środa, 23 czerwca 2010

Największe osiągnięcia III RP


 Ani się obejrzeliśmy jak dzieci urodzone w 1989 uzyskały prawa wyborcze. Jedni dumnie maszerują z najbliższą rodziną do lokalu wyborczego, inni kontestują smutną rzeczywistość bezrobocia po szkole i zamiast zmieniać Polskę przeglądają Internet i mapę, konsultują z rówieśnikami, gdzie by tu wyjechać i zarobić na czesne czy stancję na tzw. darmowych studiach.  I ani im w głowie głosowanie. Na pytanie – Dlaczego? - zamiast konkretnej odpowiedzi, machają  niecierpliwie ręką; wszyscy są tacy sami, nie ufam nikomu.
  
I to zdanie jest  największym osiągnięciem III RP.
Tak zniechęcić do wyborów, by tylko zdecydowani wielbiciele nowego postpeerelowskiego ładu poszli głosować.
Raz po raz ktoś tam osiągnięcia spin doktorów psuje; a to rząd Olszewskiego, wygrana PiS z winy ciemnogrodu i moherów z Radia Maryja, a to wieś, a to Polonia, która wybiera nie wiedzieć czemu nam prezydenta   

Ale wszystko jest do nadrobienia.
Najważniejsze, by przekonać, że nie wszyscy mają prawo siedzieć w I klasie okrętu zwanego państwem, a wszystko, co wydaje się nam rozkradaniem majątku narodowego i demontażem państwa jest tylko wymysłem przywiązanych do ideologii socjalistycznej.
Coraz łatwiej jest ten kit wciskać młodzieży.

Pierwszy raz głosujący nie pamiętają tzw. reformy gospodarczej Balcerowicza, która polegała  głównie na otwarciu polskiego rynku na towary unijne z dnia na dzień. Nie mieliśmy szans. Zalały nas buble i świecidełka. Polska wraz z innymi państwami demoludów uratowała rynek zbytu starej Unii. Tania siła robocza, akcyza, płaca minimalna, kredyty, zadłużanie państwa bez kontroli społecznej, dzika prywatyzacja - to były główne atuty „osiągnięć” gospodarczych Polski. 

I tu kryje się  drugi sukces III RP. Skutecznie udało się wmówić, że prywatyzacja i własność prywatna to są synonimy.
Dlaczego nie uwłaszczono społeczeństwa? To proste; ono nie chciało tego. Pytaliśmy się w referendum. Ciekawe tylko, że nikt nie pytał o to czy to samo społeczeństwo chce wyprzedaży Polski pod eufemizmem – prywatyzacji.

I trwa to do dziś. Najpierw było:
Dlaczego sprzedano cementownie produkujące cement w oparciu o najwyższej jakości myśl technologiczną polskich naukowców za bezcen i dlaczego prawie natychmiast zostały zamknięte?
Teraz:
Dlaczego stocznie były nierentowne a Polską Żeglugę Morską stać teraz na zamówienia statków w Chinach?
Na te pytania są wciąż, mimo upływu lat, te same odpowiedzi:

Bo prywatne jest lepsze od państwowego, bo prywatnie lepiej zarządzane, bo nieważne, kto jest właścicielem; Polak czy Turek, Niemiec, czy Chińczyk bo…takie są prawa rynku. Cenę reguluje popyt. Zamknięto też ustawą o związkach zawodowych gęby związkowcom, przy okazji wmawiając ludziom, że związki zawodowe to tylko socjalistyczny przeżytek w drodze do postępu.
Jeśli gdzieś się tam buntowano, to wysokie odprawy i akcje, które natychmiast po przejedzeniu tych pierwszych, trzeba było odsprzedać, robiły swoje.

Nie mamie Katarzynie przy zmywaku analizować błędy, czy może celowe działania, gospodarcze pierwszych lat po  uwłaszczeniu nomenklatury rządu Rakowskiego.
Efekty jednak dotyczyły mnie i mojej rodziny i tak się dziwnie składa, że jak tylko zaczynało się co nieco poprawiać i wychodziliśmy z kredytów, natychmiast trzeba było chłodzić gospodarkę, albo ogłaszać kryzys finansowy . 

I znowu wszystko wróciło do normy. Bezrobotny rzuca się na wyprzedaż i promocję żywności w supermarketach.
Kocha małe sklepiki, ekologiczne jajka, bezpieczne lekarstwa, ale może tylko pomarzyć o zdrowej żywności i ekologicznym stylu życia.  Nie ma mowy o koszyku minimum socjalnego. I nie ma też mowy o szukaniu pracownika. Niebezpieczeństwo, które narodziło się za rządów PiS zostało zażegnane i to skutecznie. Pracownik znowu sam przychodzi do firmy i cieszy się płacą; na czynsz ma oficjalnie, na chleb pod stołem.

I tak się to plecie od 21 lat. Co się polepszy to się popieprzy. Argumenty są jednak wciąż te same, tylko oprawa ich zmienia się. O przyszłej emeryturze w związku z udawaniem, że wszystko jest w najlepszym porządku, nawet nie warto wspominać.

Przed przystąpieniem do UE wszelkie niepopularne decyzje tłumaczono koniecznością dostosowania prawa polskiego do unijnego, bo inaczej nas nie przyjmą. Tak bardzo baliśmy się powtórki z historii, że nawet eurosceptycy głosowali za przystąpieniem do Unii, byleby dalej od Rosji.
TEGO WYMAGA UNIA EUROPEJSKA. To mantra, którą nam powtarza się wciąż; ostatnio przy likwidacji stoczni. Taki klucz – wytrych do zamykania ust ośmielającym się logicznie oceniać pracę i osiągnięcia polityków. Już, już miała się okazać równie ważnym sukcesem III RP, ale „sie rypło” i owa mantra nieco straciła na wartości, kiedy okazało się przy powodzi, że nie wszystkie dyrektywy wykonywane są z równą gorliwością.

Nadal jednak trwa w całym rozkwicie III RP najważniejszy sukces. Udało się politykom już bez żadnej osłony włączyć wymiar sprawiedliwości do kampanii wyborczej. Wyroki w sprawie rzekomego pomówienia o skłonności prywatyzacyjne Komorowskiego są kpiną z polskiego wymiaru sprawiedliwości. Nie będę sobie nawet języka po próżnicy strzępić, by to uzasadniać, bo niedługo Europa będzie ostrzegać swoich obywateli przed polskim wymiarem sprawiedliwości.

No cóż, teraz ja, jako ta z konieczności siedząca w tej samej klasie III RP, powtórzę zapamiętaną lekcję; nie wierzę wam, nie wierzę w ani jedno słowo zapewnień PO i Bronisława Komorowskiego. Nie ufam wam, wszyscy jesteście tacy sami.

Nie liczcie jednak, że nie pójdę do wyborów.  Nie dałam sobie odebrać dowodu. W przeciwieństwie do młodzieży, nie pamiętającej całego okresu „sukcesów” III RP, wiem też, dlaczego nie ufam.
Te 45 ustaw podpisanych przez Komorowskiego, w tym ta - dotycząca ingerencji w rodzinę, wbrew petycjom i apelom, to pośpieszne obsadzanie stanowisk pod kampanię wyborczą a nie dobro kraju,  to deprecjonowanie polskich nadziei związanych z gazem łupkowym, ta skandaliczna umowa z Gazpromem, dezinformacja i manipulacja  przy badaniu przyczyn katastrofy smoleńskiej, to mizdrzenie się do Jaruzelskiego jest dla mnie dowodem, że Bronisław Komorowski nie powinien być prezydentem Polski. A tandem; prezydent z PO i rząd PO jest w najwyższym stopniu zagrożeniem dla  jej niepodległości i bezpieczeństwa obywateli.  I nie chce ryzykować losu ojczyzny dla głowy Donalda Tuska. Dla mnie jest ona nic nie warta. Premiera można wymienić. Narażać ojczyznę dla partii kolesiów byłoby dla mnie pluciem sobie we własny życiorys i zdrowy rozsądek. 

czwartek, 17 czerwca 2010

Ojczyzna macocha


Rozprawa, o której pisałam ja i pisał MarkD w swoim blogu http://markd.pl/zwyciezca/ , nie nastraja mnie nadzieją. Nie dlatego nawet, że orzeczenie sądu było niekorzystne.

