troje z nich jest mi szczególnie drogich, bo swoim życiem rozpraszają moje lęki, utwierdzają mnie w przekonaniu, że w krzyżu jest cierpienie, ale i miłości lekcja.

Większego zwycięstwa nad dobrem i miłością nie wymyślił szatan, jak w obozach zagłady. Zwozić ludzi z zakątków Europy, by ich według ustalonego porządku mordować? Tego normalny człowiek nie jest w stanie pojąć. Wszechogarniające zło, wobec którego jesteśmy bezsilni?
A jednak nie do końca. W ogromie bezwzględnego zła ojciec Maksymilian Kolbe mówi - Ja za niego umrę. Wobec takiego wyboru zło nie ma nic do powiedzenia, jest bezsilnym, tępym narzędziem. Bo cóż więcej może uczynić, jeśli wymyśloną w obłąkańczej żądzy urządzania świata zbrodnię, drugi człowiek zamienia w ofiarę?   Nawet zastrzyk z fenolu, podany przez oprawcę, staje się wobec wyboru o.Maksymiliana aktem miłosierdzia.

W krzyżu kryje się tajemnica zmartwychwstania Jego i nas.

Jakże ważni musimy być dla Stwórcy, skoro za nas umiera na krzyżu jak zwykły złoczyńca Jego Syn.
Nie pojmie się tego rozumem, to tajemnica serca każdego, kto Krzyż odgadł.
Krzyż w blasku prawdy poznaje Edyta Stein. Św. Teresa Benedykta od Krzyża.
Dla niej śmierć na krzyżu Syna z woli Boga – Ojca jest wzorcem życia. Przyjęcie cierpienia w posłuszeństwie i ofiarowanie go za innych stanowi miarę człowieczeństwa.
Jak to pojąć? Jak zrozumieć, skoro boimy się  nawet krótkotrwałego cierpienia. Zwykła wizyta u dentysty budzi w nas lęk, a cóż dopiero cierpienia agonii.
Szukanie prawdy zaprowadziło Edytę Stein na Golgotę XX wieku, do Auschwitz. Umiera jako ofiara całopalna za swój naród.
Jest to wybór świadomy, a przygotowuje się do niego już w 1939 r.
"Już teraz przyjmuję śmierć taką, jaką mi Bóg przeznaczył, z doskonałym poddaniem się Jego woli i z radością. Proszę Pana, by zechciał przyjąć moje życie i śmierć na swoją cześć i chwałę, za wszystkie sprawy Najświętszego Serca Jezusa i Maryi, za św. Kościół, szczególnie w intencji zachowania, uświęcenia i doskonałości naszego świętego Zakonu, za Karmel w Kolonii i Echt, w duchu ekspiacji za niewiarę ludu żydowskiego, aby Pan został przez swoich przyjęty, aby nadeszło Jego chwalebne Królestwo, na uproszenie ratunku dla Niemiec, o pokój świata, wreszcie za moich bliskich, żywych i umarłych, za wszystkich, których mi Bóg dał, aby nikt z nich nie zginął" – pisze Edyta Stein w klasztorze karmelitanek bosych w Holandii.

Powie ktoś, że dziś Bóg nie wymaga od nas takiej ofiary. A ja tak sobie myślę przy tym swoim zmywaku w przeddzień Wielkiego Piątku, że niewiele wiemy o tajemnicy krzyża chrześcijan mordowanych  w wielu krajach na całym świecie. Tylko Bóg jeden wie, jak wielką ofiarą całopalną jest ich śmierć za nas walczących z krzyżem, propagujących aborcję i eutanazję, żyjących w sytej Europie, znudzonych emocjonującymi opowieściami z życia książąt tego świata, którzy nie tylko chcą nami rządzić, ale i posiąść nasze serca i umysły.

Zapewne jutro będziemy też wspominać naszego Papieża. Przypominać sobie trudne chwile Jego konania.
Jak zawsze przy takich okazjach, będziemy snuć dywagacje na temat daty Jego wyniesienia na ołtarze. A dla mnie  czas umierania Ojca Świętego Jana Pawła II był przede wszystkim lekcją odsłaniającą tajemnicę Krzyża. Lekcją nie do przecenienia w obronie przed tymi, którzy pragną nam wmówić, że eutanazja to krok ku dobrej śmierci.
Nie współczesny „zastrzyk z fenolu” w majestacie prawa  potrzebny jest człowiekowi, lecz troska  o godne przechodzenie ku zmartwychwstaniu.  Opieka lekarzy, miłość najbliższych, modlitwa współbraci w wierze. Tylko tyle i aż tyle.
Bo miarą postępu cywilizacyjnego nie jest odkrywanie i zdobywanie kosmosu, lecz stosunek do drugiego człowieka.
Żaden to postęp, jeśli choremu człowiekowi, samotnemu starcowi mamy do zaofiarowania jedynie kroplówkę z trucizną. To raczej cofanie się do złowrogiego czasu bunkra głodowego o. Maksymiliana Kolbe czy komory gazowej Edyty Stein.

