środa, 4 czerwca 2014

A co wydarzyło się 4 czerwca?

4 czerwca, 25 lat.... Media każą się każdemu ( mnie też) cieszyć, a ja nie wiem/nie mam z czego.... – napisał  Alien  na Twitterze. Głos ten nie jest wyjątkiem.

Dziś widać jak na dłoni idealny wprost podział społeczeństwa MY – Oni i pozostali, którym "wsio rawno", kto rządzi, byleby koryto było pełne. Inna sprawa, że ich apolityczność jest tylko pozorna. Do tego koryta wlewa konkretna władza.  Ale zostawmy ich. Zapytajmy raczej - Czy rzeczywiście musimy tylko tę datę 4 czerwca  kontestować, bo Oni świętują?

Odpowiem za siebie i za milczących, bo  ze swym głosem przebić się nie mogą, z czego cieszyliśmy się 4 czerwca 1989 r. Być może narażę się wszystkim, którym dziś nie wypada mówić o radości tamtych dni, skoro świętuje główny beneficjent naszego zwycięstwa, establishment mocno osadzony w układach PRL.

Wspominam ten dzień, a właściwie ranek 5 czerwca 1989 r.  jako chwilę absolutnej radości ze zwycięstwa, z dobrze wykonanego zadania.  Pracowaliśmy, harowaliśmy kosztem zdrowia, rodziny, własnych pieniędzy na ten sukces, który wystraszył ambasadora USA w Warszawie, a ormowców, esbeków i gminnych politruków wpędził w depresję.
 Jak to będzie - pytał mnie oddelegowany do obwodowej komisji jeden z nich – mniejszość będzie rządziła większością? Tak przyjął wynik wyborów i totalną klęskę listy krajowej. Miał świadomość, że padło największe kłamstwo PRL: Naród z partią, partia z narodem.

Zmęczeni do granic wytrzymałości jechaliśmy prywatnym samochodem jednego z rolników, by zawieźć kopię protokołów gminnych do siedziby  „Solidarności” w Olsztynie. Z okien III piętra witały nas roześmiane buzie. Darli się  wniebogłosy: WYGRALIŚMY!  Machaliśmy do nich biało czerwoną i nie kryliśmy łez radości.

To prawda, że to zwycięstwo nas uśpiło, zlekceważyliśmy zarządzoną dogrywkę wyborczą, zlekceważyliśmy ustawkę: Nasz premier, wasz prezydent. Przyszły pierwsze lata trudne; padały zakłady, zlikwidowano z dnia na dzień PGR-y, hiperinflacja. Traciliśmy poczucie bezpieczeństwa. Gubiły nas kompleksy niewolników.  Wmawiano nam, że nie umiemy zagospodarować wolności i dlatego potrzebni  są jeszcze czerwoni. Potrzebna lewa noga - głosił Wałęsa i zabrał się za skuteczne jej wzmacnianie.
Wiedza o tym, kto jest kto przyszła znacznie później.  Komuna się uwłaszczała, a tym, którzy naiwnie wierzyli, że też mogą wyjść na swoje,  wkrótce  wybito  z głowy pomysły własnych małych biznesów wynajętymi od haraczu i zastraszania. Pomogły w masowych upadłościach: skarbówka, prokuratury i sądy, pomogły też banki żądając natychmiastowych spłat kredytów.
Cyniczne kazania Kuronia w TVP i jego słynne zupki dla bezrobotnych ostatecznie spacyfikowały naszą radość.
Nie było jednak tak, że tylko oni byli winni. Zaczęliśmy się dzielić, wielu chwytało się na lep odpraw i tzw. kuroniówki licząc, że będą one takie jak w Niemczech czy Wielkiej Brytanii.  Pozwalaliśmy za tę cenę sprzedawać i likwidować nasze miejsca pracy.  Jeśli dodamy „wojny na górze” i pozbywanie się starych działaczy „Solidarności’ ze struktur związkowych, klęskę referendum uwłaszczeniowego, to mamy władców  III RP  i nasze postawy w pigułce.

I dziś o tym głównie się mówi, niszcząc wspomnienie radości ze zwycięstwa. Każe się patrzeć na tamto zwycięstwo okularami, których wtedy nie mieliśmy na nosach. Czasem mam wrażenie, że oczekuje się ode mnie przeprosin za 4 czerwca; dałam się zwieść i innych wciągnęłam w ułudę zwycięstwa. 

 A tamto doświadczenie, 4 czerwca 1989, tamta radość jest potrzebna, by naprawić, by jeszcze raz odzyskać Polskę dla Polaków. Nie zrobimy tego jednak przyjmując narrację komunistycznych obrońców układu.
To oni nam usilnie wmawiają, że wszystko było zaplanowane, że wszystko było obsadzone tajniakami, a scenariusz napisano w Magdalence, przedtem w Moskwie.
Przy takiej narracji nie mamy szans odzyskać tę wolę walki i solidarności, która nas wtedy połączyła i pokazała, że zwycięstwo jest możliwe, że jeśli naród się zjednoczy, to kiszczakowskie bandy są bezsilne. Czy rodzice, którzy nieustannie powtarzają swemu dziecku; jesteś do niczego, dajesz się kopać, nie potrafisz się bronić, jesteś nieudacznikiem, mogą liczyć, że wychowają  wolnego, mądrego człowieka, radzącego sobie w trudnościach?
Daliśmy sobie narzucić narrację przegranej  i bezsilności, bo oni mogą wszystko; mają media, banki, parlament, wsparcie międzynarodowych komuchów w UE, agentów Putina i polityki niemieckiej. Jednym słowem nie mamy szans; Polska to kondominium  i kto mądry daje drapaka. Pozwoliliśmy na zawłaszczenie tej radości przez tych, którzy wtedy portkami trzęśli.

Pisze  i mówi o tym  na spotkaniach Barbara Fedyszak – Radziejowska. Dziennikarzowi na pytanie:
Ale czy nie ciąży nad 4 czerwca 1989 r., cień dogadania się solidarnościowych elit z komunistami w Magdalence?
Odpowiada:


Ciąży, ale zachowanie Polaków 4 czerwca obaliło Okrągły stół. Premierem nie został gen. Kiszczak a rząd powołała koalicja opozycji z ZSL i SD, a nie z PZPR. W konfrontacji elity okrągło-stołowej z demosem, wygrał demos i ... oddał elicie swoją wygraną. Większość aktywnych Polaków była 4 czerwca 1989 roku zwolennikami suwerennej i demokratycznej Polski. I właśnie to sobie pozwoliliśmy odebrać, mimo, iż demokratycznie wybrano praktycznie wszystkich kandydatów  „Solidarności” i tylko 5 innych kandydatów, w tym T. Liszcz z ZSL. Odebrano w ten sposób komunistom prawo rządzenia Polakami.

 I ma rację. Pozwoliliśmy sobie odebrać zwycięstwo i prawdę o  zwycięstwie.
W obozie patriotycznym  obowiązuje dziś kontestacja i atmosfera pogrzebu. Skoro władza świętuje, my powinniśmy  mówić o tym, co było potem, po wyborach, co jest teraz,  a nie o tamtej naiwnej, zdaniem wielu, radości.   Taka postawa, uważam,  to gwóźdź do trumny Polski.

Zwolennikom III RP dokładnie o to chodzi, abyśmy nie wiedzieli co wydarzyło się 4 czerwca. Nie dajmy sobie tego odebrać. Bo poczucie klęski to źródło kompleksów, niepewności. A na tym trudno budować poczucie własnej wartości
 – mówi Barbara Fedyszak –Radziejowska i ja się z tą opinią utożsamiam.

A co wydarzyło się 4 czerwca?

Ano komuniści dostali tęgie pranie i o tym dziś myślę i z tej radości czerpię siłę, by iść pod prąd. Nie dajmy sobie i młodym Polakom  wmówić, że było inaczej. Opowiedzmy im  o wielkim zrywie Polaków ku wolności bez przelewu krwi,  oni tej historii nie znają. Wciąż tylko słyszą  nasze kłótnie o jego ocenę. Mylą 4 czerwca z całym okresem 25 – lecia. III RP.

Co do mnie, świadka i uczestnika wyborów do sejmu kontraktowego i pierwszych wyborów do Senatu, to  uspokajam; nie świętuję  tego dnia, jak chce władza, ale nikt mi nie odbierze tamtej radości. 

To prawda, że demos  „oddał elicie swoją wygraną”, ale nieprawdą jest, że nie może tej wygranej odebrać i powtórzyć zwycięstwa. 
Jak? Odpowiedzi szukajmy nie tylko u opozycyjnej partii, ale i w swoich postawach i wyborach, w swoim środowisku. Oczekuję odpowiedzi od patriotycznych elit,  ale już nie tylko w gadaniu, ale w konkretnych inicjatywach i działaniu.  
Nikt za Polaków porządku w Ojczyźnie nie zrobi. Nie da się jednak żadnego domu odbudować od dachu, trzeba od fundamentów, cegła po cegle tak,  jak to zrobiono w II Rzeczypospolitej po przeszło stuletniej niewoli. 

Fedyszak-Radziejowska dla Fronda.pl: Zwolennikom III RP dokładnie o to chodzi, abyśmy nie wiedzieli co wydarzyło się 4 czerwca


_____________________________________
Można też będzie posłuchać. Audycja 534 (czwartkowa):


sobota, 31 maja 2014

Kto znajdzie na tę grę szczepionkę, będzie wodzem na miarę Piłsudskiego



Sejm podjął uchwałę o lustracji, by natychmiast swej decyzji się przestraszyć i odwołać rząd Jana Olszewskiego.
Wiadra pomyj wylano na Antoniego Macierewicza, kiedy otrzymał zadanie likwidacji WSI. 
Bronisława Wildsteina mało nie ukamienowano za opublikowanie list TW. Wrzeszczano, że krzywdzi się niewinnych ludzi, bo listy nie były weryfikowane. I oczywiście była to wina wszystkich domagających się odsunięcia od władzy  byłych ubeków, esbeków i szkolonych w Moskwie agentów WSI. 