Przy odsłuchiwaniu nagrań z  procesu, zastanawiałam się czy kogoś w ogóle jeszcze ten temat interesuje, czy warto patrzącym w przyszłość cokolwiek jeszcze tłumaczyć, skoro oni tamten okres PRL uważają za zamknięty, a nas starych za zgorzkniałych kombatantów i nieudaczników?
Jak wytłumaczyć młodemu lemingowi, że ta kombatancka przeszłość wcale nie jest przeszłością, że ona wciąż trwa, choć w zmienionej formie? Na razie nie trzeba jej zmieniać na ulicach i w więzieniach. Wystarczy determinacja w dochodzeniu sprawiedliwości i ludzka solidarność. W pojedynkę nie zmienia się świata, nie buduje się Ojczyzny, nie zbuduje się własnego domu.

Poczułam się gorzko, ale po raz pierwszy nie umiałam w żaden sposób nazwać tego, co czuję, o czym myślę i jak widzę Ojczyznę i siebie.
Nie wiem, jaki będzie wynik wyborów. Nie wiem czy zmieni się coś w Polsce. Nie wiem, jak śpiewa bard: „gdzie już być sobą, a gdzie proponować złotych plik”.

I, niestety, w tym zagubieniu nie jestem sama.

Pod notką, o której wspominałam już „To boli” http://mamakatarzyna.blog.onet.pl/To-b-boli-b,2,ID248046933,n  otrzymałam komentarz Emigranta z Irlandii.

Można tę opinię zlekceważyć, można udać że się nie słyszy. To prawda, ale dzban przelewa się od kropelek wody. Czy koniecznie gorycz musi się przelać, czy koniecznie muszą być nieszczęścia potrzebne, by wybierać mądrze i wymagać od  swoich przedstawicieli odpowiedzialności za Ojczyznę i jej obywateli?
Jak widzi Emigrant Polskę?


„Ojczyzna, Polska a Państwo..... Państwo nas potrzebuje ... Ojczyzna, Polska a Państwo.....
Państwo nas potrzebuje byśmy w imię tzw. "Wspólnoty" płacili haracze.
To jest zrozumiale, tylko w jakiej skali, aby nie tylko WILK się nażarł, ale i  owcy jeszcze zostawić trochę sierści na grzbiecie!!!!!!!!!!!
I nie przeganiać jej z "pastwiska".
 
Kiedyś kilku mocniejszych i sprytniejszych zrobiło się wodzami plemienia - dziś te role odgrywają tzw. "Elity", które często okazują się być bandą cwaniaków wcale nie troszczących się o Polskę i Polaków, dla nich ważne jest by targać "Sukno Rzeczypospolitej".
Ktoś za to musi płacić - oczywistą jest rzeczą, że kiedyś to był chłop pańszczyźniany a dziś to jest zwykły zjadacz chleba - zwłaszcza tacy, co są na etatach nie wywiną się fiskusowi. Tacy jak Palikmiotki, Kulczyki mają zaś na tyle, by cwanie przenieść mająteczek  np. na Kajmany  i wywinąć się.
Robi to większość z prostej przyczyny -PANSTWO JEST PAZERNE i jednocześnie ROZRZUTNE. Po prostu nie ma porządnego GOSPODARZA w tym kraju nad Wisłą.
Państwo ustami władających będzie mówić, że "nieznajomością prawa nie można się tłumaczyć" - zgodnie ze stara rzymska regułką, ale to samo Państwo zapomina o innej ZELAZNEJ REGULE RZYMSKIEJ, ze nie wolno dwa razy karać za ten sam uczynek.
 
Tymczasem, co robi tzw. Państwo Polskie? ·Otóż każda zarobiona złotówka jest okładana kara WIELOKROTNIE tylko raz zwana jest podatkiem, drugi raz akcyza, trzeci raz podatkiem VAT i jeśli "szaraczek - Polaczek" cos wykona to fiskus tak obłoży kilkukrotnie te zarobiona złotówkę, ze temu szaraczkowi zostawi - no ile? ·Może 30%.
To jest dopiero cwany sposób OKRADANIA OBYWATELA, tymczasem mami się go "dbaniem o dobro".
Nawet bezrobotny żebrak jak dostanie jałmużnę to kupują sobie bułkę, mleko zapłaci Ok 13% podatku w sklepie.
NIKT, ALE TO ABSOLUTNIE NAJBIEDNIEJSZY NIE WYWINIE SIE FISKUSOWI, no chyba, że jest cwany, sprytny i...ma możliwości.
Jeśli :
- alkoholik wynosi i wyprzedaje dobytek z domu, to jest tzw. degeneratem
-jeśli zaś  w majestacie prawa od 20 lat robią tak kolejne nieRządy RP
działając w ramach "państwa i Polski" to to się nazywa "Prywatyzacja"

Juz nam tak rządzący "Rodacy -Polacy" zdegenerowali gospodarkę, ze jest 13 % bezrobocia, mimo iż, jak się szacuje, od wejścia Polski do EU wyjechało ok 2mln Polaków.
Wiec Ojczyzna jest Macocha dla wielu setek tysięcy ile nie milionów Polaków!!!!!!!!
Tego nie da się ukryć.To jest statystyka!!!
 
Inżynier Kwiatkowski zbudował Centralny Okręg Przemysłowy, Gdynię - miasto i Port a ktoś likwiduje stocznie..., zbrojeniówkę.
Czy my nie potrzebujemy juz karabinów i czołgów, bo na świecie zapanował odwieczny pokój???
Niemcy nam produkują auta, proszki do prania.
Angole i Szwajcarzy robią nam nawet zupki w torebkach.
Chińczyki robią nam rowery, ubrania, zabawki
a "polacy" nieRządzacy z tzw. "Państwa Polskiego"  eksportują "polskiego hydraulika"..........
Ojczyzna? Czy ktoś z tych politykierów był w wojsku, walczył za Ojczyznę? No chyba tylko Radek Sikorski w Afganistanie strzelał podobno do ruskich....
Ojczyzna? - Prezydent jedzie i pokazuje się nad grobami tych, którzy o Polskę, Ojczyznę realnie  właśnie walczyli i zginęli - nachlany i zataczający się, a potem tłumaczy to niedyspozycją goleni?
Takich sobie Polacy wybierają "reprezentantów”...... ·Zaś oni wola ja zaprzedać, wyprzedać, robić siuchty, afery twierdząc najczęściej, że robią to dla naszego dobra.
Pieniądze z tzw. "Prywatyzacji" są często przeżerane lub znikają w tworzonych agencjach, doradztwach, spółkach rodzinnych

Ja rozumiem, że jeśli jest gangrena to lekarz ucina palec lub stopę, ale "polacy -nieRzadnicy"  poucinają nam wszystkie palce, dwie stopy, obie nogi do kolan, a potem zamkną jeszcze szpitale.
Zostaniemy okrojonym kadłubem niezdolnym do działań i ruchu.
Oczywiście, przed zamknięciem szpitali najpierw je się wyremontuje za panstwowe=Podatnika pieniądze, następnie wykaże, ze jest nierentowne i przynosi straty ( tak było np. z hutnictwem, które wystawiono na światowy dumping), po czym się szpitale sprzeda za bezcen i hulaj dusza- społeczeństwo się starzeje -to raz a dwa każdy jak zachoruje to woli się lepczyc niż umrzeć wiec i tak ludzie przyniosą w końcu kasiore do szpitala i juz będzie załatwione spraw dochodów dla właścicieli NOWE SLUZBY ZDROWIA.

~Emigrant z IRL, 2010-06-16 16:54

Możemy też posłuchać.
www.radiopl.pl  już o godz. 19.00 nowe wydanie audycji. Program na stronie radia.