„Będą patrzeć na Tego, którego przybili” (J19,37): na drzewie Krzyża wypełnia się Ewangelia życia”.
Ta Ewangelia płynąca z Krzyża nie jest jednak tylko dla chrześcijan.
„...jest dla wszystkich. /.../ Choć czerpie swe niezwykłe światło i moc z wiary, należy do każdego ludzkiego sumienia, które dąży do prawdy i któremu nie są obojętne losy ludzkości.
/.../ Nie można bowiem budować wspólnego dobra, jeśli się nie uznaje i nie chroni prawa do życia, na którym się opierają i z którego wynikają wszystkie inne niezbywalne prawa człowieka” - napisał w encyklice  Ewangelium vitae” Jan Paweł II.
Pamiętajmy o tym, kiedy znowu do oczu napłyną nam łzy wzruszenia i wróci tęsknota za naszym Papieżem.
Krzyż jest wpisany w nasze życie. Świat mami możliwością ucieczki od niego. Ale od krzyża nie da się uciec. „W krzyżu cierpienie, w krzyżu zbawienie, w krzyżu miłości nauka, kto krzyż odgadnie, ten nie upadnie  w boleści sercu zadanej”.




wtorek, 16 marca 2010

„Biedny, smutny kraj, który busolę stracił...”


Zwykle zanim zaczynam czytać w Internecie to, co mnie interesuje, przebiegam po tytułach głównych dzienników.
I każdego ranka niezmiennie  stwierdzam; szczęśliwy to kraj, w którym dziennikarze spierają się jedynie o to, kto kogo straszy i nikt nie ma wątpliwości, że wszelkie informacje o deficycie budżetowym, letargu gospodarczym czy rosnącym bezrobociu to tylko piarowskie straszenie wyborców.
Sądząc po doniesieniach z pierwszych stron,  cały kraj ma w nosie dziurę budżetową, nakaz zwrotu do budżetu unijnego 92 mln euro, uzależnienie Polski od rosyjskiego gazu, wyrolowanie Polski z wpływu na politykę zagraniczną UE, przegrane procesy w Strasburgu, ingerujące w polskie prawo itp. bzdety.

Czym Polska żyje? Może rosnącymi wydatkami na wojskowe misje, a może entym planem uzdrowienia przez dzielną Ewę Kopacz służby zdrowia? Może ktokolwiek analizuje teraz przyczyny śmierci z wychłodzenia  ponad 300 Polaków, niekoniecznie tylko bezdomnych?  Może RPO wytoczy proces urzędnikom opieki społecznej?

Co to,  to nie ! Polska to szczęśliwy i wolny kraj, a demokracja kwitnie i wszyscy wiedzą, że najważniejsze są teraz prawybory w PO.
No może przesadzam. Równie ważne jest, że polski MSZ zapewnia Polaków, iż na pewno wyśle do Moskwy zawiadomienie o udziale Prezydenta Najjaśniejszej w uroczystościach na grobach pomordowanych w Katyniu. Oby zdążył, bo z pocztą różnie bywa...

Może nie powinnam być  małostkowa  i w tak ważnej dla Polski i Polaków chwili wyborczych debat,  pastwić się nad „Rzeczpospolitą”, która od kilku dni na swojej stronie próbuje nas przekonać, że za Katyń nie odpowiadają Rosjanie, więc ich prezydent czy premier nie musi przepraszać.  Idąc tym tokiem rozumowania, teraz Kwaśniewski powinien nas przeprosić za to, że przepraszał w Jedwabnem w imieniu narodu. Proponuję też, by było sprawiedliwie, wykreślić z wszystkich podręczników, słowników, encyklopedii słowo „Niemcy” i przeprosić ich, że obarczamy ten naród zbrodniami II wojny światowej. Tym sposobem okaże się też, że kanclerz Willy Brandt wcale nie musiał klękać przed Pomnikiem Ofiar Getta Warszawskiego.
Mogłabym jeszcze tak długo, ale po co, kiedy znamy to już na pamięć; historia nie jest od faktów, historia ma służyć politykom.

Wróćmy więc do najważniejszego tematu. A jest czym się martwić. Radek Sikorski nie będzie debatował, jeśli nie będzie TV u jego boku. I słusznie! Popieram. Po co sobie język po próżnicy tępić?
Póki co, jest i inny ważny problem. Polacy muszą rozstrzygnąć w najbliższych dniach czy Donald Tusk znał pielęgniarkę Ewę, czy też kłamał, bo, że Jarosław Kaczyński kłamał, to nie podlega dyskusji. Tak przynajmniej jasno wynika z filmu Sekielskiego.

Mówicie, że to żadne zmartwienia, że najgorsze nas czeka i obudzimy się z palcem w nocniku?
Ależ my już uczestniczymy w mieszaniu politycznych fekaliów!

Degrengolada, głupota i cynizm na nasze życzenie? A czy ktoś pyta przeciętnego Polaka, jakie ma życzenia? Najważniejsze są przecież emocjonujące opowieści.