Święte krowy PRL wczoraj na polskiej narodowej nekropolii  świętowały swój triumf.
Rozochocona tym paniusia, krzyczała do mikrofonu Niepoprawnego Radia PL, że ci tam na Łączce zasłużyli sobie na taką śmierć.
Nie byłoby w tym nic szczególnego, trudno bowiem wymagać od sowieckiej i rodzimej agentury przyznania się do winy i rezygnacji z profitów za milczenie. 
Warto jednak zdawać sobie sprawę ze schematu, jaki przy każdej próbie oceny ich czynów jest wobec Polaków stosowany.
Na pierwszy chwyt nabrali się członkowie „Solidarności”.  

Brak dostępu do wiedzy ( łgały peerelowskie  tuby,  przemilczało Radio  Wolna Europa, które okazało się agendą przygotowującą przepoczwarzenie się PRL w III RP), pozwolił na wybiórczą weryfikację służb z wyłączeniem WSI  i  pogodzenie się z brakiem ustawy dekomunizacyjnej. Generalnie pożyteczni idioci zdziwionym członkom wmawiali, że to uchroni Polskę przed esbecką i pezetpeerowską mafią. Sami w to też wierzyli.
To co się naprawdę działo, jak organizowały się esbeckie środowiska do przetrwania, kto im w tym pomagał, kto kierował, to do dziś prawie niedostępna wiedza.
Wypadek przy pracy, jakim był rząd Olszewskiego i Uchwała Sejmu z 1992 r.  zobowiązująca do  lustracji urzędników, wkrótce został naprawiony. Od tej pory   gwardia WSI czuwa i ma lekarstwo na wszystkie fanaberie ludzi, którzy naiwnie uwierzyli w obalenie komuny. 
Niewiele zmieniła kolejna ustawa z 1997 r. , ale to już odrębny problem. Lektury na ten temat jest sporo, więc każdy może dowiedzieć się,  jak to do dziś funkcjonuje.

Drugi schemat to odwoływanie się do obowiązku chrześcijańskiego przebaczania.

Ech ci katolicy; niby tacy wierzący, a nie mają za grosz miłosierdzia wobec nieszczęsnych donosicieli. Kwestionują prawo każdego do Bożego przebaczenia, profanują ciszę pogrzebu. Modlitwy  zbrodniarzowi odmawiają.
Na usługach  tej narracji są natychmiast media. Przykre, że również niektóre portale katolickie  piszą naprędce usprawiedliwienie dla bpa Guzdka i z lubością cytują wypowiedzi kard. Nycza, pomijając wyjaśnienia protestujących, że nie o modlitwę i Eucharystię tu chodzi, a o państwowe honory oddawane moskiewskiemu zbrodniarzowi  w asyście  hierarchów Kościoła.
Na nic tłumaczenia, że przebaczenie to sprawa indywidualna każdej ofiary i nie oznacza jednocześnie odstąpienia od  wymierzenia sprawiedliwości, a modlitwa to nie to samo co państwowy pogrzeb z honorami. 
Na nic protest IPN, środowisk kombatanckich i studentów. Na nic takie wyczerpujące artykuły jak o. Dariusza Drążka -  Nie można czcić Niezłomnych i ich morderców.
Nie jest winą Polaków, że przez 25 lat nie zdołano Jaruzelskiego osądzić i wymierzyć karę. Tego wymagała elementarna sprawiedliwość wobec ofiar komunistycznego terroru i wobec młodzieży, która nie zna historii . 

Zamiast prawdy  i pochylenia się nad ofiarami zbrodniarza otrzymaliśmy spektakl, który ma ocenę PRL i jej władzy, z nadania moskiewskiego, sprowadzić do emocji, wszak zbliżają się kolejne wybory. 
Takiej okazji  Bronisław Komorowski nie mógł przepuścić. Zrozumiał to w lot biskup polowy WP.  I nie omieszkał zaznaczyć, że pogrzeb Jaruzelskiego jest czasem próby dla wierzących. 

Faktycznie, to prawdziwy czas próby, ale nie jestem pewna czy przejdziemy ją zgodnie z wyobrażeniem biskupa.  Jakoś   bowiem  tak wyszło, mam nadzieję, że z nadgorliwości, a nie sojuszu władzy z kropidłem,  że   winne są ofiary i rodziny, które nie potrafią modlić się za katów i sprzeciwiają się honorowym pochówkom zbrodniarzy. To zupełnie jak w tym starym przysłowiu: Kowal zawinił, powiesili Cygana.
Tak było w przypadku lustracji i  tak też jest  dziś. 
Natychmiast odebraliśmy przyspieszony kurs z liturgii pogrzebu i sakramentu pojednania. Tylko gdzieś tam katechetom zapodział się przy tej okazji wykład na temat sakramentu pokuty. A wszystko podlane sosem współczucia i miłosierdzia. 
Jak się okazuje kolejny raz,  najskuteczniejszą bronią jest wywoływanie wojny polsko - komuszej. Polaków postawiono pod ścianą. Nie zaprotestujesz? Godzisz się na to, by robiono państwowy cyrk z pogrzebu zbrodniarza i zakpiono z ofiar komunizmu.  Zaprotestujesz? Jesteś profanem i oszołomem, mściwym, niedouczonym katolem.

Od czasów wojny na górze Lecha Wałęsy wciąż podgrzewany jest kocioł z gównem, którym oblewa się nieposłusznych. 
Wydawało się, że Polacy już się na ten chwyt uodpornili, jasno pokazywała to kampania wyborcza do PE.  Brak sprowokowanego do wojny przeciwnika wytrącał broń i gasił emocje.
Ale nic z tego, wyciągnięto znienawidzonego  trupa z zamrażarki  i wszystko wróciło do normy.
Zbieramy żniwo 25 lat tolerancji dla zła i relatywizowania sowieckiej okupacji Polski po 1945 r.

Kto znajdzie na  te grę  szczepionkę, będzie wodzem na miarę Józefa Piłsudskiego.

_____________________________________
Możesz też posłuchać. Audycja 533 (niedzielna):




środa, 28 maja 2014

Sakrament pojednania w służbie władzy?



Po co komu prawda i Dekalog? – pytają niektórzy. 

 Życie nie jest bajką, tylko na westernach dobry wjeżdża na białym koniu, a bandzior na zakończenie filmu spada martwy z czarnego konia. I wszyscy biją brawo zapijając wyrzuty sumienia kuflem piwa. 
Tu i teraz trzeba dobrze głową, a nierzadko i tyłkiem kręcić, by wyjść na swoje.  Reszta to szkodliwe marzycielstwo - mawiają, gdy już mają dobrze w czubie. 
Klepią poufale szefa po ramieniu i szepcą do ucha donos na kolegę, by zająć jego miejsce. Za plecami rysują mu kółko na skroni, że niby taki naiwny idiota i nie wie, że życie to walka,  jak kraść to milion, a nie batonika.

Bywają jednak sytuacje, w których jasno, jeśli jesteś człowiekiem honoru, musisz się określić.

Jeśli mówisz, że walczyłeś o prawdę, o prawo do wolności i godnego życia, to albo tak żyj, jak głosisz, albo milcz w zaciszu swej prywatności uważając historię za przeszłość, do której nie warto wracać.
Inaczej jesteś szubrawcem, który dla władzy, koniunktury sprzedaje siebie i swój naród,  deprawuje młodzież i szarga pamięć tych, którzy oddali swoje życie w walce o wolność.

Ostre słowa?   To powiem to weselej, pośmiejemy się razem. :-(

Pewien facet  obiecał narodowi fetę 4 czerwca  z okazji 25 rocznicy obalenia komuny. Uroczystość będzie wielka, zaproszono nawet prezydenta USA. Ufundowano równie wielką nagrodę. Będzie hucznie i patriotycznie. 
 I ten sam facet  ogłasza narodowi, że osobiście weźmie udział w pogrzebie sowieckiego agenta, komunistycznego aparatczyka, renegata. 

I ten sam facet będzie 4 czerwca wygłaszał płomienną mowę na cześć zwycięstwa i obalenia komuny. 

Ten sam facet zapewne jesienią, jeśli się nie wykręci od tego przykrego dla niego obowiązku,  weźmie udział w uroczystym pochówku pomordowanych i wyrzuconych na cmentarny śmietnik ofiar kremlowskich mocodawców komunistycznego bandziora, którego nawet TK  III RP uznał pośrednio za przestępcę kierującego nielegalnym związkiem zbrojnym. 
Czy to nie jest śmieszne, czy nie można turlać się ze śmiechu, że „Wolski” będzie miał pogrzeb z honorami i spocznie obok polskich patriotów? Śmiejmy się do rozpuku. Władza zafundowała nam prawdziwą "zabawę" na miarę III RP. 
Najtrafniejszym, podsumowaniem tej farsy, poniżającej naród, jest komentarz: 

Przyznam, że byłbym zawiedziony, gdyby lokator Belwederu nie uczestniczył w pogrzebie WJ. Każdy przecież powinien być na swoim miejscu.

To prawda. Mieszkaniec Belwederu niczym nie zaskoczył. Gdyby zrobił inaczej, to dopiero byłoby zaskoczenie.
Jeśli ma ktoś wątpliwości, to niech obejrzy relację z pobytu  mieszkańca Belwederu  w Smoleńsku. https://www.youtube.com/watch?v=zLuLo2oAoGw  (przytoczony komentarz jak i link do filmu zamieścił na Twitterze Aleksander Ścios).  Nie pozostawia on złudzeń, wszystko jest w normie i niczemu już dziś dziwić się nie można.  To jest właśnie prezydent III RP.

O szacunku do polskiego munduru opowiada nam też premier.  

Ot,  znowu robi się i "śmiesznie,  i  wesoło", bo jak tu się gorzko nie śmiać, kiedy ten mundur nicowany jedynie na lewą stronę i z Polską nie ma nic wspólnego. 
To mundur wojska ślubującego wierność PZPR i Związkowi Sowieckiemu. 
To mundur, który hańbił Polaka, bo wysyłano go w tym mundurze do mordowania swoich rodaków i pacyfikowania Czechów. 
Mundur Polski  został zakopany głęboko w dołach śmierci Katynia i wszystkich katowni NKWD i UB. I teraz orędownik bezczeszczenia honoru polskiego munduru spocznie obok ofiar komunistycznego terroru, a premier podobno wolnej Polski  baja nam o honorze polskiego munduru na grzbiecie przestępcy.    

