To, co rosło wraz ze mną; świadomość utraty korzeni rodzinnych, poczucie emigranta we własnym kraju, który nie ma grobów przodków, a świeczkę zapala na grobach rodziców w mieście, w którym minęło, co prawda, dzieciństwo, ale nigdy nie stało się prawdziwą Ojczyzną, ma swoje konkretne przyczyny.
Jest nią, między innymi, wojna, na którą pozwolili możni tego świata, bo wydawało się im, że ich obywateli ona nie dotknie. Milczeli, gdy sowiecka zaraza bez wypowiedzenia wojny zajęła Kresy Rzeczpospolitej, bo tego wymagała podobno taktyka walki z Niemcami. Ostatecznie winna jest zmowa w Moskwie, Teheranie i Jałcie, którą wielu nazywa piątym rozbiorem Polski.
Ale jest i inna, konkretna przyczyna. Kiedy plan ludobójstwa na Polakach po wsiach, został wykonany przez wyznawców ideologii Dmytro Doncowa z nawiązką, przyszła kolej na mieszkańców miast, zwłaszcza na ich krańcach. Ci, których nie wymordowali Niemcy, nie rozstrzelali, nie wywieźli Sowieci, niewielki mieli wybór; wyjazd albo śmierć.
Przez ponad 20 lat, podobno wolnej Polski, nie mogą się Kresowiacy doprosić nie tylko osądzenia winnych (o tym już nawet nie śmią myśleć), ale nawet hołdu ofiarom, złożonego bez przemilczeń i relatywizacji wydarzeń i bez manipulowania liczbami ofiar. Nawet publikacja opracowań historycznych na ten temat jest utrudniana, a artykuły cenzurowane. Kresowiacy w swojej ojczyźnie czują się obywatelami drugiej kategorii. Nie mają prawa do własnego muzeum i do własnej historii. Nie mają prawa do uroczystych obchodów i sesji naukowych upamiętniających ludobójstwo na kresach południowo-wschodnich RP w latach 1939 – 1946 http://www.kresy.pl/wydarzenia,spoleczenstwo?zobacz/trudnosci-przy-publikacji-materialow-o-ludobojstwie-oun-upa
W wielu miejscach Polski w dniach tragicznej rocznicy nasi współobywatele, nierzadko nasi sąsiedzi - Ukraińcy organizują huczne festyny, na które przybywają ich kandydaci do Parlamentu. Na nienawiści do Lachów budują swój elektorat, a z bandytów robią bohaterów. Wszystko to dzieje się w imię dobrosąsiedzkich stosunków z zaprzyjaźnioną Ukrainą i przy milczącej aprobacie polskich partii, bo przecież trzeba wygrać wybory, trzeba podlizać się ukraińskim nacjonalistom.
Dla tych stosunków i dla takiej polityki wewnętrznej w mediach i w polityce przemilczany jest od lat odradzający się ukraiński nacjonalizm na Ziemiach Odzyskanych. Polski Marsz Niepodległości nazwany został w wiodących mediach marszem faszystów, ale robienie z Bandery bohatera narodowego, nazywanie ulic imionami banderowców dziennikarzom i politykom nie przeszkadza.
Dlaczego tak się dzieje i czy powinniśmy się z tym godzić?
Moją osobistą i wszystkich Kresowiaków odpowiedź zawarł w kazaniu ks. Krzysztof Bojko, duszpasterz Kresowian diecezji legnickiej, wygłoszonym w Legnicy w kościele pw. św Jana w 68 rocznicę rzezi wołyńskich, podolskich i małopolskich.
Tu chcę wyrazić ogromną wdzięczność blogerowi Mohort za umieszczenie tego kazania w swoim blogu w salonie24.
"To my znamy prawdę..." - 68 rocznica rzezi wołyńskich http://lubczasopismo.salon24.pl/prezydentdlawarszawy/post/323338,to-my-znamy-prawde-68-rocznica-rzezi-wolynskich
Ponieważ i ja czuję się adresatką słów ks. Krzysztofa Bojko, pozwalam sobie na przeczytanie tego tekstu w Niepoprawnym Radiu Pl. Niech słowa te również tą drogą dotrą do Polaków i do polityków, by dobrze je zapamiętali i uczynili rachunek sumienia ze swej postawy wobec tej straszliwej zbrodni, zanim przyjdzie powtórka z tragicznej historii.
Zapraszam wieczorem do Niepoprawnego Radia PL. O godz. 19.00 premiera 232 audycji http://niepoprawneradio.pl/
Piosenkę zaczerpnęłam z filmu
http://www.youtube.com/watch?v=O90jLAqGygs&NR=1
Autorką słów do melodii ludowej jest Bogna Lewtak-Baczyńska
http://www.bognalewtakb.dt.pl/ususida.php
"Wolność to nie kwestia losu, lecz wyboru, aktu woli. Kto z własnej woli nie wybiera wolności, ten kończy jako sługa". Viktor Orbán
czwartek, 14 lipca 2011
czwartek, 7 lipca 2011
Tego mi nikt nie zabierze
Czy wystarczy odwrócić się tyłem do dramatu, by czuć się od niego uwolnionym?
— pytanie to zadaje algierski pisarz Mahamed Mołleshoul
To doskonałe motto do moich refleksji, którymi chcę się podzielić.
Piątkowe popołudnie, leje jak z cebra, nawet pies nie ma ochoty na wysunięcie nosa poza próg. Wieczorem czeka mnie jednak przyjemność, zapowiedziana od kilku tygodni; koncert w nowo wybudowanej Filharmonii Olsztyna.
Udaje się nam przebrnąć przez strugi deszczu, potoki wody spływające szosą i ulicami. Przed nami pięknie oświetlony, przeszklony gmach. Szerokie schody prowadzą do foyer.
Koncerty sprawiają mi ogromną radość, mimo że w domu posiadamy spory zestaw wspaniałych, nierzadko na światowym poziomie, nagrań, które w każdej chwili można sobie odtworzyć w zaciszu domowym.
Lubię samo wejście do filharmonii, czuję się tam snobistycznie ważna już od schodów, które w tej chwili są właśnie dla mnie. To ja po nich wchodzę, to na mnie czekają artyści, to dla mnie będą grali i śpiewali, to ja będę słuchać, zachwycać się, oceniać, nagradzać brawami.
Kto choćby raz doświadczył zanurzenia się we wszechogarniającym dźwięku sali koncertowej, ten wie, o czym mówię, jakiej czarodziejskiej magii doświadcza się tam. Nie zastąpią jej żadne, nawet najlepsze nagrania i nie ma, w tym wypadku, znaczenia czy jest to sala w Olsztynie czy w Warszawie.
To jest twoja chwila. Nie zakłóci jej deszcz, nie dotrą tu gadające głowy z telewizora, nie popsuje żaden piarowski news.
Niestety, ułuda trwa krótko, na koniec trzeba zejść ze schodów i zanurzyć się w świat anonimowy, gdzie, oprócz reklam, nie mają ci nic do zaofiarowania. Stajesz się na powrót bezimienny w tłumie.
Ale po koncercie nie przeszkadza ci to, wprost przeciwnie, cieszysz się, że wszystkie problemy nagle zmalały, stały się wręcz śmieszne, nieważne, nieistotne.
Masz ochotę na lampkę dobrego wina i rozmowę z kochaną osobą o tym, co nie przemija. Masz ochotę zaszyć się w miękkim fotelu i tak trwać. Przyrzekasz sobie, że koniec z polityką, wrednym i często głupim szefem, zawistnymi współpracownikami, przejmowaniem się, co inni powiedzą. Moje życie jest więcej warte niż skrzeczące pudło telewizyjne, polityczne fora, kampania wyborcza, gaz, jakaś tam rura, badania psychiatryczne dla niewygodnych polityków i finansowy anschluss Grecji. To co naprawdę ważne jest we mnie w taki, między innymi, jak ten - piątkowy wieczór.
Tego mi nikt nie zabierze.
Myśli biegną jednak w zatrważającym tempie i przypominają, że czarowny świat wolności nie zależy tylko ode mnie.
Niekiedy w takich momentach wraca do mnie historia mojej rodziny. Mała stabilizacja, ciepły dom z biegającymi synkami po wypolerowanym szklaną butelką parkiecie, z gaworzącą w kołysce córeczką, która z uporem próbuje policzyć sobie paluszki u pulchnych nóżek i poczuć ich smak. Na ścianie ślubny portret, zdjęcia przodków, Pan Jezus modlący się w Ogrójcu i Matka Boska Różańcowa, zakupiona na odpustowym straganie u Dominikanów w Tarnopolu. W kącie stary zegar, pamiątka po ojcu.
Niedzielny poranek, jeszcze w szlafroku, leniwie przeciągają senne marzenia; krzątająca się w kuchni mama i tata w miękkim fotelu puszczający dymka z tytoniu skręconego w bibułkę. Gdzieś tam toczy się wojna, a trwożny dźwięk silnika traktora ustawionego na sądowym dziedzińcu, przerywany serią wystrzałów, zepchany do niepamięci. To inne rodziny opłakują swoich bliskich, ich ominęło, mieli szczęście, byli prostymi zwykłymi zjadaczami chleba. Nie leżą teraz tam ich ciała przysypane wapnem, nie gnają też w bydlęcych wagonach na kazachskie stepy czy w sybirską tajgę. Nikt im z zaciśniętych ramion nie wyrywa zamarzłych ciałek dzieci.
Można odetchnąć, wciągać z lubością zapach smażonych blinów i kawy zbożowej. Można cieszyć się chwilą, cieszyć się swoją domową wolnością, zbudowaną na miarę swoich pragnień i odgrodzoną od okrutnej rzeczywistości.
Wołanie – Józek, chłopcy, śniadanie! – zlewa się z łomotaniem do drzwi. Raus! Raus! Nie ma czasu ubrać się, zapakować jeszcze pachnące ciepłem naleśniki. Za próbę zdjęcia ze ściany zegara, jedynej pamiątki po ojcu, siarczysty policzek.
Schnell! Schnell! A potem długie tygodnie w piwnicy. Skończyły się ziemniaki. Jeszcze tylko podgniła marchewka i zebrane nocą na polu z narażeniem życia zielone kłoski ratują przed śmiercią głodową.
Były, co prawda, zapasy na wypadek wojny; suchary, mąka, kasza, cukier, ale bomba i szabrownicy nie pozostawili nic, co można by zjeść. To, czego nie mogli zabrać, zmieszane jest z potłuczonym szkłem.
Nie pozostało nic, nawet rodzinne zdjęcia utknęły w gruzach małej stabilizacji, pamiątkowy zegar rozsypał się na kawałki, tak jak rozsypał się tamten kresowy dom budowany od pokoleń.
Łykam czerwone wino zaprawione wspomnieniami i dumam, czy istnieje jakieś cudowne lekarstwo na jego obronę?
— pytanie to zadaje algierski pisarz Mahamed Mołleshoul
To doskonałe motto do moich refleksji, którymi chcę się podzielić.
Piątkowe popołudnie, leje jak z cebra, nawet pies nie ma ochoty na wysunięcie nosa poza próg. Wieczorem czeka mnie jednak przyjemność, zapowiedziana od kilku tygodni; koncert w nowo wybudowanej Filharmonii Olsztyna.
Udaje się nam przebrnąć przez strugi deszczu, potoki wody spływające szosą i ulicami. Przed nami pięknie oświetlony, przeszklony gmach. Szerokie schody prowadzą do foyer.
Koncerty sprawiają mi ogromną radość, mimo że w domu posiadamy spory zestaw wspaniałych, nierzadko na światowym poziomie, nagrań, które w każdej chwili można sobie odtworzyć w zaciszu domowym.
Lubię samo wejście do filharmonii, czuję się tam snobistycznie ważna już od schodów, które w tej chwili są właśnie dla mnie. To ja po nich wchodzę, to na mnie czekają artyści, to dla mnie będą grali i śpiewali, to ja będę słuchać, zachwycać się, oceniać, nagradzać brawami.
Kto choćby raz doświadczył zanurzenia się we wszechogarniającym dźwięku sali koncertowej, ten wie, o czym mówię, jakiej czarodziejskiej magii doświadcza się tam. Nie zastąpią jej żadne, nawet najlepsze nagrania i nie ma, w tym wypadku, znaczenia czy jest to sala w Olsztynie czy w Warszawie.
To jest twoja chwila. Nie zakłóci jej deszcz, nie dotrą tu gadające głowy z telewizora, nie popsuje żaden piarowski news.
Niestety, ułuda trwa krótko, na koniec trzeba zejść ze schodów i zanurzyć się w świat anonimowy, gdzie, oprócz reklam, nie mają ci nic do zaofiarowania. Stajesz się na powrót bezimienny w tłumie.
Ale po koncercie nie przeszkadza ci to, wprost przeciwnie, cieszysz się, że wszystkie problemy nagle zmalały, stały się wręcz śmieszne, nieważne, nieistotne.
Masz ochotę na lampkę dobrego wina i rozmowę z kochaną osobą o tym, co nie przemija. Masz ochotę zaszyć się w miękkim fotelu i tak trwać. Przyrzekasz sobie, że koniec z polityką, wrednym i często głupim szefem, zawistnymi współpracownikami, przejmowaniem się, co inni powiedzą. Moje życie jest więcej warte niż skrzeczące pudło telewizyjne, polityczne fora, kampania wyborcza, gaz, jakaś tam rura, badania psychiatryczne dla niewygodnych polityków i finansowy anschluss Grecji. To co naprawdę ważne jest we mnie w taki, między innymi, jak ten - piątkowy wieczór.
Tego mi nikt nie zabierze.
Myśli biegną jednak w zatrważającym tempie i przypominają, że czarowny świat wolności nie zależy tylko ode mnie.
Niekiedy w takich momentach wraca do mnie historia mojej rodziny. Mała stabilizacja, ciepły dom z biegającymi synkami po wypolerowanym szklaną butelką parkiecie, z gaworzącą w kołysce córeczką, która z uporem próbuje policzyć sobie paluszki u pulchnych nóżek i poczuć ich smak. Na ścianie ślubny portret, zdjęcia przodków, Pan Jezus modlący się w Ogrójcu i Matka Boska Różańcowa, zakupiona na odpustowym straganie u Dominikanów w Tarnopolu. W kącie stary zegar, pamiątka po ojcu.
Niedzielny poranek, jeszcze w szlafroku, leniwie przeciągają senne marzenia; krzątająca się w kuchni mama i tata w miękkim fotelu puszczający dymka z tytoniu skręconego w bibułkę. Gdzieś tam toczy się wojna, a trwożny dźwięk silnika traktora ustawionego na sądowym dziedzińcu, przerywany serią wystrzałów, zepchany do niepamięci. To inne rodziny opłakują swoich bliskich, ich ominęło, mieli szczęście, byli prostymi zwykłymi zjadaczami chleba. Nie leżą teraz tam ich ciała przysypane wapnem, nie gnają też w bydlęcych wagonach na kazachskie stepy czy w sybirską tajgę. Nikt im z zaciśniętych ramion nie wyrywa zamarzłych ciałek dzieci.
Można odetchnąć, wciągać z lubością zapach smażonych blinów i kawy zbożowej. Można cieszyć się chwilą, cieszyć się swoją domową wolnością, zbudowaną na miarę swoich pragnień i odgrodzoną od okrutnej rzeczywistości.
Wołanie – Józek, chłopcy, śniadanie! – zlewa się z łomotaniem do drzwi. Raus! Raus! Nie ma czasu ubrać się, zapakować jeszcze pachnące ciepłem naleśniki. Za próbę zdjęcia ze ściany zegara, jedynej pamiątki po ojcu, siarczysty policzek.
Schnell! Schnell! A potem długie tygodnie w piwnicy. Skończyły się ziemniaki. Jeszcze tylko podgniła marchewka i zebrane nocą na polu z narażeniem życia zielone kłoski ratują przed śmiercią głodową.
Były, co prawda, zapasy na wypadek wojny; suchary, mąka, kasza, cukier, ale bomba i szabrownicy nie pozostawili nic, co można by zjeść. To, czego nie mogli zabrać, zmieszane jest z potłuczonym szkłem.
Nie pozostało nic, nawet rodzinne zdjęcia utknęły w gruzach małej stabilizacji, pamiątkowy zegar rozsypał się na kawałki, tak jak rozsypał się tamten kresowy dom budowany od pokoleń.
Łykam czerwone wino zaprawione wspomnieniami i dumam, czy istnieje jakieś cudowne lekarstwo na jego obronę?
czwartek, 30 czerwca 2011
Wakacyjne surfowanie mamy Katarzyny
Gdzie tam mamie Katarzynie, wiecznie krzątającej się po domu, do rozumienia wielkiej polityki. Między niekończącą się nigdy pracą domową; ogródkiem, zakupami, praniem sprzątaniem i zmywaniem, zagląda sobie taka emerytka do Internetu i próbuje dociec, co dzieje się w wielkim świecie, bo w Polsce to już każde dziecko wie, jakie informacje są najważniejsze.
Oto czai się znowu największy wróg Polski - Antoni Macierewicz, który, o zgrozo, nie przyjmuje do wiadomości, że przyczyny katastrofy smoleńskiej to nie jego sprawa, tylko uzgodnień Putina z Tuskiem, a „Biała Księga” katastrofy smoleńskiej grozi … no właśnie, czym grozi i komu?