Bo to się, kochani moi, odbywa jak w dramacie Romana Brandstaettera  „Król i aktor”.

Dwóch cwaniaków golibrodów z Francji robi karierę w Polsce  za króla Stasia. Jeden zostaje starostą piaseczyńskim, bywa na królewskim dworze i próbuje wcielać w życie szczytne patriotyczne hasła budując Teatr Narodowy, do którego nikt nie chce chodzić. Drugi – z paryskiego  golibrody przedzierzga się w antreprenera Teatru Narodowego. Widząc rychłe bankructwo próbuje wymknąć się chyłkiem z Polski z gażami aktorów. Niestety, nie docenia starosty, ten też chce zarobić. Zatrzymuje Bizestiego i podstępem wymusza na nim podział łupu.

Taka oświeceniowa afera, tyle że nie hazardowa a teatralna i to pod nosem króla.
Dlaczego o niej opowiadam?
Literatura piękna kryje wiele znaczeń, a czasem bywa nieśmiertelna.
Nie będę się tłumaczyć z brzydkich skojarzeń, ale też nie będę udawać, że ich nie mam i że niżej przytoczonego fragmentu nie uważam za najtrafniejszy komentarz do obecnej sytuacji politycznej, społecznej i gospodarczej Polski. I pomyśleć, że napisał go w 1951 r. nie politolog czy  ekonomista, ale poeta. Widać nic się nie zmieniło od tamtego czasu poza głównymi aktorami, którzy dziś z balwierzy przekształcili się w biznesmenów, menadżerów, bankowców i najważniejsze; tzw. POLITYKÓW.

A oto ten intrygujący mnie dialog:
” RYX Bałeś się więzienia? Co?
BIZESTI Nie. Grałem. Mości starosto. Wiedziałem przecież, że chodzi tylko o wysokość sumy. (spogląda w lustro i przygładza żabot) Którędy mam wyjść?
RYX (wskazuje ręką na drzwi) Prosto przed siebie. Głównymi drzwiami. Tak jak przyszedłeś.
BIZESTI (niespokojnie) Przecież tam aktorzy czekają.
RYX Grałem mości antreprenerze. Tam nie ma nikogo.
BIZESTI (szeptem)Toście mnie podeszli?
RYX (ujmuje Bizestiego pod ramię) Nie smuć się. Takie jest życie. My ich, ty mnie, a na końcu ja ciebie. Chodź. (prowadzi go do okna) Spójrz. Krakowskie Przedmieście: Tam Nowy Świat. A tam Zamek Królewski i ich kolumna. Bobkowe liście ich dawnej sławy. Słyszysz  łoskot karoc i kariolek, pędzących po bruku? Jadą na Zamek, na bal do króla. Widzisz to szare, popielate niebo nad Warszawą? Biedny, smutny kraj, który busolę stracił. Idzie nieuchronnie na dno, na zatracenie, w otchłań. Nic go nie uratuje. Więc strzyżemy – strzyżemy – strzyżemy.
BIZESTI A gdy czupryn do strzyżenia nie starczy?
RYX Tu czupryn już dawno nie ma , mój zacny Bizesti.
BIZESTI Więc co wy strzyżecie, starosto?
RYX (smutnie) Już tylko peruki, mój drogi. Już tylko peruki”


Cytat: Roman Brandstaetter, Powrót syna marnotrawnego i inne dramaty, Poznań 1979

środa, 10 marca 2010

Krajobraz po ukraińskiej burzy


Wracam do tematu, bo winna jestem to wszystkim komentującym pod  notką
Nie licząc moich, znalazło się tam blisko 60 komentarzy różnej treści. Nie było jednak w większości z nich agresji ani żądzy zemsty. Raczej bolesne wspomnienia  i potrzeba rozliczenia się w prawdzie z tragiczną przeszłością. Żal do decydentów, że tego do tej pory nie zrobili.

Stało się jednak ostatnio coś, czego chyba politycy do końca nie przewidzieli.
Klęska wyborcza Wiktora Juszczenko i Julii  Tymoszenko paradoksalnie wyprostowała krzywe zwierciadło historii na usługach polityków.
Skandal z odznaczeniem Bandery pozwolił też wrócić do  nadania  tytułu Bohatera Ukrainy  Szuchewiczowi w 2007 r. Wtedy nie było ani rezolucji, ani protestu prezydenta czy premiera.

Wtedy prawdę poświęcono dla polityki.

Dlatego nie tyle sama zapowiedź anulowania tych odznaczeń przez nowego prezydenta Ukrainy jest tu ciekawa, ile nagłe odzyskanie wzroku i słuchu przez polityków.