Prezydent i premier III RP – obaj historycy, powołujący się na kombatancką przeszłość walki z komuną, nie wiedzą, kto nosił polski mundur, a kto go plamił swoją służbą? Kto nigdy nie miał do niego prawa i dawno powinien być osądzony i zdegradowany za zdradę ojczyzny?  
 Nic prostszego było  dowiedzieć się, jak się degraduje. Wystarczyło  zasięgnąć języka u tych, których z taką pasją degradował Jaruzelski. A było ich setki, długa lista przyjaciół; towarzyszy broni, których pozbawiał stopni za pochodzenie i nie dość komunistyczny kręgosłup. Uwielbiał wykańczać swoich, to taka komunistyczna słabość od czasów Lenina, którą przejęli następcy. 

Naprawdę zrobiło się "wesoło" w naszej Ojczyźnie w rocznicę obalenia komuny. Mamy prawdziwie wolny kraj i mamy co świętować 4 czerwca.

Prawo, Dekalog dla prostaczków, świat polityki kieruje się skutecznością a nie moralnością - to obiegowe truizmy.
Nie będę więcej ich przytaczać, wszyscy  znają. Jedni kiwają głową; takie jest życie, inni udają, że wszystko jest w porządku, a jeszcze innych po prostu szlag trafia, mówią - dość! -  próbują, mimo wszystko, iść pod prąd i udowadniać, że żyć można godnie i uczciwie. 
Na szczęście znam takich wielu. Nie jest prawdą, że wszyscy biorą, wszyscy kradną i wszyscy mają gdzieś ojczyznę i ją zdradzają. 
Każdy sądzi według siebie i jak pisał narodowy wieszcz; takie widzisz świata koło, jakie tępymi zakreślasz oczy.  Chyba, że wzlecisz nad poziomy i poczujesz smak wolności. 
Zwykły człowiek mimo trudności, wie, co to przyzwoitość, honor, lojalność, miłość, Dekalog. Jeśli nawet nie udaje się mu tak żyć, to marzy o tym i konfabuluje historie, które czynią go w oczach innych lepszym niż jest w istocie. 
Zwykły człowiek oczekuje od ludzi, którym ufa, że będą tak żyli, jak głoszą. 

W najczarniejszych czasach komuny, ufaliśmy naszym duszpasterzom i naszemu Prymasowi.
To w Kościele odnajdywaliśmy wolność, pocieszenie i pomoc, gdy nas prześladowano, pozbawiano pracy, internowano, zamykano w więzieniach, przeganiano przez ścieżki zdrowia. To w  kościele czuliśmy się wolni.
Dziś już tak nie jest. Dla niektórych hierarchów ważniejsza jest władza i dotacje na budowę kościoła niż prawda i moralność. 
To problem, który bardziej boli i bulwersuje niż żenująca maskarada z  pogrzebem  Jaruzelskiego. Trudno oczekiwać prawdy i moralności od władz III RP, ale chciałoby się jej od swoich duszpasterzy.  

Sakrament pojednania w służbie władzy?
 
Na wszelki wypadek, by nie dziwiono się pogrzebowej celebracji, odtrąbiono we wszystkich mediach, że Jaruzelski pojednał się z Bogiem.   Szkoda, że spowiednik za pokutę nie zadał mu przyznania się przed Polakami do zbrodni, jakie popełnił wobec Polski i Polaków. Może wtedy byłoby nam łatwiej przyjąć propagandową opowieść o pojednaniu się Jaruzelskiego z Bogiem? 

Jakie to pojednanie, kiedy do końca stan wojenny uznawał za ratunek dla Polski, choć już nawet wróble na dachu ćwierkały, że była to zdrada sowieckiego agenta.  
 A może przed śmiercią przeprosił rodziny ofiar Wybrzeża? Może przeprosił bliskich ofiar pacyfikacji kopalni Wujek? 
Wielokrotnie był w szpitalu i miał czas na prawdziwe pojednanie. Nie zrobił tego, więc o jakim pojednaniu z Bogiem trąbią media?
Czy pomyślał prymas, pouczający naród, że nikt nie ma prawa osądzać życia Jaruzelskiego, bo on już na sądzie Bożym, co czują rodziny ofiar? To tak jakby powiedzieć, że nikt nie ma prawa osądzać katów strzelających do polskich oficerów w Katyniu, bo umarli. 
Nie wiem czy Jaruzelski osobiście strzelał, ale wiem na pewno, że wydawał rozkazy strzelania. I tylko szantażem i wymachiwaniem teczkami udało mu się uciec od osądzenia. Dokumenty IPN nie pozostawiają wątpliwości. 
Czy zastanawiał się ktokolwiek z hierarchów, jaką hipokryzją i obłudą takie szumne uroczystości kościelne trącą i jak bardzo rozmazują granice między katem a ofiarą, dobrem a złem, prawdziwą pobożnością a nic nie znaczącym rytuałem? Jak bardzo dają argumenty wrogom Kościoła?  
Jeśli jeszcze nie dotarło do niektórych hierarchów, jak bardzo gorszą swoim postępowaniem,  to   niech wreszcie posłuchają, co mówi się o cerkwi moskiewskiej.
Jak mamy wychować swoje dzieci do miłości Ojczyzny i Kościoła, kiedy z udziałem najwyższych władz państwa i Kościoła trwa w najlepsze zamazywanie prawdy, kto jest zdrajcą, katem, a kto ofiarą? 
Jeśli Jaruzelski zasługuje na honory i grób na polskim cmentarzu wojskowym, to gdzie pochowamy szczątki bohaterów z Łączki?   

Prawda jest po to, by uczyła odróżniać dobro od zła. Nie nauczy jej nikt, kto co  innego mówi, a inaczej postępuje. Dotyczy to wszystkich, nie tylko prostaczków, również generałów, prezydentów i premierów,  a już na pewno duszpasterzy.

Warto też pamiętać o lekcjach płynących z historii. Tylko do czasu jest  śmiesznie i wesoło, gdy skrzywdzeni płaczą. Można złamać protesty, można je zignorować, można przejąć media, przekupić dziennikarzy, obłaskawić dotacjami hierarchów kościelnych, ale nie da się zagłuszyć prawdy. Przychodzi czas, kiedy trzeba zdać sprawę ze swoich czynów. 


_____________________________________
Możesz też posłuchać. Audycja 532 (czwartkowa):



czwartek, 22 maja 2014

Ja, wójt wam to mówię. Wierzcie!



Jest problem społeczny? Bulwersuje obywateli? Świetnie! Zacierają ręce piarowcy i w ruch idzie machina propagandowa. Do akcji wkraczają dziennikarskie cyngle mainstreamowych mediów, służby państwowe, organy ścigania, sądy i parlament. Od obowiązku zaklepywania ustaw na potrzeby propagandy nie uchyla się prezydent.


A życie toczy się nadal swoim torem, obywatele muszą sobie poradzić sami, znowu czują się wystrychnięci na dudka.  Suchej nitki na władzy nie zostawią, ale tak jak za komuny tylko w gronie zaufanym pobiadolą, bo przecież jest tysiąc sposobów, by zniszczyć dobrze prosperującą firmę czy wyrzucić z pracy niepokornego  urzędnika, nauczyciela, związkowca...


Wzorcowym przykładem takiej piarowskiej akcji była  walka z dopalaczami.


Kto  dziś pamięta słynny okrzyk wojownika, Donalda Tuska - W walce z dopalaczami, jak będzie trzeba, będziemy działać na granicy prawa.


No i się zaczęło. Do walki najpierw włączono medialne tuby propagandowe. Żaden przypadek zatrucia czy zgonu z powodu zażycia dopalaczy nie ukrył się przed Polakami. Przez wiele dni byliśmy bombardowani i straszeni wiedzą o zagrożeniach, jakie niosą „próbki kolekcjonerskie” chemii i różnego rodzaju zielska halucynogennego.
Służby państwowe dokonały  bezprawnych nalotów na sklepy z nakazem zamknięcia  rekwirując jednocześnie towar.


Czy ktoś mając w domu niesforne nastolatki, które lubią eksperymentować i szukać dzikich wrażeń, gdy tata i mama w pocie czoła pracują na ich nowe wypasione stroje i inne akcesoria młodzieńczego szpanu, mógł mieć wątpliwości, że premier działa dla ich dobra?
Pal sześć prawo, pal sześć odszkodowania, które może trzeba będzie  zapłacić właścicielom sklepów. Najważniejsze, że akcja się powiodła.

Tylko czy na pewno? Czy na pewno wiemy, co dalej z bublem legislacyjnym, który mimo negatywnych opinii prawnych został podpisany przez prezydenta?
 
Czy dziś ktoś sprawdza, bada i ostrzega przed dopalaczami? Czy informuje się o tym opinię społeczną, szkoły, placówki wychowawcze, inspekcje sanitarne? Czy nadal robi się naloty na podejrzane sklepy, ściga sprzedawców, docieka, gdzie są dopalacze produkowane, gdzie uprawia się  trujące rośliny i kto je potem przygotowuje do sprzedaży?
W trybie pilnym trafił do Sejmu projekt ustawy o zmianie ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii oraz ustawy o Państwowej Inspekcji Sanitarnej, w której  zakazano wytwarzanie, handel i reklamę wszelkich środków zastępczych,  jednocześnie definiując je tak, że  nawet picie kakao również może być przestępstwem, bo jest używką.

Jeśli nikt jeszcze nie został pozwany za sprzedawanie herbaty to tylko dlatego, że owa nowelizacja jest martwa. Co będzie jednak, jak ktoś wpadnie na pomysł, aby ją wykorzystać do nękania niewygodnej konkurencji?


Czasem zastanawiam się czy nie bardziej odpowiednia byłaby dla premiera Donalda Tuska  rola wójta.
Wystarczyłaby wówczas pieczątka w cholewie i formuła wójta z „Chłopów” Reymonta - Ja, wójt, wam to mówię. Wierzcie!

