środa, 17 sierpnia 2011

Rok szabatowy ks. Muszali

Księdzu profesorowi Muszali nie podoba się pustelnia księdza doktora Natanka. Nie pisze wprawdzie czy tam był i czy rozmawiał ze swoim uczelnianym kolegą, ale wie na pewno, że to nie jest pustelnia.
(Z czego wynikają problemy Kościoła? http://info.wiara.pl/doc/922102.Z-czego-wynikaja-problemy-Kosciola )
Mówi:

Jednakże odkrycie w internecie dość dziwacznej „pustelni” napawa smutkiem, a nawet niepokojem, ponieważ miejsce określane przez ten termin winno być chronione, a nie wykorzystywane instrumentalnie do jakichś „zewnętrznych” akcji, jak np. intronizacji Chrystusa na Króla Polski.
Ks. profesorowi, bioetykowi bardzo nie podoba się „akcja” ks. Natanka i ubolewa, że są wierni, którzy tę pustelnię zapełniają. Dlaczego tak się dzieje?
Problemy naszego Kościoła, także gromadzenie się świeckich wokół suspendowanego kapłana, wynikają z deficytu duchowości i słabej formacji do życia wewnętrznego – mówi ks. prof. Andrzej Muszala.


Za ten stan ks. Muszala obwinia głównie kapłanów, którzy wyjałowieni rutyną posługi duszpasterskiej nie szukają swego Oblubieńca na modlitwie i nie uczą tego swoich owieczek.Zachęca braci w kapłaństwie do korzystania z roku szabatowego, by nauczyć się modlitwy wewnętrznej aż po całkowite oddanie się woli Boga, tak jak to czynili wielcy mistycy; św. Teresa z Avili i św. Jan od Krzyża.

Ks. Muszala musiał wyjechać do Francji, by tam razem dwoma innymi francuskimi kapłanami nauczyć się modlitwy 2 godziny dziennie i nocnych czuwań.
Dlaczego aż do Francji? Odpowiedź prosta:

Szukałem w Polsce, i z całym szacunkiem – nie znalazłem miejsca, w którym formowano by mnie przez rok do pogłębionego kontaktu z Bogiem.


Coś w tym chyba jest, skoro lata spędzone w seminarium nie uczą księży nieustającej modlitwy. Zgadzam się z księdzem profesorem, coś jest na rzeczy, skoro wybitny teolog, naukowiec po 28 latach kapłaństwa ogłasza apostazję. I dopiero wtedy dowiadujemy się, że Pracownia Pytań Granicznych na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu doprowadziła go do odrzucenia bóstwa Chrystusa.

A przecież przez te 28 lat kapłan ów każdego dnia odprawiał Mszę świętą, uczestniczył w dniach skupienia, spowiadał się...

Jak naprawdę wygląda życie duchowe naszych księży. Jak wyglądają rekolekcje, spowiedź? Dlaczego ksiądz po naukę modlitwy wewnętrznej musi wyjeżdżać do Francji?


Po takim oświadczeniu księdza profesora z teologicznej uczelni właściwie wypada złożyć wniosek do kompetentnych władz kościelnych o ich rozwiązanie, bo dzieje się w nich naprawdę coś niedobrego, kiedy jeden duchowny popada w herezję, a inny musi wyjechać do zlaicyzowanej Francji, by uczyć się modlitwy, a jeszcze inny zakłada własną pustelnię i wypowiada posłuszeństwo swemu biskupowi.

W pierwszej chwili refleksje ks. Muszali nad przyczynami gromadzenia się wiernych wokół ks. Natanka rozbawiły mnie. Pomyślałam sobie, że ks. profesor został przyłapany gdzieś na korytarzu w biegu na kolejne pustynne rekolekcje i do końca ich nie przemyślał.

Jak bowiem mam przyjąć teologiczne wyjaśnienie, że Intronizacja Chrystusa może prowadzić do herezji i odebrania Zbawicielowi cech ludzkich?


Tak, był człowiekiem, temu nawet wojujący ateiści nie potrafią bez kłamstwa i manipulacji zaprzeczyć. Najpiękniej jak to tylko On potrafił człowieczeństwo Jezusa wyjaśnił Jan Paweł II - We wszystkim do nas podobny oprócz grzechu
http://www.apostol.pl/janpawelii/katechezy/jezus-chrystus/we-wszystkim-do-nas-podobny-opr%C3%B3cz-grzechu

Rzecz w tym, że dla wielu współczesnych duchownych i animatorów ruchów świeckich w Kościele Jezus jest już nie tylko człowiekiem, ale stał się kumplem. Czy z kumplem trzeba się liczyć? Owszem, można, ale można też przestać się kumplować, można stawiać mu warunki, obrażać się, wydzielać czas, czasem manipulować nim dla własnych celów.


Skoro Intronizacja, jaka miała juz miejsce w przeszłości, nic nie dała, to po co powtarzać? – Taka jest, mniej więcej, zawarta w wypowiedzi księdza, wymowa krytyki Intronizacji.

Jeśli chodzi o mnie, to jestem za tym, by Intronizacja Chrystusa odbyła się naprzód w sercu każdego z nas.
Droga do uznania Chrystusa Królem każdego wierzącego, każdej wspólnoty, narodu nie prowadzi przez akty zbiorowe, jak nie prowadzi do ostatecznego nawrócenia sakrament pokuty i pojednania, bo grzeszni pozostajemy. Do powszechnego nawrócenia nie prowadzą ani nowenny, ani święta czy uroczystości kościelne. A jednak one są i wielu prowadzą do Boga. Tajemnicą pozostaje skuteczność modlitwy zbiorowej, ale wiemy z Ewangelii, że wtedy Jezus jest pośród nas. Modlitwy Kościoła jednoczą Lud Boży przy Chrystusie. Jesteśmy wszakże wspólnotą wiary i wspólnotą narodową, a nie zbiorowiskiem indywiduum porozrzucanych na pustyni.

Ale, żeby Intronizację Chrystusa traktować jako zagrożenie dla dogmatu Jego Wcielenia, to tego jeszcze nie słyszałam, choć długo żyję.

Ale co tam, nie będę się wymądrzać, w końcu nie ja jestem wykładowcą na teologicznej uczelni i nie ja jestem kapłanem.


Muszę jednak jako osoba świecka, która każdego dnia odmawia różaniec w intencjach Kościoła, Ojczyzny, parafii i własnych oraz tych, którym obiecałam modlitwę, zapytać czy ja przypadkiem nie traktuję Pana Boga jako „dojną krowę”?

Ks. Muszala mówi jasno:

Dlatego mówienie o wzroście duchowym to mówienie, że trzeba oddać się Bogu i przestać traktować Go na użytek własnych potrzeb.
Tymczasem księża często robią coś odwrotnego, tzn. uważają, że trzeba zwiększać prośby, intencje, nabożeństwa itp. – im więcej ich, tym lepiej. A przecież nasze prośby nie powinny być na pierwszym miejscu, jak to jest zwykle w ogłaszanych intencjach Mszy św. i w modlitwie powszechnej! Mistrz Eckhart określał taką postawę człowieka bardzo dosadnie – traktujemy Boga jak „dojną krowę” ze względu na to, że daje nam mleko”.


Proszę księdza, muszę się uderzyć w piersi. Nie znam Mistrza Eckharta, nie wzrastam, bo każdy dzień zaczynam od prośby o opiekę i pomoc nie tylko dla siebie. Prawda, że teraz troszkę udaję, że nie rozumiem intencji słów księdza profesora, ale mówię to nieco złośliwie i przekornie , bo gdybym nie prosiła, tzn., że daremna byłaby ofiara mego Pana. Nie miałabym szans na nawrócenie.

I wcale się swych próśb, błagań nie wstydzę; prochem jestem, niczem więcej, a spodobało się Panu uczynić mnie człowiekiem, Jego dzieckiem. Jakże miałabym Go nie prosić i nie dziękować, i nie skarżyć się, i nie buntować, gdy nie starcza sił, jakże miałbym udawać przed Nim, że nie boli, że mam swoje ludzkie pragnienia. Oddać się Jego woli bez tych pragnień, bez radości i smutków dnia codziennego? Nie wiem, ale mnie uczono, że Pan Bóg nie potrzebuje niewolników. Gdyby ich pragnął, takimi nas by uczynił. Czasem bywam niegrzeczna, kiedy ktoś konsekwencje swego lenistwa, niedbalstwa, nieuctwa czy obojętności na dziejące się zło, usprawiedliwia wolą Bożą.

Przy różnych okazjach cytujemy i podpieramy się autorytetem Jana Pawła II. Ks. Muszala przypomina jego formację karmelitańską i nieustanne wczytywanie się w św. Jana od Krzyża. Rzecz w tym, że bł. Jan Paweł II nie musiał uciekać do Francji na szabatowy rok. Karmelitańskiej modlitwy uczył się w okupowanej Polsce od krawca Jana Tyranowskiego, a całą swą kapłańską posługę opierał o Ewangelię, Tradycję i Nauczanie Kościoła. Modlitwa nie była dla niego ucieczką na pustynię a przystankiem, dłuższym - w ukochanych górach czy krótszym- w watykańskiej kaplicy, między jedną pracą, między jedną a drugą posługą, na którym nabierał sił. Pustynia to przede wszystkim przestrzeń wewnętrzna, bez względu na miejsce pobytu, zarezerwowana dla Boga. Tak przynajmniej ja to rozumiem.

Jezus jest Panem teraz i na wieki bez względu na uznanie tego przez ludzkość. Ale to - teraz - wymaga od nas świadectwa życia, odpowiedzialności za powierzony nam depozyt wiary, wartości, Ojczyznę, za naród, rodzinę. Wymaga - od nas - tzn., od wszystkich, nie tylko od świeckich.

Ks. Muszala swoją wypowiedź kończy pointą:

Ludzie szukają autentycznego życia z Bogiem. Myślę, że nie będziemy mieć już tłumów w świątyniach i trzeba się z tym pogodzić. Ale gdyby połowa tych katolików, którzy regularnie przychodzą do kościoła, zaczęła pracować nad swoim wzrostem duchowym, to byłoby cudowne! To jest możliwe, ale bardzo trudne, gdyż ksiądz musi zacząć od siebie…


A ja myślę, że ksiądz profesor tak się zapędził w swej wewnętrznej pustyni, że zapomniał po co się modlimy i po co jest nam potrzebna formacja duchowa. Czy przypadkiem nie do szukania w wielkim, zlaicyzowanym i zrelatywizowanym świecie zagubionych owiec Pasterza?

Wielu z nas jest niecierpliwych, zawiodło się, straciło zaufanie, poczuło się opuszczonych przez swoich pasterzy, lęka się złowrogiego świata i szuka po omacku. Czasem znajduje ks. Natanka, czasem Tomasza Polaka (ks. T. Węcławskiego), ale to nie ich wina, lecz tych, którym Chrystus powierzył paść owce swoje.