Powtórki aż do niedzieli do godz. 19.00 Potem dostępne w archiwum.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

PRL w sądach wolnej Polski


Tylko politykom łatwo przychodzi mówić o represjach w stanie wojennym. Chwalić się w spocie wyborczym kontaktem z pałą milicyjną.

Zresztą zwykle tłumów do słuchania wspomnień nie ma i łatwo stracić nawet najbliższych przyjaciół, gdy zbyt często wraca się do nich.

Czasem jaki historyk wspomni i odda przynajmniej ułamek prawdy niewesołych lat.
A czasem są  sytuacje, w których tak cię coś zaboli, że musisz z siebie wyrzucić.
Tak było w przypadku  mojej notki z 2007 r. „To boli” http://mamakatarzyna.blog.onet.pl/To-boli,2,ID248046933,n

Nie znaczy to jednak, że wszystko stało się przeszłością. Postanowiliśmy ją zamknąć  wyrokiem sądowym uchylającym tamten wojenny, który zaważył na całym naszym życiu.

Jak się wkrótce zdążyliśmy przekonać, był to ostatni moment, bo nasi świadkowie świadczą prawdę już przed Bożym Sądem.
Wspomniałam o tym w związku ze śmiercią olsztyńskiej działaczki ”Solidarności” i posłanki na Sejm – Grażyny Langowskiej.

Wtedy, gdy wracaliśmy z Warszawy, byliśmy pełni nadziei; roczna szarpanina miała się ku końcowi. Postanowienie   Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie uchyliło wyrok  skazujący za odmowę przyjęcia karty powołania do wojska i uznało go za represje stanu wojennego.

To właśnie po jego uprawomocnieniu mieliśmy się spotkać z Grażyną Langowską. Nie doszło do spotkania. Ją zabrała śmierć, a my stanęliśmy przed kolejnymi schodami jako żywo przypominającymi sądy PRL.

Długo by opowiadać i nie wiem czy wszystkich to interesuje. Dlatego rano w  komentarzach w blogu  yarroka http://www.blogpress.pl/node/4554#comments umieściłam off topic.

„...Nigdy nie przypuszczałam, że udowodnienie tamtych represji w wolnej Polsce będzie trwało 2 lata, a skutek niewiadomy mimo dowodów i zeznań świadków.
Jeśli kogoś z dziennikarzy interesuje, jak są traktowani w sądach dawni działacze "Solidarności" w III RP, to zapraszam jutro- 15 VI 2010, na godz. 10- tą do Sądu Najwyższego w W-wie. Sala b”. 




Myślę jednak, że winna jestem sobie i moim czytelnikom ów  off topic zamieścić w swoim blogu.
Młodym wydaje się, że wszystko, co piszemy o III RP, jest jedynie grą polityczną na użytek nie kończącej się w naszej Ojczyźnie kampanii wyborczej. Tymczasem trudno już, przynajmniej mnie, która doskonale pamięta PRL, oprzeć się wrażeniu, że  rzeka wraca do koryta. Z każdym rokiem zamiast stawać się historią wraca zmutowana i straszy już nie tylko w snach.

Można się przekonać samemu, np. sprawdzić, co dzieje się z sędziami czy esbekami, którzy w stanie wojennym wydawali wyroki, donosili, pisali raporty w naszych miastach? Czy rzeczywiście nikomu nie zaszkodzili?
Niejeden piewca III RP może przejrzy na oczy, gdy dowie się, że sędzia ten czy ów ma się całkiem dobrze, tak jak i cały układ koleżeńskich powiązań, a nawet awansował do Sądu Najwyższego, zaś domagający się rehabilitacji ciągani są po sądach i wkrótce będą w oczach nie znających politycznych realiów, takimi samymi oszołomami, jak  wydawała się im Ania Walentynowicz, Andrzej Gwiazda czy Krzysztof Wyszkowski.

Takich „oszołomów” mamy obok siebie, w swoich miejscowościach; często biedni, czasem topiący żal i rozgoryczenie w alkoholu. Zwykle jedni z nas, niepozornie borykający się z trudnościami dnia codziennego. Oni więcej mogą powiedzieć niż niejedno opracowanie historyczne. Problem w tym , że ich opowieści nie bardzo nas interesują. Jakże często słyszą nawet od najbliższych; a pocoś pchał się do polityki.

Może warto jednak popytać i zainteresować się, może warto pójść na taki proces jak ten jutro w Sądzie Najwyższym? Jest wtedy szansa, że nauczymy się na cudzych błędach a nie swoich.


środa, 9 czerwca 2010

Półprawdy posła Arłukowicza


Najważniejsze jest zwycięstwo. Nie liczy się nic; ani honor, ani dobre imię. Skuteczny piar to ten, który daje zwycięstwo i siłę opartą o strach pokonanego przeciwnika. Zdaje się wskazywać Eryk Mistewicz  w dialogu z Michałem Karnowskim o  „Anatomii władzy”.

Zastanawiam się. Czy osiąga się je  tylko manipulując wyborcami  ciekawą hagadą? Nie trzeba czytać książki, by widzieć, jak w polityce króluje dezinformacja,  kłamstwo i insynuacja. Fachowo  chyba nazywa się to taktyką spin doktorów.

Przykład? Niedaleko sięgam pamięcią. Nie można kontrkandydata bez groźby narażenia się środowisku gejów nazwać homoseksualistą, ale można zasugerować, że ma dziwne skłonności, bo nie ma rodziny. Biada jeśli zainteresowany zacząłby zaprzeczać.

A kiedy ta narracja nie chwyta, bo Polacy nie dają się już podpuszczać, jest jeszcze inny stereotyp pod ręką.  Można rodakom, którzy podobno  „antysemityzm wyssali z mlekiem matki”, umiejętnie zasugerować niewinnym pytaniem szefa sztabu wyborczego, że kandydat  wrogiej partii jest Żydem. Niestety, kandydat nie dał się sprowokować, znowu nie chwyciło, a temat nie nadaje się do podgrzewania, bo w konkurencji; kto jest Żydem w polskiej polityce, PO nie ma sobie równych.

Minął też okres, kiedy Polacy bali się ostracyzmu wskutek  nadania przez GW etykietki antysemity. Doskonale odróżniają Żyda od organizacji syjonistycznych i Kongresu Żydów Amerykańskich.
Nagminne, moim zdaniem, i to nie tylko  w kampanii wyborczej, jest żonglowanie półprawdami.
Młodzi odbiorcy przekazu medialnego mogą mieć niejaki problem z odkryciem, co w wypowiedzi polityka jest najważniejsze. Wychowani na „Trybunie Ludu” i  „Dzienniku” TVP w PRL nie mają z tym żadnych trudności.
Przykład najnowszy. Oto posłowi Arłukowiczowi  nie podoba się Komorowski; robi wrażenie nieprzygotowanego do pełnienia funkcji prezydenta, unika debaty, nie znamy jego poglądów.

Już chciałam ucieszyć się, że pediatrę stać na obiektywizm. Przełknęłam gładko krytykę Jarosława Kaczyńskiego, którą znam już na pamięć. Każde dziecko przecież wie, że Jarosław Kaczyński nie zmieni się i basta. Nikt nie próbuje nawet wyjaśniać, dlaczego miałby się zmieniać, skoro ten „wredny kaczor”, to wirtualna bajka wymyślona  dla usprawiedliwienia wyborczego oszustwa PO, która mamiła wyborców koalicją z PiS, a potem dla usprawiedliwienia torpedowania pracy rządu i straszenia państwem policyjnym, tropiącym i prześladującym bohaterów – agentów WSI  i TW.