Nieustannie bowiem wykracza poza swoje kompetencje wykorzystując perfidnie prawo i dotacje celowe, które umożliwiają permanentną kampanię wyborczą.  Takie Orliki z łatwością zbudowałby każdy gospodarny samorząd, gdyby zreformowano przepływ podatków i  ograniczono dotacje celowe w budżecie, pozostawiając  przede wszystkim  rezerwę budżetową na wypadek różnych nieprzewidzianych okoliczności, np.  powodzi.

No właśnie, wywołałam wilka z lasu wymieniając powodzie.
Kto wymyślił Tuskowi  cały ten medialny cyrk  z powodzią? Tak na dobrą sprawę nie mam do  pomysłodawcy pretensji. Zupełnie niezamierzenie odsłonił  Tuskową wizję rządzenia państwem – „Ja, wójt wam to mówię. Wierzcie!”.
Ależ wójcie! Jest przecież wojewoda, sztab antykryzysowy, strażacy, proszę się nie martwić, poradzimy sobie…
A wójt tupie nogą, marszczy brwi i zwołuje zaufanych dziennikarzy. W błysku fleszy pochyla się nad deszczem.  Tylko czy to akurat rola dla premiera? Czy fakt, iż mobilizować do pracy na wypadek kataklizmu musi premier, nie świadczy raczej o nieudolności jego rządu?

Metoda takiego działania została wypróbowana już znacznie wcześniej. Czyż w słynnej akcji budowania Orlików  Donald Tusk nie okazał się gminnym wójtem z dobrą ministerialną kasą w kieszeni?
Jesteś grzeczny, kochasz PO? Dostaniesz pieniążki, tylko musisz zrobić fetę tak, aby wszyscy wiedzieli, że krajowy wójt dba o ciebie i twoją gminę.
Niestety, dobrze żarło, ale zdechło, bo kolesie zanadto byli pazerni, w tym, znany nam dobrze, Miro od mafii hazardowej.


Czy ktoś dziś sprawdza, jak  funkcjonują Orliki, czy korupcja w ministerstwie sportu znalazła swój finał w sądzie?  Kto by się tym tam przejmował i informował społeczeństwo.
To była tylko akcja, do której nagięto i wykorzystano prawo nie po to, by działo się lepiej, ale by wójt miał poważanie, a kolesiom żyło się dobrze.

Premier wścieka się, obiecuje rozwiązanie problemu, marszczy brwi, zapewnia o twardej i skutecznej ręce  wodza i co?


Czy wiemy już  jak zakończyło się śledztwo CBA  dotyczące budowy odcinka C autostrady A2? Czy wiemy jak zakończyła się sprawa zatrudnienia bez przetargu firmy DSS i czy podwykonawcom zwrócono pieniądze, które stracili? Ktoś został ukarany? Dla wizerunku premiera od akcji do akcji nie ma to najmniejszego znaczenia.

Afer mniejszych i większych w ciągu tych siedmiu lat rządów PO w koalicji z PSL nie da się wymienić w żadnej blogowej notce. To proces, który wciąż trwa. Rejestruje je skrupulatnie coraz bardzie zmęczony  tą syzyfową pracą MarkD na swoim blogu „Z faktami się nie dyskutuje”.

Nikt  odpowiedzialny za  wymieniane tam afery nie tłumaczy się przed wyborcami. Media dyskretnie milczą, prokuratury morzą, sądy nie mają mocy przerobowych.


Słynne akcje Tuska i jego partii nadawałyby się jedynie do kabaretu, gdyby nie naprawdę groźny obraz rozkładającego się państwa, w którym wszystkie instytucje podporządkowane są jednej najważniejszej akcji – kampanii wyborczej. To dla niej niezliczone razy nowelizuje się ustawy, to dla niej  obiecuje się odroczenie spłaty długu zusowskiego spółek węglowych, to dla niej pisze się jedynie słuszny tzw. "darmowy" podręcznik szkolny. 

Wójt z Lipiec  wciąż nam rządzi i coraz głośniej krzyczy – Ja, wójt wam to mówię. Wierzcie! 

 Strach pomyśleć, co będzie, jeśli nadejdzie chwila, gdy w  Polsce potrzebny będzie natychmiast nie wójt, a sprawny i mądry premier.  

_____________________________________
Możesz też posłuchać. Audycja 530:



wtorek, 15 kwietnia 2014

To nie drzewa są winne

To nie drzewa, panie Hołowczyc, są winne, to my, dorośli, jesteśmy winni, że nasze dzieci kończą na nich młode życie.

Hołowczyc chce wycinać drzewa, bo giną ludzie na drogach. Ja to tam poszłabym dalej. Zamiast ekranów chroniących przed nadmiernym hałasem rozciągnęłabym gumowe materace. Spełnią podwójną rolę. Obronią przed decybelami i ochronią pianych małolatów.
Ironizuję? A jak tu nie kpić sobie z rajdowego kierowcy, który wini drzewo za brawurę, pijaństwo, brak wychowania i właściwej opieki nad małolatami?

Wiem, wiem, już mi to perswadowano; niemożliwa jest kontrola nastolatków, by sobie krzywdy nie zrobili.
Wiem coś na ten temat, bo wychowaliśmy szczęśliwie dwóch synów. Uff! Mogę westchnąć, bywało ciężko.

Każdy też z nas doskonale pamięta sytuacje, w których wbrew zakazom rodziców, perswazjom nauczycieli, robiliśmy takie głupoty, że do dziś nie możemy wyjść z podziwu, jak uszliśmy z życiem. Były to niezapomniane lekcje rozsądku, które na szczęście kończyły się, co najwyżej, guzami i szlabanem rodziców.

I tak możemy gaworzyć w nieskończoność, tymczasem zginęły dzieci, a winnych nie ma. Nikt nie śmie wskazywać na przyczyny tragedii, nikt nie szuka winnych, bo przecież w skrytości ducha mówi sobie; mnie to też może spotkać, mam dzieci i nie zawsze wiem, co robią. I może właśnie dlatego każdego roku wiosną i latem giną nasze dzieci na polskich drogach, a dorośli rozkładają bezradnie ręce.
Niedawno w mojej gminie zginął ukochany syn, oczko w głowie rodziców. Student. Ot, wybrali się na imprezę, trochę wypili, za szybko jechali i to nieszczęsne drzewo na drodze… Był syn, nie ma go. Rozpacz i nieprzespane noce, bo jak do tego mogło dojść?! Przecież nie pił nałogowo, uczył się, był rozsądnym dzieckiem. Ciężko zapracował na ten samochód, nigdy nie prowadził po pianemu.
Przyjaciele, znajomi płaczą razem z nimi i powtarzają. Nie wiń siebie, to był nieszczęśliwy wypadek.
Nie wiem czy można było uniknąć tragedii, ale w wielu innych sytuacjach na pewno tak. Wystarczyłaby żelazna zasada. Jedziesz na imprezę, odwiozę cię, synu, potem zadzwonisz i wyjadę po ciebie. Zostaw kluczki w domu.
Prawdą jest, że wypadek może zdarzyć się wszędzie, najwięcej ludzi przecież umiera w łóżku, ale można przynajmniej uniknąć sytuacji prowadzących do pewnej tragedii.

Każdego roku latem na szosie, przy której mieszkam, giną młodzi, przystojni i bogaci. Sześć kilometrów od tej szosy, w głębi lasu, licznych biwakowiczów z Warszawy przyciąga pięknie położone jezioro. Od marek wypasionych samochodów aż mieni się w oczach.
Do późna w nocy rozbrzmiewają śpiewy przy grillach. Piwo leje się strumieniem. W poniedziałkowy ranek trzeba wracać. Dla niektórych jest to ostatnia droga. Ale giną też z tego powodu miejscowi, bo akurat mieli pecha i znaleźli się na drodze, gdy pruł po niej nietrzeźwy synalek bogatego tatusia w szpanerskim bmw.
Nieszczęśliwy wypadek czy skandaliczna, wołająca o pomstę do nieba, głupota i brak odpowiedzialności gówniarza i jego rodziców?

Takie postawy nie biorą się znikąd. Ileż to razy dorastający syn wyczuwa, że ojciec wracając z imprezy u znajomych, prowadził samochód po piwku?
A ile razy tatuś sprawdzał alkomatem stan swojej trzeźwości po uroczystościach rodzinnych, gdy trzeba było wracać do domu? Dlaczego tatusiowi wolno prowadzić w stanie wskazującym, a synowi nie? Tacie się udało? Mnie tez na pewno się uda. Nie złapie mnie policja, nie zapłacę mandatu, bo mi ojciec głowę urwie i więcej samochodu nie da.
Mandatu się boi, a o śmierci nie myśli. Tata surowy, gdy lakier zadrapany na furze. Przez miesiąc kluczyki niedostępne. Można stosować kary dla lakieru, a nie można dla bezpieczeństwa dziecka? Dziwna i okrutna w konsekwencjach postawa rodzicielska.

Nie mówmy więc, że wszystkie tragedie, które rozgrywają się na naszych drogach z udziałem młodzieży, to tylko nieszczęśliwe wypadki, których nie można było przewidzieć, a winne są przydrożne drzewa.
Na podwórku nastolatki bawią się przy ognisku. Najmłodsza ma 13 lat, najstarszy 17. Skąd tam piwo, skoro obok są rodzice? Skąd tak łatwy dostęp do samochodu? Zapewne śledztwo wyjaśni, jak mogło do tego dojść, tylko życia dzieciom nikt nie wróci. Niech nikt mi jednak nie wmawia, że to nieszczęśliwy wypadek, bo to nieprawda. To tylko konsekwencja bezstresowego wychowania, które prowadzi do bezradności rodzicielskiej, gdy pod nosem zaczynają sypać się wąsy. Wtedy trudno już wychowywać, czasem za późno. Przykładów tragicznych wypadków drogowych z udziałem wyrostków można mnożyć. Nie musiały się one wydarzyć, można było ich uniknąć, gdyby w wychowaniu do dorosłości nie tylko o prezerwatywy i zadrapania na lakierze troszczono się, gdy nastolatki wybierają się na dyskotekę samochodem rodziców.