Wreszcie można powiedzieć, że jest to skandal i uzyskać poparcie nawet w  rezolucji Europarlamentu.
Nagłe przejrzenie na oczy czy zmiana kierunku wiatru i kto ten wiatr sieje? Czy długo będzie tak wiał?
Gdybym źle życzyła Ukrainie i Ukraińcom, to powiedziałabym, że jak zawsze, kiedy już, już na nienawiści do Lachów mieli samoistnu Ukrainu na wyciągnięcie ręki.
Nie życzę jednak Ukrainie źle i wierzę, że nawet Ukraińcy wschodniej Ukrainy nie pragną powrotu do ZSRR- bis.  Rosji wystarczy zabezpieczenie swoich militarnych i gospodarczych interesów, a Ukraina dojrzeje do swej upragnionej wolności.

Dla nas Polaków pozostaje, mimo wszystko, niepokój. Jaka teraz po wyborze prorosyjskiego prezydenta Ukrainy będzie unijna, w tym polska, polityka wschodnia?

Czasem trzeba oddalić się od  świata, który się opisuje, by dostrzec to, czego nie widać z bliska.
Jak widzą ową politykę nasi rodacy zza oceanu?
Po publikacji mojej notki na głównej stronie onetu otrzymałam list od redaktora tygodnika Polonii kanadyjskiej  „Życie” www.zycie.ca  - Wojciecha M. Wojnarowicza
Jeśli do tej pory o tym w swoim blogu nie napisałam, mimo mojej radości, to tylko dlatego, że tak wiele się dzieje, że przestaję panować nad swoim zmywakiem.
Myślę, że warto  na chwilę oderwać się od własnych myśli i przeczytać, co inni mają do powiedzenia.
Można odnieść wrażenie, że polskie ofiary Drugiej Wojny dzielą się na dwie kategorie - takich, o których należy pamiętać, i takich, których potworne, nieludzkie cierpienie wyraźnie naszym elitom nie pasuje. Rzeź Wołynia przykrywano tak długo politycznie poprawnymi eufemizmami, a środowiska kresowe tak długo określano jako politycznie nieodpowiedzialnych oszołomów, że trudno się teraz czepiać Juszczenko. W końcu, jeśli Warszawa głosem rządu i swych elit tematu nie podnosiła, to znaczy, iż można uczynić z Bandery bohatera Ukrainy”. – pisze  Wojciech M.Wojnarowicz w stałej rubryce  tygodnika „Pisane z pamięcihttp://www.zycie.ca/category/felietony/wojciech-m-wojnarowicz/

Najchętniej przytoczyłabym każde zdanie z tego felietonu, bo po prostu zgadzam się z poglądami autora. Tylko z  konieczności odsyłam do bezpośredniej lektury  felietonu pod wymownym tytułem „Błękitny Kijów”.
Tu  może tylko jeszcze jakże ważna dla nas i dla Ukraińców pointa:
„Można założyć, iż nowe pokolenia Polaków i Ukraińców odsuną bolesną historię w przestrzeń muzeów i historycznej pamięci. Polska i ukraińska pamięć o Chmielnickim będzie zawsze rozbieżna. I to nie jest problem. Ale kwestia UPA jest inna. Tu konieczna jest konfrontacja ze złem ideologii, nawet jeśli to zło ktoś chce uzasadniać historycznymi krzywdami. I dlatego klęska Juszczenko jest dla nas powodem do optymizmu. Bo oznacza to, że ogromna większość Ukraińców odrzuciła cyniczną grę na nacjonalizmie. Teraz zaś Warszawa musi zacząć rozmawiać z Kijowem nie z pozycji anty-Kremlowskiego adwokata, ale partnera. Oby i Kijów, kontrolowany teraz ze wschodu Ukrainy był do tego nowego rozdania gotowy”. 

Czy tak będzie teraz wyglądała polityka zagraniczna między Polską  a Ukrainą?  Pytanie raczej retoryczne, bo czyż jest  inna droga?


Na szczęście  mama Katarzyna nie jest politykiem i nie musi zmieniać swojego zdania, dopasowywać do krajobrazu po burzy.  Nikogo nie muszę  przekonywać, że nagle to, co wydawało się czarne, było i jest białe, tylko ten, co patrzył, był daltonistą.    
Smutny  w tym wszystkim pozostaje  jednak fakt, że cały ten polityczny cyrk wokół ukraińskich rzeźników spod znaku Bandery odbył się kosztem cierpienia rodzin ofiar ludobójstwa na Wołyniu, Podolu i zachodniej Galicji.  Nie da się tego odrobić ani uchyleniem odznaczenia, ani rezolucją Europarlamentu, ale jest to możliwe, pod warunkiem, że margines politycznych oszołomów  pozostanie marginesem. I oby nie musiała się tym zajmować za nas Rosja. Czego życzę zarówno sobie i moim rodakom jak i Ukraińcom.

poniedziałek, 1 marca 2010

Nowe państwo, nowa nazwa i starzy przyjaciele spod znaku OUN -UPA


„Po co polscy eurodeputowani wprowadzili potępienie b. prezydenta Ukrainy Juszczenki za order dla Bandery do rezolucji PE?”. – pyta redaktor „Gazet Wyborczej”

 Ponieważ red. Marcin Wojciechowski nie wie czemu to służy, to ja, mama Katarzyna, odłożę na chwilę ścierkę, choć przyznam, że mam ochotę nią kogoś mocno pacnąć i wytłumaczę po belfersku dlaczego trzeba było, by eurodeputowani wreszcie zauważyli, że nazizm nie umarł, nazizm żyje, ma się dobrze nie tylko w Niemczech i służy politykom do różnych celów, o których normalnemu zjadaczowi chleba nawet się nie śniło..
Komuś takiemu jak dziennikarzowi nie wypada przypominać genezę OUN –UPA, związków nie tylko z europejskim faszyzmem, ale z nazistowską teorią Doncowa, której ofiarą padło ponad 200 tysięcy istnień ludzkich.