Jeśli ktoś myśli, że w wypowiedzi posła te dwa akapity były najważniejsze, to się grubo myli. Istotą piaru   Napieralskiego jest powrót do retoryki, na której zwycięsko do koryta doszła PO zmiatając niechcący prawie całkowicie SLD z polityki. Co wprawiło międzynarodówkę europejską w niemałe osłupienie i przerażenie. PO błąd naprawiła  i to już kilka razy nawet  w Sejmie, a Komorowski dług ostatecznie spłacił chwaląc Jaruzelskiego za wprowadzenie stanu wojennego.
Nie może więc poseł Arłukowicz wypowiadać się merytorycznie, nie może być niewdzięcznikiem za tyle okazanego dobra. O swojego kandydata musi jednak dbać. PO wybaczy mu, że powtarza nic nie warte wyborcze hasełka, skoro nie pyta o rzeczy wstydliwe, np.; Kim jest Komorowski? Kogo reprezentuje, gdy mówi językiem Gazpromu i niweczy zabiegi polskiej dyplomacji uniezależnienia Polski od rosyjskiego gazu?
Chciałoby się w tym miejscu Eryka Mistewicza, znanego miłośnika narracji politycznej, zapytać; Czy wypowiedź Komorowskiego wzmocniona przez Mężydło o konieczności ratowania rosyjskiej gospodarki poprzez wieloletni kontrakt gazowy, to też tylko polityczna hagada i perskie oko do Rosji? A po wyborach wszystko się odkręci?

Ale poseł  Arłukowicz jest litościwy też dla Jarosława Kaczyńskiego. Powtarza wyświechtaną bajkę, nie pyta jednak o niepokojącą  polską prawicę wypowiedź dotyczącą powołania armii europejskiej. Poseł Arłukowicz jest pediatrą, na wojsku się nie zna, na armiach też. A jak będzie trzeba to w Sejmie inni zadecydują, a on tylko podporządkuje się dyscyplinie partyjnej. Przeciwnika nie można atakować za to, o czym od dawna marzy własna partia.
Co więc jest w tej rozmowie Arłukowicza w Polskim Radiu tak intrygującego, że młócę tę wyborczą słomę?
Nic. Poza jednym zdaniem:
„On mówi (JK p.mój) dokładnie jakiej Polski chce, chce budować IV RP, którą budował ze swoimi kolegami Giertychem i Lepperem”.

Jeśli tego nauczył się z książki  „Anatomia władzy”, a chwalił się znajomością jej kilka razy na twitterze, to konsultant polityczny E. Mistewicz może sobie pogratulować. Choć, domyślam się, że szkolenie piarowskie posła Arłukowicza, nie było celem interesującego dialogu  prowadzonego w książce.

Narracja polityczna  jest kierowana głównie do takich jak ja, zwykłych zjadaczy chleba, czasem pozwalających sobie na luksus myślenia przy zmywaku, ale mających swoje zasady. Nikt nie chce mnie zmieniać, ani mnie oświecać, chce tylko, abym rzuciła głos po jego myśli.   Zdradzę więc ciężko pracującym w sztabie wyborczym Napieralskiego, co myślę o takim wywiadzie. Co tam, ułatwię im pracę.
 Poseł Bartosz Arłukowicz posługuje się półprawdą, by dokopać  najważniejszemu przeciwnikowi, jakim jest w wyborach Jarosław Kaczyński. Marzy mu się, by jego kandydat załapał się do drugiej tury. Można by wtedy potargować. Oj można z marszałkiem niejedno głosowanie uzgodnić. Lobbyści po obu stronach tracą cierpliwość, czas ucieka.
A że wszystko razem przypomina  walkę między mafijnymi gangami? Zaczyna się od pocałunku, a kończy na strzelaninie? Nie szkodzi, tak ma być.

Do jakich emocji najlepiej się odwołać? Oczywiście, do Leppera i Giertycha.

Zastanawiam się jednak czy wszystko przewidzieli w sztabie wyborczym Napieralskiego. Co będzie, jak młodzi ludzie poszperają w Internecie, zechcą sprawdzić czyim kolegą był Lepper i dowiedzą się, że Samoobrona to tzw. „piąta kolumna SLD”? Co będzie jak  rodzice zażyczą sobie prawdziwej polskiej historii w szkołach, kształcenia na właściwym poziomie, mundurków, skutecznego zwalczania przemocy i narkotyków? Radzę porozmawiać z nauczycielami zanim użyje się słów „koledzy Jarosława Kaczyńskiego” również  w przypadku Giertycha, bo może się okazać,  że będzie to policzone PiS na plus w kampanii wyborczej? Wielu rodziców i nauczycieli dziś tęskni za ministrem edukacji Giertychem. Wiem to na pewno.
Może więc nie warto sączyć kłamstwa i półprawdy a przypomnieć sobie koalicje swojej  partii w Sejmie, radach samorządowych i sejmikach?



Ps.
Polecam komentarz Rzepki pod  notką:
http://www.blogpress.pl/node/4517#comments
 oraz 
http://www.pardon.pl/artykul/11719

sobota, 5 czerwca 2010

POLSKA JEST NAJWAŻNIEJSZA!


Unikam już rejestracji w kolejnych miejscach internetowych. Nie ma mnie na Naszej klasie  i nie ma na Facebooku.
I chyba nie będzie, bo nie odpowiada mi sposób rejestracji. Nie, żebym miała coś do ukrycia. Każdy, kto chciał, już dawno mnie zdekonspirował. Nie lubię jednak, jak mnie ktoś do czegoś przymusza, np. do podania imienia i nazwiska oraz wieku.
Dlaczego o tym piszę? Bo mimo niechęci do stadnej rejestracji :-) zaglądam do tego portalu.
Są tam też ludzie młodzi, którym zależy na przekazaniu innym, w co wierzą, z czym się utożsamiają i co jest dla nich ważne.
Z ogromną radością przyjmuję zawsze informacje o inicjatywach budujących wspólnoty w imię wartości wyższych niż sprzedaż kremu przeciw zmarszczkom czy iPada.

Dzięki twitterowi  http://twitter.com/mamakatarzyna dotarłam do takiej inicjatywy.

Wiem, że zaraz usłyszę, iż jest to akcja typowo wyborcza i zniknie wraz z końcem kampanii.
Czy tak będzie? W dużej mierze zależy od naszej wiedzy i stosunku do Polski.
Czy jest ona dla nas najważniejsza? Na to pytanie każdy sam musi sobie odpowiedzieć.

Młodzi ludzie zamieścili tu informacje o trzech akcjach.

Jedną z nich staram się zrozumieć, choć z pewnością nie jest to moja bajka. Z muzyki, jaką tworzy i wykonuje, między innymi, szwedzki zespół „Sabaton”, nie miałam szans wyrosnąć, bo była za czasów mojej młodości niedostępna jako przejaw burżuazyjnego zepsucia.  Ale i do mnie, muzycznego dinozaura, dotarły wieści o zainteresowaniu jego członków historią Polski i to takimi jej wydarzeniami, które nawet sami Polacy nie bardzo znają.

Mogę się założyć, że obrona polskich Termopil w rejonie Wizny przed niemiecką armią 
w 1939 r., została przywrócona pamięci narodowej nie za sprawą lekcji historii w szkołach , lecz właśnie dzięki pasjonatom  i zespołowi „Sabaton”.  
Zdaję sobie sprawę, że muzyka heavy metal, podobnie jak nazwa zespołu, niejednego odstraszyć może. Miałabym przechlapane ze strachu kilka dni, gdyby moi synowie uparli się, by uczestniczyć w takim koncercie. W przeciwieństwie do niefrasobliwej młodości wierzę nie tylko w Boga, ale jestem pewna istnienia Złego.  Moje doświadczenie pedagogiczne niejednym też przykładem może służyć, jak niewinne glany  do czarnego ubioru oraz słuchawki w uchu z „metaliką” mogą zaprowadzić na manowce satanizmu. Wiem też, jak trudno się potem z tego bagna wydostać.
Tym bardziej pewnym szokiem dla mnie byłą inicjatywa http://www.pljestnaj.pl/
Czytam:
Chcemy, aby „Sabaton” napisał piosenkę o ks. Jerzym i jego heroizmie. Zaapelujmy o to razem do „Sabatonu”!
6 czerwca jest beatyfikacja ks. Jerzego. Tego samego dnia wystąpi w Polsce szwedzki zespół „Sabaton”, który zasłynął piosenkami o Powstaniu Warszawskim, polskich bohaterach walczących pod Wizną w 1939 i pod Monte Cassino.