W moim rodzinnym domu musiałam meldować się ze szkolnej zabawy o godz. 20. Bardzo to przeżywałam i długo nie mogłam rodzicom tego zapomnieć. Śmiali się ze mnie rówieśnicy, czułam się upokorzona. Wcale przez to, że wracałam wcześniej, nie byłam bardziej bezpieczna. Czasem wracałam znacznie później, bo wolałam karę niż rezygnację z zabawy. Jest tysiąc innych sposobów dogadania się z własnym dzieckiem i wyegzekwowania pewnych reguł postępowania, które w każdym domu rodzicielskim powinny obowiązywać i to nie tylko dzieci, ale wszystkich domowników. Reguły te nie można jednak wprowadzać dopiero wtedy, gdy dziecko stwarza problemy wychowawcze. Wtedy jest już zwykle za późno. Nikt też nie może zwolnić rodziców od czuwania i odpowiedzialności, gdy dzieci do późna w nocy imprezują.

Tragedia w Klamrach powinna otrzeźwić rodziców i opiekunów. Za błędy luzackiego wychowania płacą nasze dzieci. Czy muszą?
To nie drzewa, panie Hołowczyc, są winne, to my, dorośli, jesteśmy winni, że nasze dzieci kończą na nich młode życie.

piątek, 21 lutego 2014

To nie pogrzeb Ukrainy, a my nie na stypie

Warto zapamiętać ten moment. Nie wiemy, co ustalono i za jaką cenę, ale już Radę Majdanu wielu gotowych uznać za zdrajców. Nie wiemy, kim oni są, może niektórzy z nich to rosyjscy prowokatorzy? A może jest tak, że scenariusz załamał się Putinowi? Nie będzie wykupienia w obligacjach Ukrainy, nie będzie wojny domowej? Nie będzie rozbioru? Nie wiemy też, jak Ukraińcy przyjmą zakończenie protestu. Co się jeszcze wydarzy?

Za kilka, kilkanaście lat niektórzy będą budować mit zdrady narodowej, winić Ukraińców i na tym micie będą chcieli zdobyć władzę.
Mamy nad grobami synów wciąż będą wyrzucać im – I po co ci to, synku, było?! Dlaczego nie posłuchałeś matki?
A może nad grobem Ołeha Uśniewicza stanie kiedyś dorosły syn i powie – Dziękuję, tato. Wciąż brakuje mi ciebie, ale nie zginąłeś na darmo.
Któż dziś może powiedzieć z całą pewnością, że słowa matek są bardziej prawdopodobne?

 A może to nie zdrada tylko taktyka, roztropność, odpowiedzialność, może więcej nie można było? Przecież trzeba pracować, zarobić na chleb, zapłacić czynsz, pochować syna, ojca...

 A jeśli zdrada, to kogo znowu wysłać na śmierć?
Myślę o tym, bo znam smak przegranej i obrzucania się wzajemnymi oskarżeniami. I wiem też,
że poczucia wolności, ludzkiej solidarności, nie zatrą żadne uczone rozważania; co by było, gdyby było. Pokazali Ukraińcy, kim są jako naród, pokazali, jak można miesiącami na mrozie, w dymie palonych opon, trwać. Teraz czas na dopilnowanie porozumienia, by nie trzeba było znów ginąć na ulicy. Czas troski o pozbawionych pracy, aresztowanych, gnębionych za walkę o wolną Ukrainę.
Bez tej solidarności nie da się dalej niczego zbudować. Pozostanie jedynie gorycz i rozpacz topiona w beznadziei.
Polacy to już wiedzą, bo popełnili ten kardynalny błąd w 1989 r. Każdy zabrał swoje zabawki i każdy mościł swoje legowisko, pozostawiając innych na pastwę uwłaszczonej komuny.

Nie znam się na wielkiej polityce. W Tarnopolu, gdzie od wieków żyli moi przodkowie, nie ma już ich grobów. Jedni, wywiezieni w bydlęcych wagonach zaginęli w śniegach Syberii, drudzy padli ofiarą banderowskich noży, inni zbudowali mój dom na Ziemiach Odzyskanych. I tak jak kiedyś żują gorycz poświęcenia ich tragedii dla wielkiej polityki. W Tarnopolu króluje portret rzeźnika Polaków, w moim nowym polskim domu nacjonaliści ukraińscy przeszkadzali mi czcić pamięć pomordowanych i w rocznicę ich śmierci urządzali nacjonalistyczne festiwale.
 Sowieccy oprawcy śmiali się w nos Rodzinom Katyńskim w Strasburgu.
Moją miłość do Ojczyzny politycy żyjący z mojej pracy nazywają faszyzmem, a sowieccy agenci pobierają emerytury, o jakich nawet śnić bym nie śmiała.
Żołnierzy walczących z czerwoną zarazą z trudem wydobywa się z dołów śmierci, a mordercy leżą w alejach zasłużonych.
Polski minister finansuje z podatków naigrywającą się z mojej wiary wystawę, ale odmawia dotacji na Muzeum Żołnierzy Wyklętych. Wciąż nie możemy się doczekać Muzeum Kresów. A wszystko w imię wielkiej polityki.

Mimo to, ze ściśniętym sercem, ale i z nadzieją, śledzę wydarzenia na Ukrainie. Są dla mnie ważną lekcją.
W wydarzeniach EUROMAJDANU jak w krzywym zwierciadle zobaczyłam historię walki „Solidarności” z komuną. Zobaczyłam współczesną sytuację mojego narodu.
Są wydarzenia, które mówią każdemu – Sprawdzam cię.
Egzaminu nie zdali narodowcy. Zaprzepaścili kapitał poparcia zdobyty w Marszach Niepodległości. Milczenie i brak działania prezydenta każe się dziś pytać, kim właściwie jest i kogo reprezentuje. Bezradność rządu wobec kilkumiesięcznych protestów aż nadto widoczna.
Za ostatni popis ministra MSZ można tylko się wstydzić. Groźba – Albo podpiszecie, albo zginiecie wszyscy! – odsłania aż nadto dobrze, od kogo takim językiem zaraził się.
Teraz przyszedł czas na kolejny sprawdzian, kolejny egzamin dla polityków.
Co pozostanie z deklaracji pomocy Ukraińcom? Czy będą ich adwokatami w UE?

A co z nami? Zwykłymi ludźmi, Polakami i Ukraińcami?
Chciałoby się krzyknąć; zacznijmy wszystko od nowa. Nie pozwólmy politykom, mafiozom i oligarchom tańczyć na grobach naszych bliskich. Nie pozwólmy Rosji szczuć się na siebie.
Ba, ale jak rozrobić? Myślę, że wiele będą mieli nam do powiedzenia polscy dziennikarze, którzy razem z Ukraińcami przeżywali dni chwały i grozy. Dokumentowali i rozmawiali z protestującymi. Zanim wyciągniemy pochopne wnioski, posłuchajmy świadków najnowszej historii Ukrainy.

I może jeszcze jedna rada dla niezadowolonych z porozumienia, które, miejmy nadzieję, kończą walki w Kijowie.
Dziennikarz Stanisław Janecki napisał na Twitterze: „Aha, krytykując porozumienie, jakkolwiek złe czy dobre by ono nie było, nie szafujmy krwią Ukraińców, bo już dość jej przelano”.

Dodam do tej pointy.
Ukraina to nie nieboszczyk, a my nie zostaliśmy zaproszeni na stypę po jej pogrzebie. Ona żyje i walczy o swoje miejsce wśród innych narodów jako suwerenne państwo.

wtorek, 21 stycznia 2014

Częściowo wolne wybory w częściowo wolnej Polsce

Bronisław Komorowski chce ustanowić 4 czerwca świętem narodowym dla uczczenia częściowo wolnych wyborów. Wymyślił nawet specjalną nagrodę.
Zróbmy wszystko, by mu w tym przeszkodzić – apeluje publicysta niezależnej.pl wspominając 25 rocznicę śmierci ks. Stefana Niedzielaka, kapelana AK i uczestnika powstania warszawskiego, współzałożyciela Rodziny Katyńskiej.

W III RP bestialski mord nie doczekał się uczciwego śledztwa i ukarania winnych. Zbrodnia, popełniona przez esbeckich oprawców na ks. Niedzielaku to dla propagandy Okrągłego Stołu - ostatnie podrygi komuny.
W rzeczywistości był to akt założycielski III RP, twierdzi Piotr Lisiewicz. Dlatego nie powinniśmy godzić się na szopkę, jaką proponuje prezydent dla uczczenia częściowo wolnych wyborów 4 czerwca 1989 r.

Dla mnie, uczestniczki tamtych czerwcowych wyborów nie ulega wątpliwości, że jest to perfidny pomysł piarowców Komorowskiego pracujących nad jego reelekcją. Perfidny, bo ostatnio jakoś Polacy nie dają się zbytnio dzielić, wielu ma w głębokim poważaniu, co który z polityków powiedział i na czym polega tzw. kontrowersyjna czy skandaliczna wypowiedź. Życie toczy się obok mainstreamowych newsów, które bardziej śmieszą, budzą politowanie, niż wywołują burze.

Toteż niezły zgryz ma Kancelaria Prezydenta, która dwoi się i troi, by zainteresować kroczącą kampanią wyborczą Komorowskiego.
Co bardziej nadaje się do podziału Polaków i rozgrzania emocji jak nie ocena wydarzeń, które tkwią jeszcze w pamięci większości pokolenia biorącego w nich żywy udział? Wymarzony temat i gratka dla kreowania wizerunku Komorowskiego jako męża stanu.

Szopka ta dopiero się zaczyna. Już sobie wyobrażam emocje, jakie będą towarzyszyć ustalaniu listy najbardziej zasłużonych dla „częściowo wolnej Polski”. Słyszę już gromkie przekonywanie dziennikarskich cyngli do uznania, że „częściowo wolna Polska” to wszystko na co nas dziś stać, a śmierć ks. Niedzielaka to już historia i nie trzeba do niej wracać.