W żaden sposób nie mogę pojąć, dlaczego tak władza boi się tej księgi, że wszystkie swoje kundle, pokroju pewnego sędziego i marszałka N. wypuściła. (Nazwisk nie wymieniam, bo się boję, że skończę jak ten 19 – latek w trzyletnich zawiasach za bazgroły na murze.)
Gryzą, szarpią, ośmieszają, upokarzają, a tu nic. Uśmiechnięty Jarosław Kaczyński śmie prezentować program partii, do którego tym razem nie bardzo można się nawet przyczepić, bo nic nie napisał o RAŚ. A komisja Macierewicza Księgę wystawiła i już. Nie przejmuje się, że w niej, jak określił Edmund Klich, "fakty prawdziwe, ale zmanipulowane". Tym sposobem na zabitej dechami wsi emerytka poszerza swe horyzonty i już wie, dzięki pułkownikowi, że fakty mogą być nieprawdziwe.
Ale to jeszcze nie koniec nieszczęść polskich. Niejaki redemptorysta o. Tadeusz Rydzyk domaga się równego traktowania przez władze polskie w przyznawaniu unijnych środków na badania geotermiczne.
Na szczęście na straży godności i suwerenności Polski stoi dzielny Sikorski. Nawet Buzek zaangażował się mimo nawału pracy i dodatkowych kursów języka angielskiego, aby skutecznie móc wyrzucać Nigela Farage, gdy będzie pouczał Sarko http://www.youtube.com/watch?v=URZ0zHwPnY4&NR=1
czy czepiał się znowu brukselskiej biurokracji ponad demokracją i obrażał baronessę Ashton
http://www.youtube.com/watch?v=etP3f-mNkD4
Lubię sobie czasem wrócić do tych relacji z Europarlamentu. Budzą mój optymizm.
Ale lubię też posurfować w wirtualny świat tam, gdzie nie mają czasu zajrzeć dziennikarze, o publicystach czy ekspertach nie wspomnę, zwłaszcza, że podobno surfowanie w Internecie stymuluje mózg i zmniejsza ryzyko demencji.
Niestety, mam widać jakieś problemy z wyszukiwaniem wiadomości, albo szukam nie tych, co trzeba. Najłatwiej mi znaleźć informacje o zdradach małżeńskich, potem o kosmetykach i odchudzaniu. Nic mnie z tych tematów nie interesuje. Wprost przeciwnie; w przypadku zdrady nie należy wywoływać wilka z lasu, jeśli chodzi o kosmetyki, to ostatnio musiałam bronić się przed depresją, bo co wzięłam jakiś kosmetyk do ręki, to okazywało się, że zawiera rakotwórczą chemię, a masłem przecież trudno się smarować, maślanka odpada, bo też zawiera szkodliwe konserwanty. Trudno, umrę brzydka. Odchudzać też nie zamierzam się, bo przy tej inflacji moja emerytura niepokojąco traci na wartości i na pewno nie będzie mnie stać na wymianę ciuchów. Jedyne pocieszenie to, że moja skromna emerytura dzięki drożyźnie poratowała deficyt budżetu państwa. Zawszeć to lepiej myśleć, że to nie zamrożenie czy obcięcie emerytury, tylko inflacja. I wreszcie na coś się ona przydała.Co prawda dzięki temu wzrósł dług w Banku Światowym, ale trudno. Ciekawe czy ta inflacja za Rakowskiego też była ratowaniem budżetu, czy był to tylko wypadek przy pracy złodziei szabrujących majątek narodowy?
Pogodzona z losem szukałam bardziej ambitnych tematów, np., dlaczego tak bez zapowiedzi, prawie w tajemnicy, bez szumu medialnego na wzór wizyty Obamy, wpadła do Polski wielka kanclerz wielkiego polskiego przyjaciela zaraz po Związku Radzieckim. Tfu, ta peerelowska podświadomość, oczywiście, Rosję po pierestrojce miałam na myśli.
No więc jak to jest. Przyjeżdża kanclerz najważniejszego kraju (przepraszam Francuzów) w Unii Europejskiej. A my dowiadujemy się o tym w ostatniej chwili. Żadnych przygotowań, zamykania na kilka dni ulic, wielogodzinnej transmisji telewizyjnej. Nic z tych rzeczy. Po prostu przyjechała, poprowadziła obrady rządu polskiego, poszeptała z Tuskiem i już. Nikt nie docieka, nikt nie analizuje, nie zastanawia się, nie protestuje, nie cytuje na pierwszych stronach gazet.
Niestety, dogłębnych analiz politycznych tego wydarzenia nie znalazłam. Widać temat nie nadaje się do propagandy sukcesu polskiego rządu, skoro premier nie bardzo chce się tym chwalić i woli roztrząsać straszliwe, obrazoburcze przestępstwo o. Tadeusza Rydzyka.
Ba, żeby tylko to nasze szanowne media mainstreamowe chciały zlekceważyć, ale gdzie tam. Gdyby nie Aleksander Ścios ze swoim artykułem poświęconym strategicznym planom Rosji, (można go też wysłuchać w 227 audycji Niepoprawnego Radia PL http://niepoprawneradio.pl/audycja-227-niedzielna-2/ ) w wykonaniu polskiej prezydencji zupełnie nie zauważyłabym krótkiej informacji Gazety Prawnej potwierdzającej doniesienia blogera, na czym polegać ma polska strategia.
Warszawa przygotowuje strategiczny dokument dotyczący dalszego rozwoju stosunków Unii Europejskiej z Moskwą - informuje we wtorek "Niezawisimaja Gazieta", zapowiadając rozpoczynające się 1 lipca półroczne przewodnictwo Polski w UE.
http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/526752,na_prezydencje_polska_przygotowuje_strategiczny_dokument_dot_relacji_ue_rosja.html
Szukam; czy kogoś ze znanych publicystów temat ten zainteresował? Hm, nie znalazłam.
W przodujących „mediodajniach” nie znalazłam też najważniejszej informacji. W zakamarkach Internetu przez przypadek trafiłam na niezwykle ciekawą informację:
Podczas spotkania premierów Ukrainy i Rosji, 7 czerwca 2011 roku, Władimir Putin powiedział, że Moskwa chce zrezygnować z przesyłu gazu przez kraje tranzytowe (m.in. Ukrainę) i zamierza przekierować dostawy surowca do Europy na podwodne gazociągi Nord Stream oraz South Stream.
Nikogo w Polsce to nie interesuje, premiera i wicepremiera też nie?
Surfowanie po Internecie surfowaniem, ale w zdobywaniu wiadomości naprawdę ważnych nic nie zastąpi pogaduszek u fryzjera.
Nie będę chytra i podzielę się nimi z internautami.
Minister Hall zabrała rzemieślnikom dopłaty za naukę zawodu uczniów zawodówek. To w ramach reformy szkolnictwa zawodowego, prawda, pani minister?
I drugi news z salonu fryzjerskiego; rząd ogołocił z pieniędzy PFRON i zabrał zakładom pracy chronionej zwolnienie z podatku od nieruchomości. To też chyba w ramach wspierania rozwoju przedsiębiorczości i osób niepełnosprawnych?
Jeśli do tego dołożymy jeszcze wiadomość o sięgnięciu rządu do kasy funduszu demograficznego, to nie wiem, co ten rząd jeszcze w Polsce robi. Na co my czekamy, aż sprzedadzą nas za długi tak jak Greków?
http://www.pb.pl/2/a/2011/06/28/Mamy_tluste_lata_a_siegamy_po_rezerwe
Oto czai się znowu największy wróg Polski - Antoni Macierewicz, który, o zgrozo, nie przyjmuje do wiadomości, że przyczyny katastrofy smoleńskiej to nie jego sprawa, tylko uzgodnień Putina z Tuskiem, a „Biała Księga” katastrofy smoleńskiej grozi … no właśnie, czym grozi i komu?
W żaden sposób nie mogę pojąć, dlaczego tak władza boi się tej księgi, że wszystkie swoje kundle, pokroju pewnego sędziego i marszałka N. wypuściła. (Nazwisk nie wymieniam, bo się boję, że skończę jak ten 19 – latek w trzyletnich zawiasach za bazgroły na murze.)
Gryzą, szarpią, ośmieszają, upokarzają, a tu nic. Uśmiechnięty Jarosław Kaczyński śmie prezentować program partii, do którego tym razem nie bardzo można się nawet przyczepić, bo nic nie napisał o RAŚ. A komisja Macierewicza Księgę wystawiła i już. Nie przejmuje się, że w niej, jak określił Edmund Klich, "fakty prawdziwe, ale zmanipulowane". Tym sposobem na zabitej dechami wsi emerytka poszerza swe horyzonty i już wie, dzięki pułkownikowi, że fakty mogą być nieprawdziwe.
Ale to jeszcze nie koniec nieszczęść polskich. Niejaki redemptorysta o. Tadeusz Rydzyk domaga się równego traktowania przez władze polskie w przyznawaniu unijnych środków na badania geotermiczne.
Na szczęście na straży godności i suwerenności Polski stoi dzielny Sikorski. Nawet Buzek zaangażował się mimo nawału pracy i dodatkowych kursów języka angielskiego, aby skutecznie móc wyrzucać Nigela Farage, gdy będzie pouczał Sarko http://www.youtube.com/watch?v=URZ0zHwPnY4&NR=1
czy czepiał się znowu brukselskiej biurokracji ponad demokracją i obrażał baronessę Ashton
http://www.youtube.com/watch?v=etP3f-mNkD4
Lubię sobie czasem wrócić do tych relacji z Europarlamentu. Budzą mój optymizm.
Ale lubię też posurfować w wirtualny świat tam, gdzie nie mają czasu zajrzeć dziennikarze, o publicystach czy ekspertach nie wspomnę, zwłaszcza, że podobno surfowanie w Internecie stymuluje mózg i zmniejsza ryzyko demencji.
Niestety, mam widać jakieś problemy z wyszukiwaniem wiadomości, albo szukam nie tych, co trzeba. Najłatwiej mi znaleźć informacje o zdradach małżeńskich, potem o kosmetykach i odchudzaniu. Nic mnie z tych tematów nie interesuje. Wprost przeciwnie; w przypadku zdrady nie należy wywoływać wilka z lasu, jeśli chodzi o kosmetyki, to ostatnio musiałam bronić się przed depresją, bo co wzięłam jakiś kosmetyk do ręki, to okazywało się, że zawiera rakotwórczą chemię, a masłem przecież trudno się smarować, maślanka odpada, bo też zawiera szkodliwe konserwanty. Trudno, umrę brzydka. Odchudzać też nie zamierzam się, bo przy tej inflacji moja emerytura niepokojąco traci na wartości i na pewno nie będzie mnie stać na wymianę ciuchów. Jedyne pocieszenie to, że moja skromna emerytura dzięki drożyźnie poratowała deficyt budżetu państwa. Zawszeć to lepiej myśleć, że to nie zamrożenie czy obcięcie emerytury, tylko inflacja. I wreszcie na coś się ona przydała.Co prawda dzięki temu wzrósł dług w Banku Światowym, ale trudno. Ciekawe czy ta inflacja za Rakowskiego też była ratowaniem budżetu, czy był to tylko wypadek przy pracy złodziei szabrujących majątek narodowy?
Pogodzona z losem szukałam bardziej ambitnych tematów, np., dlaczego tak bez zapowiedzi, prawie w tajemnicy, bez szumu medialnego na wzór wizyty Obamy, wpadła do Polski wielka kanclerz wielkiego polskiego przyjaciela zaraz po Związku Radzieckim. Tfu, ta peerelowska podświadomość, oczywiście, Rosję po pierestrojce miałam na myśli.
No więc jak to jest. Przyjeżdża kanclerz najważniejszego kraju (przepraszam Francuzów) w Unii Europejskiej. A my dowiadujemy się o tym w ostatniej chwili. Żadnych przygotowań, zamykania na kilka dni ulic, wielogodzinnej transmisji telewizyjnej. Nic z tych rzeczy. Po prostu przyjechała, poprowadziła obrady rządu polskiego, poszeptała z Tuskiem i już. Nikt nie docieka, nikt nie analizuje, nie zastanawia się, nie protestuje, nie cytuje na pierwszych stronach gazet.
Niestety, dogłębnych analiz politycznych tego wydarzenia nie znalazłam. Widać temat nie nadaje się do propagandy sukcesu polskiego rządu, skoro premier nie bardzo chce się tym chwalić i woli roztrząsać straszliwe, obrazoburcze przestępstwo o. Tadeusza Rydzyka.
Ba, żeby tylko to nasze szanowne media mainstreamowe chciały zlekceważyć, ale gdzie tam. Gdyby nie Aleksander Ścios ze swoim artykułem poświęconym strategicznym planom Rosji, (można go też wysłuchać w 227 audycji Niepoprawnego Radia PL http://niepoprawneradio.pl/audycja-227-niedzielna-2/ ) w wykonaniu polskiej prezydencji zupełnie nie zauważyłabym krótkiej informacji Gazety Prawnej potwierdzającej doniesienia blogera, na czym polegać ma polska strategia.
Warszawa przygotowuje strategiczny dokument dotyczący dalszego rozwoju stosunków Unii Europejskiej z Moskwą - informuje we wtorek "Niezawisimaja Gazieta", zapowiadając rozpoczynające się 1 lipca półroczne przewodnictwo Polski w UE.
http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/526752,na_prezydencje_polska_przygotowuje_strategiczny_dokument_dot_relacji_ue_rosja.html
Szukam; czy kogoś ze znanych publicystów temat ten zainteresował? Hm, nie znalazłam.
W przodujących „mediodajniach” nie znalazłam też najważniejszej informacji. W zakamarkach Internetu przez przypadek trafiłam na niezwykle ciekawą informację:
Podczas spotkania premierów Ukrainy i Rosji, 7 czerwca 2011 roku, Władimir Putin powiedział, że Moskwa chce zrezygnować z przesyłu gazu przez kraje tranzytowe (m.in. Ukrainę) i zamierza przekierować dostawy surowca do Europy na podwodne gazociągi Nord Stream oraz South Stream.
Nikogo w Polsce to nie interesuje, premiera i wicepremiera też nie?
Surfowanie po Internecie surfowaniem, ale w zdobywaniu wiadomości naprawdę ważnych nic nie zastąpi pogaduszek u fryzjera.
Nie będę chytra i podzielę się nimi z internautami.
Minister Hall zabrała rzemieślnikom dopłaty za naukę zawodu uczniów zawodówek. To w ramach reformy szkolnictwa zawodowego, prawda, pani minister?
I drugi news z salonu fryzjerskiego; rząd ogołocił z pieniędzy PFRON i zabrał zakładom pracy chronionej zwolnienie z podatku od nieruchomości. To też chyba w ramach wspierania rozwoju przedsiębiorczości i osób niepełnosprawnych?
Jeśli do tego dołożymy jeszcze wiadomość o sięgnięciu rządu do kasy funduszu demograficznego, to nie wiem, co ten rząd jeszcze w Polsce robi. Na co my czekamy, aż sprzedadzą nas za długi tak jak Greków?
http://www.pb.pl/2/a/2011/06/28/Mamy_tluste_lata_a_siegamy_po_rezerwe
środa, 22 czerwca 2011
Jak się szyje polityczny lincz
Do pierwszego linczu Tusk był doskonale przygotowany. Nieważna okazała się merytoryczna debata. Ważne było jedno zdanie:
- Ciebie zabić, to jak splunąć, tak Pan powiedział do mnie kiedyś w windzie, wyjmując broń - rzucił niespodziewanie Tusk.
Jarosław Kaczyński, przez mgnienie oka zaskoczony, po chwili stwierdził, że nie było takiego wydarzenia.
A potem sprawę skwitował Bronisław Komorowski
Ja rozumiem, że cała sytuacja nie była aż tak strasznie dla pana premiera jakoś obciążająca, bo rewolwer ma prawo nosić każdy, kto ma uprawnienia odpowiednie. Donald Tusk nie traktuje tego przecież jak pogróżki. Gdyby się czuł zagrożony przez pana premiera, to pewnie sprawa byłaby w prokuraturze, a nie w anegdocie: Ja w tej windzie nie byłem.
Dlaczego do tego wracam? Bo dzisiejsza sytuacja jest z tego samego arsenału, nie wiem tylko czy na pewno jest to jedynie arsenał polityczny, czy może wynika z panicznego strachu, że już nic nie uchroni przed odpowiedzialnością, kiedy straci się stołek.
Zastanawiam się też czy, z pozoru błahe, pewne zdarzenie, o którym nie dyskutowało się z wypiekami na twarzy i nie parzyło się palców na rozgrzanej klawiaturze komputerów, nie było przypadkiem aktem przygotowawczym naszej ułomnej, tłumnej psychiki do najważniejszej marketingowej sensacji dnia.
Zapytam bardziej obeznanych w dziennikarskiej i redakcyjnej technice. Ale po kolei.
W porannych newsach „Rzepy” ukazała się wiadomość, że Roman Koszowski z Gościa Niedzielnego otrzymał nagrodę w konkursie PressFoto, organizowanym przez Bank Zachodni WBK Spółka Akcyjna z siedzibą we Wrocławiu za zdjęcie - „Osamotnienie”. Nie to jest jednak najciekawsze, a komentarz do zdjęcia autora (?)