Akcję popiera już całkiem spora grupa. Nie wiem czy popierałby ją ks. Jerzy. Nie wiem czy „Sabaton” zgodzi się, ale wiem jedno, że świat się zmienia i każde pokolenie ma inne sposoby na popularyzację swoich  ideałów.
Nie ukrywam, że ucieszyłam się, iż w  ogóle młodzież chce znać wartości, którymi kierował się ks. Jerzy Popiełuszko i za które oddał życie.
Całkiem niedawno pisałam w swoim blogu, że testament ks. Jerzego, kapelana „Solidarności” wciąż czeka na wykonanie. By go zrealizować, trzeba go najpierw poznać. Jeśli temu przysłuży się muzyka „Sabatonu” to jestem – ZA. :-)
Podobnie jak jestem za  samym hasłem – POLSKA JEST NAJWAŻNIEJSZA, które powinno nas łączyć i odróżniać od  tych, którzy jej nienawidzą i gorszą się, jak ostatnio Mazowiecki, polonocentryzmem Polaków.
Moje wyznanie patriotyzmu jest całkiem pragmatyczne. Owszem, łezka mi się w oku kręci, gdy słyszę Mazurka Dąbrowskiego. Gdy czytam w Niepoprawnym Radiu „Dzieje Polski” Michała Bobrzyńskiego, czuję się cząstką tego dziedzictwa i żaden  putinofil nie uzyska mojego głosu w wyborach, choćby nie wiem co mi obiecywał.  

Nie to jest jednak najważniejsze.
Jestem z pokolenia, którego rodzice przećwiczyli, co znaczy nasze położenie geograficzne i  dlatego właśnie jestem patriotką.
Któż bowiem będzie liczył się ze słabym i chorym, jeśli on sam nie będzie się szanował?

 A taką w tej chwili jest Polska. Potrzebuje naszej determinacji, naszego rozumu i serca, na przekór patrzącym w przyszłość, załatwiającym sobie desant w Brukseli i na dyplomatycznych placówkach. Wiem, że mają nas w nosie. Ich dzieci nie muszą pracować w chłodniach londyńskich przy sortowaniu warzyw i owoców. Dla nich powódź to jedynie marketing wyborczy, bo konta  w Szwajcarii dobrze zabezpieczają ich przyszłość i powódź im nie grozi.

Dlatego tak bardzo cieszę się, że są młodzi ludzie, którzy  informują siebie nie o akcji zabrania dowodu babci, lecz  o mszy  beatyfikacyjnej ks. Jerzego  na Placu Piłsudskiego w Warszawie. http://www.facebook.com/pages/PL-jest-NAJ/126596504036140 czy promującej symbolikę narodową „Polska jest biało czerwona

Zastanawiam się, co działoby się, gdybyśmy wszyscy nie tyko w Internecie, ale i pod rosyjską ambasadą czy Sejmem z determinacją poparli

Mieliby nas w nosie? Może i tak. Spróbować jednak zawsze warto, bo

POLSKA JEST NAJWAŻNIEJSZA!

czwartek, 3 czerwca 2010

O historii uroczystości Bożego Ciała



Nasza czwartkowa audycja Niepoprawnego radia przypadła na ważne dla wszystkich katolików święto Ciała i Krwi Pańskiej. Wielu z nas dziś razem z rodzinami uczestniczyło w procesjach, a teraz być może odpoczywając słucha radia.
Pomyślałam sobie, że warto przypomnieć nam wszystkim historię Bożego Ciała. Wielkie święto Eucharystii w Kościele Katolickim, celebrowane jest w pierwszy czwartek po pierwszej niedzieli (jedenastego dnia) po Zesłaniu Ducha Świętego - Zielonych Świątkach, między 21 maja a 23czerwca, ...


Jeśli chcesz posłuchać historii sięgającego XIV wieku święta, skąd się wzięło, kiedy zaczęto obchodzić je w Polsce, jak ważne było ono dla polskich rodzin za czasów PRL, włącz

o godz. 19:21 Blog: Katarzyna - Historia święta Bożego Ciała
Na stronie http://radiopl.pl/  znajdziesz też cały program dzisiejszej - 116 audycji.
Pamiętaj, że audycja powtarzana jest (bez przerwy) aż do kolejnej premiery do niedzieli do godz.19:00
Audycje wcześniejsze są w archiwum. Wystarczy kliknąć.
W audycji muzyka bardów: Kołakowskiego, Sikory, Kalinowskiego, Gintrowskiego, Kaczmarskiego, Łapińskiego, Czajkowskiego, Kelusa, Stachury, Walca, Wodyka a także Wysockiego, Kryla, Nohawicy i Okudżawy. Z przyjemnością informuję że do muzyków, których nadajemy, dołączyli ostatnio Lech Makowiecki z zespołem Zayazd oraz Waldemar Bajak
ZAPRASZAM!


 

środa, 26 maja 2010

Testament Kapelana „Solidarności” wciąż czeka na wykonanie


W lutym większość polskich mediów ogłosiła; znana jest data beatyfikacji ks. Jerzego Popiełuszki. Nastąpi ona 6 czerwca br.
Przyznam, że nie tak wyobrażałam sobie przygotowania Kościoła polskiego do tej, jakże ważnej dla jego odnowy i wzmocnienia ducha wiernych, uroczystości.

Przez 20 lat rytualnie media wspominały i odfajkowywały kolejne rocznice, pokazywano zdjęcia Jana Pawła II oraz inne osobistości życia politycznego modlące się nad mogiłą. Wzruszały nas zdjęcia ks. Jerzego i jego rodziców. Jeszcze kilka wytartych od ciągłego powtarzania bez należytej refleksji cytatów z kazań podczas Mszy za Ojczyznę w sanktuarium żoliborskim. Jeszcze kilka szkół, szpitali, hospicjów przyjęło jego imię, jeszcze okolicznościowe akademie, poświęcone sztandary i  oczekiwanie z roku na rok na beatyfikację.
Każda rocznica zdominowana była jednak przede wszystkim przez dezinformację i spekulacje na temat okoliczności zbrodni. Gdzieś na plan dalszy schodziły homilie i działalność ewangeliczna ks. Jerzego. Można było do woli epatować kłamstwem, frazesami, spekulacjami na temat samej zbrodni.  Nie należało jednak zbytnio wgłębiać się w istotę lekcji religii i patriotyzmu, jakiej udzielał kapelan „Solidarności” zniewolonym Polakom.

W międzyczasie wyrosło pokolenie, które nie pamięta, bo pamiętać nie może, kim był dla hutników, członków „Solidarności”, mieszkańców Warszawy i Polski wbitych w reżim dekretu o stanie wojennym ks. Jerzy Popiełuszko, czym były Msze za Ojczyznę, czym były jego kazania.
Prawdy nie da się zniszczyć taką czy inną decyzją, taką czy inną ustawą. Nie, na  tym polega w zasadzie nasza niewola, że poddajemy się panowaniu kłamstwa, że go nie demaskujemy i nie protestujemy przeciw niemu na co dzień. Nie prostujemy go, milczymy lub udajemy, że w nie wierzymy. Żyjemy wtedy w zakłamaniu. Odważne świadczenie prawdy jest drogą prowadzącą bezpośrednio do wolności. -
Tylko ten, kto wtedy słyszał te słowa, potrafi sobie wyobrazić, co one znaczyły w 1982 r.