Fakt, pomysłem tym Komorowski pluje po prostu Polakom w twarz, kpi sobie z większości narodu, który został wystrychnięty na dudka. Szlag mnie jednak trafia, że kupujemy wyborczą narrację tak, jak tego chcą spece od manipulacji emocjami wyborców i to w formie, jaką oni zaplanowali.

Nadarza się wspaniała okazja, by młodemu pokoleniu pokazać, jak Polacy przy wsparciu zagranicy potrafili natychmiast się zorganizować, jak pilnować, by nie było cudów nad urną.

Jeśli dziś biadolimy, że rosyjskie serwery liczą nam głosy wyborcze, to ja się pytam, kto wtedy nam je liczył?
A jednak stworzyliśmy taki mechanizm kontrolny, który uniemożliwił sfałszowanie wyników.
Obraziłabym Jarosława Kaczyńskiego, gdybym robiła teraz wykład, na czym ten system polegał i dlaczego był skuteczny. Prezes PiS i wielu członków partii również w tym uczestniczyli. Ale nie potrafię powstrzymać się od pytania, dlaczego nie możemy tej organizacji skutecznego patrzenia władzy na ręce powtórzyć dziś, wykorzystując dzisiejsze możliwości techniczne komunikacji?

Dlaczego musimy dąć w tubę cwaniaków od ogłupiania społeczeństwa i przekreślać to cudowne obudzenie oddolne narodu? Dlaczego musimy koniecznie wszystko zgnoić, bo okazało się, że nie tak miało być?

Znacznie łatwiej jest wyrzucić do szamba dla walki politycznej wszystko, co wtedy nas łączyło, a co było totalną przegraną komuny.
Wtedy dostali łupnia i to takiego, że w panice postanowili zarządzić dogrywkę. To wtedy przegrali Polacy, a nie 4 czerwca. Wysilmy mózgownice, jak pokazać tamten czas.

Odpowiedzi na parę pytań jesteśmy winni sobie i młodzieży.

Chciałabym, np. wreszcie dowiedzieć się, kto ustalał w poszczególnych województwach listy kandydatów na posłów i senatorów z Komitetu Wałęsy? Były gotowe zanim doszło do ogłoszenia wyborów? Wtedy nie pytaliśmy się o to, bo łączyło nas zaufanie do działaczy z sierpnia i okresu stanu wojennego. Czy był to błąd?

Czy nikt nie chce wiedzieć, dlaczego natychmiast rozwiązano Komitety Obywatelskie? Czy był to błąd?

Jak to się stało, że nastąpiło przyzwolenie na wybór Jaruzelskiego prezydentem i „grubą kreskę” również wśród naszych posłów i senatorów? Czy było to tylko polityczny błąd?

Kiedy zaczęło się czyszczenie struktur „Solidarności” z dawnych działaczy sierpnia 1980 i pierwszej "Solidarności"? Kto je zainicjował i jakich mechanizmów użyto, by Polacy się nie spostrzegli, co dzieje się w kraju naprawdę?

Czy można było inaczej rozegrać klęskę komuchów w wyborach 4 czerwca 1989 r. Gdzie zaczęła się III RP? Wtedy? Czy może przy następnych już wolnych wyborach? A może to był proces, a układ zamknął się dopiero 10 kwietnia 2010 r. na smoleńskim niebie?

Pytań jest wiele, wymagają uczciwej odpowiedzi, a nie demagogii. Tymczasem my będziemy młócić narrację podsuniętą przez cwaniaczków od politycznego marketingu.
Czy tak musi być? Nie ma wyjścia z tej kwadratury koła? A może po prostu robimy wszystko, by z niej nie wyjść?

_____________________________________

Możesz też posłuchać:

 

 

czwartek, 31 października 2013

"Powrót do domu"

Wydawać by się mogło, że nikomu nie jest dziś potrzebny patriotyzm, a używany jest głównie do wyborczych podziałów na śmierć i życie.
W komentarzach pod jednym z artykułów na temat polskości i patriotyzmu przeczytałam kiedyś:
„Polakiem i patriotą to być trzeba i należy, ale tylko w przedszkolu, albo może jeszcze na początku podstawówki, ale jak ktoś nawet w dorosłym życiu nie dorósł do tego, by z tego wyrosnąć, to już żaden lekarz temu nie zaradzi...”.

Jak się z patriotyzmu wyrasta, doprawdy, nie umiem odpowiedzieć i nie chce mi się nawet o tym myśleć. Ale gdzieś, mimo sarkazmu wielu tzw. wyleczonych z miłości do Ojczyzny, kryje się tajemnica wierności swojej ziemi, rodzinie i swojemu domowi na przekór wszystkim przeciwnościom i stratom osobistym.

Wszystkich Świętych, Dzień Zaduszny.

Nikt nie pyta, skąd bierze się nasza solidarność ludzka i narodowa w tym dniu. Dlaczego zamawiamy w swoich parafiach wypominki i msze żałobne, dlaczego przemierzamy setki kilometrów, by wyczyścić zimną płytę nagrobną z jesiennych liści, postawić znicze, kwiaty, zmówić: Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie… . Tak robili nasi dziadkowie, rodzice, tak i my postępujemy. To jedna z najtrwalszych polskich tradycji.
Skąd w nas taka potrzeba czytania dat narodzin i śmierci na pomnikach, dlaczego coś ściska za gardło, gdy w alejkach cmentarnych unosi się nie tylko poświata światełek, zapach chryzantem, ale i szmer rozmów toczonych nad mogiłami?
Skąd tęsknota, przemieniająca się w fizyczny ból, gdy wspomnimy, że nasi najbliżsi leżą gdzieś w bezimiennych dołach, wykopanych dla zsypania kości, bo ślad po nich miał zaginąć, bo na ich mogiłach powstało kołchozowe blokowisko? Dlaczego wzruszeni, wysyłamy znicze na groby żołnierskie, na groby wielkich Polaków spoczywających we Lwowie czy na wileńskiej Rossie?

Pytań jest w tych szczególnych dniach tyle, ile pojedynczych, rodzinnych i narodowych ludzkich losów i nie sposób ich ogarnąć jedną myślą i jedną pointą.

Cichną spory, milknie gwar, gdy musimy zmierzyć się i z własnym przemijaniem.
Jeśli nie wiesz dlaczego we Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny odwiedzasz groby najbliższych, przyjaciół, rodaków rozrzuconych po całym świecie, to mama Katarzyna na pewno nie da Ci odpowiedzi, bo kryje się ona w tym, czym byłeś nakarmiony w swoim domu rodzinnym, jak zostałeś wychowany i jaki jest Twój świat wartości. Jednym słowem w jakiej tradycji wzrastałeś, jaki testament przekazali ci przodkowie. Ale jest coś co łączy nas wszystkich, co bardzo denerwuje tych, którzy chcieliby posiąść nasze myśli i pragnienia na własność, by łatwiej było nami kierować.
Jest nią tęsknota za własnym domem, za jedynym miejscem na ziemi, o którym możemy powiedzieć, że jest nasze bez względu na to, gdzie jesteśmy, co robimy i do czego dążymy.
Dla jednych to dom dzieciństwa, dla innych zbudowany dla swojej rodziny.

Przychodzi nieoczekiwanie; w zapachu, w geście, potrawie, zdjęciu, w światłach rozbłyskujących w oknach obcych, kiedy samotnie przemierzasz ulice miasta o zmroku. Mijają cię ludzie, śpieszą do swoich spraw, zgrzyt tramwajowych zwrotnic każe ci uważać, byś się nie zagubił w rojowisku, a ty dałbyś wszystko, by znaleźć się na kolanach taty, przytulić się do mamy i bezpiecznie zasnąć w cieple ich ramion.

Minęło wiele lat, a ja wciąż pod powiekami trzymam obraz rozświetlonych okien wrocławskich mieszkań podglądanych z mknącego pociągu. Przemierzałam tę trasę z Żagania do Opola kilka razy do roku przez pięć lat i za każdym razem to samo uczucie, to samo pragnienie; powrotu do rodzinnego domu.

Sielanka? Życie jest bardziej prozaiczne, a czasem okrutne? Możliwe. Nie zaprzeczam, że nawet z najbardziej kochanego domu ma się czasem ochotę uciec. Ale tak właśnie rządzi nami tęsknota. To ona sprawia, że na monet zapominamy o ciosach, ranach, biedzie, swarach i gnamy każdego roku w drugi koniec Polski, by odwiedzić nieme mogiły, spotkać się z rodziną, powspominać, naładować życiowe akumulatory. Nieważne, że na co dzień jesteśmy daleko, czasem za morzem, na wyspach, gdzie wiedzie się nam całkiem dobrze, gdzie zbudowaliśmy nowy dom rodzinny dla swoich dzieci. Liczy się tylko to, że „hen gdzieś tam „za górą, za mgłą jest rodzinny twój dom”, do którego możesz wrócić, rozmawiać w ojczystym języku o wszystkim, co absolutnie nie jest zrozumiałe dla obcych znad Tamizy czy z Nowego Jorku. Najpierw miłość, przywiązanie, tęsknota, potem już wszystko jest proste. Stajemy się chorzy na Polskę i nikt nas z tego już nie wyleczy. Jak dobrze, że wciąż jeszcze nie wynaleziono na tę przypadłość skutecznego lekarstwa.

Władysław Walec "Powrót do domu"

_____________________________________

Możesz też posłuchać:

 

 

czwartek, 24 października 2013

Panie Boże, chroń nas od przyjaciół…


Chocholi taniec trwa ku uciesze agentów Rosji oraz odpowiedzialnych za lot delegacji na groby pomordowanych przez sowiecką Rosję polskich oficerów w Katyniu. Nie ma winnych, nie ma odpowiedzialnych, są z jednej strony oszołomy, a drugiej  nagrodzeni za wierną służbę odznaczeniami i posadami w polskich ambasadach. Niestety dzieje się to również tak wskutek naiwności, czasem wręcz głupoty i nadgorliwości wszystkich, którym zależy na odsłonięciu prawdy.