Niedopuszczalną manipulacją jest też próba uogólnienia problemu na cały naród ukraiński.
Oburzeni są  nie Ukraińcy, tylko ukraińscy nacjonaliści. I na szczęście są oni w mniejszości, co pokazały wybory.  

Ponieważ bez cienia refleksji redaktor plecie propagandowe androny przeznaczone dla czytelnika  głęboko upośledzonego, to  może jeden prosty przykład  sprowadzi na ziemię?
Wyobraźmy sobie, że rajcy Berlina czy Bonn postanawiają uczcić orderem Bohatera Niemiec Eichmanna. Czy dla dobra stosunków polsko – niemieckich  „Gazeta Wyborcza” byłaby przeciwna rezolucji potępiającej ten akt? Czy uznałaby argument niemieckich nacjonalistów, że jest to mieszanie się w wewnętrzne sprawy Niemiec? Czy redaktor tej gazety pytałby wówczas o sens rezolucji EP potępiający uhonorowanie mordercy Żydów?


Pytanie raczej retoryczne, podejrzewam, że na obu półkulach, a nie tylko w Europie, zawrzałoby niczym na wulkanie. Petycje listy, rezolucje potępiające tę hańbę „Gazeta Wyborcza” drukowałaby przez miesiąc, a redaktor Marcin Wojciechowski, a może kto inny, miałby tłusty  miesiąc w portfelu. Żona  cieszyłaby się i dzieciska byłyby rade, że tata walczy o słuszną sprawę. A że byłaby słuszna, to nie ulega wątpliwości.
Na tę słuszność zapracowała również  redakcja na Czerskiej. Żadne "Haj hitla" nawet po pijaku nigdy nie uszło jej uwagi. Faszyzm, rasizm, antysemityzm tępiony jest w zarodku. I słusznie!! Tylko dlaczego tak wybiórczo? Dlaczego  „Gazecie Wyborczej” nie przeszkadza nacjonalizm ukraiński, dlaczego nie protestuje przeciwko finansowaniu z pieniędzy polskiego podatnika gazety ukraińskich nacjonalistów w Polsce?
Nie od dziś złośliwi nazywają ”Gazetę Wyborczą”, Gazetą Wybiórczą”.
Pal sześć, jeśli wybiera polityków czy partie, ale kiedy już próbuje mówić nie tylko za Polaków, ale wbrew interesom Polski, to zaczyna to być groźne i nieuchronnie nasuwa się pytanie, kogo redaktorzy GW reprezentują?

Odpowiedź będzie bardziej oczywista, jeśli przypomnimy kilka faktów.
Juszczenko przegrał wybory do fotela prezydenckiego.  Z lewa i z prawa kpiono sobie i kpi się nadal z polityki wschodniej prezydenta, nieco ciszej już mówi się, że podobną politykę prowadził rząd, ale zupełnie przemilczana jest klęska polityki uprawianej na Czerskiej.

Czy była ona tylko prywatną klęską koncepcji rewizjonistycznej  Adama Michnika?
Kiedy miniony rok obfitował w relacje dziennikarskie o trudnej sytuacji społecznej, gospodarczej i politycznej Ukrainy, ciągnącym się gazowym pacie między Ukrainą a Rosją, wszystkie opiniotwórcze media zastanawiały się, czym to się skończy.

19.09.09 r. TVN24 przytacza dramatyczne doniesienia PAP „Boją się, że Rosja podzieli Ukrainę na trzy części”. http://www.tvn24.pl/-1,1620186,0,1,boja-sie--ze-rosja-podzieli-ukraine-na-trzy-czesci,wiadomosc.html
 Zdaniem ekspertów ukraińskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony polityka strategiczna Rosji zmierza do protektoratu nad Ukrainą, a może nawet do podziału jej na trzy części według modelu, który został opublikowany (najprawdopodobniej przez rosyjski wywiad) we włoskim czasopiśmie geopolitycznym "Limes" .
Rozbiór ten miałby wyglądać następująco: południowe i wschodnie obwody Ukrainy zostałyby włączone do Rosji, na centralnej Ukrainie rządziłby marionetkowy rząd, natomiast zachodnia część kraju, jako "główny naruszyciel spokoju" zostałaby całkowicie odizolowana”
.
Niestety, artykuł nie precyzuje, na czym miałaby polegać ta izolacja. A szkoda, bo to byłoby najciekawsze.

Czy będzie to teoria spiskowa, jeśli doniesienia te, choć niejasne, zestawię z innymi?
Dzień wcześniej Adam Michnik gościł w Iwano-Frankowsku (dawny Stanisławów) na Ukrainie z okazji promocji ukraińskiego wydania polskich książek: "W poszukiwaniu wolności" – A. Michnika i "Rozmów z katem" – K. Moczarskiego.
W wywiadzie do „Kuriera Galicyjskiego” redaktor naczelny „GW” zdradził swoje skryte marzenia:
Marzę byśmy potrafili razem zbudować coś wspólnego. Jeżeli zrobilibyśmy wspólny twór państwowy, coś na kształt Beneluxu – na przykład POLUKR lub UKR-POL, to będziemy państwem z którym będzie musiał się liczyć każdy i na Wschodzie i na Zachodzie – powiedział „Kurierowi Galicyjskiemu” Adam Michnik.
- To jest olbrzymia szansa. Oczywiście ona nie jest na jutro, ona jest na "za jakiś czas", ale ona jest realna. Teraz pytanie: co to pokolenie, które dzisiaj dochodzi do władzy na Ukrainie i w Polsce potrafi z tą szansą uczynić? – dodał”.
Nie mnie dociekać czy to przypadkowa zbieżność  między doniesieniami ukraińskich ekspertów i włoskiej prasy a wywiadem Adama Michnika? Mnie pozostaje jedynie zdziwienie, że nie było żadnej ostrej reakcji ani ukraińskich nacjonalistów, ani władz ukraińskich ani polskiego oburzenia na rozpętywanie rewizjonistycznej burzy.
Ja z tą koncepcją spotkałam się we Frondzie. Wykopał ją też Wykop.

I już prawie o niej zapomniałam, gdyby nie cytowany prze mnie tu na początku artykuł Marcina Wojciechowskiego http://wyborcza.pl/1,75968,7608657,Nie_warto_znow_wyciagac_Bandere.html
A. Michnik w Stanisławowie promował między innymi ukraińskie wydanie: "Wołyń: dwie pamięci" - wybór tekstów z „Gazety Wyborczej”, dokonany przez dziennikarza tejże gazety, Marcina Wojciechowskiego.
I teraz dopiero wszystko staje się jasne. Redaktor Wojciechowski nie krytykuje eurodeputowanych, on żali się, bo diabli wzięli takie piękne państwo, coś na kształt Beneluxu z taką piękną nazwą  POLUKR, które w odpowiednim czasie miałoby powstać dzięki „pojednaniu” między Polakami a Ukraińcami przy pomocy natychmiastowej i jednostronnej zbiorowej amnezji w państwie obojga narodów. Tym razem nie Litwy i Polski tylko Ukrainy (czy tej zachodniej?) i Polski.
Wobec powyższego mamie Katarzynie pozostaje  już tylko dobra rada.
Zanim wyrzucisz do kosza „Gazetę Wybiórczą”,  ubierz rękawiczki, załóż maskę i uważnie przeczytaj. Dowiesz się więcej niż wyczytałeś.
Nie wiem tylko, co potem zrobić ze stojącymi ze zdziwienia i strachu włosami. Ale jak przyjdą łysi spod znaku Bandery i ten problem zniknie. Będziemy mieli nowe państwo, nową nazwę i starych „przyjaciół” pod warunkiem, że nie będą tego więcej psuli europosłowie.

wtorek, 23 lutego 2010

„By Polska rosła w siłę a ludzie żyli dostatniej”


Rząd pragnie, by wszystkie dzieci na wsi miały boiska. Rząd zadbał o place zabaw dla maluchów przy szkołach. Teraz rząd zatroszczy się o świetlice.

Kurcze, gdyby nie to, że za komuny  Internetu w Polsce nie było, pomyślałabym, że ktoś przekopiował wiadomości z „Trybuny Ludu” zmieniając jedynie słowo, „partia” na „rząd”. Jak jeszcze przed wyborami będą rozdawać niczym  1 Maja kiełbaski z ciężarówek, to poczuję się jak za dawnych dobrych lat; pensje na chleb i wódkę, a o resztę dbał  I sekretarz.
Potem już nawet  pensja stawała się zbędna, bo kwitł handel kartkami, bonami, a nawet wymienny; ty pół litra, a ja ci masło, ty mi buty, a ja ci pieluchy, ty mi talon na malucha a ja miejsce w kolejce po pralkę. I tak to żyło się szczęśliwie i dostatnio, ale krótko, bo octu już wymieniać nikt nie chciał.
Teraz też, wygląda na to, mamy okres nie tylko cudów, ale i dostatniej szczęśliwości na sielskiej, anielskiej wsi. Czy równie krótko będzie trwał jak za  Gierka?
Niestety, wszystko wskazuje na to, że jedynie do czasu kolejnych wyborów. Nie musimy jednak martwić się zbytnio, bo czego jak czego, ale wyborów to my mamy pod dostatkiem, tego nam nie żałują, udając demokrację za nasze pieniądze.

Gorzej, że za nasze pieniądze decydują o tym, co nie należy do ich obowiązków. Nadgorliwcy znaleźli się, psia krew. Tylko dlaczego z państwowej a nie partyjnej kasy?

Do tej pory sądziłam, że takie pomysły przedwyborcze ma tylko mój wójt. Trzecią kadencję ciągnie chodnik przez moją wieś. Wygląda na to, że będzie i czwarta, piąta... bo doszedł tylko do połowy wioski.
Odkąd miłościwie nam panuje PO z PSL jest szansa, że na chodnik poczekamy, ale będziemy mieli : boisko, plac zabaw i świetlicę. A ja tylko tak mimochodem zapytam, bo czy warto zniechęcać do dawania prezentów?

Czemu rząd wyręcza mój  samorząd i decyduje, co powinno się w gminie budować?

Jeśli już koniecznie chce na siłę uszczęśliwiać, to może dokończyłby chodnik w mojej wsi?
Nie wiem też czy wypada, ale zadam i inne pytanie.

Skąd rząd bierze pieniądze na takie inwestycje? Czy one nie powinny znaleźć się w budżecie gminy? Jeśli nie, to po co nam samorządy?

 Ja rozumiem intencje i nawet się cieszę. Wreszcie ktoś dba o wieś i nie tylko likwidując olimpiady (koła zainteresowań dawno już uznano za zbędny luksus) wyrównuje szanse między miastowymi a wieśniakami, ale myśli o cywilizacyjnym postępie  między strzechami. Co tam obiecany Internet na wsi, dzieciskom  znudził się i chętnie pokopaliby piłkę, pozjeżdżali z rynny do piaskownicy czy pograli w tysiąca w wiejskiej świetlicy. A i dorośli będą mogli sobie wpisać do wyborczych ulotek osiągnięcia na miarę XXI wieku....jeśli, oczywiście, głośno (i po cichu też) zachęcą do wdzięczności w głosowaniu.

Jak jeszcze z okazji otwarcia takiego obiektu radni będą się kłócić, kogo zaprosić; premiera czy prezydenta, a miejscowe media poinformują, że połowice skłóconych wodzów zniszczyły sobie trzewiczki na świeżo pomalowanej trawie podczas przecinania wstążek w kolorach PO i  PSL, to naprawdę poczuję się o przeszło 20 lat młodsza.
Wtedy też brakowało w szkołach pieniędzy na papier toaletowy czy kredę. O pomocach dydaktycznych poza tablicą anatomiczną tasiemca mowy być nie mogło nie tylko ze względów ideologicznych, ale jak Warszawa miała  do gminy zjechać, obowiązkowo był chleb, sól, kiełbaski dla ludu (piwo we własnym zakresie) i na zielono pomalowana trawa. Krawężniki z pewnością też byłyby pięknie na biało malowane, ale, niestety, na wsiach takich fanaberii jak chodniki nie przewidywano.

Martwię się tylko, że wkrótce zabraknie pomysłów na  przedwyborcze obietnice. Bo co może jeszcze rząd obiecać na wsi? Skocznię narciarską, górę na miarę Gubałówki, sztuczne lodowisko i kryty basen?
Prawdę powiedziawszy wcale bym się tymi obietnicami nie zdziwiła, jeśli nawet naród ich nie kupi, to zawsze mój wójt będzie mógł poszukać winnych w rządzie za niezrealizowane inwestycje. Przecież on jak za komuny poza  obowiązkiem zabezpieczenia chleba, soli i malowanej trawy o niczym nie będzie już decydował i za nic odpowiadał.

Nie wykluczone też, że z przedwyborczych obietnic zostanie zrealizowana jedynie  karczma z Jankielem, ale akurat ona ze względu na gorące spory polityczne i agitację partyjnych emisariuszy zawsze będzie dochodowa. Czy uda się zorganizować zajazdy na wrogą partię? A to już zależy czy znajdzie się w okolicy Gerwazy i  Horeszko.

I tylko jednego nie potrafię sobie wytłumaczyć. Jak to jest z tym polskim budżetem; niby kryzys, nie ma na inwestycje, drogi, szpitale. Nie ma na rozładowanie tłoku w klasach, koła zainteresowań, olimpiady, sale gimnastyczne tak, by rzeczywiście mogły odbywać się wszystkie lekcje wychowania fizycznego,  prysznice po fizycznym wysiłku, dożywianie itp itd, a rząd ma pieniądze na coś, co z powodzeniem może  wykonać samorząd, gdyby zgodnie z kompetencjami dzielony był budżet?!

I właściwie tu powinnam postawić kropkę, bo o czym tu jeszcze można myśleć?

Przecież nikt mi nie odpowie na najprostsze pod słońcem w praworządnym kraju pytanie:

Czy ktoś w mojej Ojczyźnie kontroluje wydatki rządu? Czy  sprawdza, które z nich powinny być wliczone do kosztów kampanii wyborczej i potrącone z kasy partyjnej?

Nie mam nic przeciwko boiskom, placom zabaw czy świetlicom ale mam chyba prawo jako podatnik i mieszkaniec wsi do współdecydowania z mieszkańcami, a nie rządem, na co powinniśmy wydać pieniądze.  No chyba że to jest taka inteligentna gra, pod wpływem której w końcu PO I PSL przekona mnie do wyboru między anarchistami a   Unią Polityki Realnej, bo po co mi takie państwo, które nie wywiązuje się ze swoich obowiązków, a wp...a się w moje kompetencje?

Ps.
To do samorządów, w których są już place zabaw, świetlice i boiska.
I po co było się tak śpieszyć?! Nie warto było poczekać do wyborów? Tusk by wam wybudował... i jeszcze przyjechał, odwiedził... ludzki z niego człowiek... tak za darmo.

wtorek, 16 lutego 2010

Co powiemy ks. Jerzemu 6 czerwca?


Przez całe moje życie kazano mi wierzyć, tak – wierzyć, a nie poznawać, w nieomylne prawdy historyczne, społeczne, polityczne. Kiedy się buntowałam, mówiono mi, że „wolność jest zrozumieniem konieczności”.

Konieczna była cenzura, białe plamy w historii Polski i świata, konieczne były wyroki na kułakach i wrogach ludu, konieczny był mur w Berlinie i paszport tylko na demoludy, konieczna była Armia Czerwona w Polsce. Wszystko było koniecznością taką samą jak kuchnie bez okien, szare, ponure blokowiska, tajniacy na każdej imprezie, uroczystości kościelnej,  wycieczce, wczasach, konieczne były czołgi i śmierć „chuliganów” na ulicach Poznania, Gdańska.... Wszystko było konieczne.
Konieczne było milczenie o równaniu granicy na północy i wschodzie kraju, konieczne było zawłaszczenie przez Stalina Lwowa. Same konieczności. Kto ich nie pojął, miał nie tylko problemy on, ale i jego rodzina.

A jeśli mimo to szukał prawdy, a krąg szukających dzięki niemu powiększał się, mógł okazać się wrogiem konieczności do tego stopnia, że tracił życie.
A potem byli tacy, którzy kwitowali to jednym zdaniem, w którym zamykała się wszelka konieczność; A po co pchał się głupi do polityki!

Dziś jest inaczej, dziś nikt mi już nie mówi, że coś jest koniecznością. Dziś wszystko jest demokracją, wolnością i mam wybór. Jaki ten wybór jest? Wciąż ten sam; między PRAWDĄ a POLITYKĄ.

Myślę tak o tym i nie mogę się nadziwić, że nie tylko nie zdelegalizowano PZPR, nie zabroniono komunistom zrzeszania się pod inną pokrywką z wciąż tą samą zupą w garnku, ale dziwię się przede wszystkim temu, że dziś wolno im domagać się ukarania winnych emisji filmu o Jaruzelskim.
Nie mogę się nadziwić i pytam; Za co ginęły dzieci Lwowa, Warszawy, polscy oficerowie w Katyniu, za co zginął generał Emil Fieldorf,  Witold Pilecki, Danuta Siedzikówna, ppor. St.  Kuchcewicz,  żołnierze AK, Armii Andersa, Dywizji generała Maczka, Narodowych Sił Zbrojnych?
Dlaczego oddało swe życie  tysiące wywiezionych na Syberię i do Kazachstanu, pracujących w gułagach, zamęczonych w obozach koncentracyjnych, rozstrzelanych w enkawudowskich, gestapowskich i peerelowskich więzieniach, pomordowanych siekierami i spalonych na Kresach przez ukraińskich nazistów?
Jaki sens miała ich ofiara, skoro nad grobem w Katyniu stanie potomek ich morderców, a Bandera został bohaterem narodowym zaprzyjaźnionego państwa?
Jaki sens miała męczeńska śmierć ks. Jerzego, jeśli dziś zdrajcę ojczyzny broni prawo, a dla wielu ojczyna nie ma nawet dachu nad głową?
Jaki sens miały nasze solidarnościowe hasła, modlitwy za Ojczyznę, łzy i uniesienia przy każdej wizycie Jana Pawła II, kiedy polski Parlament, prezydent i rząd nie troszczą się o suwerenność Ojczyzny, nie dbają o jej obywateli, pozwalają na to, byśmy wciąż byli jedynie rynkiem zbytu dla zachodniej tandety?
Jaki sens miała nasza walka o godność człowieka pracującego, skoro  związki nie bronią godziwej zapłaty, kiedy nie ma na lekarstwa i szkoły?

Zastanawiam się; z czym my pójdziemy na Plac Marszałka Józefa Piłsudskiego 6 czerwca, co my powiemy ks. Jerzemu?
Wzruszymy się, zaśpiewamy „ Ojczyzno ma...” i wrócimy do swojej beznadziei, kłamstw i życia na kredyt?