Między szpalerami wiernych przesuwających się do komunii św. mignęła mi twarz Jarosława Kaczyńskiego. Rysował się na niej nastrój smutku i przygnębienia. Po uroczystości opuścił Piekary w milczeniu i mimo kampanii prezydenckiej nie udzielił żadnego wywiadu. Wtedy to zdjęcie nie poszło, ale po miesiącach, kiedy wybrałem je na konkurs, nieoczekiwanie nabrało nowego znaczenia. Od prezesa grono jego współpracowników odchodziło do PJN.
Hm, dlaczego wtedy nie poszło, a teraz nawet nagrodzono?
I co ma smutek po stracie bliskich do odejścia współpracowników do PJN. Przecież oni nie odchodzili, to prezes Jarosław Kaczyński podziękował im za krecią pracę w partii wyrzucając, jak najbardziej słusznie, na zbity pysk. Miało być inaczej; to prezes miał abdykować. Misternie tkana nić niespodziewanie pękła.
Nie wyszło i dlatego ślad cierpienia na twarzy byłego premiera nabrał nowego, symbolicznego znaczenia?
Tak to jest jak się lata po Internecie, zamiast zmywać i przygotowywać obiad.
Same pytania, żadnej odpowiedzi. No bo jak tu sobie odpowiedzieć, skoro nie wiem, która informacja jest prawdziwsza?
Czytam na stronie Gościa Niedzielnego w portalu wiara.pl:
Fotografia Romana Koszowskiego otrzymała nagrodę specjalną Rzeczpospolitej. Ukazuje Jarosława Kaczyńskiego podczas pielgrzymki mężczyzn do Piekar Śląskich, dwa miesiące po tym, jak stracił brata w katastrofie smoleńskiej. Osamotniona postać polityka jest widoczna między dwoma rzędami ludzi idących w przeciwnych kierunkach. - Robiłem to ujęcie przez ponad dwie minuty. Zrobiłem kilkanaście zdjęć, zanim trafiłem w ten moment - opowiada fotoreporter.
Strasznie gadatliwy ten fotoreporter, a ja wciąż nie wiem czy dostał nagrodę specjalną "Rzepy" za zdjęcie, którego nikt przedtem nie chciał opublikować, czy za symboliczne skojarzenie smutku ze zdradą tzw. przyjaciół? A może w tym wszystkim najważniejszy był „symboliczny” tytuł zdjęcia – „Osamotnienie”?
I znowu mam dylemat, bo wpatruję się w to zdjęcie i nijak nie mogę pojąć, co ono ma wspólnego z osamotnieniem? Zwyczajne zdjęcie, których można setki zrobić podczas pielgrzymkowej mszy świętej. Jedni idą jeszcze do komunii, drudzy wracają, inni mają czas na rozmyślanie i modlitwę. Tak odbieram uchwyconego na zdjęciu Jarosława Kaczyńskiego. Przecież na pielgrzymce nie szuka się towarzystwa a obecności Boga. To z Nim się rozmawia i zadaje trudne pytania, gdy traci się bliskich. Nie każdy jedzie do Łagiewnik, by pochwalić się tym przed katolickim elektoratem, czasem jedzie się do Piekar, by za sobą zostawić politykę, bo są sprawy ważniejsze od niej. Nie każdy myśli tylko o jednym, jak korzystnie wypaść na zdjęciu fotoreportera.
Czy trzeba przypominać, jak nabożnie premier Kaziu przystępował do komunii świętej? Jak wszyscy podziwiali jego modlitewne skupienie. Czy wtedy zdjęcia te też tytułowano „Osamotnienie”?
A może w tym wszystkim chodziło o to, by czytelnika wprowadzić w nastrój zrozumienia trudnej decyzji Sądu o psychiatrycznym przebadaniu byłego premiera?
Czy w końcu nie po to była pamiętna debata, by z prezesa zrobić bandziora wymachującego bronią? Może i ta nagroda, panie paparazzi, była tylko po to, by z prezesa prędzej i wiarygodniej zrobić wariata?
Gówno, jakim w tej chwili wymiar sprawiedliwości się smaruje, by przypodobać się politykom, nie tylko w tej sprawie, nie zmyje się nawet armatką wodną. Zdumiewa mnie tylko, że ktoś poświęca młodość na wkuwanie przez wiele lat nudnych paragrafów, wydaje pieniądze na aplikacje i egzaminy, a potem jak wierny poddany kłania się nisko i pozwala wykorzystać swoją wiedzę przez degeneratów do zdobycia władzy.
Jestem spokojna o los prezesa PiS. Kto ma sobie poradzić z tak bezpardonową próbą linczu politycznego jak nie doktor nauk prawnych.
Myślę w tej chwili o zupełnie innym, znacznie poważniejszym w skutkach problemie, który natychmiast powinien być nagłośniony przez lekarzy i media. A tu cisza, nikogo on nie interesuje i nikt nie drąży tematu.
Wszyscy pamiętają reakcję mediów i polityków, na oskarżenie przez ministra Zbigniewa Ziobrę doktora G. Podniósł się wrzask, choć była to wierutna bzdura, że to przez niego ginie polska transplantacja, ludzie umierają, a bezużyteczne narządy nieboszczyków jedzą w grobach robaki.
Dlaczego dziś nikt nie krzyczy ze zgrozą, że to, co się wokół Jarosława Kaczyńskiego za sprawą Sądu i mediów dzieje, odstraszy chorych, potrzebujących pomocy, od psychologów i psychiatrów?
Tylko nieświadomy skutków młody człowiek pojawi się w gabinecie psychiatry i weźmie od niego receptę na leki uspakajające, gdy organizm nie wytrzyma życia pod górkę.
Nigdy bowiem nie wiadomo czy w przyszłości nie zostanie wizyta ta wykorzystana do pozbawienia go, np. prawa do decydowania o własnym majątku. Czy nie wykorzysta jej szef, który będzie chciał uzasadnić przyczyny zwolnienia z pracy.
Zwyczajna sądowa procedura wyjaśniająca czy oskarżony jest w pełni władz umysłowych, zapobiegająca unieważnieniu wyroku, stała się bronią polityczną, groźną w skutkach bardziej niż nam się może to wydawać. Czy temat jest jednak w stanie zainteresować jakiegokolwiek dziennikarza, lekarza, prawnika?
Szkoda, że jesteśmy tacy krótkowzroczni i nie dostrzegamy, że nie tylko zdrowie psychiczne Jarosława Kaczyńskiego można badać publicznie, ale również nasze i naszych dzieci, bo tak się składa, że politycznym linczom podlegają również ci, którzy się godzą, by innych linczowali.
- Ciebie zabić, to jak splunąć, tak Pan powiedział do mnie kiedyś w windzie, wyjmując broń - rzucił niespodziewanie Tusk.
Jarosław Kaczyński, przez mgnienie oka zaskoczony, po chwili stwierdził, że nie było takiego wydarzenia.
A potem sprawę skwitował Bronisław Komorowski
Ja rozumiem, że cała sytuacja nie była aż tak strasznie dla pana premiera jakoś obciążająca, bo rewolwer ma prawo nosić każdy, kto ma uprawnienia odpowiednie. Donald Tusk nie traktuje tego przecież jak pogróżki. Gdyby się czuł zagrożony przez pana premiera, to pewnie sprawa byłaby w prokuraturze, a nie w anegdocie: Ja w tej windzie nie byłem.
Dlaczego do tego wracam? Bo dzisiejsza sytuacja jest z tego samego arsenału, nie wiem tylko czy na pewno jest to jedynie arsenał polityczny, czy może wynika z panicznego strachu, że już nic nie uchroni przed odpowiedzialnością, kiedy straci się stołek.
Zastanawiam się też czy, z pozoru błahe, pewne zdarzenie, o którym nie dyskutowało się z wypiekami na twarzy i nie parzyło się palców na rozgrzanej klawiaturze komputerów, nie było przypadkiem aktem przygotowawczym naszej ułomnej, tłumnej psychiki do najważniejszej marketingowej sensacji dnia.
Zapytam bardziej obeznanych w dziennikarskiej i redakcyjnej technice. Ale po kolei.
W porannych newsach „Rzepy” ukazała się wiadomość, że Roman Koszowski z Gościa Niedzielnego otrzymał nagrodę w konkursie PressFoto, organizowanym przez Bank Zachodni WBK Spółka Akcyjna z siedzibą we Wrocławiu za zdjęcie - „Osamotnienie”. Nie to jest jednak najciekawsze, a komentarz do zdjęcia autora (?)
Między szpalerami wiernych przesuwających się do komunii św. mignęła mi twarz Jarosława Kaczyńskiego. Rysował się na niej nastrój smutku i przygnębienia. Po uroczystości opuścił Piekary w milczeniu i mimo kampanii prezydenckiej nie udzielił żadnego wywiadu. Wtedy to zdjęcie nie poszło, ale po miesiącach, kiedy wybrałem je na konkurs, nieoczekiwanie nabrało nowego znaczenia. Od prezesa grono jego współpracowników odchodziło do PJN.
Hm, dlaczego wtedy nie poszło, a teraz nawet nagrodzono?
I co ma smutek po stracie bliskich do odejścia współpracowników do PJN. Przecież oni nie odchodzili, to prezes Jarosław Kaczyński podziękował im za krecią pracę w partii wyrzucając, jak najbardziej słusznie, na zbity pysk. Miało być inaczej; to prezes miał abdykować. Misternie tkana nić niespodziewanie pękła.
Nie wyszło i dlatego ślad cierpienia na twarzy byłego premiera nabrał nowego, symbolicznego znaczenia?
Tak to jest jak się lata po Internecie, zamiast zmywać i przygotowywać obiad.
Same pytania, żadnej odpowiedzi. No bo jak tu sobie odpowiedzieć, skoro nie wiem, która informacja jest prawdziwsza?
Czytam na stronie Gościa Niedzielnego w portalu wiara.pl:
Fotografia Romana Koszowskiego otrzymała nagrodę specjalną Rzeczpospolitej. Ukazuje Jarosława Kaczyńskiego podczas pielgrzymki mężczyzn do Piekar Śląskich, dwa miesiące po tym, jak stracił brata w katastrofie smoleńskiej. Osamotniona postać polityka jest widoczna między dwoma rzędami ludzi idących w przeciwnych kierunkach. - Robiłem to ujęcie przez ponad dwie minuty. Zrobiłem kilkanaście zdjęć, zanim trafiłem w ten moment - opowiada fotoreporter.
Strasznie gadatliwy ten fotoreporter, a ja wciąż nie wiem czy dostał nagrodę specjalną "Rzepy" za zdjęcie, którego nikt przedtem nie chciał opublikować, czy za symboliczne skojarzenie smutku ze zdradą tzw. przyjaciół? A może w tym wszystkim najważniejszy był „symboliczny” tytuł zdjęcia – „Osamotnienie”?
I znowu mam dylemat, bo wpatruję się w to zdjęcie i nijak nie mogę pojąć, co ono ma wspólnego z osamotnieniem? Zwyczajne zdjęcie, których można setki zrobić podczas pielgrzymkowej mszy świętej. Jedni idą jeszcze do komunii, drudzy wracają, inni mają czas na rozmyślanie i modlitwę. Tak odbieram uchwyconego na zdjęciu Jarosława Kaczyńskiego. Przecież na pielgrzymce nie szuka się towarzystwa a obecności Boga. To z Nim się rozmawia i zadaje trudne pytania, gdy traci się bliskich. Nie każdy jedzie do Łagiewnik, by pochwalić się tym przed katolickim elektoratem, czasem jedzie się do Piekar, by za sobą zostawić politykę, bo są sprawy ważniejsze od niej. Nie każdy myśli tylko o jednym, jak korzystnie wypaść na zdjęciu fotoreportera.
Czy trzeba przypominać, jak nabożnie premier Kaziu przystępował do komunii świętej? Jak wszyscy podziwiali jego modlitewne skupienie. Czy wtedy zdjęcia te też tytułowano „Osamotnienie”?
A może w tym wszystkim chodziło o to, by czytelnika wprowadzić w nastrój zrozumienia trudnej decyzji Sądu o psychiatrycznym przebadaniu byłego premiera?
Czy w końcu nie po to była pamiętna debata, by z prezesa zrobić bandziora wymachującego bronią? Może i ta nagroda, panie paparazzi, była tylko po to, by z prezesa prędzej i wiarygodniej zrobić wariata?
Gówno, jakim w tej chwili wymiar sprawiedliwości się smaruje, by przypodobać się politykom, nie tylko w tej sprawie, nie zmyje się nawet armatką wodną. Zdumiewa mnie tylko, że ktoś poświęca młodość na wkuwanie przez wiele lat nudnych paragrafów, wydaje pieniądze na aplikacje i egzaminy, a potem jak wierny poddany kłania się nisko i pozwala wykorzystać swoją wiedzę przez degeneratów do zdobycia władzy.
Jestem spokojna o los prezesa PiS. Kto ma sobie poradzić z tak bezpardonową próbą linczu politycznego jak nie doktor nauk prawnych.
Myślę w tej chwili o zupełnie innym, znacznie poważniejszym w skutkach problemie, który natychmiast powinien być nagłośniony przez lekarzy i media. A tu cisza, nikogo on nie interesuje i nikt nie drąży tematu.
Wszyscy pamiętają reakcję mediów i polityków, na oskarżenie przez ministra Zbigniewa Ziobrę doktora G. Podniósł się wrzask, choć była to wierutna bzdura, że to przez niego ginie polska transplantacja, ludzie umierają, a bezużyteczne narządy nieboszczyków jedzą w grobach robaki.
Dlaczego dziś nikt nie krzyczy ze zgrozą, że to, co się wokół Jarosława Kaczyńskiego za sprawą Sądu i mediów dzieje, odstraszy chorych, potrzebujących pomocy, od psychologów i psychiatrów?
Tylko nieświadomy skutków młody człowiek pojawi się w gabinecie psychiatry i weźmie od niego receptę na leki uspakajające, gdy organizm nie wytrzyma życia pod górkę.
Nigdy bowiem nie wiadomo czy w przyszłości nie zostanie wizyta ta wykorzystana do pozbawienia go, np. prawa do decydowania o własnym majątku. Czy nie wykorzysta jej szef, który będzie chciał uzasadnić przyczyny zwolnienia z pracy.
Zwyczajna sądowa procedura wyjaśniająca czy oskarżony jest w pełni władz umysłowych, zapobiegająca unieważnieniu wyroku, stała się bronią polityczną, groźną w skutkach bardziej niż nam się może to wydawać. Czy temat jest jednak w stanie zainteresować jakiegokolwiek dziennikarza, lekarza, prawnika?
Szkoda, że jesteśmy tacy krótkowzroczni i nie dostrzegamy, że nie tylko zdrowie psychiczne Jarosława Kaczyńskiego można badać publicznie, ale również nasze i naszych dzieci, bo tak się składa, że politycznym linczom podlegają również ci, którzy się godzą, by innych linczowali.
czwartek, 16 czerwca 2011
Antoni Macierewicz o książce Anatolija Golicyna
Po katastrofie smoleńskiej weszliśmy w szczególny zakręt historii Polski. Miotamy się między jednym doniesieniem a drugim. Rano dowiadujemy się, że ktoś ukrył w rządzie polskim zdjęcia amerykańskie z katastrofy, wieczorem, że prokuratura niezwłocznie je otrzymała.
Wielu z nas zaczyna już rozumieć, że nie są to informacje, lecz dezinformacje. Stara się z nich odkryć ziarenko prawdy i przede wszystkim cel bombardowania opinii społecznej wykluczającymi się informacjami, za które nikt nie ponosi odpowiedzialności.
Jak to możliwe, by służby specjalne tak opanowały przekaz medialny. Gdzie kończy się wykorzystywanie dezinformacji dla celów wyborczych, a gdzie zaczyna się zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa polskiego?
Zrozumienie mechanizmów, którymi kieruje się polityka sięgając po narzędzie dezinformacji, pozwala oswoić emocje i w ich miejsce wprowadzić rozum. To pierwszy krok do czytania między wierszami w doniesieniach i tym samym ograniczenie skutków potężnej broni, jaką jest dezinformacja.
W 2007r, kiedy wydawało się, że wreszcie jest szansa na oczyszczenie z wpływów GRU i budowę polskich służb specjalnych, wydano szczególny podręcznik: Anatolij Golicyn Nowe kłamstwa w miejsce starych.
Bez trudu możemy odszukać w Internecie życiorys Anatolija Golicyna, dlatego pomijamy go w audiobooku.
Lekturę zacznijmy jednak od Przedmowy polskiego wydawcy, bo pozwoli nam lepiej zrozumieć, dlaczego dziś książka jest wciąż aktualna.
W przedmowie do wydania Antoni Macierewicz ówczesny Szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego
napisał:
Nie ma zapewne ważniejszej książki dla naszej wiedzy o celach i metodach działania służb sowieckich i rosyjskich jak praca Anatolija Golicyna „Nowe kłamstwa w miejsce starych”. Ukazała się wpierw w niewielkim nakładzie w 1984 r. ale od tamtego czasu jej tezy dzielą społeczność służb specjalnych na całym świecie.
Większość odrzuca tezy Golicyna, mniejszość podzielając je
wskazuje na to, że jak mało które zostały one zweryfikowane przez bieg wydarzeń.
Golicyn pisał swoją książkę przez kilkanaście lat i kiedy wydał ją w 1984 r. skoncentrował się wokół kilku tez: po pierwsze wskazywał na fakt, iż niezmiennym celem „systemu sowieckiego” jest panowanie nad światem i temu podporządkowane są wszystkie działania. Po drugie przypominał, że najważniejszym sowieckim
i rosyjskim narzędziem oddziaływania na Zachód jest systematyczna dezinformacja, której celem jest wprowadzenie w błąd społeczeństw i rządów zachodnich tak by zrealizować cel strategiczny.
Po trzecie podkreślał, iż Zachód nie rozumie natury „systemu
sowieckiego” i zamiast analizować jego rzeczywiste działania
komentuje podrzucane treści dezinformacyjne.
Zachód bowiem wierzy w ewolucję, przemiany itd. „systemu
sowieckiego” podczas gdy ten bez względu na oficjalną nazwę
państwa i tytuły sprawujących władzę od czasu rewolucji sowieckiej nie ulega zasadniczym zmianom a jedynie doskonali swoje metody podboju świata. Do takich metod należało wykreowanie w latach 50-tych opinii o konflikcie chińsko-sowieckim a także stworzenie całego systemu ruchów dysydenckich. O ile operacja pierwsza służyć miała dezinformacji geopolitycznej i zmierzała do zmiany koncentracji sił strategicznych Zachodu to operacja
druga, nie mniej groźna – miała na celu przygotowanie teatru
do zasadniczego uderzenia.
Tezy te w roku 1984, gdy książka ta się ukazała, mogły zdumiewać i prowokować do kpin. Dziś nawet najbardziej zagorzali zwolennicy pierestrojki itp. muszą przyznać, że to Golicyn miał rację. Tak głęboko analizowany i warunkujący światową geopolitykę konflikt chińsko-sowiecki został zastąpiony oczywistym już sojuszem strategicznym, który poszerzony o Iran tworzy dziś najbardziej niebezpieczny sojusz ofensywny świata. Podobnie stało się z pierestrojką na obszarze europejskich państw dawnego imperium sowieckiego. Wyzwolone spod bezpośredniej okupacji
sowieckiej, przyjęte do NATO i UE wciąż pozostają pod
dominującym wpływem dawnego okupanta. Nie ma też wątpliwości,
że stało się tak właśnie dlatego, że Rosji sowieckiej udało
się w latach 60-tych i później zastąpić autentyczną opozycję niepodległościową ruchami dysydenckimi, których celem była nie niepodległość lecz socjalizm z ludzką twarzą.
Oczywiście procesy, które sprawiły, iż niepodległość państw
okupowanych niegdyś przez Rosję sowiecką jest wciąż kwestionowana w praktycznym działaniu polityki rosyjskiej, są o wiele bardziej skomplikowane. Ale ich istotą jest wciąż olbrzymi wpływ elit ukształtowanych i kontrolowanych przez system sowiecki. Łatwo to zauważyć przyglądając się trudnościom z odrzuceniem sowieckiego bagażu, dekomunizacją i lustracją, odbudową prawdziwych narodowych i niepodległościowych elit przywódczych.
Przykład polskich służb specjalnych a zwłaszcza WSI, które
do 2006 r. kierowane były przez kadry ukształtowane przez GRU, mówi sam za siebie. A przecież Polska to kraj o najsilniejszych dążeniach niepodległościowych na tym obszarze! Jak trudna więc jest sytuacja gdzie indziej.
Golicyn w 1984 r. dzięki precyzyjnej analizie przewidział powstanie rządu grubej kreski Tadeusza Mazowieckiego, porozumienie rosyjsko-niemieckie, powrót sojuszu chińsko-rosyjskoirańskiego.
Już chociażby z tego powodu książka ta powinna stać
się obowiązkowym podręcznikiem polskich służb specjalnych.
Stworzenie nowych służb wojskowych a zwłaszcza SKW, po likwidacji WSI, otwarło drogę do nowego systemu kształtowania
kadr uniezależnionych wreszcie od wpływów sowieckich. Dla
nich przygotowano to pierwsze polskie wydanie książki Anatolija Golicyna. Jej studiowanie pomoże lepiej rozumieć zagrożenia jakie stoją przed Polską, a które służba kontrwywiadu ma obowiązek zwalczać.
Sam Anatolij Golicyn we wstępie do swojej książki napisał, między innymi:
Ta książka to efekt niemal dwudziestu lat mojego życia. Prezentuje moje przekonanie, że przez cały ten okres Zachód nie rozumiał natury zmian w świecie komunistycznym i że został zwiedziony i wymanewrowany przez komunistyczną przebiegłość.
Moje badania nie tylko wzmocniły to odczucie, ale także
doprowadziły mnie do wypracowania nowej metodologii analizy
działań komunistów. Metodologia ta bierze pod uwagę dialektyczny charakter strategicznego myślenia komunistów. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie wykorzystywana przez badaczy komunizmu z całego zachodniego świata.
------------------------------------------------
Zapraszamy słuchaczy Niepoprawnego Radia PL do słuchania kolejnych odcinków książki Anatolija Glicyna. Odcinek pierwszy w 224 audycji - jej premiera dziś (16 czerwca 2011 r.)
19:43 Blog:Katarzyna - Antoni Macierewicz o książce Anatolija Golicyna
19:54 Książka:Anatolij Golicyn (czyta Katarzyna) - Nowe kłamstwa w miejsce starych
Wielu z nas zaczyna już rozumieć, że nie są to informacje, lecz dezinformacje. Stara się z nich odkryć ziarenko prawdy i przede wszystkim cel bombardowania opinii społecznej wykluczającymi się informacjami, za które nikt nie ponosi odpowiedzialności.
Jak to możliwe, by służby specjalne tak opanowały przekaz medialny. Gdzie kończy się wykorzystywanie dezinformacji dla celów wyborczych, a gdzie zaczyna się zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa polskiego?
Zrozumienie mechanizmów, którymi kieruje się polityka sięgając po narzędzie dezinformacji, pozwala oswoić emocje i w ich miejsce wprowadzić rozum. To pierwszy krok do czytania między wierszami w doniesieniach i tym samym ograniczenie skutków potężnej broni, jaką jest dezinformacja.
W 2007r, kiedy wydawało się, że wreszcie jest szansa na oczyszczenie z wpływów GRU i budowę polskich służb specjalnych, wydano szczególny podręcznik: Anatolij Golicyn Nowe kłamstwa w miejsce starych.
Bez trudu możemy odszukać w Internecie życiorys Anatolija Golicyna, dlatego pomijamy go w audiobooku.
Lekturę zacznijmy jednak od Przedmowy polskiego wydawcy, bo pozwoli nam lepiej zrozumieć, dlaczego dziś książka jest wciąż aktualna.
W przedmowie do wydania Antoni Macierewicz ówczesny Szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego
napisał:
Nie ma zapewne ważniejszej książki dla naszej wiedzy o celach i metodach działania służb sowieckich i rosyjskich jak praca Anatolija Golicyna „Nowe kłamstwa w miejsce starych”. Ukazała się wpierw w niewielkim nakładzie w 1984 r. ale od tamtego czasu jej tezy dzielą społeczność służb specjalnych na całym świecie.
Większość odrzuca tezy Golicyna, mniejszość podzielając je
wskazuje na to, że jak mało które zostały one zweryfikowane przez bieg wydarzeń.
Golicyn pisał swoją książkę przez kilkanaście lat i kiedy wydał ją w 1984 r. skoncentrował się wokół kilku tez: po pierwsze wskazywał na fakt, iż niezmiennym celem „systemu sowieckiego” jest panowanie nad światem i temu podporządkowane są wszystkie działania. Po drugie przypominał, że najważniejszym sowieckim
i rosyjskim narzędziem oddziaływania na Zachód jest systematyczna dezinformacja, której celem jest wprowadzenie w błąd społeczeństw i rządów zachodnich tak by zrealizować cel strategiczny.
Po trzecie podkreślał, iż Zachód nie rozumie natury „systemu
sowieckiego” i zamiast analizować jego rzeczywiste działania
komentuje podrzucane treści dezinformacyjne.
Zachód bowiem wierzy w ewolucję, przemiany itd. „systemu
sowieckiego” podczas gdy ten bez względu na oficjalną nazwę
państwa i tytuły sprawujących władzę od czasu rewolucji sowieckiej nie ulega zasadniczym zmianom a jedynie doskonali swoje metody podboju świata. Do takich metod należało wykreowanie w latach 50-tych opinii o konflikcie chińsko-sowieckim a także stworzenie całego systemu ruchów dysydenckich. O ile operacja pierwsza służyć miała dezinformacji geopolitycznej i zmierzała do zmiany koncentracji sił strategicznych Zachodu to operacja
druga, nie mniej groźna – miała na celu przygotowanie teatru
do zasadniczego uderzenia.
Tezy te w roku 1984, gdy książka ta się ukazała, mogły zdumiewać i prowokować do kpin. Dziś nawet najbardziej zagorzali zwolennicy pierestrojki itp. muszą przyznać, że to Golicyn miał rację. Tak głęboko analizowany i warunkujący światową geopolitykę konflikt chińsko-sowiecki został zastąpiony oczywistym już sojuszem strategicznym, który poszerzony o Iran tworzy dziś najbardziej niebezpieczny sojusz ofensywny świata. Podobnie stało się z pierestrojką na obszarze europejskich państw dawnego imperium sowieckiego. Wyzwolone spod bezpośredniej okupacji
sowieckiej, przyjęte do NATO i UE wciąż pozostają pod
dominującym wpływem dawnego okupanta. Nie ma też wątpliwości,
że stało się tak właśnie dlatego, że Rosji sowieckiej udało
się w latach 60-tych i później zastąpić autentyczną opozycję niepodległościową ruchami dysydenckimi, których celem była nie niepodległość lecz socjalizm z ludzką twarzą.
Oczywiście procesy, które sprawiły, iż niepodległość państw
okupowanych niegdyś przez Rosję sowiecką jest wciąż kwestionowana w praktycznym działaniu polityki rosyjskiej, są o wiele bardziej skomplikowane. Ale ich istotą jest wciąż olbrzymi wpływ elit ukształtowanych i kontrolowanych przez system sowiecki. Łatwo to zauważyć przyglądając się trudnościom z odrzuceniem sowieckiego bagażu, dekomunizacją i lustracją, odbudową prawdziwych narodowych i niepodległościowych elit przywódczych.
Przykład polskich służb specjalnych a zwłaszcza WSI, które
do 2006 r. kierowane były przez kadry ukształtowane przez GRU, mówi sam za siebie. A przecież Polska to kraj o najsilniejszych dążeniach niepodległościowych na tym obszarze! Jak trudna więc jest sytuacja gdzie indziej.
Golicyn w 1984 r. dzięki precyzyjnej analizie przewidział powstanie rządu grubej kreski Tadeusza Mazowieckiego, porozumienie rosyjsko-niemieckie, powrót sojuszu chińsko-rosyjskoirańskiego.
Już chociażby z tego powodu książka ta powinna stać
się obowiązkowym podręcznikiem polskich służb specjalnych.
Stworzenie nowych służb wojskowych a zwłaszcza SKW, po likwidacji WSI, otwarło drogę do nowego systemu kształtowania
kadr uniezależnionych wreszcie od wpływów sowieckich. Dla
nich przygotowano to pierwsze polskie wydanie książki Anatolija Golicyna. Jej studiowanie pomoże lepiej rozumieć zagrożenia jakie stoją przed Polską, a które służba kontrwywiadu ma obowiązek zwalczać.
Sam Anatolij Golicyn we wstępie do swojej książki napisał, między innymi:
Ta książka to efekt niemal dwudziestu lat mojego życia. Prezentuje moje przekonanie, że przez cały ten okres Zachód nie rozumiał natury zmian w świecie komunistycznym i że został zwiedziony i wymanewrowany przez komunistyczną przebiegłość.
Moje badania nie tylko wzmocniły to odczucie, ale także
doprowadziły mnie do wypracowania nowej metodologii analizy
działań komunistów. Metodologia ta bierze pod uwagę dialektyczny charakter strategicznego myślenia komunistów. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie wykorzystywana przez badaczy komunizmu z całego zachodniego świata.
------------------------------------------------
Zapraszamy słuchaczy Niepoprawnego Radia PL do słuchania kolejnych odcinków książki Anatolija Glicyna. Odcinek pierwszy w 224 audycji - jej premiera dziś (16 czerwca 2011 r.)
19:43 Blog:Katarzyna - Antoni Macierewicz o książce Anatolija Golicyna
19:54 Książka:Anatolij Golicyn (czyta Katarzyna) - Nowe kłamstwa w miejsce starych
środa, 8 czerwca 2011
Komercyjnego strachu ciąg dalszy?
11 września 2001 r. zamach na World Trade Center. Zaraz potem pojawił się wąglik rozsyłany pocztą.
Ale to nie koniec. W 2005 roku świat ogarnia panika; grozi pandemia ptasiej grypy.
Powinniśmy natychmiast zacząć gromadzić zapasy szczepionki przeciw ptasiej grypie. Gdy zacznie się pandemia, nie będzie na to czasu - alarmuje Światowa Organizacja Zdrowia
http://wyborcza.pl/1,75476,2585508.html
I tu pojawia się pierwszy zgrzyt.
Prawda to czy nie? O ile w przypadku wąglika poczuliśmy się zagrożeni, nikt nie wątpił w prawdziwość doniesień, a Internet dostarczał mrożącej krew w żyłach wiedzy na temat bioterroryzmu, o tyle walka z zagrożeniem ptasią grypą nie dała się już podciągnąć pod terroryzm. Na ptasią grypę choruje większość ptaków, a wirus ginie w temp. 70 stopni. Wystarczy myć ręce, dbać o higienę lodówek, nie spać w kurniku, nie jeść tatara z kurzych piersi, nie zaprzyjaźniać się z ptakami pod okapem czy na balkonie, najlepiej wypowiedzieć im kwaterunek i po kłopocie. A jednak sztucznie wywoływana panika osiągnęła cel. Biedne łabędzie poszły na rzeź, a „Kaziom” nie tylko w Polsce słupki sondażowe rosły. Koncerny farmaceutyczne zarobiły krocie na szczepionkach. Nie tylko zresztą na nich.
W doniesieniach prasowych (najbardziej reprezentatywny przykład: Jak nie można się zakazić ptasią grypą http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,3186849.html ) pojawia się nazwa dwu leków: tamiflu i relenza
Wkrótce okazało się, że bardziej groźne od ptasiej grypy stały się owe leki. Lekarze i koncern produkujący lekarstwa musiały uspakajać – tamiflu i relenza są bezpieczne http://abcgrypa.pl/brytyjscy-lekarze-tamiflu-i-relenza-bezpieczne
Kiedy dłużej już nie można było bawić się w nakręcanie paniki pandemią ptasiej grypy, sprawa przycichła, ale nie na długo. Ni stąd ni zowąd pojawiła się świńska grypa. Koncerny wymusiły zakup szczepionek, nie wszyscy Europejczycy chcieli się jednak bać i szczepić. Media cytowały hiszpańskiego przewodniczącego Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, Lluís Maria de Puig. Miliony ludzi szczepiło się nieprzetestowanymi szczepionkami, narażając się na nieznane skutki uboczne. Poza tym doszło do ogromnego marnotrawstwa środków publicznych - grzmiał przewodniczący i na tym się skończyło.
http://www.pardon.pl/artykul/10556/rada_europy_swinska_grypa_to_najwiekszy_przekret_w_historii/1
Unia Europejska, a w tym rządy, które zakupiły szczepionki nie zdecydowały się na wyjaśnienie roli koncernów farmaceutycznych w napędzaniu strachu obywatelom. Może nie było co wyjaśniać, bo wszystko było jasne już od początku?
Dziś mamy kolejny problem śmiertelnego zagrożenia pałeczką okrężnicy EHEC.
Od wielu dni nie można ustalić źródła zagrożenia. Winne były hiszpańskie ogórki, kiełki, restauracja w Lubece. W końcu rośliny zostały uniewinnione. A media wciąż donoszą o epidemii w Niemczech, śmiertelnych zakażeniach. Unijny komisarz wścieka się, rolnicy domagają się odszkodowań. Rano internautów na jednym z polskich portali przywitał tytuł: Czas zacząć się bać
W południe wesoło się robi wokół doniesień z Niemiec. Epidemia i chaos, a politycy tylko „ogórkują – krytykuje tamtejsza prasa. Faktycznie, tylko tytuł jest wesoły, bo reszta nie do śmiechu. W szpitalach jest coraz więcej chorych i przybywa śmiertelnych przypadków.
Podniosły ton polskich doniesień wzmacnia nasz niepokój: Już 2 osoby zachorowały w Polsce!
Ale prawdziwy hit czeka nas po południu.
Jak powiedział na konferencji prasowej niemiecki minister zdrowia Daniel Bahr, doświadczenia wcześniejszych epidemii EHEC na świecie pokazują, że w większości przypadków nie udaje się wykryć źródła zakażeń.
Ciekawe, bo mogłabym się założyć, że jeszcze kilka dni temu wszyscy naukowcy i politycy, a prasa za nimi, zgodnie twierdzili, że jest to nowy szczep bakterii, do tej pory nieznany.
Kto nie wierzy, niech zajrzy: http://losyziemi.pl/ehec-to-nowy-i-nieznany-dotad-szczep-bakterii-zabija-ludzi-juz-18-ofiar
W portalu losyziemi.pl czytam 2 czerwca.
Światowa Organizacja Zdrowia poinformowała, że za zachorowania odpowiada nowy nieznany dotąd szczep bakterii EHEC.
Polecam również następną informację z tego portalu:
http://losyziemi.pl/niebezpieczna-bakteria-produkujaca-enzym-ndm-1-odporny-na-antybiotyki/
4 czerwca ukazała się tam wiadomość o wykryciu u 86 – letniego Kanadyjczyka, który od 10 lat nigdzie nie podróżował, super-bakterii produkującej enzym NDM-1 odporny na antybiotyki.
Przez tydzień w Niemczech i innych krajach szukano źródła zakażeń, ale dziś dzięki niemieckiemu ministrowi już wiemy, że go nie znajdziemy.
Mam swoje trzy teorie spiskowe na wyjaśnienie tego, co się wokół owej bakterii dzieje.
Pierwsza jest banalna. Nadmiar warzyw płynący nieprzerwanym strumieniem z Hiszpanii zagroził rolnikom niemieckim i holenderskim. Dzięki tajemniczej super-bakterii strumień ten mógłby być powstrzymany. Teoria ta miałaby szansę uwiarygodnić się, gdyby nie to, że Hiszpanie nie dali się nabrać.
Druga moja teoria jest ciut poważniejsza i ma tę zaletę, że nie da się sprawdzić, można ją rozwijać w dowolnym kierunku. Komuś coś wpadło do wody w pewnym laboratorium. A wskazanie tego miejsca jest albo niewskazane, albo miejsce jest nieznane. Korzyść z takiej teorii podwójna, bo zawsze można wrócić do przykładu tajemniczego wąglika rozsyłanego pocztą i przekonać, że to Al-Kaida tym razem rozsyła zarazę przez wodociągi.
Trzecia teoria spiskowa dotyczy marketingu za pomocą strachu. Świetnie ją onegdaj unaocznił Alfred Hitchcock w filmie, na projekcji którego strach było spojrzeć w ekran. Myślę tu o „Ptakach”, które długo jeszcze potem wywoływały niepokój u ludzi widzących gromadzące się mewy czy gawrony.
Strach Hitchcocka wykorzystał reżyser „Dubla” – Johan Grimonprez. Poszukiwanie sobowtóra Hitchcocka do projektu „Looking for Alfred” zakończyło się filmem pokazującym stopień obezwładnienia strachem w latach zimnowojennych społeczeństwa amerykańskiego i sowieckiego. Poddane obróbce rządowych manipulacji i propagandzie boją się o własne bezpieczeństwo. Ameryce grożą rakiety zainstalowane na Kubie, Związkowi Radzieckiemu zbrojenia amerykańskie.
http://www.mojeopinie.pl/dubel__johana_grimonpreza,3,1267020125
Mija zimna wojna, pojawia się zagrożenie terroryzmem, a strach ulega komercjalizacji. Przydaje się na różne okazje, a już na pewno nieocenionym staje się dziś w marketingu farmaceutycznym. Boimy się o siebie i bliskich, gotowi jesteśmy zastawić dorobek życia, by uratować zdrowie bliskiej nam osoby czy swoje. Nie będziemy na sobie sprawdzać czy strach ten jest uzasadniony.
Czy na tym strachu oparta jest dziś panika wokół zakażeń pałeczkami okrężnicy?
Przekonamy się wkrótce. Jeśli tak jest, to za kilka dni, a może i wcześniej, powinien ukazać się radosny news. Odkryto skuteczny lek na super-bakterię. Koncern X podjął się przyspieszonych badań klinicznych. Należy się spodziewać, że w najbliższym czasie tajemnicza epidemia zostanie zażegnana.
Czy będzie się ktoś jeszcze wtedy pytał o źródła zakażenia, skoro jest skuteczny lek?
A powinien pytać każdy. Bo co będzie, jak każda z tych teorii i im podobnych okaże się nieprawdziwa, a atak biologiczny stanie się faktem?
PS.
Na świńskiej grypie koncerny zarobiły krocie, między innymi, na Ukrainie. Zastanawiam się czy obecne doniesienia o zarejestrowanych tam przypadkach cholery to ten sam numer co z świńską grypą? A może jednak cholera we wschodniej Ukrainie zgaśnie równie szybko, jak się pojawiła, bo super–bakteria EHEC z tajemniczym enzymem NDM-1 przyniesie więcej szmalu?
Nie da się jednak wykluczyć, że doniesienia o przypadkach cholery we wschodniej Ukrainie i epidemii EHEC mają ze sobą coś wspólnego. Podobno enzym NDM-1 odkryty w 2008 roku w Nowym Delhi w Indiach jest szczególnie niebezpieczny nie tylko w bakterii e-coli ale również cholery, jeśli, oczywiście, to ten sam enzym, który dziś straszy Niemców i resztę świata. Ale to tylko taka moja kolejna teoria spiskowa.
http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/cholera;na;ukrainie;przybywa;chorych,210,0,845010.html
Ale to nie koniec. W 2005 roku świat ogarnia panika; grozi pandemia ptasiej grypy.
Powinniśmy natychmiast zacząć gromadzić zapasy szczepionki przeciw ptasiej grypie. Gdy zacznie się pandemia, nie będzie na to czasu - alarmuje Światowa Organizacja Zdrowia
http://wyborcza.pl/1,75476,2585508.html
I tu pojawia się pierwszy zgrzyt.
Prawda to czy nie? O ile w przypadku wąglika poczuliśmy się zagrożeni, nikt nie wątpił w prawdziwość doniesień, a Internet dostarczał mrożącej krew w żyłach wiedzy na temat bioterroryzmu, o tyle walka z zagrożeniem ptasią grypą nie dała się już podciągnąć pod terroryzm. Na ptasią grypę choruje większość ptaków, a wirus ginie w temp. 70 stopni. Wystarczy myć ręce, dbać o higienę lodówek, nie spać w kurniku, nie jeść tatara z kurzych piersi, nie zaprzyjaźniać się z ptakami pod okapem czy na balkonie, najlepiej wypowiedzieć im kwaterunek i po kłopocie. A jednak sztucznie wywoływana panika osiągnęła cel. Biedne łabędzie poszły na rzeź, a „Kaziom” nie tylko w Polsce słupki sondażowe rosły. Koncerny farmaceutyczne zarobiły krocie na szczepionkach. Nie tylko zresztą na nich.
W doniesieniach prasowych (najbardziej reprezentatywny przykład: Jak nie można się zakazić ptasią grypą http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,3186849.html ) pojawia się nazwa dwu leków: tamiflu i relenza
Wkrótce okazało się, że bardziej groźne od ptasiej grypy stały się owe leki. Lekarze i koncern produkujący lekarstwa musiały uspakajać – tamiflu i relenza są bezpieczne http://abcgrypa.pl/brytyjscy-lekarze-tamiflu-i-relenza-bezpieczne
Kiedy dłużej już nie można było bawić się w nakręcanie paniki pandemią ptasiej grypy, sprawa przycichła, ale nie na długo. Ni stąd ni zowąd pojawiła się świńska grypa. Koncerny wymusiły zakup szczepionek, nie wszyscy Europejczycy chcieli się jednak bać i szczepić. Media cytowały hiszpańskiego przewodniczącego Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, Lluís Maria de Puig. Miliony ludzi szczepiło się nieprzetestowanymi szczepionkami, narażając się na nieznane skutki uboczne. Poza tym doszło do ogromnego marnotrawstwa środków publicznych - grzmiał przewodniczący i na tym się skończyło.
http://www.pardon.pl/artykul/10556/rada_europy_swinska_grypa_to_najwiekszy_przekret_w_historii/1
Unia Europejska, a w tym rządy, które zakupiły szczepionki nie zdecydowały się na wyjaśnienie roli koncernów farmaceutycznych w napędzaniu strachu obywatelom. Może nie było co wyjaśniać, bo wszystko było jasne już od początku?
Dziś mamy kolejny problem śmiertelnego zagrożenia pałeczką okrężnicy EHEC.
Od wielu dni nie można ustalić źródła zagrożenia. Winne były hiszpańskie ogórki, kiełki, restauracja w Lubece. W końcu rośliny zostały uniewinnione. A media wciąż donoszą o epidemii w Niemczech, śmiertelnych zakażeniach. Unijny komisarz wścieka się, rolnicy domagają się odszkodowań. Rano internautów na jednym z polskich portali przywitał tytuł: Czas zacząć się bać
W południe wesoło się robi wokół doniesień z Niemiec. Epidemia i chaos, a politycy tylko „ogórkują – krytykuje tamtejsza prasa. Faktycznie, tylko tytuł jest wesoły, bo reszta nie do śmiechu. W szpitalach jest coraz więcej chorych i przybywa śmiertelnych przypadków.
Podniosły ton polskich doniesień wzmacnia nasz niepokój: Już 2 osoby zachorowały w Polsce!
Ale prawdziwy hit czeka nas po południu.
Jak powiedział na konferencji prasowej niemiecki minister zdrowia Daniel Bahr, doświadczenia wcześniejszych epidemii EHEC na świecie pokazują, że w większości przypadków nie udaje się wykryć źródła zakażeń.
Ciekawe, bo mogłabym się założyć, że jeszcze kilka dni temu wszyscy naukowcy i politycy, a prasa za nimi, zgodnie twierdzili, że jest to nowy szczep bakterii, do tej pory nieznany.
Kto nie wierzy, niech zajrzy: http://losyziemi.pl/ehec-to-nowy-i-nieznany-dotad-szczep-bakterii-zabija-ludzi-juz-18-ofiar
W portalu losyziemi.pl czytam 2 czerwca.
Światowa Organizacja Zdrowia poinformowała, że za zachorowania odpowiada nowy nieznany dotąd szczep bakterii EHEC.
Polecam również następną informację z tego portalu:
http://losyziemi.pl/niebezpieczna-bakteria-produkujaca-enzym-ndm-1-odporny-na-antybiotyki/
4 czerwca ukazała się tam wiadomość o wykryciu u 86 – letniego Kanadyjczyka, który od 10 lat nigdzie nie podróżował, super-bakterii produkującej enzym NDM-1 odporny na antybiotyki.
Przez tydzień w Niemczech i innych krajach szukano źródła zakażeń, ale dziś dzięki niemieckiemu ministrowi już wiemy, że go nie znajdziemy.
Mam swoje trzy teorie spiskowe na wyjaśnienie tego, co się wokół owej bakterii dzieje.
Pierwsza jest banalna. Nadmiar warzyw płynący nieprzerwanym strumieniem z Hiszpanii zagroził rolnikom niemieckim i holenderskim. Dzięki tajemniczej super-bakterii strumień ten mógłby być powstrzymany. Teoria ta miałaby szansę uwiarygodnić się, gdyby nie to, że Hiszpanie nie dali się nabrać.
Druga moja teoria jest ciut poważniejsza i ma tę zaletę, że nie da się sprawdzić, można ją rozwijać w dowolnym kierunku. Komuś coś wpadło do wody w pewnym laboratorium. A wskazanie tego miejsca jest albo niewskazane, albo miejsce jest nieznane. Korzyść z takiej teorii podwójna, bo zawsze można wrócić do przykładu tajemniczego wąglika rozsyłanego pocztą i przekonać, że to Al-Kaida tym razem rozsyła zarazę przez wodociągi.
Trzecia teoria spiskowa dotyczy marketingu za pomocą strachu. Świetnie ją onegdaj unaocznił Alfred Hitchcock w filmie, na projekcji którego strach było spojrzeć w ekran. Myślę tu o „Ptakach”, które długo jeszcze potem wywoływały niepokój u ludzi widzących gromadzące się mewy czy gawrony.
Strach Hitchcocka wykorzystał reżyser „Dubla” – Johan Grimonprez. Poszukiwanie sobowtóra Hitchcocka do projektu „Looking for Alfred” zakończyło się filmem pokazującym stopień obezwładnienia strachem w latach zimnowojennych społeczeństwa amerykańskiego i sowieckiego. Poddane obróbce rządowych manipulacji i propagandzie boją się o własne bezpieczeństwo. Ameryce grożą rakiety zainstalowane na Kubie, Związkowi Radzieckiemu zbrojenia amerykańskie.
http://www.mojeopinie.pl/dubel__johana_grimonpreza,3,1267020125
Mija zimna wojna, pojawia się zagrożenie terroryzmem, a strach ulega komercjalizacji. Przydaje się na różne okazje, a już na pewno nieocenionym staje się dziś w marketingu farmaceutycznym. Boimy się o siebie i bliskich, gotowi jesteśmy zastawić dorobek życia, by uratować zdrowie bliskiej nam osoby czy swoje. Nie będziemy na sobie sprawdzać czy strach ten jest uzasadniony.
Czy na tym strachu oparta jest dziś panika wokół zakażeń pałeczkami okrężnicy?
Przekonamy się wkrótce. Jeśli tak jest, to za kilka dni, a może i wcześniej, powinien ukazać się radosny news. Odkryto skuteczny lek na super-bakterię. Koncern X podjął się przyspieszonych badań klinicznych. Należy się spodziewać, że w najbliższym czasie tajemnicza epidemia zostanie zażegnana.
Czy będzie się ktoś jeszcze wtedy pytał o źródła zakażenia, skoro jest skuteczny lek?
A powinien pytać każdy. Bo co będzie, jak każda z tych teorii i im podobnych okaże się nieprawdziwa, a atak biologiczny stanie się faktem?
PS.
Na świńskiej grypie koncerny zarobiły krocie, między innymi, na Ukrainie. Zastanawiam się czy obecne doniesienia o zarejestrowanych tam przypadkach cholery to ten sam numer co z świńską grypą? A może jednak cholera we wschodniej Ukrainie zgaśnie równie szybko, jak się pojawiła, bo super–bakteria EHEC z tajemniczym enzymem NDM-1 przyniesie więcej szmalu?
Nie da się jednak wykluczyć, że doniesienia o przypadkach cholery we wschodniej Ukrainie i epidemii EHEC mają ze sobą coś wspólnego. Podobno enzym NDM-1 odkryty w 2008 roku w Nowym Delhi w Indiach jest szczególnie niebezpieczny nie tylko w bakterii e-coli ale również cholery, jeśli, oczywiście, to ten sam enzym, który dziś straszy Niemców i resztę świata. Ale to tylko taka moja kolejna teoria spiskowa.
http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/cholera;na;ukrainie;przybywa;chorych,210,0,845010.html
środa, 1 czerwca 2011
"Kocham Ojczyznę więcej niż własne serce"
Niewątpliwie 30 rocznica śmierci Kardynała Stefana Wyszyńskiego Prymasa Polski to duży problem zarówno dla polskiego Kościoła jak i dla polityków czy związkowców odwołujących się do tradycji chrześcijańskich związków zawodowych.
28 maja 1981 roku, w Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego, w kilkanaście dni po zamachu na Jana Pawła II, Prymas Tysiąclecia, Kardynał Stefan Wyszyński odszedł do Pana w wieku 80 lat, 57 z nich przeżył w kapłaństwie, 35 lat jako biskup, 32 lata był arcybiskupem gnieźnieńskim i warszawskim oraz Prymasem Polski, przez 28 lat członkiem Kolegium Kardynalskiego.
Wielki Polak i Książę Kościoła Polskiego.
Łatwo jest prześliznąć się po datach, liczbach, po okrągłych cytatach, ze wzruszeniem przypomnieć królewski pogrzeb Prymasa, już nieco trudniej jest przypominać walkę z krzyżem z kwiatów i zniczy na Placu Zwycięstwa, gdzie stała trumna w czasie uroczystości pogrzebowych. Za mocno budzi niepoprawne politycznie skojarzenia.
A już zupełnie niemożliwe staje się mówienie o żelaznej dłoni Kardynała chroniącej polski Kościół, episkopat i duchowieństwo przed rozbiciem i marginalizacją wiary w Ojczyźnie.
Owszem dużo mówiło się w mediach o aresztowaniu i więzieniu. Z łatwością przytacza się słowa:
Gdy będę w więzieniu, a powiedzą wam, że Prymas zdradził sprawy Boże – nie wierzcie. Gdyby mówili, że Prymas ma nieczyste ręce – nie wierzcie. Gdyby mówili, że Prymas stchórzył – nie wierzcie. Gdy będą mówili, że Prymas działa przeciwko narodowi i własnej Ojczyźnie – nie wierzcie. Kocham Ojczyznę więcej niż własne serce i wszystko, co czynię dla Kościoła, czynię dla niej.
Ale, kiedy one padają, prawie zawsze ktoś przypomni, że Prymas podpisał już w 1950 roku "Porozumienie" z komunistycznym okupantem. Trwały walki, ginęli żołnierze AK, NSZ, trwał terror, a kard. Stefan Wyszyński podpisał porozumienie.
Sam Kardynał powie otwarcie o tym fakcie:
Dlaczego prowadziłem do "Porozumienia"? Byłem od początku i nadal jestem tego zdania, że Polska, a z nią i Kościół święty, zbyt wiele utraciła krwi w czasie okupacji hitlerowskiej, by mogła sobie obecnie pozwolić na dalszy jej upływ. Trzeba za każdą cenę zatrzymać ten proces duchowego wykrwawiania się, by można było wrócić do normalnego życia, niezbędnego do rozwoju Narodu i Kościoła, do życia zwyczajnego....
A komunistyczna władza nie omieszka oskarżać go na każdym kroku o niedotrzymywanie porozumienia, choć to ona od początku nie miała zamiaru ich dotrzymywać.
O kulisach gry politycznej wobec Kościoła katolickiego sowieckiej Rosji i władz komunistycznych przypomina nam ostatnio Niepoprawne Radio PL emitując audiobook Józefa Mackiewicza „W cieniu krzyża” http://www.4shared.com/dir/FpM7CZo2/W_cieniu_krzyza-_Jozef_Mackiew.html
A ja sięgam do swojej biblioteczki. Jest w niej, oprócz „Dzieł zebranych” Prymasa Tysiąclecia, jeszcze jedna ważna książka, którą powinna znać młodzież zanim rozgrzeszy brak lustracji w III RP i zakrzyknie ochoczo – Zlikwidować IPN! – „Stefan Kardynał Wyszyński Prymas Polski w dokumentach aparatu bezpieczeństwa PRL (1953 – 1956)” .
Szkoda, że tylko do 1956, bo tak sobie myślę, że równie ciekawą mogłaby okazać się lektura notatek i dokumentów z lat późniejszych, aż do śmierci Prymasa. Może nie byłoby dziś tak kompromitujących polski Kościół zachowań niektórych hierarchów jak choćby ten:Biskup Pieronek ostro o Kościele
Nieocenionym w tej publikacji jest wstęp do niej autora opracowania dokumentów – Bogdana Pieca. Przedstawia w nim w zarysie najważniejsze fakty polityki władz PRL wobec Kościoła i sposobów jego nadzorowania po zerwaniu konkordatu z 10 lutego 1925 r. Omawia strategię komunistów, „polegającą na stopniowym opanowywaniu i przekształcaniu systemu społecznego według ideologicznych założeń (tzw. taktyka salami – odcinania po plasterku)”.
Jednym z takich plasterków była próba rozbicia Kościoła od wewnątrz. Do tego zadania wyszukiwano księży skłóconych z biskupami, nierzadko stosując szantaż. Zwerbowani w ten sposób księża utworzyli przy ZBoWiD Komisję Księży, która w zamysłach władzy dawała początek kościoła państwowego, oderwanego od Watykanu i w opozycji do Episkopatu.
Jak zachowanie kard. Stefana Wyszyńskiego tajne służby wówczas oceniały?
Okazuje się, że nikt tak dobrze nie pisze nam życiorysu jak nasi wrogowie.
W dokumentach zgromadzonych na potrzeby procesu przeciwko Prymasowi wyczytać można ubolewanie nad apatriotyczną postawą Kardynała. Oto jeden z porażających dowodów wrogiej działalności:
Zał.Nr13 – List Prymasa z dnia 12. I. 1953 r. do bardzo aktywnego członka Prezydium Głównej Komisji Księży, ks. S. Owczarka. Prymas ostrzega księdza Owczarka , że jego postępowanie (ks. Owczarka) jest w konflikcie z prawem kanonicznym i jest zagrożone ekskomuniką kościelną. (prymas grozi tu represjami, ponieważ ks. Owczarek bardzo aktywnie zachęcał duchowieństwo do wstępowania w szeregi księży postępowych)
Nie mniejszym dowodem oskarżycielskim miała być „instrukcja księży biskupów” z 9.II. 53 r. Szczególnie nie spodobał się rozdział 7 z potępieniem między wierszami „księży społeczno – postępowych” w zdaniu, które znamy dziś na pamięć w zupełnie innym kontekście. Dziś ono władzy bardzo się podoba i jest bardzo pożądane, oczywiście nie w przypadku abp Życińskiego, którego kazania uwielbiała GW i obecnie - biskupa Pieronka.
A brzmiało ono wtedy tak:
„Społeczeństwo katolickie ma dobre wyczucie tego, co przystoi kapłanom; nie lubi ono polityków w sutannie, wywodów politycznych na ambonie , nie lubi księży (…) w sprawach politycznych”
Problem w tym, że dziś wszystko jest polityką; dewiacje seksualne, aborcja, eutanazja, niesprawiedliwość społeczna, świętowanie niedzieli, majątek kościelny, teczki TW, konfesjonał i nawet treść modlitwy. Dziś nawet ekskomunika za zabicie poczętego dziecka jest mieszaniem się do polityki.
Za PRL nie było inaczej, walka z Kościołem miała ten sam cel, tylko metody stosowane wówczas były brutalnymi represjami, a dziś ideologiczną propagandą i wykluczeniem społecznym. Ale Kościół wówczas przemawiał jednym głosem, a wielkość Kardynała Stefana Wyszyńskiego polegała na tym, że wiedział, jak ma chronić Kościół przed rozbiciem a naród przed relatywizmem moralnym, wynarodowieniem i wyniszczeniem. Wybór należał do owieczek.
Kiedy władza coraz więcej odcinała owych „plasterków”, Episkopat Polski pod przewodnictwem Prymasa Polski skierował do duchowieństwa i wiernych list. (25.III.1949 r.)
Gorliwy urzędnik wynotowuje z niego zdania, jego zdaniem, wrogie Polsce Ludowej.Doskonale orientuje się, co jest ich istotą, jaką mają spełnić rolę. A list ten to informacja do wszystkich wiernych : wiemy, co się dzieje i wiemy, jak powinniśmy się zachować. List jest drogowskazem dla duchownych i wierzących świeckich.
Do księży, zakonnic i zakonników: Krzywdy, cierpienie przyjmujcie spokojnie, gotowi do przebaczenia.
Nie oznacza to rezygnacji i poddania się represjom.
Ubek przygotowujący dokumenty do aktu oskarżenia Prymasa odnotowuje:
Episkopat zaleca wiernym mężną postawę w obronie wiary świętej, odważne, otwarte wyznawanie wiary świętej w rodzinie, w fabryce, w szkole, w życiu prywatnym itd. I pisze dosłownie: „Brońcie krzyża świętego; katolik nie zdejmuje krzyżów ze ścian, nie bierze udziału w bluźnierczych wiecach, nie przykłada ręki do usuwania religii ze szkół, zamykania szkół katolickich”.
Urzędnik nie omieszka w dokumencie zacytować zdań skierowanych do młodzieży:
Młodzieży katolicka! Nie bierz udziału w zebraniach bezbożniczych, nie chodź między bluźnierców ani nie zasiadaj w ich radzie. Nie bierz do ręki pism wrogich Bogu. Nie śpiewaj bluźnierczych, budzących nienawiść, obcych duchowi chrześcijańskiemu i Ojczyźnie hymnów i pieśni. Gwałt zadany twemu sumieniu przez młodocianych bezbożników, przez pisma i związki bezbożne wytrzymaj mężnie i godnie
Jaka dziś byłaby reakcja na taki list Episkopatu i Prymasa Kowalczyka?
Nie ma obaw. Takiej instrukcji polscy katolicy już nie dostaną. Dziś Episkopat zbiera się, co najwyżej, w obronie czci „filozofów”.
Na moment puśćmy wodze wyobraźni.Stefan kardynał Wyszyński zostaje dziś Prymasem Polski.
Jak jest traktowany przez Konferencję Episkopatu Polski? Co sądzi o lustracji duchowieństwa polskiego? Jak reaguje na przyśpieszoną interwencję minister Kopacz, by umożliwić nieletniej „Agacie” aborcję? Jak zachowałby się wobec znieważania krzyża na Krakowskim Przedmieściu? Czy zabroniłby księżom udziału w modlitwach? Czy obrońcy krzyża byliby w Jego oczach sektą czy dziećmi Bożymi, jak zwykł zwracać się do wiernych.? Co powiedziałby nam o „paradach równości”, legalizacji marihuany? Co, wreszcie, powiedziałby przywódcom związku zawodowego „Solidarność”?
To tylko niektóre z pytań, dopiero uczciwa odpowiedź na nie może przybliżyć nam wielkość Prymasa Tysiąclecia i skrócić odległość, jaka od Jego nauczania nas dzieli.
środa, 25 maja 2011
Nie kłóćmy się o Jaruzelskiego
Był sowieckim funkcjonariuszem, był ich wychowankiem. Robił zawsze to, co mu kazała Moskwa, pod tym względem nigdy się nie wahał. Był sowieckim patriotą. Jego meldunki ze zwiadów, za sprawą których wyłapywano i mordowano odziały polskich patriotów, żołnierzy NSZ, to była czysta poezja… To tylko kilka zdań, które padają w filmie dokumentalnym Grzegorza Brauna – „Towarzysz generał.” http://blogmedia24.pl/node/22754
Jest to szczegółowa opowieść o losach tego sowieckiego patrioty oparta o materiały źródłowe i różne opinie. Dokument miał na tyle silną wymowę, że wypowiedziano generałowi lokum w siedzibie MON.
Kto choć trochę wówczas myślał, musiał ze zdumienia przecierać oczy. W 2004, a więc wtedy, gdy ministrem był Jerzy Szmajdziński, biuro generała Jaruzelskiego otrzymuje siedzibę w MON.
Dlaczego Jaruzelski otrzymuje biuro jako były prezydent RP w MON, a nie, np. w Kancelarii Prezydenta? I po co mu to biuro, skoro jest już schorowanym emerytem, który nie może zeznawać na wytoczonych mu procesach?
Tylko przypadek sprawił, że czujność została uśpiona i film Grzegorza Brauna został wyemitowany i tylko wstrząsające fakty w nim zawarte sprawiły, że Bogdan Klich nie miał ochoty na dalsze łączenie jego urzędu z „tawariszczem jenerałem”.
Temat przestał jednak istnieć. Nikt więcej nie drążył, dlaczego sowiecki patriota w polskim mundurze dostał lokal w siedzibie polskiego Ministerstwa Obrony Narodowej.
Tak, prawdziwym fenomenem życia politycznego Polski jest tawariszcz jenerał Wojciech Jaruzelski.
„Choć nie pełni żadnych funkcji, nie piastuje urzędów, nie działa w żadnym ugrupowaniu, od upadku komunizmu, Wojciech Jaruzelski jest nieustannie w centrum polskiej debaty”. –pisał Igor Janke na łamach Rzepy w marcu br. Zastanawiał się, gdzie leży źródło tej nieustannej obecności.
Jednym z powodów według diagnozy publicysty jest armia kilku milionów wielbicieli bohaterstwa Jaruzelskiego, o głosy których warto walczyć.
W to akurat nie wątpię. Do dziś mamy nie tylko w Rosji, ale i w byłych demoludach, a także na świecie wielbicieli wielkości batiuszki Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwilego.
Jego zbrodnie nie budzą wątpliwości, a jednak wciąż mit wielkiego Stalina nie umiera i jest pożywką dla niezadowolonych z obecnych systemów politycznych.
Nie trzeba być jednak znawcą tematu, by wiedzieć, że są to skutki bez mała stuletniej propagandy, prania mózgu w szkołach i zakładach pracy, że jest to wreszcie strach. Doskonale onegdaj uchwycił to Sergiusz Piasecki w „Zapiskach oficera Armii Czerwonej”.
http://www.4shared.com/dir/YDPRVRg7/Zapiski_oficera_Armii_Czerwone.html+
Nie inaczej jest z Jaruzelskim.
Miał rację publicysta – „Generał zawsze się przyda”. Pisze: „Propagandowa praca Urbana i Górnickiego – utrwalona bruderszaftem Adama Michnika, konsekwentnym odczarowywaniem generała przez „Gazetę Wyborczą", twardą obroną go przez postkomunistów i brakiem potępienia jego postaci przez Kościół – okazała się skuteczna”.
Temat znów powraca i to w czasie kampanii wyborczej. Proces Jaruzelskiego w sprawie masakry Grudnia 70 zacznie się od nowa, bo zmarła ławniczka i brak ławnika zapasowego. Czyli mówiąc prościej: Sąd odłożył proces generała do czasu aż możliwe będzie jego umorzenie.
I znowu jest okazja do polaryzacji opinii społecznej, do dyskusji za i przeciw. Z faktami jednak trudno dyskutować nawet propagandzistom. Dlatego nikt nie próbuje udowadniać historykom, że biografia Jaruzelskiego przedstawiona w filmie „Towarzysz generał” jest sfałszowana. Za to jednym ulubionym publicystycznym epitetem - kontrowersyjna - można zrelatywizować wszystkie wygłoszone tam opinie i oceny biografii „tawariszcza jenerała”.
Ma to zasiać wątpliwość, odwołać się do emocji i zaszczepionych w nas wartości, bądź przez nas odrzuconych. Fakty wtedy stają się instrumentem budowania rzeczywistości politycznej.
Nie wszystko jednak, co się wokół generała wciąż dzieje, da się wytłumaczyć potrzebami doraźnej polityki i strategii wyborczej.
Logika ta czasem zawodzi.
Jaką logiką bowiem można wytłumaczyć obie wypowiedzi, które dzieli nie tylko czas, ale przede wszystkim treść. A choć nie dotyczą Grudnia 70, to jakże są znamienne dla tego wszystkiego, co się wokół generała dzieje w polityce.
W „Przeglądzie mediów” z 4 kwietnia 2006 roku na stronie IPN czytam:
Za "absolutnie normalne" uznał wicemarszałek Sejmu Bronisław Komorowski (PO) zarzuty IPN wobec gen. Wojciecha Jaruzelskiego. "Tak, jak w Chile następuje rozliczenie Pinocheta, tak samo w Polsce musi nastąpić osądzenie stanu wojennego i jego głównych autorów - powiedział Komorowski w poniedziałek na konferencji prasowej w Toruniu. Komorowski ocenia wprowadzenie stanu wojennego jako działanie przeciwko interesom narodu, a także rozbicie polskich marzeń o wolności. Pion śledczy IPN postawił Jaruzelskiemu dwa zarzuty: "kierowania zorganizowanym związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym, mającym na celu popełnianie przestępstw" oraz podżegania członków Rady Państwa PRL do wprowadzenia wbrew Konstytucji dekretów o stanie wojennym. Grozi mu do 8 lat więzienia. "W stanie wojennym łamano Konstytucję i prawa obywatelskie, doprowadzając nawet do śmierci wielu ludzi. Takie rzeczy nie mogą pozostać bez osądzenia" - uważa wicemarszałek. Komorowski zauważył, że w Chile też sądzi się byłego dyktatora Pinocheta i tak samo należy postąpić w Polsce z autorami stanu wojennego z gen. Jaruzelskim na czele. "Obowiązuje ich odpowiedzialność polityczna, moralna, a także karna za popełnione czyny. I dlatego uważam działanie IPN za absolutnie normalne - stwierdził Komorowski.
Serwis PAP 03.04.2006 r. Gen. Wojciech Jaruzelski i prof. Andrzej Paczkowski byli gośćmi programu „Prosto w oczy” w TVP 1.
http://www.ipn.gov.pl/wai/pl/18/2785/PRZEGLAD_MEDIOW__4_kwietnia_2006_r.html
Minęło 5 lat i ten sam Bronisław Komorowski zostaje prezydentem. W czasie kampanii wyborczej już nie potępia stanu wojennego i nie domaga się osądzenia WRON. A jednym z pierwszych jego działań jest zaproszenie na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego Wojciecha Jaruzelskiego.
To ładny gest. Myślę, że na to warto zwrócić uwagę: prezydent zaprasza byłych premierów i byłych prezydentów. Słucha ich rady. Na tym powinna polegać taka pozytywna moderacja debaty publicznej przez prezydenta - ponad pewnymi podziałami, ponad uprzedzeniami. Warto siebie czasem posłuchać nawzajem, bo polska polityka cierpi na nadmiar ludzi, którzy siebie nie słuchają, a nieustannie atakują - przekonuje Nowak.
I dalej:
„Pytany o postępowania sądowe przeciw Jaruzelskiemu i postępowanie IPN-u ws. odpowiedzialności za wprowadzenie stanu wojennego, odpowiada: Jestem człowiekiem z Gdańska, który ma szczególną wrażliwość na różnego rodzaju rzeczy z przeszłości, również za stan wojenny, ale mało kto ma takie prawo wznosić się ponad pewne uprzedzenia, jak Bronisław Komorowski, który był wsadzany przez ludzi generała Jaruzelskiego do więzienia”.
Jakie uprzedzenia miał na myśli Sławomir Nowak? Skąd nagle zniknęły uprzedzenia u Komorowskiego? Dlaczego pragmatyzm jego nie ograniczył się do zasięgnięcia języka, a stał się spektakularnym gestem przywrócenia honorów prezydenta wolnej Polski, którym nigdy Jaruzelski nie był, choć wszyscy nam to wmawiają? (Sejm kontraktowy to jeszcze nie wolne wybory i wolna Polska) Komorowski nie musiał już niczego udawać na potrzeby kampanii wyborczej, był już prezydentem.
O co więc chodziło? O spłacenie długu? Czy o takie samo spłacenie długu chodzi tym wszystkim, którzy troszczą się, aby do procesów Jaruzelskiego nie doszło? (Warto pamiętać, że to nie jedyny proces, który trwa w nieskończoność. Nadal nie ma rozstrzygnięcia odpowiedzialności Jaruzelskiego za wprowadzenie stanu wojennego.) Też czekają na śmierć ławnika?
A może jest coś więcej? Stawiam pytania retoryczne. Procesy te nie mogą się odbyć, bo wraz z nimi runie mit wolnej i niepodległej III RP?
Bez przesady. W aktach sądowych nie ma rewelacji, których już nie poznalibyśmy dzięki historykom i dokumentom zgromadzonym w IPN. Tych moskiewskich długo jeszcze nie obejrzymy, jeśli w ogóle kiedykolwiek polski historyk do nich będzie mógł zajrzeć.
O co więc tak naprawdę toczy się gra?
Chyba jeszcze raz obejrzę sobie „Towarzysza generała” Grzegorza Brauna.
Tam są wszystkie odpowiedzi. Również na najważniejsze w tym wszystkim pytanie – Dlaczego do tej pory nie doszło do zweryfikowania i oczyszczenia polskiego wymiaru sprawiedliwości, a generał Jaruzelski nie tylko nie został osądzony, ale z największą troską i coraz większymi honorami jest hołubiony w III RP, która coraz jawniej staje się kontynuacją PRL.
Proces o sprawstwo kierownicze masakry robotników Wybrzeża w grudniu 1970 r. trwa od 1995, ale już wiadomo, że nie ma szans na jego zakończenie.
Nie kłóćmy się więc o generała. Dla Polaka jest on zbrodniarzem, rosyjskim agentem, którego nie udało się osądzić, ale ostateczną przegraną nas wszystkich będzie, gdy nie uda się nam obronić archiwum IPN i oczyścić od służb WSI , byłych funkcjonariuszy SB, rosyjskich agentów wpływu, zależności od nich polskiego wymiaru sprawiedliwości. Rośnie bowiem pokolenie prokuratorów, sędziów, którzy nie pamiętają PRL, ale doskonale służą jej odradzaniu się w każdy wymiarze życia społecznego, gospodarczego i politycznego.
poniedziałek, 16 maja 2011
"Dawajcie pieniądze i wynoście się"
Żadna partia w Polsce nie mówi dziś o prywatyzacji służby zdrowia. Nikt nie chce likwidacji darmowej służby zdrowia, ale z prywatyzacją służby zdrowia jest tak jak z karą śmierci. Jak wykonano ostatnio w USA wyrok śmierci, to słupki Obamie od razu podskoczyły -usłyszałam w niedzielnym, moim ulubionym, programie AgenTomasza w Niepoprawnym Radiu PL.
Zastanawiam się,AgenTomaszu, jak podskoczyłyby słupki nie tylko Obamie, gdyby wprowadzić przymusową eutanazję w przypadku nieuleczalnych chorób?
Makabryczny żart? Może i tak, ale za każdym razem, kiedy słyszę, że służba zdrowia w Polsce jest za darmo lub państwo daje cokolwiek i wznawia się dyskusję nad karą śmierci, mam ochotę nie tylko na makabryczne żarty. Problemu kary śmierci nie podejmę, ale o służbie zdrowia, owszem, mam przemożną ochotę pogadać sobie.
Pojęcie państwa socjalnego stworzyli socjaliści. Miał to być raj dla wszystkich po równi. W tym raju każdy według potrzeb miał być traktowany sprawiedliwie. Bardzo szybko okazało się, że nie tyle według potrzeb, ale przede wszystkim według zasług i portfela. Na tę niedogodność znaleziono dziś receptę. Jeśli nie masz pieniędzy, zawsze możesz domagać się eutanazji, tę komuniści, socjaliści i socjaldemokraci wykonają ci za darmo. Będziesz schorowanym biednym nieboszczykiem, ale za to umrzesz z przekonaniem, że skorzystałeś z prawa do wyboru „godnej” śmierci.
Demokracja też skwapliwie podchwyciła szczytne hasła: Liberté-Égalité-Fraternité. By je wcielić w życie wprowadzono i wprowadza się coraz to więcej obowiązków obywatela wobec państwa, bo przecież państwo musi owe hasła realizować, a do tego potrzebne są rozporządzenia, okólniki, dyrektywy, nakazy i zakazy oraz armia ich wykonawców. A mimo to wszystkim nie starcza ani wolności, ani równości, ani braterstwa.
Widać to jak na dłoni po 20 latach rządów tzw. demokratycznych w Polsce. Najpierw wmawiano nam, że obowiązkowo, nawet za marne grosze, trzeba wszystko prywatyzować, bo prywatne jest lepsze. Po latach mądry Polak po szkodzie zorientował się, że to wcale nie była prywatyzacja lecz uwłaszczanie nomenklatury.
Kiedy już doprowadzono tą demagogią do zawłaszczenia majątku narodowego, zabrano się za to, co wskutek złego zarządzania państwa ledwie dycha i można przejąć za bezcen. Tylnymi drzwiami, bez zgody obywateli postępuje ciąg dalszy uwłaszczania tym razem służby zdrowia.
Teoretycznie nie powinno mnie obchodzić czy leczy mnie lekarz w swoim własnym gabinecie, przychodni czy szpitalu za moje składki zdrowotne odciągane przymusowo przez dziesiątki lat, czy jest to instytucja nadzorowana przez państwo.
Nie będę też szukać przyczyn zapaści polskiej służby zdrowia, bo to nie do mnie należy. Ja po prostu płacę i wymagam.
To zarządzający moimi składkami i moim podatkiem powinni przede mną wytłumaczyć się, dlaczego nawet świadczenia gwarantowane nie są w pełni realizowane.
Państwo nie ma ani jednego grosza do swej dyspozycji, który nie byłby groszem obywateli. Państwo niczego nie daje nikomu za darmo, państwo zarządza majątkiem narodowym i z tego zarządzania powinno się przed swymi obywatelami rozliczyć.
Jeśli rządzący ustalają obowiązek wpłacania do wspólnej kasy składek zdrowotnych, dzięki którym chorzy otrzymują pomoc lekarską, kiedy jej potrzebują, to mają obowiązek przed nami zdawać rzetelne sprawozdania, jak gospodarowali naszymi pieniędzmi, zamiast wciskać nam obraz państwa rozdającego cokolwiek za darmo.
Słyszę już chór ortodoksyjnych liberałów - Wymyślasz utopijne frazesy!!
A ja pytam - To są moje frazesy czy rządzących?
Przed czterema laty słyszałam na własne uszy, a teraz, również dzięki Internetowi, mogę przeczytać ponownie:
„Platforma Obywatelska idzie po to do wyborów, aby każdy Polak, niezależnie od tego, jak jest zamożny, ile zarabia, mógł liczyć na podstawową opiekę zdrowotną, na miejsce w szpitalu, dlatego że płaci składkę - oświadczył (wtedy) szef PO Donald Tusk. - Wy wszyscy na to płacicie /…/ i macie prawo do bezpłatnej usługi w szpitalu, w przychodni i ją dostaniecie - mówił (przed czterema laty) Tusk na/…/konwencji Platformy w Bydgoszczy. Jak dodał, Polacy codziennie słyszą od PiS, że nie ma pieniędzy na "godziwe płace" dla lekarzy i pielęgniarek.
- Za każdym razem, kiedy chcemy o tym mówić, słyszymy ze strony przedstawicieli rządu, PiS, stek oszczerstw na temat Narodowego Programu Ochrony Zdrowia, jaki przedstawiła Platforma Obywatelska - powiedział szef PO. Tusk podkreślił, że "Platforma jest po to, aby państwo wywiązywało się ze swoich zobowiązań". - Skoro państwo zabiera każdej Polce i każdemu Polakowi tyle pieniędzy z kieszeni na ochronę zdrowia, to ma obowiązek i my ten obowiązek wypełnimy, aby za tę składkę każdy Polak otrzymał godziwą opiekę zdrowotną – zapewnił (wówczas). Ekipa rządząca ze zdrowia Polaków - o które nie potrafiła zadbać - robi brzydki, brudny atut swojej kampanii propagandowej - mówił szef PO Donald Tusk na konwencji wyborczej tej partii w Bydgoszczy. - Zdrowie Polaków stało się brudną monetą przetargową w kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości - ocenił Tusk.
http://biznes.onet.pl/static,forum.html?discId=0&threadId=69547219&discPage=9&AppID=324
Jak się z tego obowiązku PO wywiązało w ciągu 4 lat swoich rządów, każdy Polak może się przekonać w swojej przychodni lekarskiej i w szpitalach.
Za posądzenie kandydata PO na Urząd Prezydenta, że jego partia jest za prywatyzacją służby zdrowia, Jarosław Kaczyński musiał przepraszać. Tymczasem cichcem minister zdrowia ograniczając fundusze wymusza komercjalizację szpitali. Odtąd moją składką zdrowotną, zmuszając mnie do jej płacenia, bez mojej zgody będzie obracać zarząd spółki w szpitalu, który wybudowano i wyposażono za moje, między innymi, pieniądze.
Moje zdrowie stało się już nie kartą przetargową, ale inwestycją w handlowy biznes.
Wielbicieli „prywatyzacji służby zdrowia małymi kroczkami” zapytam:
Czy system zarządzania zmieni się wtedy? Czy pieniędzmi nie będzie już obracać armia urzędników Narodowego Funduszu Zdrowia? Czy nie będzie już listy świadczeń gwarantowanych? Czy starczy pieniędzy na leczenie każdego? Co zmieni się po komercjalizacji i ostatecznie prywatyzacji szpitali, oprócz tego, że państwo, zagarniając nadal pieniądze obywateli, zwolni się z odpowiedzialności za uczciwe i sprawne zarządzanie nimi?
Ale, przyznam, mam dość sporów ideologicznych przed wyborami.
Tak, jestem za prywatną służbą zdrowia i byłam za nią od początku. Niech wam będzie, moje zdrowie może być towarem takim samym jak kapusta na rynku. Stawiam jednak jako współwłaściciel Narodowego Funduszu Zdrowia warunek; zapytajcie wszystkich, którzy płacą składki, w referendum czy oni też się na to zgadzają.
Co do mnie, jak wyżej, jestem za prywatną służbą zdrowia pod warunkiem, że lekarz - biznesmen z innymi lekarzami - biznesmanami założy spółkę komercyjną za własne pieniądze. Tak jak to jest w przypadku wszelkich spółek handlowych. Musi być kapitał i dopiero rozkręcamy biznes. Ale wara od tego, co moje.
W narodowym majątku służby zdrowia są udziały każdego Polaka i nasze, i moje składki zdrowotne; które powinny iść za mną, gdy potrzebuję leczenia. Do mnie powinien należeć wybór szpitala i lekarza.
I widzę nawet wyjście. Skoro nie można zarządzać funduszem zdrowotnym solidarnie tak jak zakłada to system składek zdrowotnych, to może pora najwyższa na uczciwe policzenie, ile jest wart majątek służby zdrowia i oddanie obywatelom w postaci udziałów, to co do nich należy? Może to obywatele przejmą wówczas szpitale a nie kolesie, którzy poparli was w wyborach po to, abyście ich uwłaszczyli kosztem reszty społeczeństwa? Może będę wtedy wiedziała, ile udziałów mam w tejże służbie zdrowia?
Skoro państwo nie wywiązuje się ze swoich obowiązków, to po co mi takie państwo? Oddajcie mi moje pieniądze, nie zmuszajcie mnie do obowiązkowych składek, ja sama zadbam o swoje zdrowie.
Tylko o jedno proszę, nie wmawiajcie mi już więcej, że komercjalizacja szpitali nie jest ich prywatyzacją, prywatna służba zdrowia jest lepsza od państwowej, a państwo daje mi cokolwiek za darmo. Nie zmuszajcie nikogo, by w obronie swoich niezbywalnych praw musiał stawiać kosy na sztorc.
"Dawajcie pieniądze i wynoście się"
Zastanawiam się,AgenTomaszu, jak podskoczyłyby słupki nie tylko Obamie, gdyby wprowadzić przymusową eutanazję w przypadku nieuleczalnych chorób?
Makabryczny żart? Może i tak, ale za każdym razem, kiedy słyszę, że służba zdrowia w Polsce jest za darmo lub państwo daje cokolwiek i wznawia się dyskusję nad karą śmierci, mam ochotę nie tylko na makabryczne żarty. Problemu kary śmierci nie podejmę, ale o służbie zdrowia, owszem, mam przemożną ochotę pogadać sobie.
Pojęcie państwa socjalnego stworzyli socjaliści. Miał to być raj dla wszystkich po równi. W tym raju każdy według potrzeb miał być traktowany sprawiedliwie. Bardzo szybko okazało się, że nie tyle według potrzeb, ale przede wszystkim według zasług i portfela. Na tę niedogodność znaleziono dziś receptę. Jeśli nie masz pieniędzy, zawsze możesz domagać się eutanazji, tę komuniści, socjaliści i socjaldemokraci wykonają ci za darmo. Będziesz schorowanym biednym nieboszczykiem, ale za to umrzesz z przekonaniem, że skorzystałeś z prawa do wyboru „godnej” śmierci.
Demokracja też skwapliwie podchwyciła szczytne hasła: Liberté-Égalité-Fraternité. By je wcielić w życie wprowadzono i wprowadza się coraz to więcej obowiązków obywatela wobec państwa, bo przecież państwo musi owe hasła realizować, a do tego potrzebne są rozporządzenia, okólniki, dyrektywy, nakazy i zakazy oraz armia ich wykonawców. A mimo to wszystkim nie starcza ani wolności, ani równości, ani braterstwa.
Widać to jak na dłoni po 20 latach rządów tzw. demokratycznych w Polsce. Najpierw wmawiano nam, że obowiązkowo, nawet za marne grosze, trzeba wszystko prywatyzować, bo prywatne jest lepsze. Po latach mądry Polak po szkodzie zorientował się, że to wcale nie była prywatyzacja lecz uwłaszczanie nomenklatury.
Kiedy już doprowadzono tą demagogią do zawłaszczenia majątku narodowego, zabrano się za to, co wskutek złego zarządzania państwa ledwie dycha i można przejąć za bezcen. Tylnymi drzwiami, bez zgody obywateli postępuje ciąg dalszy uwłaszczania tym razem służby zdrowia.
Teoretycznie nie powinno mnie obchodzić czy leczy mnie lekarz w swoim własnym gabinecie, przychodni czy szpitalu za moje składki zdrowotne odciągane przymusowo przez dziesiątki lat, czy jest to instytucja nadzorowana przez państwo.
Nie będę też szukać przyczyn zapaści polskiej służby zdrowia, bo to nie do mnie należy. Ja po prostu płacę i wymagam.
To zarządzający moimi składkami i moim podatkiem powinni przede mną wytłumaczyć się, dlaczego nawet świadczenia gwarantowane nie są w pełni realizowane.
Państwo nie ma ani jednego grosza do swej dyspozycji, który nie byłby groszem obywateli. Państwo niczego nie daje nikomu za darmo, państwo zarządza majątkiem narodowym i z tego zarządzania powinno się przed swymi obywatelami rozliczyć.
Jeśli rządzący ustalają obowiązek wpłacania do wspólnej kasy składek zdrowotnych, dzięki którym chorzy otrzymują pomoc lekarską, kiedy jej potrzebują, to mają obowiązek przed nami zdawać rzetelne sprawozdania, jak gospodarowali naszymi pieniędzmi, zamiast wciskać nam obraz państwa rozdającego cokolwiek za darmo.
Słyszę już chór ortodoksyjnych liberałów - Wymyślasz utopijne frazesy!!
A ja pytam - To są moje frazesy czy rządzących?
Przed czterema laty słyszałam na własne uszy, a teraz, również dzięki Internetowi, mogę przeczytać ponownie:
„Platforma Obywatelska idzie po to do wyborów, aby każdy Polak, niezależnie od tego, jak jest zamożny, ile zarabia, mógł liczyć na podstawową opiekę zdrowotną, na miejsce w szpitalu, dlatego że płaci składkę - oświadczył (wtedy) szef PO Donald Tusk. - Wy wszyscy na to płacicie /…/ i macie prawo do bezpłatnej usługi w szpitalu, w przychodni i ją dostaniecie - mówił (przed czterema laty) Tusk na/…/konwencji Platformy w Bydgoszczy. Jak dodał, Polacy codziennie słyszą od PiS, że nie ma pieniędzy na "godziwe płace" dla lekarzy i pielęgniarek.
- Za każdym razem, kiedy chcemy o tym mówić, słyszymy ze strony przedstawicieli rządu, PiS, stek oszczerstw na temat Narodowego Programu Ochrony Zdrowia, jaki przedstawiła Platforma Obywatelska - powiedział szef PO. Tusk podkreślił, że "Platforma jest po to, aby państwo wywiązywało się ze swoich zobowiązań". - Skoro państwo zabiera każdej Polce i każdemu Polakowi tyle pieniędzy z kieszeni na ochronę zdrowia, to ma obowiązek i my ten obowiązek wypełnimy, aby za tę składkę każdy Polak otrzymał godziwą opiekę zdrowotną – zapewnił (wówczas). Ekipa rządząca ze zdrowia Polaków - o które nie potrafiła zadbać - robi brzydki, brudny atut swojej kampanii propagandowej - mówił szef PO Donald Tusk na konwencji wyborczej tej partii w Bydgoszczy. - Zdrowie Polaków stało się brudną monetą przetargową w kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości - ocenił Tusk.
http://biznes.onet.pl/static,forum.html?discId=0&threadId=69547219&discPage=9&AppID=324
Jak się z tego obowiązku PO wywiązało w ciągu 4 lat swoich rządów, każdy Polak może się przekonać w swojej przychodni lekarskiej i w szpitalach.
Za posądzenie kandydata PO na Urząd Prezydenta, że jego partia jest za prywatyzacją służby zdrowia, Jarosław Kaczyński musiał przepraszać. Tymczasem cichcem minister zdrowia ograniczając fundusze wymusza komercjalizację szpitali. Odtąd moją składką zdrowotną, zmuszając mnie do jej płacenia, bez mojej zgody będzie obracać zarząd spółki w szpitalu, który wybudowano i wyposażono za moje, między innymi, pieniądze.
Moje zdrowie stało się już nie kartą przetargową, ale inwestycją w handlowy biznes.
Wielbicieli „prywatyzacji służby zdrowia małymi kroczkami” zapytam:
Czy system zarządzania zmieni się wtedy? Czy pieniędzmi nie będzie już obracać armia urzędników Narodowego Funduszu Zdrowia? Czy nie będzie już listy świadczeń gwarantowanych? Czy starczy pieniędzy na leczenie każdego? Co zmieni się po komercjalizacji i ostatecznie prywatyzacji szpitali, oprócz tego, że państwo, zagarniając nadal pieniądze obywateli, zwolni się z odpowiedzialności za uczciwe i sprawne zarządzanie nimi?
Ale, przyznam, mam dość sporów ideologicznych przed wyborami.
Tak, jestem za prywatną służbą zdrowia i byłam za nią od początku. Niech wam będzie, moje zdrowie może być towarem takim samym jak kapusta na rynku. Stawiam jednak jako współwłaściciel Narodowego Funduszu Zdrowia warunek; zapytajcie wszystkich, którzy płacą składki, w referendum czy oni też się na to zgadzają.
Co do mnie, jak wyżej, jestem za prywatną służbą zdrowia pod warunkiem, że lekarz - biznesmen z innymi lekarzami - biznesmanami założy spółkę komercyjną za własne pieniądze. Tak jak to jest w przypadku wszelkich spółek handlowych. Musi być kapitał i dopiero rozkręcamy biznes. Ale wara od tego, co moje.
W narodowym majątku służby zdrowia są udziały każdego Polaka i nasze, i moje składki zdrowotne; które powinny iść za mną, gdy potrzebuję leczenia. Do mnie powinien należeć wybór szpitala i lekarza.
I widzę nawet wyjście. Skoro nie można zarządzać funduszem zdrowotnym solidarnie tak jak zakłada to system składek zdrowotnych, to może pora najwyższa na uczciwe policzenie, ile jest wart majątek służby zdrowia i oddanie obywatelom w postaci udziałów, to co do nich należy? Może to obywatele przejmą wówczas szpitale a nie kolesie, którzy poparli was w wyborach po to, abyście ich uwłaszczyli kosztem reszty społeczeństwa? Może będę wtedy wiedziała, ile udziałów mam w tejże służbie zdrowia?
Skoro państwo nie wywiązuje się ze swoich obowiązków, to po co mi takie państwo? Oddajcie mi moje pieniądze, nie zmuszajcie mnie do obowiązkowych składek, ja sama zadbam o swoje zdrowie.
Tylko o jedno proszę, nie wmawiajcie mi już więcej, że komercjalizacja szpitali nie jest ich prywatyzacją, prywatna służba zdrowia jest lepsza od państwowej, a państwo daje mi cokolwiek za darmo. Nie zmuszajcie nikogo, by w obronie swoich niezbywalnych praw musiał stawiać kosy na sztorc.
"Dawajcie pieniądze i wynoście się"
środa, 11 maja 2011
Podziwiam „znanych, prawicowych” blogerów
Pewna najlepsza, prawicowa blogerka, tak przynajmniej nazywają ją zgodnie media, od wtorkowego poranka zachwycała się na Twitterze genialnością taktyki Donalda Tuska.
Najpierw był zachwyt nad mądrością „transferu” Arłukowicza do PO.
„Tak się wygrywa wybory” – pochwaliła prawicowa blogerka.
Dzielnie wsparł blogerkę retwittem konsultant polityczny, chyba po to, by się nam utrwaliło: TAK SIĘ WYGRYWA WYBORY.
Na moje pytanie; po co wygrywa się wybory, otrzymałam odpowiedź:
„Normalnie - aby zmieniać kraj. W przypadku Tuska - aby trwać”.
Prawicowa, najlepsza blogerka, oczywiście, w zmienianiu kraju pomaga, jak może. Każde wystąpienie prawicowych polityków, w tym prezesa Jarosława Kaczyńskiego, analizuje i spiera się dla dobra Polski. Walczy jak lwica z wmawianiem lemingom, że PiS po wyborach zawrze koalicję z SLD. Żaden błąd nie ujdzie jej uwagi. Dzięki niej wszyscy mogli się zapoznać z tezami, np. wygłoszonymi na kongresie „Polska – Wielki Projekt”. Wiadomo przecież nie od dziś, że PO ma pełne szuflady pakietów reformujących Polskę. I już wszystkie zrealizował. A media peany na tę cześć głoszą.;-)
PiS bez pomocy blogerów nie jest w stanie przebić się w mediach i prawicowa blogerka to rozumie, dlatego pracowicie spędziła na Twitterze dzień próbując przebić się przez szum medialny. Dzielnie walczyła z hasłem „Dzień bez krytyki PiS i lizania dupy Tuskowi i PO w mediach jest dniem straconym”. Przepraszam tu wrażliwych, ale tyłek to zbyt piękne słowo do tego, co się dzieje. Lizać można wprost, to robią niewyrobione oszołomy w komentarzach na forach i pod blogerskimi notkami. A można udawać obrzydzenie wściekając się, że inni to robią. To taka inteligentniejsza, dostępna tylko nielicznym, z najwyższym IQ, forma marketingu politycznego.
Wróćmy do twittów znanej, prawicowej blogerki. Wspieraniu prawicy służyły pracowicie wystukane na klawiaturze twitty:
„Ale trzeba przyznać, że Arłukowicz się tanio nie sprzedał. Specjalnie dla niego stanowisko utworzyli”.
„A Kluzik i Poncyl przespali swoją szansę. Już się nie załapią na posady czy listy”.
„A PiS oddaje wszystko walkowerem”.
Doprawdy trudno pojąć, jaki związek „prawicowa blogerka” widzi między „transferem” Arłukowicza a walkowerem PiS i na czym ten walkower polega? Ja w każdym razie nie podejmuję się tłumaczenia myśli ukrytej w tym stwierdzeniu. No, chyba że, chodzi o dyskretne nadanie kierunku myślenia
– Wszystkiemu winien PiS, również temu, że dwóch degeneratów sprzedaje za stanowisko w rządzie miejsce na liście wyborczej. Jeden z nich jest nawet szefem rządzącej partii i premierem.
„Arłukowicz powinien skutecznie przykryć długie i drogie weekendy premiera”. –stwierdza prawicowa blogerka.
Tu zgadzam się bez zastrzeżeń. Dodam tylko: dzięki, między innymi, wytężonej pracy marketingowej znanej prawicowej blogerki.
Owocem tego wysiłku, za który zapewne Stachowicz i konsultant polityczny jest głęboko wdzięczny, są następne twitty oceniające Tuska i Arłukowicza:
„genialny bo za darmo wziął medialną twarz. Zamiast narzekać będzie teraz pracować dla niego. Na odcinku propagandy”.
Chyba dlatego, że w 140 znakach trudno jasno się wyrazić twitt nie zawierał mantry – „zamiast narzekać jak PiS”.
„W pakiecie z rządowym stołkiem musiało być też miejsce na liście. Co pokazuje, że ten interes się obu opłacił”.
„i koniec końców obu się to opłaciło”.
Zastanawiam się, na czym polega ta opłacalność? Na odpowiedź zapewne przyjdzie czas, jak już wszystkie lemingi uwierzą, że to taktyka wyborcza a nie kupczenie mandatem, które powinno podlegać ocenie nie tylko moralnej ale i prawnej.
No cóż, za kupowanie głosów w Wałbrzychu sąd zapewne ukarze winowajców. Unieważnił też wybory. Kupowanie miejsca na liście wyborczej będzie jedynie ocenione pragmatycznym stwierdzenie znanej prawicowej blogerki:
„Ale jak mu wystarczy nic nie znaczący stołek i wiążący się z nim prestiż (i nie tylko) to pociągnie długo u boku Tuska”.
Za to „długo u boku Tuska” zapłaci podatnik, bo przecież to utworzone stanowisko kosztuje. Ale takimi przyziemnymi sprawami znana, prawicowa blogerka się nie zajmuje. To zostawia oszołomom, którzy myślą, że programem wyborczym można wygrać Polskę i ją zmienić.
Proszę się jednak nie niepokoić. Znana, prawicowa blogerka nie zapomniała o wsparciu PiS:
„Dzisiejszy ranek - PiS śpiewa pod pałacem, PO pozyskuje do współpracy najbardziej medialnego polityka opozycji. Tak się wygrywa wybory”.
Prawda, że tak rzeczywistość może oceniać tylko prawicowa blogerka, której zależy na Polsce?
A ja naiwna, wiejska blogerka, sądziłam, że tym, między innymi, bloger prawicowy różni się od lewicowego, że w trosce o Polskę umie odróżniać marketing polityczny od rzeczywistości, w jakiej znajduje się Polska i polska polityka. Z naiwnością dziecka sądziłam, że znana prawicowa blogerka potrafi to swoim czytelnikom, których ma dzięki nieustannemu wkładaniu nam wszystkim w głowy, że jest najlepsza, wyjaśnić, że to nie jest marketing, ale cyniczne kupczenie stanowiskami w rządzie na potrzeby wyborów.
Z tej naiwności wynikło moje pytanie do znanej, prawicowej blogerki:
Tak dziś czytam Twoje twitty i nadziwić się nie mogę. W PR PO pracujesz? ;-)
Oczywiście otrzymałam od znanej, prawicowej blogerki satysfakcjonującą odpowiedź, którą pozostawiam bez komentarza. Sama się komentuje:
"Dlaczego? Bo nie udaję, że nie widzę jak się Tuskowi wszystko udaje? Ano udaje mu się. Jestem wściekła, ale on wygrywa”.
I jak tu nie podziwiać znanych prawicowych blogerów.
Najpierw był zachwyt nad mądrością „transferu” Arłukowicza do PO.
„Tak się wygrywa wybory” – pochwaliła prawicowa blogerka.
Dzielnie wsparł blogerkę retwittem konsultant polityczny, chyba po to, by się nam utrwaliło: TAK SIĘ WYGRYWA WYBORY.
Na moje pytanie; po co wygrywa się wybory, otrzymałam odpowiedź:
„Normalnie - aby zmieniać kraj. W przypadku Tuska - aby trwać”.
Prawicowa, najlepsza blogerka, oczywiście, w zmienianiu kraju pomaga, jak może. Każde wystąpienie prawicowych polityków, w tym prezesa Jarosława Kaczyńskiego, analizuje i spiera się dla dobra Polski. Walczy jak lwica z wmawianiem lemingom, że PiS po wyborach zawrze koalicję z SLD. Żaden błąd nie ujdzie jej uwagi. Dzięki niej wszyscy mogli się zapoznać z tezami, np. wygłoszonymi na kongresie „Polska – Wielki Projekt”. Wiadomo przecież nie od dziś, że PO ma pełne szuflady pakietów reformujących Polskę. I już wszystkie zrealizował. A media peany na tę cześć głoszą.;-)
PiS bez pomocy blogerów nie jest w stanie przebić się w mediach i prawicowa blogerka to rozumie, dlatego pracowicie spędziła na Twitterze dzień próbując przebić się przez szum medialny. Dzielnie walczyła z hasłem „Dzień bez krytyki PiS i lizania dupy Tuskowi i PO w mediach jest dniem straconym”. Przepraszam tu wrażliwych, ale tyłek to zbyt piękne słowo do tego, co się dzieje. Lizać można wprost, to robią niewyrobione oszołomy w komentarzach na forach i pod blogerskimi notkami. A można udawać obrzydzenie wściekając się, że inni to robią. To taka inteligentniejsza, dostępna tylko nielicznym, z najwyższym IQ, forma marketingu politycznego.
Wróćmy do twittów znanej, prawicowej blogerki. Wspieraniu prawicy służyły pracowicie wystukane na klawiaturze twitty:
„Ale trzeba przyznać, że Arłukowicz się tanio nie sprzedał. Specjalnie dla niego stanowisko utworzyli”.
„A Kluzik i Poncyl przespali swoją szansę. Już się nie załapią na posady czy listy”.
„A PiS oddaje wszystko walkowerem”.
Doprawdy trudno pojąć, jaki związek „prawicowa blogerka” widzi między „transferem” Arłukowicza a walkowerem PiS i na czym ten walkower polega? Ja w każdym razie nie podejmuję się tłumaczenia myśli ukrytej w tym stwierdzeniu. No, chyba że, chodzi o dyskretne nadanie kierunku myślenia
– Wszystkiemu winien PiS, również temu, że dwóch degeneratów sprzedaje za stanowisko w rządzie miejsce na liście wyborczej. Jeden z nich jest nawet szefem rządzącej partii i premierem.
„Arłukowicz powinien skutecznie przykryć długie i drogie weekendy premiera”. –stwierdza prawicowa blogerka.
Tu zgadzam się bez zastrzeżeń. Dodam tylko: dzięki, między innymi, wytężonej pracy marketingowej znanej prawicowej blogerki.
Owocem tego wysiłku, za który zapewne Stachowicz i konsultant polityczny jest głęboko wdzięczny, są następne twitty oceniające Tuska i Arłukowicza:
„genialny bo za darmo wziął medialną twarz. Zamiast narzekać będzie teraz pracować dla niego. Na odcinku propagandy”.
Chyba dlatego, że w 140 znakach trudno jasno się wyrazić twitt nie zawierał mantry – „zamiast narzekać jak PiS”.
„W pakiecie z rządowym stołkiem musiało być też miejsce na liście. Co pokazuje, że ten interes się obu opłacił”.
„i koniec końców obu się to opłaciło”.
Zastanawiam się, na czym polega ta opłacalność? Na odpowiedź zapewne przyjdzie czas, jak już wszystkie lemingi uwierzą, że to taktyka wyborcza a nie kupczenie mandatem, które powinno podlegać ocenie nie tylko moralnej ale i prawnej.
No cóż, za kupowanie głosów w Wałbrzychu sąd zapewne ukarze winowajców. Unieważnił też wybory. Kupowanie miejsca na liście wyborczej będzie jedynie ocenione pragmatycznym stwierdzenie znanej prawicowej blogerki:
„Ale jak mu wystarczy nic nie znaczący stołek i wiążący się z nim prestiż (i nie tylko) to pociągnie długo u boku Tuska”.
Za to „długo u boku Tuska” zapłaci podatnik, bo przecież to utworzone stanowisko kosztuje. Ale takimi przyziemnymi sprawami znana, prawicowa blogerka się nie zajmuje. To zostawia oszołomom, którzy myślą, że programem wyborczym można wygrać Polskę i ją zmienić.
Proszę się jednak nie niepokoić. Znana, prawicowa blogerka nie zapomniała o wsparciu PiS:
„Dzisiejszy ranek - PiS śpiewa pod pałacem, PO pozyskuje do współpracy najbardziej medialnego polityka opozycji. Tak się wygrywa wybory”.
Prawda, że tak rzeczywistość może oceniać tylko prawicowa blogerka, której zależy na Polsce?
A ja naiwna, wiejska blogerka, sądziłam, że tym, między innymi, bloger prawicowy różni się od lewicowego, że w trosce o Polskę umie odróżniać marketing polityczny od rzeczywistości, w jakiej znajduje się Polska i polska polityka. Z naiwnością dziecka sądziłam, że znana prawicowa blogerka potrafi to swoim czytelnikom, których ma dzięki nieustannemu wkładaniu nam wszystkim w głowy, że jest najlepsza, wyjaśnić, że to nie jest marketing, ale cyniczne kupczenie stanowiskami w rządzie na potrzeby wyborów.
Z tej naiwności wynikło moje pytanie do znanej, prawicowej blogerki:
Tak dziś czytam Twoje twitty i nadziwić się nie mogę. W PR PO pracujesz? ;-)
Oczywiście otrzymałam od znanej, prawicowej blogerki satysfakcjonującą odpowiedź, którą pozostawiam bez komentarza. Sama się komentuje:
"Dlaczego? Bo nie udaję, że nie widzę jak się Tuskowi wszystko udaje? Ano udaje mu się. Jestem wściekła, ale on wygrywa”.
I jak tu nie podziwiać znanych prawicowych blogerów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)