Ponad trzy lata trwa już śledztwo smoleńskie, które ze strony rządowej, koalicji parlamentarnej, SLD oraz prezydenta RP, sprowadza się do uwiarygodniania raportu MAK i utwierdzania w społeczeństwie polskim przekonania, iż wszyscy, którzy nie przyjmują do wiadomości, że brzoza złamała skrzydło, a  prezydent i generał Błasik zmusili do lądowania w białej mazi mgły na grzęzawisku załogę Tu -154M, to oszołomy z Tworek. Nie znają się bowiem na prawach fizyki i dlatego nie mogą pojąć, jak to jest, że spadający samolot nie narobił dziur w ziemi i rozsypał się ostatecznie w drobny mak  z wysokości 5 metrów. 


Pieniądze podatnika idą na wywoływanie szumu medialnego i prowokacji, które mają utwierdzić znużoną masę siedzącą przed szkłem kontaktowym, że to nieodpowiedzialna gra partyjna Jarosława Kaczyńskiego, PiS  i Antoniego Macierewicza. Dzięki temu wciąż można ogłaszać tzw. „rewelacje dotąd niepublikowane”, ośmieszać i podważać wiarygodność  ekspertów zespołu parlamentarnego, zastraszać naukowców polskich uczelni, zagłuszać prowokacjami ich wypowiedzi  na Skype, omijając jednocześnie  konfrontację opinii  za pomocą argumentów i dowodów.


Chocholi taniec trwa ku uciesze agentów Rosji oraz odpowiedzialnych za lot delegacji na groby pomordowanych przez sowiecką Rosję polskich oficerów w Katyniu. Nie ma winnych, nie ma odpowiedzialnych, są z jednej strony oszołomy, a z drugiej  nagrodzeni za wierną służbę odznaczeniami i posadami w polskich ambasadach. 

Każde, choćby nieistotne dla sprawy, wydarzenie podejmowane jest z hukiem i komentowane aż do zmęczenia odbiorców. 
Niestety dzieje się to również tak wskutek naiwności, czasem wręcz głupoty i nadgorliwości wszystkich, którym zależy na odsłonięciu prawdy.
 

II Konferencja Smoleńska, zorganizowana przez naukowców dla wyjaśnienia przyczyn katastrofy na podstawie dostępnych  informacji, zdjęć, ekspertyz i symulacji, wywołała istną histerię, która nie tylko ma zniechęcić Polaków  do żądania skutecznego wyjaśnienia przyczyn katastrofy, ale też do jakiegokolwiek interesowania się tym tematem. 

Co może w tej sytuacji myśleć taka zwykła szara mysz, np. mama Katarzyna, tłuczona niczym  tłuczkiem do kartofli sprzecznymi informacjami?
 

Mam na to swój bardzo prosty sposób oceny doniesień medialnych. Trzymam się zdrowego rozsądku, a ten wciąż niezmiennie przypomina mi pierwsze informacje płynące ze Smoleńska zaraz po katastrofie. 

Pani ze szklanego ekranu zapewniała wszystkich Polaków, że części samolotu, jak to się dzieje przy każdej katastrofie lotniczej, zostaną skrupulatnie zebrane, przewiezione do Polski i poskładane wg schematu budowy samolotu, co pozwoli na ustalenie przyczyn tragedii. 

Zdrowy rozsądek przypomina mi o tym, co się dalej działo, co zrobiły polskie władze i polski parlament, by nie doszło do rzetelnego badania wraku. 

I zdrowy rozsądek każe mi myśleć, że tym sposobem tuszuje się popełnioną zbrodnię unikając odpowiedzialności. 
Nie wiem czy to prawda, ale za to wiem, że strona rządowa robi wszystko, bym tak myślała. Dlaczego? Tego też nie wiem.

Fakty utwierdzają też mój zdrowy rozsądek w przeświadczeniu, że Rosja raz po raz wykorzystuje katastrofę smoleńską do szantażowania polskich władz i wywoływania politycznych sporów, kopania partyjnych rowów przy milczącej aprobacie NATO, USA i Unii Europejskiej.  Niech się pozagryzają, łatwiej będzie nimi sterować.


Dlaczego polskie władze to kupują? Dlaczego posłowie PO, PSL, SLD haniebnie głosowali za oddaniem śledztwa Rosji? Dlaczego nie chcieli przyjąć uchwały żądającej zwrotu wraku? Dlaczego tak ochotnie, nie czekając na oficjalny komunikat o śmierci prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego marszałek Komorowski przejął władzę? Dlaczego  z takim zaparciem, godnym lepszej sprawy, utrwala wynik raportu MAK?  


To są pytania, na które z pewnością znają odpowiedź politycy rządzący. A póki milczą, mam prawo nazywać ich Targowicą, bo dziś już wiadomo, że tym  nie tylko nie poprawili stosunków z Rosją, która umie rozmawiać tylko z pozycji siły, ale wręcz osłabili polską pozycję w UE i NATO. Kto będzie się liczył z krajem, którego władza tupie i prześladuje legalnie wybranych  posłów, naukowców, rodaków, chcących wyjaśnić śmierć bez precedensu polskiego prezydenta, władz państwowych i najwyższych dowódców Wojska Polskiego?
 

Wydawać by się mogło, że w tej sprawie polskie partie powinny mówić jednym głosem. Dlaczego nie mówią?

Nie mam żadnych wątpliwości, że kiedyś Polacy o tym, komu zawdzięczają degrengoladę życia politycznego i  upadek suwerenności Polski, dowiedzą się i  pisać o tym będą w podręcznikach historii Polski. 


Póki jednak tak się nie stanie,   mam swoje antidotum na lejącą się dezinformację dziennikarskich cyngli i propagandę rządową.
Za każdym razem, kiedy wybucha kolejny szum medialny, pytam:

 
Czy już zwrócono Polsce wrak? I teraz wreszcie będzie pieczołowicie badany przez polskich i międzynarodowych ekspertów? 

Czy postanowiono dokonać własnych badań  ciał ofiar katastrofy, naprawiając choć w części bezprawny zakaz otwierania trumien i zaniechania sekcji zwłok?
A może Rosja już przysłała prawdziwe wyniki sekcji? 
Może prokuratura i komisja Laska zwróciła się do rosyjskich śledczych ze stanowczym żądaniem wyjaśnienia skandalicznie przeprowadzonych sekcji ciał ofiar w Rosji? 
Może polski Parlament podjął uchwałę wspierającą te żądania, a prezydent pod nią się podpisał? 
A może premier Donald Tusk zwrócił się o pomoc w wyjaśnieniu przyczyn katastrofy do Parlamentu Europejskiego? 
 - Nie? To o czym my dyskutujemy?! O co mamy pretensje do prof. Rońdy? Bo kłamał Kraśce, bo  się zbłaźnił,  nadużył zaufania? Wolne żarty.

Nawet jeśli prof. Rońda  podkopał wiarygodność zespołu Macierewicza, nadwyrężył swój honor naukowca i pomógł pismakom w zagłuszaniu przebiegu II konferencji smoleńskiej, to jakie to ma znaczenie wobec faktu, że ani polska prokuratura, z Seremetem na czele, ani komisja  Laska nie zrobiła nic, by merytorycznie wyjaśnić przyczyny smoleńskiej tragedii. 


Zespół Macierewicza może się mylić, nie ma możliwości prawnych, nie ma pełnego dostępu do informacji, do badań wraku, do wyników sekcji zwłok. Jest zespołem ludzi dobrej woli, którzy wykorzystują swoją wiedzę swój czas i swoje pieniądze do wyjaśnienia przyczyn katastrofy.
 

Póki organy polskich władz, zobowiązane do rzetelnego śledztwa, nie tylko nie wypełniają swoich obowiązków, ale wręcz utrudniają pracę innym, mataczą, sieją zamęt i wykorzystują media do propagandy wrogiej Polsce, wara im od zespołu Macierewicza i jego ekspertów.
 
Pogadać sobie mogą, mają potężne tuby, Owsiaków i Niesiołowskich też jest w bród, ale to nie wystarczy, by zamazać prawdę. Ona i tak kiedyś wyjdzie na powierzchnię życia politycznego. I oby jak najprędzej.


Martwić może co innego. Nasza reakcja na prowokacje. 

Nie mogę się nadziwić, dlaczego kupiliśmy skypową hucpę, dlaczego tylu porządnych dziennikarzy i blogerów skrupulatnie analizowało wyczyn prof. Rońdy oskarżając Macierewicza i członków zespołu parlamentarnego o naiwność.
Prowokacje udały się Laskowi i mainstreamowym mediom nie tylko dlatego, że ktoś im usilnie pomaga i przygotowuje je z cyniczną konsekwencją rodem z esbeckiej szkoły. 

Udały się również dlatego, że my kupiliśmy je i ponieśliśmy dalej, zamiast zrobić to, co od kilku lat robią lemingi na różnych stanowiskach; idą w zaparte, bronią, albo milczą, gdy krytykowana jest PO czy rząd. 

My natomiast wykrzywiamy twarze w grymasie niezadowolenia i atakujemy tych, którym ma prawo coś nie wyjść, bo pracują w ekstremalnie niesprzyjających warunkach. Głupota czy nadgorliwość? 

Oby wskutek tej nadgorliwości członkowie zespołu i eksperci biorący udział w rzetelnym badaniu przyczyn katastrofy nie musieli modlić się: Panie Boże, chroń nas  od przyjaciół, bo z wrogami sam sobie poradzimy. 


 Smolensk-2010.pl
GŁOSOWANIE Nr 1 – POSIEDZENIE 66.Dnia 06-05-2010 Godz. 20:07 
Lista zaprzańców jest znana
II Konferencja Smoleńska

_____________________________________
Możesz też posłuchać:

 

 

czwartek, 3 października 2013

Biznes ezoteryczny boi się wolności



 A mnie akurat ten duchowy wymiar chadzania Polaków do wróżek, kupowania czasopism dla horoskopów, noszenia w torebkach i kieszeniach magicznych kamieni i obwieszania się znakami zodiaku bardziej interesuje od finansów.