Cierpienie z powodu wyrzucenia z pracy, aresztowania, rewizji czy śmierci od kuli zomowca nabierało sensu i budziło nadzieję: Przez krzyż idzie się do zmartwychwstania. Innej drogi nie ma. I dlatego krzyże naszej Ojczyzny, krzyże nasze osobiste, krzyże naszych rodzin muszą doprowadzić do zmartwychwstania, jeżeli łączymy je z Chrystusem, który krzyż pokonał.- tłumaczył ks. Jerzy

To dzięki ks. Jerzemu litania internowanych do Matki „Solidarności” trafiła do Polaków, uczono się jej na pamięć, przepisywano i podawano innym.
Matko w "Solidarności”: nadzieję mających, módl się za nami.
Matko oszukanych, módl się za nami.
Matko zdradzonych, módl się za nami.
Matko w nocy pojmanych, módl się za nami.
Matko uwięzionych, módl się za nami.
Matko na mrozie trzymanych, módl się za nami.
Matko przerażonych, módl się za nami.
Matko zastrzelonych górników, módl się za nami.
Matko stoczniowców, módl się za nami.
Matko przesłuchiwanych, módl się za nami.
Matko niesłusznie skazanych, módl się za nami.
Matko robotników, módl się za nami.
Matko studentów, módl się za nami.
Matko wytrwałych aktorów, módl się za nami.
Matko prawdomównych, módl się za nami.
Matko nieprzekupnych, módl się za nami.
Matko niezłomnych, módl się za nami.
Matko osieroconych, módl się za nami.
Matko bitych w dniu Twojego święta Królowej Polski, módl się za nami.
Matko poniewieranych za to, że noszą znaczek z Twoim świętym wizerunkiem, módl się za nami.
Matko pozbawionych pracy, módl się za nami.
Matko zmuszanych do podpisywania deklaracji niezgodnych z sumieniem, módl się za nami.
Matko dzieci tęskniących za uwięzionymi matkami i ojcami, módl się za nami.
Matko matek płaczących, módl się za nami.
Matko ojców zatroskanych, módl się za nami.
Matko sługi Twojego, uwięzionego Lecha, módl się za nami.
Matko poniżanych uczonych i pisarzy, módl się za nami.
Królowo Polski cierpiącej, módl się za nami.
Królowo Polski walczącej, módl się za nami.
Królowo Polski niepodległej, módl się za nami.
Królowo Polski zawsze wiernej, módl się za nami.
Prosimy Cię, Matko, która jesteś nadzieją milionów, daj nam wszystkim żyć w wolności i prawdzie, w wierności Tobie i Twojemu Synowi.
Amen.
Tak, Lechu, za ciebie też się modlono. Jak się wtedy czułeś ze swoją tajemnicą? Jak się czułeś na pogrzebie ks. Jerzego? Nie gryzie cię sumienie?  O tych wszystkich, którzy uwierzyli ci, zaufali, bronili stali pod oknami, kiedy wracałeś z internowania, o takich jak Ania Walentynowicz broniących ideałów „Solidarności” powiedziałeś publicznie z pogardą: To nieudacznicy, im się nie powiodło. Powiedziałbyś to ks. Jerzemu w twarz, gdyby żył?
A on mówił:
Egzamin z męstwa zdali robotnicy w sierpniu 1980 roku, a wielu z nich zdaje go nadal.
Okazali męstwo uczniowie szkoły w Miętnem, którzy odważnie stanęli w obronie krzyża Chrystusowego.
Egzamin z męstwa zdali w ostatnim czasie nasi więzieni bracia, którzy nie wybrali wolności za cenę zdrady swoich i naszych ideałów.
Niech na koniec będzie nam ostrzeżeniem świadomość, że naród ginie, gdy brak mu męstwa, gdy oszukuje siebie, mówiąc, że jest dobrze, gdy jest źle, gdy zadowala się tylko półprawdami.


Jak grzyby po deszczu powstawały  inicjatywy, wzorujące się na działaniu ks. Jerzego Popiełuszki, w całej Polsce. Kościoły, w których odprawiano Msze za Ojczyznę stawały się wówczas miejscem ludzi wolnych i tych, którzy przez kilkadziesiąt minut wolnością chcieli się nacieszyć, spotkać ludzi podobnie myślących, oklaskiwać homilie dające nadzieję, śpiewać, ile pary w płucach, z podniesionymi palcami w kształcie znaku zwycięstwa – Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie.
Do patriotycznego szpanu należało choć raz pojechać do Kostki na Żoliborz. Kto nie był, ten z zazdrością słuchał relacji szczęściarzy.
I stało się. Dziś nie ma już problemu z opisaniem młodym narodowej traumy po zabójstwie ks. Jerzego. Kto pamięta, ten wie, że czuliśmy się podobnie i podobnie przeżywaliśmy jak dni żałoby po katastrofie w Smoleńsku. Wielotysięczny tłum płakał i śpiewał: „Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana, jakże wielka jest twoja rana, jakże długo cierpienie twe trwa”.

A potem rozszedł się do domu, bo tak musiało być, ale to nieprawda, że zapomniał.  Dziś też niech nikt na to nie liczy. Są chwile, kiedy pamięć mobilizuje i rozum i serce. Tak było 4 czerwca 1989 r. To było pełne zwycięstwo nad komuną, trzeba było  je pomniejszyć, dopasować do oczekiwań międzynarodowych i ustaleń „okrągłego stołu”. Łatwo poszło, bo naród ogłupiały ze szczęścia i dumy,  jeszcze  tak niedawno nawet nie marzył o obaleniu komuny.  I tak powolutku zamiast niepodległości, wolności mamy jedynie datę transformacji PRL. Jeszcze nie wszyscy w to mogą uwierzyć, jeszcze się łudzą, że może jednak PRL to przeszłość.
Czy dla podtrzymania tych złudzeń tak cichutko jest w większości parafii, a przygotowań choćby duchowych do tej nie do przecenienia dla życia religijnego i narodowego beatyfikacji nie widać?
Kiedy o tym rozmyślam i ze zdziwieniem kontestuję  ciszę wokół beatyfikacji ks. Jerzego, nie mogę nie porównywać tamtych lat do tego, co się stało po 10 kwietnia.
Czy muszę pokazywać łudzące podobieństwo między reakcją władzy komunistycznej i obecnej na obie tragedie? Moje pokolenie wie o czym mówię. Te same zapewniania o poznaniu prawdy i ustaleniu okoliczności, te same dezinformacje, których dziś jesteśmy świadkami i ta sama próba dezawuowania wagi tragedii. I ta sama reakcja niektórych hierarchów kościelnych. 
Zastanawiam się, jaki scenariusz pisany jest w głowach postkomuny różnych partii na wypadek, gdyby znowu naród nie wybrał po ich myśli. Czy po instrukcje jadą do Moskwy, Berlina czy do Brukseli?

Nie boję się tego scenariusza, boję się obojętności moich rodaków, którzy zapomnieli, co do nich mówił i mówi zza grobu ich Kapelan:
W dużej mierze sami jesteśmy winni naszemu zniewoleniu, gdy ze strachu albo dla wygodnictwa akceptujemy zło, a nawet głosujemy na mechanizm jego działania. Jeśli z wygodnictwa czy lęku poprzemy mechanizm działania zła, nie mamy wtedy prawa tego zła piętnować, bo my sami stajemy się jego twórcami i pomagamy je zalegalizować.

 I dalej mówił do łaknących prawdy zgromadzonych wiernych na Mszy za Ojczyznę 27 maja 1984 r. na kilka miesięcy przed swoją męczeńską śmiercią:
Niech na co dzień towarzyszy nam świadomość, że żądając prawdy od innych, sami musimy żyć prawdą. Żądając sprawiedliwości, sami musimy być sprawiedliwi. Żądając odwagi i męstwa, sami musimy być na co dzień mężni i odważni.

Za te słowa, między innymi, komunistyczni bandyci w mundurach generałów wydali na niego wyrok i do dziś dnia nie zostali osądzeni.
Nauczanie Kapelana „Solidarności”, Jego świadectwo wiary słowem i czynem, to wciąż czekający  wykonania testament pozostawiony Polakom. Nie mamy prawa o nim zapomnieć, bo ks. Jerzy podpisał go swoją krwią.

środa, 19 maja 2010

Ile razy można odbudowywać dom?


„Dotychczas żyłam w średnim standardzie. Mogę powiedzieć nawet wysokim. Jestem do niego przyzwyczajona. Chcę....”  Nie, nie to było najważniejsze, że rozmówczyni „chce”, lecz ton, w jakim  mówiła i prawdziwy sens wypowiadanego potoku słów: Tak żyłam i tak chcę żyć, władza ma mi to zapewnić.

Czy jest to żądanie irracjonalne? Naganna postawa roszczeniowa? Z jednej strony na pewno tak i dodać do tego trzeba że z pewnością wzbudziłaby wielkie zdziwienie ludzi pokolenia wojny. W jednym bombardowaniu  tracili swój dobytek, w jednej chwili z tłumoczkiem lub nie, jeśli nie zdążyli, kolbami wyrzucano ich z domu, pakowano do wagonów bydlęcych i wieziono do Kazachstanu, na Syberię czy do  obozów.
Wciąż jak drzazga, której nie można usunąć, tak w mojej pamięci tkwi opowieść kobiety, która jako dziecko uratowała się od noży i siekier banderowców.
– Babcia rozmawiała z nami i tłumaczyła, że śmierć nie boli, to tak jakby zasnąć – opowiadała roztrzęsiona dziennikarzowi.

A tu pani życzy sobie wysokiego standardu życia, bo do takiego jest przyzwyczajona.

Z drugiej strony cieszyć się należy, że życie nasze w większości nabrało ludzkiego wymiaru. Chcemy żyć wygodnie, chcemy, by władza zapewniała nam poczucie bezpieczeństwa nawet w przypadku klęski żywiołowej. Mamy do tego prawo. Każdego roku grubo ponad połowa naszych zarobków w różnej postaci trafia do kasy państwowej.

Myślę tu jednak i o innej wypowiedzi . Powódź  kilka lat temu zabrała nie tylko Polakom dorobek życia. Po stronie czeskiej piękne osiedle domków odbudowanych pieczołowicie po poprzednim kataklizmie stoi w wodzie. Woda znów upomniała się o miejsce dla swego nadmiaru. Ile razy można odbudowywać dom?
Odpowiedź właścicielki jednego z zalanych domów była krótka.
Najważniejsze, że są ze mną moi bliscy, mąż i dzieci, a dom niech piekło pochłonie.

Dwie kobiety i dwie różne postawy.  W nich zamyka się odwieczny problem i konieczność wyboru; mieć czy być.

Bywają chwile, że nie specjalnie mamy wybór, bo ani nie będziemy mieli, ani nie będzie przy nas rodziny. Nieszczęścia jednych uczą pokory, innych niczego nie uczą. Jak rzeka powracają do wyżłobionego swoim widzeniem świata, swoimi pragnieniami i żądaniami wobec niego, koryta.

Jak to w końcu jest? Zastanawiam się. Kiedy do Polski po 1989 r. zaczęli zjeżdżać eksperci różnej maści i uczyć nas życia w wolnym świecie,  na szkoleniu w MEN pewna pani z USA przekonywała nas o wyższości przytulanki nad klockami lego. Patrzyliśmy na nią ze zdumieniem.
Czy ona nie rozumie, że naprzód trzeba mieć wybór, by ocenić, co jest lepsze? – myślałam wtedy. My takich wyborów w PRL nie mieliśmy. Każdy , nawet pozorny wybór, wiązał się z ryzykiem wystawienia za burtę i kłopotów całej rodziny wybierającego nie pomyśli narzuconej władzy.

Zabrać człowiekowi możliwość wyboru, to  zamknąć w więzieniu. Nawet jeśli w tym więzieniu nie ma krat ani klawiszy, to nie jest on wolnym człowiekiem. Prawa wyboru mogą pozbawiać nas silniejsi, mający władzę czy fanatyczni guru..
 Może być też tak jak w demokracji. Mamy wybór pozorny, wybieramy ten, który zgadza się  z celem, jaki nam się narzuca. Tak było w przypadku referendum w Irlandii. Bywa, że wolno nam umierać za ojczyznę, ale o jej przyszłości nie mamy prawa decydować . Traktat Lizboński narzucono nam bez możliwości wyboru.
Stała się rzecz, którą historia w analizie przyczyn rozpadu UE będzie, jestem o tym przekonana, wymieniać jako główny powód. Niczym innym jak utratą suwerenności jest, gdy możliwości wyboru pozbawia się państwo czy naród. I nie ma się co łudzić, że  można zrobić to  trwale bez jego zgody.


Są jednak sytuacje, że musimy wybrać natychmiast, by się określić, by móc zacząć ze świtem nowy dzień z nadzieją.  Taką jest ostatnio  tragedia w Smoleńsku czy teraz powódź. Śmierć w tamtym samolocie zmusza nas do wyboru. Chcemy prawdy, chcemy znać przyczyny katastrofy? Czy odpuścimy? Chcemy być odpowiedzialni za Polskę?

Powódź też wymaga wyborów. Zapytamy się, co władza robi z naszymi podatkami? Dlaczego nie stać na remonty wałów, a nasze pieniądze idą na odszkodowania, choć poza doraźną ulgą niczego nie rozwiązują? Czy uznamy może, że to nie nasz problem? Nas nie zalało, a wszyscy politycy są tacy sami.

Każdy wybór ma nie tylko wymiar społeczny, ale i osobisty.

Obie rozmówczyni z relacji powodziowych wybrały; jedna mieć, druga być - kochać i żyć  mimo wszystko.
Co robić jednak w sytuacjach, gdy prawa wyboru możemy pozbawić się sami, kiedy nie umiemy zdecydować, co dla nas jest najważniejsze?

To jest również mój problem. To ja napisałam kiedyś:Nie pójdę do wyborów, bo nie mam wyboru”.
Czy zmieniłam zdanie? Oczywiście i nawet wiem dlaczego.


środa, 12 maja 2010

Smoleńskie epitafium


Kampanię wyborczą można spokojnie zostawić Faktom TVN i Wiadomościom TVP. – napisał Cecary (http://twitter.com/copy_paste ) kusząc  z awatara szklanką złocistego napoju. Twoje zdrowie, Cezary, mądry z Ciebie człowiek. 

Siedzę na ławeczce w ogrodzie. Mój wzrok podobnie jak Czarka, ucieka od najbliższego otoczenia. Przez moment spoglądam na przekwitające już tulipany, obsypaną kwiatami wiśnię i gruszę. Gdzieś tam pod dachem układają się świergoląc pisklęta szpaków. Przytulają się do siebie, nic nie wiedzą o katastrofie, o biciu piany i emocjach wyborczych, nie rozpaczają z powodu kolejnej lotniczej katastrofy. Nie mają pojęcia o przekraczającej wszelkie reguły dziennikarskiego rzemiosła – dezinformacji.

Patrzę w niebo na smugi dymów, które pozostawiły przelatujące samoloty. Nie chcę już rozważać o ostatniej sekundzie życia  lecących na zatracenie z   błękitnego nieba. Odpędzam złe myśli.  
Żyjemy tu i teraz, bo niecała rzeczywistość jest nam dana. Możemy wyłączyć telewizor, radio, odizolować się od świata, żyć swoim rytmem, swoimi pragnieniami, cieszyć się zapadającym zmrokiem w ogrodzie, sączyć leniwie z kufelka piwo.  Wiem, że nie jestem odkrywcza, byli tacy przede mną i będą po mnie. I nic tu nie pomoże powtarzanie: „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”.

Są i inni, którzy wierzą, że na zgryzoty tego świata najlepszym lekarstwem są pieniądze. Tak znaleźć się w jakiejś radzie nadzorczej, zostać prezesem spółki, zasiąść w ławie poselskiej, wygrać wybory na wójta, radnego - marzą. A marzenia przekuwają w czyn. Nie siedzą w ogrodzie, nie wciągają zachłannie zapachu bzu, nie podziwiają migocących gwiazd, nie słyszą rechotu żab. Nie mają na takie głupoty czasu. Powiadają:
- Gdyby wszyscy siedzieli w ogrodzie, kto pracowałby, kto obmyślał plany, strategie...

Miałam sąsiada. Postanowił, że tak długo będzie piłował drewno pod moimi oknami, aż zrezygnuję, wyprowadzę się z rodziną, odstąpię mu upragnioną połowę domu. I piłował, piłował. Pot oczy zalewał, złość parowała, pić się chciało. Pojechał szybko, bo drewno czekało i... nie wrócił.
Inny tłumaczył mi w czasie rodzinnej uroczystości, że dziś wszystko można kupić, to tylko kwestia pieniędzy. Czy pamięta tę rozmowę, kiedy stoi nad świeżą mogiłą żony?

Najpewniej tak. Nie przyzna się do tego jednak nawet przed sobą tak samo jak ja, kiedy nagle zaczyna duszę wiercić wykrzyczane bliskim złe słowo. Nie wytłumaczę się, nie przeproszę, za późno, ich nie ma. Nie napiszę odkładanego na wolniejszy czas listu, nie odwiedzę. Nie zaskrzypią pod moimi nogami drewniane schody, bo tych też już nie ma.
Wpatruję się w zdjęcie kościoła z Tarnopola. Jarzą się światła, cisza, spokój, aparat fotograficzny nie zakłócił modlitwy, ale ją uwydatnił. A mnie ściska sentymentalne wzruszenie. To tam za tymi murami rodzice brali ślub, chrzcili dzieci. Nie ma tej rzeczywistości i nigdy nie wróci.

Piszę o tym, bo czegoś mi zabrakło w  naszej narodowej żałobie. Nie mieliśmy odwagi nazwać swoich myśli i uczuć po imieniu?  Przeraziły nas nasze własne refleksje nad małością, złością i zawiścią?  
Nie lubiliśmy wielu z nich, mieli same wady; mali, grubi, źle się ubierali, na pewno oszukiwali, prowadzili cyniczne gry, niszczyli kolegów, zdradzali żony, nie mieli czasu dla dzieci, byli starzy, zapatrzeni w przeszłość.
Nagle dowiedzieliśmy się, że ich już nie ma. Przerażeni mówiliśmy, mówiliśmy... o narodzie, o patriotyzmie, paliliśmy znicze, krzyczeliśmy na innych, że kłamali.
A teraz siedzę w o grodzie i myślę sobie; znaleźli się w samolocie, bo byli kimś, pełnili ważne funkcje, mieli pieniądze, nie szukali w supermarketach taniego cukru czy proszku do prania. Im się poszczęściło, byli wysoko na drabinie.
A jeszcze inni byli jak żywe „Księgi pielgrzymstwa i narodu polskiego”. Los nie oszczędzał ich, a jednak przetrwali wojny, Syberię, więzienia. Czekali na nich wierni, czekała niedokończona praca, książka, wspomnienia.
Może dzień wcześniej ktoś zapraszał ich do ogrodu, chciał porozmawiać, wypić piwko czy naleweczkę z sąsiadem. Nie mieli czasu, bo następnego dnia lecieli do Katynia.  



środa, 5 maja 2010

Terapia po polsku; Sukces terapeuty zależy od ciebie


Kiedy piarzy kombinują a politycy szaleją, młodzi nie próżnują. Zajmują się tym, co przyniesie im sukces. Piękni, wykształceni szukają pomysłów na życie. Gdzie najlepiej je odnaleźć? Oczywiście w Internecie. Przez pomyłkę, a może tylko dlatego, że sporo u mnie już „ćwierkających”, trafili i na mój twitter.
Nie podam strony, bo reklamy robić im nie będę, trzeba mi uwierzyć na słowo, albo samemu szukać w bezkresie internetowych szumów.

O czym szumi strona młodych i ambitnych? W czym chcą nas szkolić? Jakąż to terapię dla Polaków proponują? Może marzy się im Polska zasobna, bezpieczna?
Wita mnie na stronie uśmiechnięta terapeutka. Owszem, robi wrażenie, widać ona i jej zawodowe koleżanki, koledzy wiedzą o życiu wszystko, skoro z taką pewnością siebie proponują szkolenia: Wszystko zależy od ciebie , Edukacja seksualna w szkole, Seksualność osób niepełnosprawnych, Prostytucja – przymus czy dobrowolność?, Szkolenie: Public relations

Przyznaję, nie wszystkie tematy szkoleń wymieniam i nie wszystkie są tak  drogie jak to: Od porażek do powodzenia, czyli terapia motywująca w praktyce – 480 zł. Prawda, że tanie jak na dwa dni szkolenia?
Już widzę oczami wyobraźni, i życiowego doświadczenia  jak nad bezrobotnym aktorem pochyla się stroskana rodzina. Babcia nudząc się przy kolejnym pasjansie kliknęła nie tam, gdzie trzeba i wyskoczył jej anons owego szkolenia w Warszawie. Wnusio ostatnio podkradał jej drobniaki na tramwajowe bilety w poszukiwaniu pracy, więc może lepiej dać mu na ten kurs? Miała wprawdzie dopłacić do sanatorium, ale co tam, pojedzie za rok.

Tyle podsuwa wyobraźnia. A doświadczenie życiowe? No cóż, z doświadczenia mego jasno wynika, że bezrobotny aktor po kursie za jedyne 480 zł wybłaga u rodziny pożyczkę na kolejny  kurs, tym razem samochodowy kat BE albo i wyżej, i wyruszy w trasę po  wraki do Niemiec. Wie już, jak  rodakowi, który nie był na żadnych kursach i nie ćwiczył asertywnych zachowań, zachwalić towar, ukryć braki, wskazać na korzyści z posiadania czterech kół. Wreszcie przydają mu się zdobyte na uczelni umiejętności aktorskie.
I tak przekuje swoją zawodową porażkę w sukces, niestety, nie swój lecz terapeuty.

Może nie mam racji, może taki dwudniowy trening psychologiczny wyłoni kolejnego „Kulczyka”?
Siedzę skulona na fotelu przed kominkiem, w którym wciąż trzeba przypalać, bo maj niczym marzec. Popijam herbatkę zaprawioną żurawinami i kombinuję sobie. A gdyby tak terapeuci zorganizowali kursy, ot, choćby na  temat: Dlaczego warto zrzeszać się w związkach zawodowych? lub Jak radzić sobie z nieuczciwym szefem?, albo – Jak obliczyć godziwą zapłatę za swoją pracę?
Rozpędziłam się, sięgam dalej. Czy byliby chętni na szkolenie; 101 powodów, dla których jestem dumnym Polakiem, I ty możesz służyć Polsce,  Jak bronić własnej  tożsamości?

No bo niby dlaczego wychowanie seksualne czy problemy z seksem niepełnosprawnych mają być ważniejsze od Ojczyzny i roli w niej młodych Polaków?
Głupie pytania zadaję. A odpowiedź jest prosta; Polak zakorzeniony w tradycji, dumny i gotowy do działania dla wspólnego dobra to bezużyteczna przeszkoda dla biznesu, koncernów i banków. Polak ogłupiony terapią wolności jednostki, od której wszystko zależy, kupi każdy wrak w przekonaniu, że to jego suwerenny wybór; nikt mu nie kazał, nikogo nie musiał słuchać, robił co chciał.
Zamyśliłam się. Czemu, kiedy nad tym wszystkim zastanawiam się, nieodparcie powracają zdania z powieści Józefa Mackiewicza „Lewa wolna”?
Ale ja ich przejrzałem. Oni chcą od ciebie, ciebie samego zabrać. Żeby nie było ciebie, a na to miejsce taka maź, taki wspólny rozczyn pod ciasto”. – kończy swoją opowieść o okrutnych doświadczeniach rewolucyjnych gimnazjalista Zybienko.

Czy to już tylko historia?