________________________________________________________________________



Ks. dr hab. Andrzej Muszala - http://bioetyka.krakow.pl/instytut/pracownicy/1/Ks._dr_hab._Andrzej_Muszala


Rok szabatowy - 25 1Potem Pan powiedział do Mojżesza na górze Synaj: 2 "Mów do Izraelitów i powiedz im: Kiedy wejdziecie do ziemi, którą daję wam, wtedy ziemia będzie także obchodzić szabat dla Pana. 3 Sześć lat będziesz obsiewał swoje pole, sześć lat będziesz obcinał swoją winnicę i będziesz zbierał jej plony, 4 ale w siódmym roku będzie uroczysty szabat dla ziemi, szabat dla Pana. Nie będziesz wtedy obsiewał pola ani obcinał winnicy, 5 nie będziesz żął tego, co samo wyrośnie na polu, ani nie będziesz zbierał winogron nieobciętych. To będzie rok szabatowy dla ziemi. 6 Szabat ziemi będzie służył wam za pokarm: tobie, słudze twemu, służącej twej, najemnikowi twemu i osiadłemu u ciebie, tym, którzy mieszkają u ciebie. 7 Cały jego plon będzie służyć za pokarm także twojemu bydłu i zwierzętom, które są w twoim kraju. (Kkpł 25,1-7); Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco. (Mk 6,30-31)

czwartek, 4 sierpnia 2011

Świetlana przyszłość w Orwellowskim baraku

Patrzmy w przyszłość – ulubione porzekadło tych, co mają zabazgraną przeszłość. Patrzmy w przyszłość, nie pytajmy, kim kto jest, w czym brał udział, komu służył. Cóż może młodego człowieka obchodzić historia jego rodziny?! Prze do przodu, marzy, zdobywa i taka jest kolej rzeczy.Mało kto jednak zadaje sobie pytanie, z czego będzie składać się jego przyszłość. Czasem wystarczyłoby minimum wiedzy historycznej, by nie znaleźć się w miejscu swoich rodziców czy dziadków bez nadziei, zamiast w wymarzonej świetlanej przyszłości.


Już tylko garstka pamięta z własnego doświadczenia wojnę, gułagi, Sybir, obozy, łapanki, egzekucje, głód, przesłuchania, donosy czy siekiery sąsiadów.
Zdecydowana większość, nie tylko Polski, urodziła się już po wojnie. Niewielu jednak zdaje sobie sprawę, że choć wydarzeń tamtych mrocznych lat nie przeżyli, to przecież one zadecydowały o wszystkim; o miejscu urodzenia, kondycji rodziny, nauce, zawodzie, nawet o poglądach społecznych i politycznych.
Konsekwencją wojny była swoista schizofrenia wychowawcza, w której wzrastałam. Świat Orwellowski był dla mnie światem rzeczywistym. Odkrywanie prawdy nie przychodziło łatwo.

Z jednej strony tragiczne opowieści rodzinne o dwóch okupantach, z drugiej akademie z okazji różnych rocznic, które były dla mnie historią, nudziły napuszoną frazą przemówień i deklamowanych wierszy, ale które oceniałam jak w szkole uczono. Nie było to jednak dzieciństwo papierowe, dwuwymiarowe; dom szkoła. Był jeszcze ten trzeci wymiar Kościół i wiara.

Jak bardzo ścierały się ze sobą te trzy wymiary, niech posłuży banalny i śmieszny z perspektywy epizod, o którym już kiedyś wspominałam. Niezależnie od stopnia zaangażowania w peerelowską rzeczywistość, większość z nas miała wierzących rodziców. Tradycyjny polski katolicyzm oznaczał nie tylko mszę świętą w niedzielę, ale również majowe i czerwcowe nabożeństwa. Nigdzie i nigdy już nie były one tak piękne jak w moim rodzinnym kościele.
Zwykle siadałyśmy z koleżankami na wprost wyjścia z zakrystii, w obszernych mnisich stallach w prezbiterium, blisko ołtarza. Nasz proboszcz i jednocześnie katecheta rejestrował wzrokiem obecność. Któregoś 1 maja nasza klasa została przekonana przez wychowawczynię argumentami nie do zbicia dla młodych głów, że powinnyśmy wziąć udział w pierwszomajowym pochodzie. Wystrojone w licealne mundurki, założyłyśmy też wręczone przed pochodem czerwone krawaty. W zapale rewolucyjnym postanowiłyśmy pokazać, że ideologię i wiarę można z sobą pogodzić. W związku z tym tak rewolucyjnie przyodziane przyszłyśmy też wieczorem do kościoła. Do dziś pamiętam zatrzymany na nas osłupiały wzrok księdza. W jednym momencie osłupienie przeszło w grymas politowania wyrażony pukaniem w czoło. Tę lekcję zapamiętałyśmy bardzo szybko, ukradkiem każda z nas ściągnęła krawat i tak skończyła się koegzystencja komuny z wiarą.

Mijały lata, czasem Wolna Europa czasem BBC zapalała jakąś lampkę. Tragiczne wydarzenia w Poznaniu, Gdańsku uczyły krytycznego myślenia. Potem edukacja praktyczna na studiach. Oburzenie na Ślązaczki, które wcale nie chciały się z tymi zza Buga zaprzyjaźnić i z trudem ukrywały swoją nienawiść do Rosjan, trzeba było rozsupłać, a wydarzenia marcowe dopełniły swoje.

Nie jest tak, jakby to chcieli widzieć teraz Polacy, że komuna była od początku znienawidzona przez naród. Okrucieństwo Niemców kazało widzieć w PRL i dobre strony. W tym baraku dało się jakoś żyć. Dla wielu rodzin był to awans społeczny. Słyszało się wtedy; przed wojną nie miałabyś szans na swoje wykształcenie. A biją? Po co pchasz się do polityki?


Jednej edukacji na pewno w PRL nie zaniedbywano.
W radiu, potem w telewizji, w szkole w kinach wszędzie pokazywano wojnę z Niemcami wpajając przekonanie, że wyzwoliła nas zwycięska Armia Czerwona a u jej boku wierny sojusznik; Armia Berlinga. Wiedza o walkach z sowieckim okupantem była ściśle chroniona przed młodymi umysłami. Walter, Dzierżyński, Wasilewska, Janek Krasicki, Hanka Sawicka to bohaterowie. Stalin to wielki wódz i dobrotliwy batiuszka. Kto z nas miał szansę na weryfikację tej wiedzy? Tylko nieliczni.

Kiedy dziś rozglądam się dokoła czytam i słucham, to mam wrażenie, że tamten świat powrócił i powróciły metody wychowywania, a może nigdy nie odszedł, a metody wciąż te same tylko inaczej nazywane?


Tak jak wtedy wszystko można usprawiedliwić i racjonalnie wytłumaczyć, w najgorszym razie przemilczeć. Tylko, że dziś już nie wyskakuje żaden bezpiecznik, nikt nie puka nam z politowaniem w głowę. A jeśli nawet, to traktujemy go jak oszołoma i oganiamy się od niego jak od uprzykrzonej muchy. Mój proboszcz odblokował we mnie taki bezpiecznik na przeciążenie komunistycznym wychowaniem, zmusił do myślenia. Kto dziś w stanie jest tego dokonać?

Zastanawiam się, ilu młodych Polaków zachwyconych dobrobytem państw skandynawskich byłoby w stanie krytycznie ocenić mechanizmy funkcjonowania państw opiekuńczych, ilu dostrzec wzory zaczerpnięte z Kraju Rad?


Ilu po tragicznych wydarzeniach w Norwegii zadało sobie pytanie. Co znaczy obóz młodzieżówki partyjnej dla 15 –latków?

Czy wzbudziły jakąkolwiek refleksję informacje o zabieraniu w Norwegii dzieci rodzicom, bo w szkole były smutne?

Chore pomysły totalnego państwa w zamian za poczucie bezpieczeństwa realizują się obok nas, ale nikt tego nie nazywa totalitaryzmem, wprost przeciwnie; wolnością i dobrobytem, na który wszyscy ochoczo się zgadzają i tylko szaleniec może je podważać.

Nie ma jednak szans, jak doniósł czerwony wirtualny polski portal, zamach na dzieci spotkał się z odporem społecznym, ludzie masowo zapisują się do partii.
Naturalnym odruchem rodzica, po takim nieszczęściu byłoby żądanie ukarania winnych za brak opieki nad powierzonymi im dziećmi, refleksja; co zrobić, by moje dziecko było bezpieczne przed ideologicznymi szaleńcami. Może wspólny z rodzicami wyjazd na wakacje? Czy w systemie bogatego baraku, jakim stała się Norwegia, jest to jeszcze możliwe?


Kilka dni temu na Twitterze pojawiła się informacja, że Bundestag w Niemczech zatwierdził prawo do selekcjonowania embrionów przed zapłodnieniem In vitro.
Wiadomość ta nie wzbudziła żadnych komentarzy, żadnego oburzenia, jedyny, jaki się pojawił, był mojego autorstwa. Napisałam ironicznie, że tym razem zrobią to lepiej niż nazistowscy lekarze i odesłałam do felietonów Innocentego Czepialskiego (profesora ks. Artura Katolo) – Eugenika i eutanazja w medycynie III Rzeszy w Niepoprawnym Radiu Pl.


Nie mam żadnych złudzeń. Ustawa Bundestagu to krok w tym samym kierunku. Powinien przerażać, budzić protesty, wywoływać medialny atak na powtórne wskrzeszanie demonów rasizmu. Nic takiego się nie stało, nawet na portalach, które tradycyjnie zaangażowane są w obronę życia.

Czyżbyśmy już wszyscy patrzyli tylko w świetlaną przyszłość, a Unia Europejska to taki udoskonalony barak orwellowski, w którym żyje się całkiem znośnie?

Jeśli tak, to siadam w swoim wolnym jeszcze od poprawności politycznej kąciku i biorę do ręki różaniec, modlę się za tę przyszłość, którą tak samo mroczno widzę, jak widzieli ją moi rodzice przed II wojną światową. Przesadzam?
________________________________________
Zapraszam do słuchania 238 audycji Niepoprawnego Radia PL http://niepoprawneradio.pl/, a w niej
21:30 Blog:Katarzyna – Świetlana przyszłość w Orwellowskim baraku http://mamakatarzyna.blogspot.com

wtorek, 26 lipca 2011

Kościół Chrystusa czy ks. Natanka?

Muszę się poskarżyć, pożalić, bo czuję się zagubiona. Mama Katarzyna ma problem i to poważny. Nie, nie żartuję. No, może trochę ironizuję. Ostatnimi czasy kręcę się głównie po to, by unikać ciosów, a i tak dostaje mi się od swoich i obcych, mądrych i głupich.



Kiedy współczułam Palestyńczykom izolowanym w strefie Gazy, natychmiast otrzymałam lewicową etykietkę.

Kiedy pisałam o Marszu Niepodległości z niesmakiem odwracali się ode mnie ci, którzy z poczuciem wyższości opowiadali mi o niezgłębionej tolerancji obywateli świata pozbawionych ksenofobicznych, bogoojczyźnianych naleciałości XIX wiecznych.
Wzruszeniem ramion traktowana jest moja dociekliwość, dlaczego po doświadczeniach II wojny światowej w Europie tolerowane są organizacje odwołujące się do faszyzmu, nazizmu i rasizmu. Dlaczego wciąż legalna jest działalność partii komunistycznych. Moje skojarzenia struktury unijnej z Krajem Rad kwitowane są teorią spiskową.


Najwięcej problemów przysparza mi przyznanie się, że jestem wrogiem nacjonalizmu we wszelkiej postaci. Nie jest dla mnie ważne czy jest to polski nacjonalizm czy ukraiński, niemiecki czy syjonistyczny. Nie pomaga w tym wypadku nawet podparcie się cytatami z przemówień Jana Pawła II na forum ONZ w 1979 i 1995 roku, który wyraźnie oddzielał patriotyzm od nacjonalizmu i jednocześnie upominał się o prawa narodów. A naród rozumiał jako wspólnotę kultury, a nie kształtu czaszki czy grupy krwi.


Nie mniejsze wzburzenie wywołuje mój fundamentalizm w obronie życia od poczęcia aż do samej śmierci. Ach! Jeszcze do tego jestem wrogiem kary śmierci, legalizacji narkotyków i posiadania broni.

Nie muszę chyba uzasadniać, że obrywam za to i zlewa, i z prawa. Dla jednych jestem niereformowalnym moherem, dla innych socjalistką. W opinii niektórych byłam nawet Żydówką itd. Gdybym wypisała na karteczkach wszystkie epitety, którymi mnie obrzucono, nie musiałabym wydawać pieniędzy na odnowę mieszkania. Powstałaby z nich całkiem oryginalna faktura ścian.

I tak doszłam do całkowitej znieczulicy. Okopałam się w swoich poglądach, wartościach i żadnej reprymendy, argumentu, ani dobrej rady nie przyjmuję.

Dziś znowu zazgrzytało. Niektórzy tak się zdenerwowali, że nawet wycięli mnie na swoim twitterze.


No trudno, zaczęłam biadolić, to muszę to z siebie wydusić; nie przyłączyłam się do chóru obrońców ks. Natanka.
Straszne, prawda? Wylazło szydło z worka. Przed ostatecznym stygmatem chroni mnie tylko to, że nie można mnie nazwać masonką, bo lóż koedukacyjnych nawet feministki nie zdołały wywalczyć.

Trudno, mówię sobie, przeżyję to jakoś i przyznam się do czegoś. Przed laty pewnemu księdzu, przygotowującemu się do egzaminu magisterskiego, pomagałam w zrozumieniu adhortacji apostolskiej Jana Pawła II Pastores dabo vobis. Tak się przejęłam swoją dydaktyczną rolą, że do dziś pamiętam jej treść i wymowę. Jeśli ktoś ma ochotę na niezależne od ducha czasu i politycznych skłonności poznać czym jest Chrystusowe kapłaństwo i na czym polega posłuszeństwo w Kościele, to gorąco polecam.
Każdy może ten dokument bez trudu odnaleźć w Internecie.

Dla leniwych jeden tylko cytat:


28. „Spośród zalet, których najbardziej domaga się posługiwanie prezbiterów, wymienić należy to usposobienie ducha, dzięki któremu są zawsze gotowi szukać nie swojej woli, ale woli Tego, który ich posłał (por. J 4, 34; 5, 30; 6, 38)”. Chodzi tu o posłuszeństwo, które w życiu duchowym kapłana nabiera pewnych szczególnych cech.
Jest ono przede wszystkim posłuszeństwem „apostolskim”, a zatem uznaje i miłuje Kościół oraz służy mu w jego strukturze hierarchicznej. Istotnie, urząd kapłański zostaje powierzony tylko w jedności z papieżem i z kolegium biskupów, a szczególnie z biskupem własnej diecezji, którym należy się „synowska cześć i posłuszeństwo”, przyrzeczone w obrzędzie święceń kapłańskich. Ta „uległość” wobec sprawujących władzę w Kościele nie ma w sobie nic poniżającego, ale wypływa z odpowiedzialnej wolności prezbitera, który przyjmuje nie tylko wymagania organicznego i zorganizowanego życia kościelnego, lecz także tę łaskę rozeznania i odpowiedzialności w podejmowaniu decyzji dotyczących Kościoła, które Jezus zapewnił swoim Apostołom i ich następcom, aby tajemnica Kościoła była wiernie strzeżona i aby cała wspólnota chrześcijańska w swej jednoczącej drodze ku zbawieniu otrzymywała odpowiedzialną posługę”.

Myślę, że ks. Natanek jako człowiek wykształcony zna dokumenty Kościoła i tę posynodalną adhortację i wie, że wybierając „swoją drogę” tym samym wyłącza się ze wspólnoty Kościoła. Ma też z pewnością świadomość, że swoją osobą, niczym guru, przysłania wiernym, ufającym mu ślepo, Chrystusa. Myślę też, że niektórzy słuchający jego kazań muszą ze zdziwienia przecierać uszy czy na pewno dobrze słyszą, bo nie jest to ewangeliczne przepowiadanie Chrystusa, a raczej mowa z ławy sejmowej przyszłego wodza „jedynej prawdziwej partii prawicowej dla prawdziwych Polaków”.

Tak sobie myślę, że na miejscu masonerii byłabym bardzo, ale to bardzo wdzięczna ks. Natankowi.


Po ludzku mogę wyrazić zdziwienie, że Episkopat Polski nie reagował w podobny sposób na kazania abp Życińskiego, odbiegające w ocenie rzeczywistości społecznej i politycznej od nauczania Kościoła, choćby w sprawie aborcji i polityków ją popierających.

Nigdy nie ukrywałam i nie ukrywam, że jestem oburzona zachowaniem kardynała Nycza i bpa Pieronka wobec wydarzeń pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, bo w myśl wspomnianej tu adhortacji Apostołowie Chrystusa, a takimi są kapłani, powinni być ze swoim ludem. Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają (Mt 9,10-12) Tak nauczał Jezus. Tymczasem nasi pasterze woleli brylować w mediach i na salonach, a swoje owieczki pozostawili na poniewieranie tarasom i obszczymurkom z Biłgoraja.

Wtedy właśnie, kiedy fizycznie wierzący cierpieli, bo Krzyż był profanowany, a jego obrońcy bici i obrzucani obelgami, nie było ich przy nich.

Po ludzku jestem zgorszona tym, że kościół polski nie uwolnił się od byłych agentów i tajnych współpracowników, bo w istocie widać jak bardzo cierpi na tym wizerunek jedności Episkopatu. To też mój Kościół i nie mogą mnie nie boleć podziały w nim na łagiewnicki, lubelski czy radiomaryjny.

Po ludzku mam żal do kardynała Dziwisza, że tak wybiórczo traktuje herezje, bo gdyby uważniej wczytał się w TP czy wsłuchał w wypowiedzi ks. Sowy, obejrzał niektóre programy w TVP religia, to niejedną herezję by tam znalazł. Suspensa nie rozwiązuje problemu. Kościół polski potrzebuje odnowy w duchu, o której pisał bł. Jan Paweł II w posynodalnej adhortacji Pastores dabo vobis. Jeśli tego nie widzą biskupi, to jeszcze nie jeden ks. Natanek nam się pojawi ku uciesze wrogów Kościoła.


Po ludzku, wreszcie, jestem zgorszona brakiem pomocy, jaką powinni ks. Natankowi udzielić kierownicy duchowi, kardynał Dziwisz jako odpowiedzialny za swoją owczarnię i bracia w kapłaństwie, zanim doszło do suspensy. Każdy z nich powinien uderzyć się w piersi. Pojmuję też ból niezrozumienia, odrzucenia, który podyktowały ks. Natankowi wypowiedzenie posłuszeństwa swojemu biskupowi. Między pojmowaniem, a popieraniem czyichś poglądów widzę jednak ogromną różnicę.


Po nałożeniu suspensy na ks. Piotra Natanka podnosi się chór obrońców i szyderców. Szydercy skwapliwie cytują wyrwane czasem z kontekstu wypowiedzi księdza, które go ośmieszają. Nie mają z tym żadnego problemu. „Mgłę nad Polską” w wykonaniu ks. Natanka można cytować do woli. Nie trzeba być biegłym w teologii, by wyłapać przykrajanie Ewangelii do poglądów politycznych.

Wzroku ani słuchu nie straciłam jednak, widzę i słyszę, że wśród chóru obrońców ks. Natanka są też i ci, którym bardzo zależy na rozbiciu jedności Kościoła. A kapłana tego traktują instrumentalnie.

Ot i cała przyczyna mojej skargi i moich żalów. Niepoprawnie widzę i niepoprawnie słyszę. Zbyt prosto pojmuję posłuszeństwo w Chrystusie, zbyt mało cenię odwagę współczesnych Lutrów i Kalwinów. Znowu oberwie mi się, tym razem z prawej strony. Mama Katarzyna nie broni ks. Natanka – wielkiego patrioty i współczesnego tropiciela masonów nie tylko w zakonie franciszkańskim w Niepokalanowie, ale nawet w Watykanie. Przecież zamordowano tam Jana Pawła I, bo nie lubił masonów. Sama słyszałam o tym od ks. Natanka.

Zastanawiam się, jak będzie nazywał się Kościół po uwolnieniu od masonów? Kościołem Chrystusa czy Natanka? I czy na pewno jeszcze będzie?

środa, 20 lipca 2011

Rewolucja cichych kroków


Chyba nie ma takiej dziedziny życia, która tak dokładnie byłaby opisana w książkach, wykładach, jak marketing polityczny. Każdy autor wyjaśnia, na czym on polega i jak ustrzec się przed manipulacją. Czytamy, rozpoznajemy sytuacje i ostrzegamy… innych. Przecież my nie ulegamy manipulacji, jesteśmy zbyt mądrzy, by nami manipulować, na pewno rozpoznalibyśmy ją.


Im bardziej wgłębiamy się w temat, tym trudniej nam rozeznać. W końcu świat zaczyna nam się wydawać siedzibą manipulatorów, agentów wpływu i pożytecznych idiotów. By nie wpaść w paranoję, zaczynamy racjonalizować; to normalne, taki jest świat i dlatego nie biorę udziału w polityce.
Na pewno nie biorę? Pytanie retoryczne. Nieważne jak na nie odpowiesz i tak jesteś przedmiotem polityki. Czy masz szansę być jej podmiotem? Trudne, ale nie pozbawione odpowiedzi twierdzącej, pytanie.

Zalew informacji o wszelkich metodach robienia z miernot polityków musi zastanawiać. Nikt dobrowolnie nie odsłania swojego warsztatu pracy, nie chwali się po wyborach, jakimi to metodami zrobił z wyborców durni. Zastanawiam się. Czy ta niebywała szczerość to też marketing polityczny? A jeśli tak, to czemu ma służyć?

Jednym z mitów, jakie zdołano nam wmówić dzięki wszechobecnej informacji o technikach i celach PR to przekonanie, że wszystko, co się dzieje jest nieuchronną zmianą wynikającą z odkryć naukowych i postępu, a my prędzej czy później im ulegniemy, bo są nieuchronne. Tak jak nieuchronna jest postpolityka i wybory w oparciu o emocjonujące narracje. Bronisz się? Jesteś głupcem. Zobacz jak inni żyją, jak cię wyprzedzają, a ty tkwisz w okopach na straconej pozycji.

Gdy ciśnienie na zmianę naszych poglądów, wartości czy upodobań jest zbyt wielkie, czujemy się przez nie wyalienowani i powolutku, dzień po dniu odcinamy kuponik po kuponiku od naszego świata, a zamieniamy je na komfort bycia społem.Przychodzi taki dzień, że z przerażeniem zauważamy, iż osobę o poglądach, które do niedawna sami głosiliśmy, nazwaliśmy betonem, moherem czy fanatykiem.

Mniejsza z tym, jeśli to dotyczy diety, sposobu spędzania wolnego czasu, praktyk religijnych czy nawet sympatii politycznych. Jeśli świat ustabilizowany i żadne wybory nie są w stanie zburzyć jego filarów, to jest w nim miejsce dla każdego i wara innym, jeśli nikogo nie krzywdzę.

Co jednak, gdy wykrzywiona w grymasie pogardy twarz polityka wmawia nam, że aborcja dzieci z wadami to dobrodziejstwo, bo jego kaleki wujek był strasznym ciężarem dla rodziny?

Kuriozum, oszołom polityczny wypuszczony w ramach grania na emocjach wyborców?

Masz do wyboru. Zmilczeć, machnąć ręką na głupca, albo zaprotestować. Warto? Odpuszczasz, bo musiałbyś każdego dnia zamiast pracować, odpoczywać, cieszyć się życiem biegać z demonstracji na demonstrację.

Nagle dostrzegasz, że twój wybór ogranicza się do wyłączenia telewizora. I o to chodziło. Masz swoje poglądy, swoje wartości, a miej je sobie, ale wiedz, że jesteś bezsilny.
Na pewno? Niekoniecznie. Dobrze się tylko rozejrzyj. Zobacz, jak grzyby po deszczu mnożą się ruchy pro life. http://npr.pro-life.pl/?a=index
Winni politycy i propaganda, że Ciebie tam nie ma?

Stoją trzymając w rękach namiot na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Stawiają żądania, między innymi dotyczące powołania komisji międzynarodowej do wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej.
Przechodzisz tamtędy każdego dnia i myślisz sobie, że im się też chce… Zginęli, życia im nikt nie wróci. Każdego dnia ktoś ginie w wypadku.

Tylko jeśli jesteś uczciwy wobec siebie, to musisz zapytać, dlaczego władzy tak ten namiot przeszkadza? Czym ją tak drażni? Czego się boi? Dlaczego tak broni się przed komisją międzynarodową?

To nieprawda, że media zmanipulowały Twoją wiedzę o katastrofie i dlatego jest Ci już obojętne, kto za nią odpowiada. Dobrze wiesz, gdzie sięgnąć po wiedzę, dobrze wiesz, że nie tak powinny zachować się polskie władze. Ale wolisz przyjąć wersję oficjalną, bo ona nie wymaga od Ciebie reakcji, nie zmusza do sprzeciwu i działania. Twój wybór to przełączenie kanałów w telewizorze. Jedyny z możliwych?

Każdego dnia informują Cię gazety o nowych rewelacjach w sprawie śledztwa. Zapytasz choćby tylko siebie, jak to możliwe, że jednego dnia premier mówi o raporcie leżącym na jego biurku, a następnego dnia jesteś informowany, że jak raport wpłynie, to premier nie zmieni w nim nawet przecinka. To wpłynął czy nie? Zapytasz o to?
Powiesz nieważne. Może i nieważne, może tylko chodzi o to, abyśmy sobie do oczu skakali, abyśmy się dzielili zamiast łączyć się we wspólnym żądaniu o ujawnienie raportu i ukaraniu winnych.

Nie wiem tego, ale za to pewna jestem, że gdyby Tusk wiedział, że jego kłamstwa będą miały wpływ na mój, Twój wybór, musiałby się liczyć ze mną i z Tobą, musiałby się liczyć z nami.

Każdego roku ogłaszana jest lista najbogatszych osób. Dowiadujesz się o potentatach na świecie. Myślisz, że są bezkarni, ponad prawem, bo mają pieniądze, zazdrościsz im.
A wyobrażasz sobie takie publiczne rozliczenie Schetyny po ujawnieniu bilingów, jak dziś ma to miejsce w Wielkiej Brytanii z Murdochem?

Gdyby Twój, mój sprzeciw wobec mianowania marszałkiem człowieka, który nie rozliczył się przed swoimi wyborcami z owych bilingów, miał wpływ na wynik wyborczy partii, zapomniałbyś już nawet, że taki ktoś był posłem.
A jak będzie jesienią z Twoim wyborem?


W styczniu Donald Tusk udzielił wywiadu dla Przekroju. Przeszedł prawie bez echa. A mógł zaszokować niejednego publicystę. Gołym okiem widzieliśmy wszyscy już wtedy, że żadnych z obiecanych w expoze reform ten premier i ten rząd nie przeprowadzi. Tymczasem Donald Tusk z rozbrajającą ekscytacją mówi dziennikarzowi. "ta »rewolucja cichych kroków« wydaje mi się najbardziej podniecająca".
Hm, czym się tak premier podnieca i jakaż to rewolucja zachodzi, o której nic nie wiemy, bo jest cicha?

Być może w serwowanych nam akcjach piarowskich nie chodzi jednak o nasz głos, o naszą decyzję przy wyborach. Może one nie są wcale wyborcze? A szczerość premiera to tylko wypadek przy pracy? My zaś jesteśmy permanentnie manipulowani i już nie wiemy, gdzie jest prawda, a gdzie kłamstwo eufemistycznie nazywane skutecznym marketingiem politycznym?
Nie udawaj, że tego nie widzisz. Musiałbyś być kompletnym głupcem, żeby nie dostrzec. Nie wiesz, dlaczego 160 osób utonęło w te wakacje, a one jeszcze się nie skończyły? Kąpali się w niedozwolonych miejscach - mówisz. Powiedz swemu dziecku, że tam nie wolno, to za pyta, a gdzie tatusiu wolno?

Twoja sąsiadka zapożyczyła się, by do wygodnie urządzonych pokojów latem przyjechali turyści. Chciała swoje sprawy wziąć w swoje ręce. Nie przyjechali. Dobrze wiesz, że to nie z powodu pogody, ale braku urlopu. Ty też go nie dostałeś i twoje dzieci bawią się na blokowym trawniku zamiast kąpać się w dozwolonym miejscu nad morzem i nabierać sił, bo całą zimę kaszlały.
Co zrobisz ze swoją wiedzą? Tylko wyłączysz z wściekłością gadające głowy w twoim telewizorze? Tylko taki masz wybór?

Gdyby nasz wybór zależał od wiedzy o umowie gazowej, przyczynach wzrostu inflacji, cichcem przeprowadzanych zmianach w Konstytucji RP, media 24 godziny na dobę informowałyby nas nie o sondażach wyborczych, które o dziwo PKW nie przeszkadzają, choć nie ma jeszcze kampanii wyborczej, ale pełne by były informacji o treści tej umowy czy o uzgodnionych jednogłośnie zmianach w dokumencie najwyższej wagi.
Uczniowie w szkole rozwiązywaliby zadanie matematyczne o prawdopodobieństwie niewypłacalności naszego państwa wskutek zaciągniętych długów. Młodzież dyskutowałby nie o rozporkach homoseksualistów i wolnym dostępie do narkotyków, a o ochronie i wychowaniu sierot społecznych, o stworzeniu szans pracy, rozwoju, założenia rodziny dla siebie. Żaden polityk nie śmiałby nawet pisnąć o „cichej rewolucji”, bo wiedziałby, że Ty, ja , będziemy drążyć, dopytywać i razem wyegzekwujemy prawo.

Jak to więc jest z tą manipulacją. Jesteśmy manipulowani czy chcemy być manipulowani?


A pamiętasz, dlaczego głosowałeś na konkretną listę, na konkretnego posła? Z jakich powodów oddałeś na niego głos? Tu właśnie w tym prostym pytaniu kryje się odpowiedź, jak to jest z tą manipulacją. Każdy musi ją sobie sam sformułować. Nie ma jednej odpowiedzi.

czwartek, 14 lipca 2011

W 68 rocznicę ludobójstwa na Kresach

To, co rosło wraz ze mną; świadomość utraty korzeni rodzinnych, poczucie emigranta we własnym kraju, który nie ma grobów przodków, a świeczkę zapala na grobach rodziców w mieście, w którym minęło, co prawda, dzieciństwo, ale nigdy nie stało się prawdziwą Ojczyzną, ma swoje konkretne przyczyny.
Jest nią, między innymi, wojna, na którą pozwolili możni tego świata, bo wydawało się im, że ich obywateli ona nie dotknie. Milczeli, gdy sowiecka zaraza bez wypowiedzenia wojny zajęła Kresy Rzeczpospolitej, bo tego wymagała podobno taktyka walki z Niemcami. Ostatecznie winna jest zmowa w Moskwie, Teheranie i Jałcie, którą wielu nazywa piątym rozbiorem Polski.
Ale jest i inna, konkretna przyczyna. Kiedy plan ludobójstwa na Polakach po wsiach, został wykonany przez wyznawców ideologii Dmytro Doncowa z nawiązką, przyszła kolej na mieszkańców miast, zwłaszcza na ich krańcach. Ci, których nie wymordowali Niemcy, nie rozstrzelali, nie wywieźli Sowieci, niewielki mieli wybór; wyjazd albo śmierć.
Przez ponad 20 lat, podobno wolnej Polski, nie mogą się Kresowiacy doprosić nie tylko osądzenia winnych (o tym już nawet nie śmią myśleć), ale nawet hołdu ofiarom, złożonego bez przemilczeń i relatywizacji wydarzeń i bez manipulowania liczbami ofiar. Nawet publikacja opracowań historycznych na ten temat jest utrudniana, a artykuły cenzurowane. Kresowiacy w swojej ojczyźnie czują się obywatelami drugiej kategorii. Nie mają prawa do własnego muzeum i do własnej historii. Nie mają prawa do uroczystych obchodów i sesji naukowych upamiętniających ludobójstwo na kresach południowo-wschodnich RP w latach 1939 – 1946 http://www.kresy.pl/wydarzenia,spoleczenstwo?zobacz/trudnosci-przy-publikacji-materialow-o-ludobojstwie-oun-upa

W wielu miejscach Polski w dniach tragicznej rocznicy nasi współobywatele, nierzadko nasi sąsiedzi - Ukraińcy organizują huczne festyny, na które przybywają ich kandydaci do Parlamentu. Na nienawiści do Lachów budują swój elektorat, a z bandytów robią bohaterów. Wszystko to dzieje się w imię dobrosąsiedzkich stosunków z zaprzyjaźnioną Ukrainą i przy milczącej aprobacie polskich partii, bo przecież trzeba wygrać wybory, trzeba podlizać się ukraińskim nacjonalistom.
Dla tych stosunków i dla takiej polityki wewnętrznej w mediach i w polityce przemilczany jest od lat odradzający się ukraiński nacjonalizm na Ziemiach Odzyskanych. Polski Marsz Niepodległości nazwany został w wiodących mediach marszem faszystów, ale robienie z Bandery bohatera narodowego, nazywanie ulic imionami banderowców dziennikarzom i politykom nie przeszkadza.
Dlaczego tak się dzieje i czy powinniśmy się z tym godzić?

Moją osobistą i wszystkich Kresowiaków odpowiedź zawarł w kazaniu ks. Krzysztof Bojko, duszpasterz Kresowian diecezji legnickiej, wygłoszonym w Legnicy w kościele pw. św Jana w 68 rocznicę rzezi wołyńskich, podolskich i małopolskich.
Tu chcę wyrazić ogromną wdzięczność blogerowi Mohort za umieszczenie tego kazania w swoim blogu w salonie24.
"To my znamy prawdę..." - 68 rocznica rzezi wołyńskich
http://lubczasopismo.salon24.pl/prezydentdlawarszawy/post/323338,to-my-znamy-prawde-68-rocznica-rzezi-wolynskich

Ponieważ i ja czuję się adresatką słów ks. Krzysztofa Bojko, pozwalam sobie na przeczytanie tego tekstu w Niepoprawnym Radiu Pl. Niech słowa te również tą drogą dotrą do Polaków i do polityków, by dobrze je zapamiętali i uczynili rachunek sumienia ze swej postawy wobec tej straszliwej zbrodni, zanim przyjdzie powtórka z tragicznej historii.

Zapraszam wieczorem do Niepoprawnego Radia PL. O godz. 19.00 premiera 232 audycji http://niepoprawneradio.pl/

Piosenkę zaczerpnęłam z filmu
http://www.youtube.com/watch?v=O90jLAqGygs&NR=1
Autorką słów do melodii ludowej jest Bogna Lewtak-Baczyńska
http://www.bognalewtakb.dt.pl/ususida.php

czwartek, 7 lipca 2011

Tego mi nikt nie zabierze

Czy wystarczy odwrócić się tyłem do dramatu, by czuć się od niego uwolnionym?
— pytanie to zadaje algierski pisarz Mahamed Mołleshoul
To doskonałe motto do moich refleksji, którymi chcę się podzielić.

Piątkowe popołudnie, leje jak z cebra, nawet pies nie ma ochoty na wysunięcie nosa poza próg. Wieczorem czeka mnie jednak przyjemność, zapowiedziana od kilku tygodni; koncert w nowo wybudowanej Filharmonii Olsztyna.
Udaje się nam przebrnąć przez strugi deszczu, potoki wody spływające szosą i ulicami. Przed nami pięknie oświetlony, przeszklony gmach. Szerokie schody prowadzą do foyer.

Koncerty sprawiają mi ogromną radość, mimo że w domu posiadamy spory zestaw wspaniałych, nierzadko na światowym poziomie, nagrań, które w każdej chwili można sobie odtworzyć w zaciszu domowym.

Lubię samo wejście do filharmonii, czuję się tam snobistycznie ważna już od schodów, które w tej chwili są właśnie dla mnie. To ja po nich wchodzę, to na mnie czekają artyści, to dla mnie będą grali i śpiewali, to ja będę słuchać, zachwycać się, oceniać, nagradzać brawami.
Kto choćby raz doświadczył zanurzenia się we wszechogarniającym dźwięku sali koncertowej, ten wie, o czym mówię, jakiej czarodziejskiej magii doświadcza się tam. Nie zastąpią jej żadne, nawet najlepsze nagrania i nie ma, w tym wypadku, znaczenia czy jest to sala w Olsztynie czy w Warszawie.

To jest twoja chwila. Nie zakłóci jej deszcz, nie dotrą tu gadające głowy z telewizora, nie popsuje żaden piarowski news.

Niestety, ułuda trwa krótko, na koniec trzeba zejść ze schodów i zanurzyć się w świat anonimowy, gdzie, oprócz reklam, nie mają ci nic do zaofiarowania. Stajesz się na powrót bezimienny w tłumie.

Ale po koncercie nie przeszkadza ci to, wprost przeciwnie, cieszysz się, że wszystkie problemy nagle zmalały, stały się wręcz śmieszne, nieważne, nieistotne.

Masz ochotę na lampkę dobrego wina i rozmowę z kochaną osobą o tym, co nie przemija. Masz ochotę zaszyć się w miękkim fotelu i tak trwać. Przyrzekasz sobie, że koniec z polityką, wrednym i często głupim szefem, zawistnymi współpracownikami, przejmowaniem się, co inni powiedzą. Moje życie jest więcej warte niż skrzeczące pudło telewizyjne, polityczne fora, kampania wyborcza, gaz, jakaś tam rura, badania psychiatryczne dla niewygodnych polityków i finansowy anschluss Grecji. To co naprawdę ważne jest we mnie w taki, między innymi, jak ten - piątkowy wieczór.

Tego mi nikt nie zabierze.

Myśli biegną jednak w zatrważającym tempie i przypominają, że czarowny świat wolności nie zależy tylko ode mnie.
Niekiedy w takich momentach wraca do mnie historia mojej rodziny. Mała stabilizacja, ciepły dom z biegającymi synkami po wypolerowanym szklaną butelką parkiecie, z gaworzącą w kołysce córeczką, która z uporem próbuje policzyć sobie paluszki u pulchnych nóżek i poczuć ich smak. Na ścianie ślubny portret, zdjęcia przodków, Pan Jezus modlący się w Ogrójcu i Matka Boska Różańcowa, zakupiona na odpustowym straganie u Dominikanów w Tarnopolu. W kącie stary zegar, pamiątka po ojcu.

Niedzielny poranek, jeszcze w szlafroku, leniwie przeciągają senne marzenia; krzątająca się w kuchni mama i tata w miękkim fotelu puszczający dymka z tytoniu skręconego w bibułkę. Gdzieś tam toczy się wojna, a trwożny dźwięk silnika traktora ustawionego na sądowym dziedzińcu, przerywany serią wystrzałów, zepchany do niepamięci. To inne rodziny opłakują swoich bliskich, ich ominęło, mieli szczęście, byli prostymi zwykłymi zjadaczami chleba. Nie leżą teraz tam ich ciała przysypane wapnem, nie gnają też w bydlęcych wagonach na kazachskie stepy czy w sybirską tajgę. Nikt im z zaciśniętych ramion nie wyrywa zamarzłych ciałek dzieci.

Można odetchnąć, wciągać z lubością zapach smażonych blinów i kawy zbożowej. Można cieszyć się chwilą, cieszyć się swoją domową wolnością, zbudowaną na miarę swoich pragnień i odgrodzoną od okrutnej rzeczywistości.
Wołanie – Józek, chłopcy, śniadanie! – zlewa się z łomotaniem do drzwi. Raus! Raus! Nie ma czasu ubrać się, zapakować jeszcze pachnące ciepłem naleśniki. Za próbę zdjęcia ze ściany zegara, jedynej pamiątki po ojcu, siarczysty policzek.
Schnell! Schnell! A potem długie tygodnie w piwnicy. Skończyły się ziemniaki. Jeszcze tylko podgniła marchewka i zebrane nocą na polu z narażeniem życia zielone kłoski ratują przed śmiercią głodową.

Były, co prawda, zapasy na wypadek wojny; suchary, mąka, kasza, cukier, ale bomba i szabrownicy nie pozostawili nic, co można by zjeść. To, czego nie mogli zabrać, zmieszane jest z potłuczonym szkłem.
Nie pozostało nic, nawet rodzinne zdjęcia utknęły w gruzach małej stabilizacji, pamiątkowy zegar rozsypał się na kawałki, tak jak rozsypał się tamten kresowy dom budowany od pokoleń.
Łykam czerwone wino zaprawione wspomnieniami i dumam, czy istnieje jakieś cudowne lekarstwo na jego obronę?

czwartek, 30 czerwca 2011

Wakacyjne surfowanie mamy Katarzyny

Gdzie tam mamie Katarzynie, wiecznie krzątającej się po domu, do rozumienia wielkiej polityki. Między niekończącą się nigdy pracą domową; ogródkiem, zakupami, praniem sprzątaniem i zmywaniem, zagląda sobie taka emerytka do Internetu i próbuje dociec, co dzieje się w wielkim świecie, bo w Polsce to już każde dziecko wie, jakie informacje są najważniejsze.


Oto czai się znowu największy wróg Polski - Antoni Macierewicz, który, o zgrozo, nie przyjmuje do wiadomości, że przyczyny katastrofy smoleńskiej to nie jego sprawa, tylko uzgodnień Putina z Tuskiem, a „Biała Księga” katastrofy smoleńskiej grozi … no właśnie, czym grozi i komu?
W żaden sposób nie mogę pojąć, dlaczego tak władza boi się tej księgi, że wszystkie swoje kundle, pokroju pewnego sędziego i marszałka N. wypuściła. (Nazwisk nie wymieniam, bo się boję, że skończę jak ten 19 – latek w trzyletnich zawiasach za bazgroły na murze.)

Gryzą, szarpią, ośmieszają, upokarzają, a tu nic. Uśmiechnięty Jarosław Kaczyński śmie prezentować program partii, do którego tym razem nie bardzo można się nawet przyczepić, bo nic nie napisał o RAŚ. A komisja Macierewicza Księgę wystawiła i już. Nie przejmuje się, że w niej, jak określił Edmund Klich, "fakty prawdziwe, ale zmanipulowane". Tym sposobem na zabitej dechami wsi emerytka poszerza swe horyzonty i już wie, dzięki pułkownikowi, że fakty mogą być nieprawdziwe.

Ale to jeszcze nie koniec nieszczęść polskich. Niejaki redemptorysta o. Tadeusz Rydzyk domaga się równego traktowania przez władze polskie w przyznawaniu unijnych środków na badania geotermiczne.
Na szczęście na straży godności i suwerenności Polski stoi dzielny Sikorski. Nawet Buzek zaangażował się mimo nawału pracy i dodatkowych kursów języka angielskiego, aby skutecznie móc wyrzucać Nigela Farage, gdy będzie pouczał Sarko http://www.youtube.com/watch?v=URZ0zHwPnY4&NR=1
czy czepiał się znowu brukselskiej biurokracji ponad demokracją i obrażał baronessę Ashton
http://www.youtube.com/watch?v=etP3f-mNkD4

Lubię sobie czasem wrócić do tych relacji z Europarlamentu. Budzą mój optymizm.


Ale lubię też posurfować w wirtualny świat tam, gdzie nie mają czasu zajrzeć dziennikarze, o publicystach czy ekspertach nie wspomnę, zwłaszcza, że podobno surfowanie w Internecie stymuluje mózg i zmniejsza ryzyko demencji.

Niestety, mam widać jakieś problemy z wyszukiwaniem wiadomości, albo szukam nie tych, co trzeba. Najłatwiej mi znaleźć informacje o zdradach małżeńskich, potem o kosmetykach i odchudzaniu. Nic mnie z tych tematów nie interesuje. Wprost przeciwnie; w przypadku zdrady nie należy wywoływać wilka z lasu, jeśli chodzi o kosmetyki, to ostatnio musiałam bronić się przed depresją, bo co wzięłam jakiś kosmetyk do ręki, to okazywało się, że zawiera rakotwórczą chemię, a masłem przecież trudno się smarować, maślanka odpada, bo też zawiera szkodliwe konserwanty. Trudno, umrę brzydka. Odchudzać też nie zamierzam się, bo przy tej inflacji moja emerytura niepokojąco traci na wartości i na pewno nie będzie mnie stać na wymianę ciuchów. Jedyne pocieszenie to, że moja skromna emerytura dzięki drożyźnie poratowała deficyt budżetu państwa. Zawszeć to lepiej myśleć, że to nie zamrożenie czy obcięcie emerytury, tylko inflacja. I wreszcie na coś się ona przydała.Co prawda dzięki temu wzrósł dług w Banku Światowym, ale trudno. Ciekawe czy ta inflacja za Rakowskiego też była ratowaniem budżetu, czy był to tylko wypadek przy pracy złodziei szabrujących majątek narodowy?


Pogodzona z losem szukałam bardziej ambitnych tematów, np., dlaczego tak bez zapowiedzi, prawie w tajemnicy, bez szumu medialnego na wzór wizyty Obamy, wpadła do Polski wielka kanclerz wielkiego polskiego przyjaciela zaraz po Związku Radzieckim. Tfu, ta peerelowska podświadomość, oczywiście, Rosję po pierestrojce miałam na myśli.

No więc jak to jest. Przyjeżdża kanclerz najważniejszego kraju (przepraszam Francuzów) w Unii Europejskiej. A my dowiadujemy się o tym w ostatniej chwili. Żadnych przygotowań, zamykania na kilka dni ulic, wielogodzinnej transmisji telewizyjnej. Nic z tych rzeczy. Po prostu przyjechała, poprowadziła obrady rządu polskiego, poszeptała z Tuskiem i już. Nikt nie docieka, nikt nie analizuje, nie zastanawia się, nie protestuje, nie cytuje na pierwszych stronach gazet.

Niestety, dogłębnych analiz politycznych tego wydarzenia nie znalazłam. Widać temat nie nadaje się do propagandy sukcesu polskiego rządu, skoro premier nie bardzo chce się tym chwalić i woli roztrząsać straszliwe, obrazoburcze przestępstwo o. Tadeusza Rydzyka.

Ba, żeby tylko to nasze szanowne media mainstreamowe chciały zlekceważyć, ale gdzie tam. Gdyby nie Aleksander Ścios ze swoim artykułem poświęconym strategicznym planom Rosji, (można go też wysłuchać w 227 audycji Niepoprawnego Radia PL http://niepoprawneradio.pl/audycja-227-niedzielna-2/ ) w wykonaniu polskiej prezydencji zupełnie nie zauważyłabym krótkiej informacji Gazety Prawnej potwierdzającej doniesienia blogera, na czym polegać ma polska strategia.


Warszawa przygotowuje strategiczny dokument dotyczący dalszego rozwoju stosunków Unii Europejskiej z Moskwą - informuje we wtorek "Niezawisimaja Gazieta", zapowiadając rozpoczynające się 1 lipca półroczne przewodnictwo Polski w UE.
http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/526752,na_prezydencje_polska_przygotowuje_strategiczny_dokument_dot_relacji_ue_rosja.html

Szukam; czy kogoś ze znanych publicystów temat ten zainteresował? Hm, nie znalazłam.
W przodujących „mediodajniach” nie znalazłam też najważniejszej informacji. W zakamarkach Internetu przez przypadek trafiłam na niezwykle ciekawą informację:
Podczas spotkania premierów Ukrainy i Rosji, 7 czerwca 2011 roku, Władimir Putin powiedział, że Moskwa chce zrezygnować z przesyłu gazu przez kraje tranzytowe (m.in. Ukrainę) i zamierza przekierować dostawy surowca do Europy na podwodne gazociągi Nord Stream oraz South Stream.
Nikogo w Polsce to nie interesuje, premiera i wicepremiera też nie?

Surfowanie po Internecie surfowaniem, ale w zdobywaniu wiadomości naprawdę ważnych nic nie zastąpi pogaduszek u fryzjera.
Nie będę chytra i podzielę się nimi z internautami.
Minister Hall zabrała rzemieślnikom dopłaty za naukę zawodu uczniów zawodówek. To w ramach reformy szkolnictwa zawodowego, prawda, pani minister?
I drugi news z salonu fryzjerskiego; rząd ogołocił z pieniędzy PFRON i zabrał zakładom pracy chronionej zwolnienie z podatku od nieruchomości. To też chyba w ramach wspierania rozwoju przedsiębiorczości i osób niepełnosprawnych?

Jeśli do tego dołożymy jeszcze wiadomość o sięgnięciu rządu do kasy funduszu demograficznego, to nie wiem, co ten rząd jeszcze w Polsce robi. Na co my czekamy, aż sprzedadzą nas za długi tak jak Greków?
http://www.pb.pl/2/a/2011/06/28/Mamy_tluste_lata_a_siegamy_po_rezerwe

środa, 22 czerwca 2011

Jak się szyje polityczny lincz

Do pierwszego linczu Tusk był doskonale przygotowany. Nieważna okazała się merytoryczna debata. Ważne było jedno zdanie:
- Ciebie zabić, to jak splunąć, tak Pan powiedział do mnie kiedyś w windzie, wyjmując broń - rzucił niespodziewanie Tusk.
Jarosław Kaczyński, przez mgnienie oka zaskoczony, po chwili stwierdził, że nie było takiego wydarzenia.
A potem sprawę skwitował Bronisław Komorowski
Ja rozumiem, że cała sytuacja nie była aż tak strasznie dla pana premiera jakoś obciążająca, bo rewolwer ma prawo nosić każdy, kto ma uprawnienia odpowiednie. Donald Tusk nie traktuje tego przecież jak pogróżki. Gdyby się czuł zagrożony przez pana premiera, to pewnie sprawa byłaby w prokuraturze, a nie w anegdocie: Ja w tej windzie nie byłem.


Dlaczego do tego wracam? Bo dzisiejsza sytuacja jest z tego samego arsenału, nie wiem tylko czy na pewno jest to jedynie arsenał polityczny, czy może wynika z panicznego strachu, że już nic nie uchroni przed odpowiedzialnością, kiedy straci się stołek.

Zastanawiam się też czy, z pozoru błahe, pewne zdarzenie, o którym nie dyskutowało się z wypiekami na twarzy i nie parzyło się palców na rozgrzanej klawiaturze komputerów, nie było przypadkiem aktem przygotowawczym naszej ułomnej, tłumnej psychiki do najważniejszej marketingowej sensacji dnia.

Zapytam bardziej obeznanych w dziennikarskiej i redakcyjnej technice. Ale po kolei.


W porannych newsach „Rzepy” ukazała się wiadomość, że Roman Koszowski z Gościa Niedzielnego otrzymał nagrodę w konkursie PressFoto, organizowanym przez Bank Zachodni WBK Spółka Akcyjna z siedzibą we Wrocławiu za zdjęcie - „Osamotnienie”. Nie to jest jednak najciekawsze, a komentarz do zdjęcia autora (?)


Między szpalerami wiernych przesuwających się do komunii św. mignęła mi twarz Jarosława Kaczyńskiego. Rysował się na niej nastrój smutku i przygnębienia. Po uroczystości opuścił Piekary w milczeniu i mimo kampanii prezydenckiej nie udzielił żadnego wywiadu. Wtedy to zdjęcie nie poszło, ale po miesiącach, kiedy wybrałem je na konkurs, nieoczekiwanie nabrało nowego znaczenia. Od prezesa grono jego współpracowników odchodziło do PJN.

Hm, dlaczego wtedy nie poszło, a teraz nawet nagrodzono?

I co ma smutek po stracie bliskich do odejścia współpracowników do PJN. Przecież oni nie odchodzili, to prezes Jarosław Kaczyński podziękował im za krecią pracę w partii wyrzucając, jak najbardziej słusznie, na zbity pysk. Miało być inaczej; to prezes miał abdykować. Misternie tkana nić niespodziewanie pękła.


Nie wyszło i dlatego ślad cierpienia na twarzy byłego premiera nabrał nowego, symbolicznego znaczenia?


Tak to jest jak się lata po Internecie, zamiast zmywać i przygotowywać obiad.
Same pytania, żadnej odpowiedzi. No bo jak tu sobie odpowiedzieć, skoro nie wiem, która informacja jest prawdziwsza?

Czytam na stronie Gościa Niedzielnego w portalu wiara.pl:

Fotografia Romana Koszowskiego otrzymała nagrodę specjalną Rzeczpospolitej. Ukazuje Jarosława Kaczyńskiego podczas pielgrzymki mężczyzn do Piekar Śląskich, dwa miesiące po tym, jak stracił brata w katastrofie smoleńskiej. Osamotniona postać polityka jest widoczna między dwoma rzędami ludzi idących w przeciwnych kierunkach. - Robiłem to ujęcie przez ponad dwie minuty. Zrobiłem kilkanaście zdjęć, zanim trafiłem w ten moment - opowiada fotoreporter.


Strasznie gadatliwy ten fotoreporter, a ja wciąż nie wiem czy dostał nagrodę specjalną "Rzepy" za zdjęcie, którego nikt przedtem nie chciał opublikować, czy za symboliczne skojarzenie smutku ze zdradą tzw. przyjaciół? A może w tym wszystkim najważniejszy był „symboliczny” tytuł zdjęcia – „Osamotnienie”?

I znowu mam dylemat, bo wpatruję się w to zdjęcie i nijak nie mogę pojąć, co ono ma wspólnego z osamotnieniem? Zwyczajne zdjęcie, których można setki zrobić podczas pielgrzymkowej mszy świętej. Jedni idą jeszcze do komunii, drudzy wracają, inni mają czas na rozmyślanie i modlitwę. Tak odbieram uchwyconego na zdjęciu Jarosława Kaczyńskiego. Przecież na pielgrzymce nie szuka się towarzystwa a obecności Boga. To z Nim się rozmawia i zadaje trudne pytania, gdy traci się bliskich. Nie każdy jedzie do Łagiewnik, by pochwalić się tym przed katolickim elektoratem, czasem jedzie się do Piekar, by za sobą zostawić politykę, bo są sprawy ważniejsze od niej. Nie każdy myśli tylko o jednym, jak korzystnie wypaść na zdjęciu fotoreportera.

Czy trzeba przypominać, jak nabożnie premier Kaziu przystępował do komunii świętej? Jak wszyscy podziwiali jego modlitewne skupienie. Czy wtedy zdjęcia te też tytułowano „Osamotnienie”?


A może w tym wszystkim chodziło o to, by czytelnika wprowadzić w nastrój zrozumienia trudnej decyzji Sądu o psychiatrycznym przebadaniu byłego premiera?

Czy w końcu nie po to była pamiętna debata, by z prezesa zrobić bandziora wymachującego bronią? Może i ta nagroda, panie paparazzi, była tylko po to, by z prezesa prędzej i wiarygodniej zrobić wariata?

Gówno, jakim w tej chwili wymiar sprawiedliwości się smaruje, by przypodobać się politykom, nie tylko w tej sprawie, nie zmyje się nawet armatką wodną. Zdumiewa mnie tylko, że ktoś poświęca młodość na wkuwanie przez wiele lat nudnych paragrafów, wydaje pieniądze na aplikacje i egzaminy, a potem jak wierny poddany kłania się nisko i pozwala wykorzystać swoją wiedzę przez degeneratów do zdobycia władzy.

Jestem spokojna o los prezesa PiS. Kto ma sobie poradzić z tak bezpardonową próbą linczu politycznego jak nie doktor nauk prawnych.

Myślę w tej chwili o zupełnie innym, znacznie poważniejszym w skutkach problemie, który natychmiast powinien być nagłośniony przez lekarzy i media. A tu cisza, nikogo on nie interesuje i nikt nie drąży tematu.


Wszyscy pamiętają reakcję mediów i polityków, na oskarżenie przez ministra Zbigniewa Ziobrę doktora G. Podniósł się wrzask, choć była to wierutna bzdura, że to przez niego ginie polska transplantacja, ludzie umierają, a bezużyteczne narządy nieboszczyków jedzą w grobach robaki.


Dlaczego dziś nikt nie krzyczy ze zgrozą, że to, co się wokół Jarosława Kaczyńskiego za sprawą Sądu i mediów dzieje, odstraszy chorych, potrzebujących pomocy, od psychologów i psychiatrów?


Tylko nieświadomy skutków młody człowiek pojawi się w gabinecie psychiatry i weźmie od niego receptę na leki uspakajające, gdy organizm nie wytrzyma życia pod górkę.

Nigdy bowiem nie wiadomo czy w przyszłości nie zostanie wizyta ta wykorzystana do pozbawienia go, np. prawa do decydowania o własnym majątku. Czy nie wykorzysta jej szef, który będzie chciał uzasadnić przyczyny zwolnienia z pracy.


Zwyczajna sądowa procedura wyjaśniająca czy oskarżony jest w pełni władz umysłowych, zapobiegająca unieważnieniu wyroku, stała się bronią polityczną, groźną w skutkach bardziej niż nam się może to wydawać. Czy temat jest jednak w stanie zainteresować jakiegokolwiek dziennikarza, lekarza, prawnika?


Szkoda, że jesteśmy tacy krótkowzroczni i nie dostrzegamy, że nie tylko zdrowie psychiczne Jarosława Kaczyńskiego można badać publicznie, ale również nasze i naszych dzieci, bo tak się składa, że politycznym linczom podlegają również ci, którzy się godzą, by innych linczowali.

czwartek, 16 czerwca 2011

Antoni Macierewicz o książce Anatolija Golicyna

Po katastrofie smoleńskiej weszliśmy w szczególny zakręt historii Polski. Miotamy się między jednym doniesieniem a drugim. Rano dowiadujemy się, że ktoś ukrył w rządzie polskim zdjęcia amerykańskie z katastrofy, wieczorem, że prokuratura niezwłocznie je otrzymała.
Wielu z nas zaczyna już rozumieć, że nie są to informacje, lecz dezinformacje. Stara się z nich odkryć ziarenko prawdy i przede wszystkim cel bombardowania opinii społecznej wykluczającymi się informacjami, za które nikt nie ponosi odpowiedzialności.
Jak to możliwe, by służby specjalne tak opanowały przekaz medialny. Gdzie kończy się wykorzystywanie dezinformacji dla celów wyborczych, a gdzie zaczyna się zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa polskiego?

Zrozumienie mechanizmów, którymi kieruje się polityka sięgając po narzędzie dezinformacji, pozwala oswoić emocje i w ich miejsce wprowadzić rozum. To pierwszy krok do czytania między wierszami w doniesieniach i tym samym ograniczenie skutków potężnej broni, jaką jest dezinformacja.

W 2007r, kiedy wydawało się, że wreszcie jest szansa na oczyszczenie z wpływów GRU i budowę polskich służb specjalnych, wydano szczególny podręcznik: Anatolij Golicyn Nowe kłamstwa w miejsce starych.
Bez trudu możemy odszukać w Internecie życiorys Anatolija Golicyna, dlatego pomijamy go w audiobooku.
Lekturę zacznijmy jednak od Przedmowy polskiego wydawcy, bo pozwoli nam lepiej zrozumieć, dlaczego dziś książka jest wciąż aktualna.
W przedmowie do wydania Antoni Macierewicz ówczesny Szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego
napisał
:

Nie ma zapewne ważniejszej książki dla naszej wiedzy o celach i metodach działania służb sowieckich i rosyjskich jak praca Anatolija Golicyna „Nowe kłamstwa w miejsce starych”. Ukazała się wpierw w niewielkim nakładzie w 1984 r. ale od tamtego czasu jej tezy dzielą społeczność służb specjalnych na całym świecie.
Większość odrzuca tezy Golicyna, mniejszość podzielając je
wskazuje na to, że jak mało które zostały one zweryfikowane przez bieg wydarzeń.

Golicyn pisał swoją książkę przez kilkanaście lat i kiedy wydał ją w 1984 r. skoncentrował się wokół kilku tez: po pierwsze wskazywał na fakt, iż niezmiennym celem „systemu sowieckiego” jest panowanie nad światem i temu podporządkowane są wszystkie działania. Po drugie przypominał, że najważniejszym sowieckim
i rosyjskim narzędziem oddziaływania na Zachód jest systematyczna dezinformacja, której celem jest wprowadzenie w błąd społeczeństw i rządów zachodnich tak by zrealizować cel strategiczny.
Po trzecie podkreślał, iż Zachód nie rozumie natury „systemu
sowieckiego” i zamiast analizować jego rzeczywiste działania
komentuje podrzucane treści dezinformacyjne.

Zachód bowiem wierzy w ewolucję, przemiany itd. „systemu
sowieckiego” podczas gdy ten bez względu na oficjalną nazwę
państwa i tytuły sprawujących władzę od czasu rewolucji sowieckiej nie ulega zasadniczym zmianom a jedynie doskonali swoje metody podboju świata. Do takich metod należało wykreowanie w latach 50-tych opinii o konflikcie chińsko-sowieckim a także stworzenie całego systemu ruchów dysydenckich. O ile operacja pierwsza służyć miała dezinformacji geopolitycznej i zmierzała do zmiany koncentracji sił strategicznych Zachodu to operacja
druga, nie mniej groźna – miała na celu przygotowanie teatru
do zasadniczego uderzenia.

Tezy te w roku 1984, gdy książka ta się ukazała, mogły zdumiewać i prowokować do kpin. Dziś nawet najbardziej zagorzali zwolennicy pierestrojki itp. muszą przyznać, że to Golicyn miał rację. Tak głęboko analizowany i warunkujący światową geopolitykę konflikt chińsko-sowiecki został zastąpiony oczywistym już sojuszem strategicznym, który poszerzony o Iran tworzy dziś najbardziej niebezpieczny sojusz ofensywny świata. Podobnie stało się z pierestrojką na obszarze europejskich państw dawnego imperium sowieckiego. Wyzwolone spod bezpośredniej okupacji
sowieckiej, przyjęte do NATO i UE wciąż pozostają pod
dominującym wpływem dawnego okupanta. Nie ma też wątpliwości,
że stało się tak właśnie dlatego, że Rosji sowieckiej udało
się w latach 60-tych i później zastąpić autentyczną opozycję niepodległościową ruchami dysydenckimi, których celem była nie niepodległość lecz socjalizm z ludzką twarzą.

Oczywiście procesy, które sprawiły, iż niepodległość państw
okupowanych niegdyś przez Rosję sowiecką jest wciąż kwestionowana w praktycznym działaniu polityki rosyjskiej, są o wiele bardziej skomplikowane. Ale ich istotą jest wciąż olbrzymi wpływ elit ukształtowanych i kontrolowanych przez system sowiecki. Łatwo to zauważyć przyglądając się trudnościom z odrzuceniem sowieckiego bagażu, dekomunizacją i lustracją, odbudową prawdziwych narodowych i niepodległościowych elit przywódczych.
Przykład polskich służb specjalnych a zwłaszcza WSI, które
do 2006 r. kierowane były przez kadry ukształtowane przez GRU, mówi sam za siebie. A przecież Polska to kraj o najsilniejszych dążeniach niepodległościowych na tym obszarze! Jak trudna więc jest sytuacja gdzie indziej.

Golicyn w 1984 r. dzięki precyzyjnej analizie przewidział powstanie rządu grubej kreski Tadeusza Mazowieckiego, porozumienie rosyjsko-niemieckie, powrót sojuszu chińsko-rosyjskoirańskiego.
Już chociażby z tego powodu książka ta powinna stać
się obowiązkowym podręcznikiem polskich służb specjalnych.
Stworzenie nowych służb wojskowych a zwłaszcza SKW, po likwidacji WSI, otwarło drogę do nowego systemu kształtowania
kadr uniezależnionych wreszcie od wpływów sowieckich. Dla
nich przygotowano to pierwsze polskie wydanie książki Anatolija Golicyna. Jej studiowanie pomoże lepiej rozumieć zagrożenia jakie stoją przed Polską, a które służba kontrwywiadu ma obowiązek zwalczać
.

Sam Anatolij Golicyn we wstępie do swojej książki napisał, między innymi:

Ta książka to efekt niemal dwudziestu lat mojego życia. Prezentuje moje przekonanie, że przez cały ten okres Zachód nie rozumiał natury zmian w świecie komunistycznym i że został zwiedziony i wymanewrowany przez komunistyczną przebiegłość.
Moje badania nie tylko wzmocniły to odczucie, ale także
doprowadziły mnie do wypracowania nowej metodologii analizy
działań komunistów. Metodologia ta bierze pod uwagę dialektyczny charakter strategicznego myślenia komunistów. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie wykorzystywana przez badaczy komunizmu z całego zachodniego świata
.
------------------------------------------------

Zapraszamy słuchaczy Niepoprawnego Radia PL do słuchania kolejnych odcinków książki Anatolija Glicyna. Odcinek pierwszy w 224 audycji - jej premiera dziś (16 czerwca 2011 r.)

19:43 Blog:Katarzyna - Antoni Macierewicz o książce Anatolija Golicyna
19:54 Książka:Anatolij Golicyn (czyta Katarzyna) - Nowe kłamstwa w miejsce starych

środa, 8 czerwca 2011

Komercyjnego strachu ciąg dalszy?

11 września 2001 r. zamach na World Trade Center. Zaraz potem pojawił się wąglik rozsyłany pocztą.
Ale to nie koniec. W 2005 roku świat ogarnia panika; grozi pandemia ptasiej grypy.
Powinniśmy natychmiast zacząć gromadzić zapasy szczepionki przeciw ptasiej grypie. Gdy zacznie się pandemia, nie będzie na to czasu - alarmuje Światowa Organizacja Zdrowia
http://wyborcza.pl/1,75476,2585508.html

I tu pojawia się pierwszy zgrzyt.

Prawda to czy nie? O ile w przypadku wąglika poczuliśmy się zagrożeni, nikt nie wątpił w prawdziwość doniesień, a Internet dostarczał mrożącej krew w żyłach wiedzy na temat bioterroryzmu, o tyle walka z zagrożeniem ptasią grypą nie dała się już podciągnąć pod terroryzm. Na ptasią grypę choruje większość ptaków, a wirus ginie w temp. 70 stopni. Wystarczy myć ręce, dbać o higienę lodówek, nie spać w kurniku, nie jeść tatara z kurzych piersi, nie zaprzyjaźniać się z ptakami pod okapem czy na balkonie, najlepiej wypowiedzieć im kwaterunek i po kłopocie. A jednak sztucznie wywoływana panika osiągnęła cel. Biedne łabędzie poszły na rzeź, a „Kaziom” nie tylko w Polsce słupki sondażowe rosły. Koncerny farmaceutyczne zarobiły krocie na szczepionkach. Nie tylko zresztą na nich.
W doniesieniach prasowych (najbardziej reprezentatywny przykład: Jak nie można się zakazić ptasią grypą http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,3186849.html ) pojawia się nazwa dwu leków: tamiflu i relenza

Wkrótce okazało się, że bardziej groźne od ptasiej grypy stały się owe leki. Lekarze i koncern produkujący lekarstwa musiały uspakajać – tamiflu i relenza są bezpieczne http://abcgrypa.pl/brytyjscy-lekarze-tamiflu-i-relenza-bezpieczne

Kiedy dłużej już nie można było bawić się w nakręcanie paniki pandemią ptasiej grypy, sprawa przycichła, ale nie na długo. Ni stąd ni zowąd pojawiła się świńska grypa. Koncerny wymusiły zakup szczepionek, nie wszyscy Europejczycy chcieli się jednak bać i szczepić. Media cytowały hiszpańskiego przewodniczącego Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, Lluís Maria de Puig. Miliony ludzi szczepiło się nieprzetestowanymi szczepionkami, narażając się na nieznane skutki uboczne. Poza tym doszło do ogromnego marnotrawstwa środków publicznych - grzmiał przewodniczący i na tym się skończyło.
http://www.pardon.pl/artykul/10556/rada_europy_swinska_grypa_to_najwiekszy_przekret_w_historii/1

Unia Europejska, a w tym rządy, które zakupiły szczepionki nie zdecydowały się na wyjaśnienie roli koncernów farmaceutycznych w napędzaniu strachu obywatelom. Może nie było co wyjaśniać, bo wszystko było jasne już od początku?

Dziś mamy kolejny problem śmiertelnego zagrożenia pałeczką okrężnicy EHEC.

Od wielu dni nie można ustalić źródła zagrożenia. Winne były hiszpańskie ogórki, kiełki, restauracja w Lubece. W końcu rośliny zostały uniewinnione. A media wciąż donoszą o epidemii w Niemczech, śmiertelnych zakażeniach. Unijny komisarz wścieka się, rolnicy domagają się odszkodowań. Rano internautów na jednym z polskich portali przywitał tytuł: Czas zacząć się bać
W południe wesoło się robi wokół doniesień z Niemiec. Epidemia i chaos, a politycy tylko „ogórkują – krytykuje tamtejsza prasa. Faktycznie, tylko tytuł jest wesoły, bo reszta nie do śmiechu. W szpitalach jest coraz więcej chorych i przybywa śmiertelnych przypadków.
Podniosły ton polskich doniesień wzmacnia nasz niepokój: Już 2 osoby zachorowały w Polsce!

Ale prawdziwy hit czeka nas po południu.
Jak powiedział na konferencji prasowej niemiecki minister zdrowia Daniel Bahr, doświadczenia wcześniejszych epidemii EHEC na świecie pokazują, że w większości przypadków nie udaje się wykryć źródła zakażeń.

Ciekawe, bo mogłabym się założyć, że jeszcze kilka dni temu wszyscy naukowcy i politycy, a prasa za nimi, zgodnie twierdzili, że jest to nowy szczep bakterii, do tej pory nieznany.
Kto nie wierzy, niech zajrzy: http://losyziemi.pl/ehec-to-nowy-i-nieznany-dotad-szczep-bakterii-zabija-ludzi-juz-18-ofiar
W portalu losyziemi.pl czytam 2 czerwca.
Światowa Organizacja Zdrowia poinformowała, że za zachorowania odpowiada nowy nieznany dotąd szczep bakterii EHEC.
Polecam również następną informację z tego portalu:
http://losyziemi.pl/niebezpieczna-bakteria-produkujaca-enzym-ndm-1-odporny-na-antybiotyki/
4 czerwca ukazała się tam wiadomość o wykryciu u 86 – letniego Kanadyjczyka, który od 10 lat nigdzie nie podróżował, super-bakterii produkującej enzym NDM-1 odporny na antybiotyki.

Przez tydzień w Niemczech i innych krajach szukano źródła zakażeń, ale dziś dzięki niemieckiemu ministrowi już wiemy, że go nie znajdziemy.

Mam swoje trzy teorie spiskowe na wyjaśnienie tego, co się wokół owej bakterii dzieje.
Pierwsza jest banalna. Nadmiar warzyw płynący nieprzerwanym strumieniem z Hiszpanii zagroził rolnikom niemieckim i holenderskim. Dzięki tajemniczej super-bakterii strumień ten mógłby być powstrzymany. Teoria ta miałaby szansę uwiarygodnić się, gdyby nie to, że Hiszpanie nie dali się nabrać.

Druga moja teoria jest ciut poważniejsza i ma tę zaletę, że nie da się sprawdzić, można ją rozwijać w dowolnym kierunku. Komuś coś wpadło do wody w pewnym laboratorium. A wskazanie tego miejsca jest albo niewskazane, albo miejsce jest nieznane. Korzyść z takiej teorii podwójna, bo zawsze można wrócić do przykładu tajemniczego wąglika rozsyłanego pocztą i przekonać, że to Al-Kaida tym razem rozsyła zarazę przez wodociągi.

Trzecia teoria spiskowa dotyczy marketingu za pomocą strachu. Świetnie ją onegdaj unaocznił Alfred Hitchcock w filmie, na projekcji którego strach było spojrzeć w ekran. Myślę tu o „Ptakach”, które długo jeszcze potem wywoływały niepokój u ludzi widzących gromadzące się mewy czy gawrony.
Strach Hitchcocka wykorzystał reżyser „Dubla” – Johan Grimonprez. Poszukiwanie sobowtóra Hitchcocka do projektu „Looking for Alfred” zakończyło się filmem pokazującym stopień obezwładnienia strachem w latach zimnowojennych społeczeństwa amerykańskiego i sowieckiego. Poddane obróbce rządowych manipulacji i propagandzie boją się o własne bezpieczeństwo. Ameryce grożą rakiety zainstalowane na Kubie, Związkowi Radzieckiemu zbrojenia amerykańskie.
http://www.mojeopinie.pl/dubel__johana_grimonpreza,3,1267020125

Mija zimna wojna, pojawia się zagrożenie terroryzmem, a strach ulega komercjalizacji. Przydaje się na różne okazje, a już na pewno nieocenionym staje się dziś w marketingu farmaceutycznym. Boimy się o siebie i bliskich, gotowi jesteśmy zastawić dorobek życia, by uratować zdrowie bliskiej nam osoby czy swoje. Nie będziemy na sobie sprawdzać czy strach ten jest uzasadniony.

Czy na tym strachu oparta jest dziś panika wokół zakażeń pałeczkami okrężnicy?

Przekonamy się wkrótce. Jeśli tak jest, to za kilka dni, a może i wcześniej, powinien ukazać się radosny news. Odkryto skuteczny lek na super-bakterię. Koncern X podjął się przyspieszonych badań klinicznych. Należy się spodziewać, że w najbliższym czasie tajemnicza epidemia zostanie zażegnana.

Czy będzie się ktoś jeszcze wtedy pytał o źródła zakażenia, skoro jest skuteczny lek?
A powinien pytać każdy. Bo co będzie, jak każda z tych teorii i im podobnych okaże się nieprawdziwa, a atak biologiczny stanie się faktem?

PS.
Na świńskiej grypie koncerny zarobiły krocie, między innymi, na Ukrainie. Zastanawiam się czy obecne doniesienia o zarejestrowanych tam przypadkach cholery to ten sam numer co z świńską grypą? A może jednak cholera we wschodniej Ukrainie zgaśnie równie szybko, jak się pojawiła, bo super–bakteria EHEC z tajemniczym enzymem NDM-1 przyniesie więcej szmalu?
Nie da się jednak wykluczyć, że doniesienia o przypadkach cholery we wschodniej Ukrainie i epidemii EHEC mają ze sobą coś wspólnego. Podobno enzym NDM-1 odkryty w 2008 roku w Nowym Delhi w Indiach jest szczególnie niebezpieczny nie tylko w bakterii e-coli ale również cholery, jeśli, oczywiście, to ten sam enzym, który dziś straszy Niemców i resztę świata. Ale to tylko taka moja kolejna teoria spiskowa.
http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/cholera;na;ukrainie;przybywa;chorych,210,0,845010.html