 „Kościół wraz ze swymi „duchowymi komandosami”, jakimi są egzorcyści, ewidentnie psuje biznes całej ezoterycznej branży” – napisał w swej ostatniej notce Gadający Grzyb. TUTAJ 
Wyliczył, kto i ile na tym biznesie zarabia i dlaczego Kościół psuje interes mówiąc o zagrożeniach, jakie niosą usługi ezoteryczne. Zastrzegł się jednak, że koncentruje się wyłącznie na finansowym aspekcie zjawiska nie poruszając problemu duchowego.
A mnie akurat ten duchowy wymiar chadzania Polaków do wróżek, kupowania czasopism dla horoskopów, noszenia w torebkach i kieszeniach magicznych kamieni i obwieszania się znakami zodiaku bardziej interesuje od finansów. Choć niewątpliwie w tym, według starego porzekadła – jeśli nie wiesz, o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze – kryje się źródło przymykania oczu ateistycznych środowisk, walczących z religią,  na gusła zaczarowanych odważników, wirujących stolików i  kart tarota.

By zarobić trzeba jednak zniewolić, uzależnić, odciągnąć od ołtarza nie tylko w wymiarze ofiar składanych przez wiernych do koszyka, ale przede wszystkim duchowym.
Nie ma chyba nikogo spośród czytelników notki Gadającego Grzyba, kto by nie przyznał mu racji i kto by w swoim otoczeniu nie miał naiwnych, zasilających kasę przemysłu ezoterycznego.
Znam kilka osób i to nie tylko kobiet, które po przetarciu oczu wczesnym porankiem przy kawie sięgają po horoskop czy to w Internecie, czy to w specjalnie do tego celu zakupionej gazecie.
Poranna kawa w biurach zwykle zaczyna się od tłumaczenia dziwnych majak sennych i sięgania do  senników pieczołowicie przechowywanych w szufladach biurka. 
Są to nierzadko ludzie z wyższym wykształceniem, w wielu wypadkach deklarujący się jako niewierzący racjonaliści, u których  żadnej refleksji nad idiotyzmem wiary w zabobony przy jednoczesnym odrzucaniu wiary w Boga nie uświadczysz.
Pal sześć jeśli to tylko idiotyzm, niezdrowa ciekawość, nieuświadomiona tęsknota za czymś tajemniczym, co urozmaici nudne urzędnicze życie.  Gorzej, gdy zaczynają się, jak to w życiu bywa, kłopoty zawodowe czy rodzinne; groźba utraty pracy, bankructwo, choroba, zdrada czy problemy z dziećmi.
Nie ma mocnych, kiedy człek wystraszony, upokorzony czy bezradny, każdej, nawet najbardziej złudnej nadziei się chwyta, chyba że w Bogu pokłada nadzieję, wtedy nie przyjdzie mu do głowy badać przyszłość u wróżki i szukać lekarstwa u szamana. A jeśli nawet przyjdzie, bo ktoś taką myśl podsunie, odrzuci ją, wiedząc, że zło jest realne, choć zrazu niewidoczne.

Ba, ale gadać dobrze, gdy nie przygniata nieszczęście. 
Z wiarą, która góry przenosi i zła się nie ulęknie, człowiek się nie rodzi. To proces duchowego dojrzewania i nie zawsze sprzyja mu płytka religijność wsparta pobożnymi praktykami religijnymi. Chodzą one bardzo często obok siebie.  
Znałam bogobojnego, wykształconego teologicznie i filozoficznie  proboszcza, który przed śmiercią z powodu zaniedbanej cukrzycy szukał pomocy w medycynie alternatywnej u miejscowej „zamawiaczki”.

Bezradnie patrzyłam jak  przyjaciółka szukała pomocy u wróżki, bo rodzina córki się rozpadała. Ta czyściła jej portfel nie bacząc, że kobieta zadłuża siebie i rodzinę.

Znałam wiejskiego felczera, który zamiast kontynuować medyczną naukę, chodził z wizytą do chorych przynosząc „odpromienniki”. Własnej żonie poziom cukru „obniżał” wahadełkiem, a kiedy wykryto u niego raka,  wybrał sznur zamiast lekarską pomoc i terapię w szpitalu.   

Bywa, na szczęście, też inaczej.  Przed głupotą ochronić` może czasem jedno mądre zdanie.
Kiedyś przed rozpoczęciem wizytacji w  jednej ze szkół w luźnej rozmowie z dyrektorem zapytałam – Wierzy pan w sny? Bo mnie się dziś śniło… - Nie dokończyłam. Mój rozmówca odpowiedział krótko. – Od kiedy uwierzyłem w Boga, przestałem wierzyć w sny.
Minęło wiele lat od tej rozmowy. A ja dzięki temu, między innymi, zdaniu zasypiam spokojnie i budzę się wypoczęta.

Powie ktoś. Jak nie wierzyć snom, kiedy uwierzył nawet św. Józef . W śnie przemówił do niego anioł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło (Mt 1,20). Anioł też polecił mu udać się do Egiptu (por. Mt 2,13) i stamtąd powrócić po śmierci Heroda (por. Mt 2,19)

Przykładów wydawanych Bożych poleceń podczas snu, zarówno w  Starym jak i Nowym Testamencie jest sporo.
A i współcześnie sny wciąż frapują i wciąż próbujemy je rozszyfrowywać. Moich snów, jakie miałem w przeszłości, nie określałbym „przełomowymi”. Ale miałem sny, które były dla mnie istotne. Nie było ich dużo, były jednak ważne. Potwierdzały coś, co przeżywałem na jawie – powie w rozmowie z psychologiem ojciec Józef Augustyn. Duchowość i sny 
Przy wszystkich wątpliwościach, niepokojach jedno jest pewne. Możemy spać spokojnie. Jeśli Pan Bóg będzie chciał nas o czymś upewnić, na pewno też znajdzie sposób na to, by przekonać nas, iż to On mówił do nas, gdy słodziutko przytulaliśmy zmęczony policzek do poduszki.

A jeśli już koniecznie chcemy wiedzieć czy sny są  odbiciem naszej psychiki, czy też zjawiskiem nadprzyrodzonym, to szukajmy wyjaśnienia nie u wróżki, ale u ludzi kompetentnych, którzy nie uzależnią nas od siebie i nie ogołocą z pieniędzy.

Głęboka wiara wiąże się z zaufaniem w Bożą opiekę i przyjmowaniem wszystkiego, co niesie życie, jako  swego krzyża, który jest na naszą miarę skrojony, choćby wydawał się nam niezasłużony i za wielki do udźwignięcia.
Przypomina to naukę pływania. Nie przekonasz się, że naprawdę pływasz, jeśli nie stracisz gruntu pod nogami. Dobrze jest jednak wiedzieć, że jest Ktoś, kto bezwarunkowo rzuci nam koło ratunkowe, gdy zaczniemy tonąć.
Jeśli biegający do wróżki, kupujący amulety jest racjonalistą, to skąd u niego naiwna wiara, że można poznać za pomocą kart przyszłość? Mówi, że Boga nie ma, że świat jest realny, a nauka jest wstanie wytłumaczyć wszystko, co dziś jest jeszcze niepoznawalne, a korzysta z magii? Kto niby za nią stoi? Człowiek czy siły nadprzyrodzone? Łatwiej  uwierzyć, że układ gwiazd kieruje naszym życiem, by przewidzieć nieznane? Brak w tym zwyczajnie logiki, metody poznawania i opisywania świata jak najbardziej racjonalnej. Trudno, wszyscy mamy wybór i wszyscy mamy przemożną chęć poznania, co zakryte, odkąd istnieje na tej ziemi człowiek.  
Warto jednak pamiętać, co mówią do nas osoby duchowne, egzorcyści; świat demonów istnieje i obyśmy nie musieli przekonać się o tym na własnej skórze. Niech nam wystarczą gorzkie, a czasem tragiczne w skutkach doświadczenia innych. 
Diabeł nie smaruje się smołą, nie kusi nas śmierdząca siarką, wie że wtedy nie miałby szans. Idzie do nas  z ułudą pomocy, którą możemy otrzymać teraz, natychmiast, jak tylko położymy na rękę cygance dychę, zapalimy kadzidełko, zajrzymy w głąb szklanej kuli czy rozłożymy karty.
A jeśli  jeszcze do tego los się odmieni, kłopoty znikną, to gotowi jesteśmy z radości i wdzięczności każdego wysyłać do wróżki, każdemu kupować amulet i wisiorek ze znakiem zodiaku. 
Nasza siła sprawcza  czyni cuda. Wróżba sprawdziła się. A może my też mamy taką siłę? Koleżanka macha nad naszą głową wahadełkiem i mówi nam, że mamy pozytywną energię.  
 Oczywiście, chcemy ją przekazać innym i tak to się zaczyna. I na tym właśnie żeruje ezoteryczny biznes, który ma tę dodatkową wartość dla wszelkiej maści totalitarnych ideologów, że nie tylko pozwala nas oskubać z pieniędzy, ale  zabrać nam wiarę, wolność wyboru, a życie duchowe sprowadzić do czytania horoskopów i stawiania pasjansów. 
Mamy być konsumentami dóbr materialnych, ale i duchowych, te też nadają się do sprzedaży jak czyste powietrze nad nami.
Nie jest to bynajmniej cecha charakterystyczna tylko naszych czasów. U zarania dziejów człowiek miał swoich bożków, żerowali na nim różni szarlatani i wróżbici, kusili magią i przepowiednią przyszłości. Teraz jednak do dyspozycji szarlatani ci mają znacznie więcej środków niż w przeszłości i dlatego potrzebne jest ostrzeganie, tłumaczenie i ratowanie zagubionych. 
To dlatego powołuje się egzorcystów i to dlatego powstało pismo „Egzorcysta”, które tak wyśmiewają ci, którzy tracą  przez nie swoich klientów. 

Biznes nie toleruje wokół siebie ludzi wolnych, którzy dzień zaczynają od  powierzenia siebie: Jezu ufam Tobie, a kończą modlitwą: Spokojnie zasypiam, ponieważ Ty o Boże jesteś ze mną.

Biznes boi się naszej wolności i naszego zaufania Bogu jak diabeł święconej wody. 


_____________________________________
Możesz też posłuchać: