czwartek, 17 grudnia 2020

"Dobrze urodzeni"

Był cudownym dzieckiem. Chwalił się, że w wieku 4 lat potrafił czytać, dodawać i mnożyć, recytować poezję łacińską, znał język francuski i znał się na zegarku.
Ile było prawdy w tych przechwałkach, trudno dziś dociec. Faktem jest, że był wybitnie zdolnym dzieckiem a potem w wieku dorosłym naukowcem szukającym uzasadnienia dla prawa dziedziczenia.
Niestety, wybitne zdolności nie zawsze służą ludziom i tak jest w przypadku sir Francisa Galtona, kuzyna Karola Darwina. Po przeczytaniu jego pracy O powstaniu gatunku, w której Darwin opisuje, w jaki sposób dobór ukształtował gatunki udomowionych roślin i zwierząt, wpada na „genialny” pomysł ulepszania gatunku ludzkiego.

Gdyby choć dwudziestą część kosztów i wysiłków zainwestowanych w ulepszenie ras koni i bydła przeznaczono na działania mające na celu poprawę rasy ludzkiej, jakąż plejadę geniuszy moglibyśmy stworzyć! - napisał w artykule w 1864 roku.
Datę tę uznaje się za początek eugeniki, choć sama nazwa inżynierii ulepszania ludzkich ras pojawiła się znacznie później i oznaczała „dobrze urodzonych”.

Co to oznaczało wtedy praktyce? A no nic innego tylko to, co do dziś fascynuje wielu geniuszy uznających siebie za predysponowanych do „zarządzania zasobami ludzkimi” w różny sposób. Na początku było to zachęcanie do rozmnażania się ludzi uznawanych za urodziwych, zdolnych i utalentowanych, potem dokonywano sterylizacj niepełnosprawnych fizycznie i umysłowo.
Po ogłoszeniu swojej eugenicznej tezy postanowił udowodnić, że o rozwoju człowieka decyduje nie wychowanie a dziedziczona natura. Do udowodnienia swojej tezy uporządkował i wykorzystał statystykę. W książce „Geniusz dziedziczny” przedstawił listę osób sędziów, poetów , naukowców, starając się udowodnić, że wybitne zdolności są cechą dziedziczną. W tym celu założył w Londynie „laboratorium antropometryczne”. Tysiące ludzi zgłaszało się tam do pomiaru wzrostu, wielkości głowy, mocy, rozróżniania kolorów itd. Wykresy, jakie powstały po zestawieniu tych badań miały udowodnić związek cech potomków z dziedziczeniem.
Nigdy tak naprawdę Galtonowi nie udało się udowodnić swojej eugenicznej tezy, że natura dominuje nad wychowaniem. Nigdy jednak też nie zwątpił w jej słuszność.
Pochwałę otrzymał nawet od swego kuzyna.
Teraz wiemy , dzięki godnym podziwu wysiłkom pana Galtona, że geniusz, (...) jest dziedziczony – napisał w swojej książce „O pochodzeniu człowieka” Karol Darwin.

Sam Galton był za tak zwaną pozytywną eugeniką, tzn. za zachęcaniem do wczesnego małżeństwa i wysokiej płodności elit intelektualnych. Domagał się zaprzestania działalności charytatywnej wśród robotniczej biedoty, bo tam rodzi się najwięcej dzieci. Nie odżegnywał się jednak od środków przymusu ograniczających zawierania małżeństw chorych umysłowo i ich sterylizacji.

Jak to bywa w przypadku ludzi sławnych ich teorie szybko znajdują swoich zwolenników. Wśród nich są znani po dziś dzień tacy pisarze jak George Welles czy Bernard Shaw. Wells w sterylizacji upatrywał poprawę gatunku ludzkiego. Show domagał się wolności dla ludzi, którzy spotkali się tylko po to by spłodzić potomstwo.
Eugenika wkracza do świata polityki, przenika do brytyjskiej Partii Pracy (Harold Laski, Sidney Webb) i ekonomii (John Majnard Keynes, Beatricze Webb)
Teoria Galtona znalazła swoich gorących zwolenników w Stanach Zjednoczonych. Wkroczyło tam prawo stanowione oparte o eugenikę. Ale o tym napiszę w odrębnej notce.

Dlaczego warto dziś o tym mówić i pisać?

Historia eugeniki - droga od naukowych teorii i jej wyznawców, po świat polityki i ekonomii, nie jest bynajmniej już tylko historią. Po II wojnie światowej wydawało się, że wstręt do eugeniki w wykonaniu niemieckim na trwale pozwolił pożegnać się z tą pseudonauką. Dziś jesteśmy świadkami odradzania się jej zarówno w poglądach jak i prawie stanowionym w najbardziej brutalnej wersji ubranej w prawa człowieka do aborcji i eutanazji czy w eksperymentach genetycznych. Brak wiedzy, brak oceny, co stało się w przeszłości w dużej mierze jest tego przyczyną. Nie musimy czytać naukowych książek, specjalistycznych pism, ale powinniśmy wiedzieć, czym w swej istocie jest dążenie do zapełniania świata „dobrze urodzonymi” zanim wygłosimy tak dziś popularne usprawiedliwienie zgody na prawo eugeniczne okrągłym stwierdzeniem - To jest mój pogląd mam prawo do niego.

_______________________________________________

Cytaty: za Jim Holt, Idee, które zmieniły świat, Sir Francis Galton, ojciec statystyki... i eugeniki, str.75

Ilustracja: Francis Galton

Zapraszam do słuchania
audycja 1207 (czwartkowa)

środa, 2 grudnia 2020

Gry aborcyjne

Rząd chce, aby ustawodawca zdążył dokonać takich zmian przepisów, by nie było próżni prawnej wynikającej z opublikowanego wcześniej Wyroku Trybunału Konstytucyjnego

Cytowany przez red. Artura Stelmasiaka, dziennikarza tygodnika Niedziela, fragment jest odpowiedzią urzędnika na pytanie, dlaczego do tej pory KPRM nie opublikowała orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego.
Budzi ona zdumienie, jak dalece można się posunąć w mataczeniu prawem, z którym nie zgadzają się politycy.
Jeszcze większe zdumienie wywołuje wyjaśnienie Rady Ministrów, dlaczego do tej pory nie nastąpiła publikacja orzeczenia, które powinno być opublikowane niezwłocznie.
Niewątpliwie wyrok Trybunału Konstytucyjnego podlega ogłoszeniu w Dzienniku Ustaw. Jednocześnie jednak sytuacja bardzo poważnych napięć społecznych wymaga przeanalizowania właściwej daty tej publikacji. Prezes Rady Ministrów nie może podjąć decyzji o niepublikowaniu wyroku Trybunału Konstytucyjnego, podjętego zgodnie z obowiązującą procedurą. Jednocześnie nie istnieje regulacja zobowiązująca Prezesa Rady Ministrów do publikacji wyroku Trybunału Konstytucyjnego w terminie oznaczonym konkretną liczbą dni lub datą.
Innymi słowy; Prezes RM nie może zaniechać publikacji, ale ze względu na protesty... itd, a w ogóle to nie jest zobligowany terminem.
Chciałoby się zapytać, kto w Polsce naprawdę rządzi; ulica, zagranica czy rząd wybrany w demokratycznych wyborach? Kto ostatecznie decyduje, że prawo powinno być zastosowane niezwłocznie?
Z góry uprzedzam wszystkich, którzy chcieliby dyskutować o prawie do aborcji pod tzw. pewnymi warunkami, że takiej dyskusji nie podejmę. Nie jestem Panem Bogiem, by rozstrzygać o życiu i śmierci innych.
Nie wiem natomiast czy wszyscy zdają sobie sprawę z konsekwencji decyzji odwlekania publikacji mimo wskazania na niezwłoczne wejście w życie wyroku po opublikowaniu.
Do tej pory wkładano nam w głowy, że prawo było łamane przez opozycję, a wyroki TK służyły do uzasadniania bezprawia rządu Donalda Tuska. Tak było w przypadku zagarnięcia pieniędzy z OFE i nie tylko, bo również w sprawie ustawy o podniesieniu wieku emerytalnego. Przykładów zapewne możemy poszukać więcej.
Dziś odwlekaniem publikacji orzeczenia TK w sprawie niezgodnego z Konstytucją prawa do aborcji eugenicznej i kuriozalnymi uzasadnieniami takiej decyzji rząd wpisuje się w praktykę poprzedników.
Pokazuje, jak można wykorzystać protesty kierowane z zagranicy do własnej polityki i jakim to sposobem można omijać orzeczenia TK.
Lekceważyć polski Trybunał Konstytucyjny nie musi już ani TSUE, ani PE czy KE, robi to polski rząd.
Przy okazji wciąga sędziów TK w grę polityczną, bo tak należy odczytywać brak publikacji Uzasadnienia i odrębnych stanowisk obu sędziów w sprawie orzeczenia. Trudno będzie odrobić zaufanie do tej instytucji.

Jest jednak i inna strona całej tej hucpy rządu wokół owego orzeczenia.

Doskonale szefowie Zjednoczonej Prawicy z Prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim na czele zdawali sobie sprawę, że orzeczenie z 1997 r. w sprawie niezgodności z Konstytucją przesłanki zezwalającej na aborcję ze względów społecznych pośrednio odnosi się również do aborcji eugenicznej, a mimo to przez całą pierwszą kadencję spychano problem z komisji do podkomisji dając pole do wykorzystywania przez opozycję problemu aborcji do rozbijania obozu władzy.
Zgłaszane projekty służyły do walki politycznej w Sejmie zarówno przez opozycję jak i PiS. Nie było żadnej woli rozwiązania sytuacji. A tak zwany kompromis aborcyjny odpowiadał wszystkim, bo praktycznie zezwalał na aborcję na życzenie. Kto bowiem sprawdzał czy diagnoza lekarska o prawdopodobnym upośledzeniu dziecka w łonie matki jest prawdziwa?
W szpitalach do tej pory obok sal, w których ratuje się życie wcześniaków rozlega się niemy i głośny krzyk dzieci wyrywanych spod serca matki, dzieci, które umierają na stole aborcyjnym, bo zostały przeznaczone na śmierć.

Jest jeszcze jeden aspekt całej batalii o życie nienarodzonych.

Dyskusja toczy się w obecności osób niepełnosprawnych, w tym z zespołem Downa. Protesty uliczne, które wydają się być na rękę rządzącym ogłaszają im, że nie mieli prawa urodzić się, a przez to, że się urodzili urządzili swoim matkom piekło.
Długo tak jeszcze rząd i posłowie mają zamiar bawić się cynicznie ich kosztem?

Kto wreszcie z głoszących szumne hasła obrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci w czasie kampanii wyborczych odważy się głośno powiedzieć, że aborcja eugeniczna to nic innego jak kontynuacja teorii Galtona, która zaczęła się od setek tysięcy przymusowych sterylizacji, a skończyła nazistowskim prawem mordowania kalek w Niemczech? A dziś odżyła w próbach dokonywania sterylizacji kobiet w rodzinach wielodzietnych, „szczepionkach” prowadzących do bezpłodności dziewczynek afrykańskich, w wymuszaniu na rządach prawa do aborcji, w prawie w belgijskim i holenderskim eutanazją na „życzenie” nie tylko starych i chorych ale i dzieci.

_______________________________________________

Ilustracja: https://nczas.com/wp-content/uploads/2020/01/Aborcja_nczas-696x464.jpg

Zapraszam do słuchania
audycja 1203 (czwartkowa)

czwartek, 19 listopada 2020

Dyktatura prawa

Lewica czy prawica? To zależy, po której stronie króla staniesz. Masz dylemat? Wybieraj. Możesz stracić głowę lub zdobyć władzę.

Jakie to było proste za czasów mojej młodości. Tu byliśmy „MY”, a tam „ONI”. Trudno było odróżnić czy ONI byli źli, byli narzuconą władzą, obcą okupacją, gdy nie było możliwości poznania innego świata.
Znali go sprzed wojny rodzice, ale gdy się wkracza w świat dorosłych, trzeba to i owo odrzucić, zbuntować się, uznać, że ta rzeczywistość, w której żyję, jest szyta na miarę mego pokolenia, a tamta, nieznana, już nie moja. Jak mogłoby być inaczej, skoro nie wiedziało się jak jest gdzie indziej?

Śmieszą mnie wszyscy, którzy mówią o swojej młodości w PRL z głębokim przekonaniem, że od zawsze byli antykomunistami, walczyli o obalenie komuny i o niepodległość Polski.
Dochodzenie do własnego światopoglądu, własnych wyborów postaw politycznych nie kupuje się na targu czy w sklepie za żółtymi firankami, to proces. O zbrodniach komunizmu nie mówiło się, obowiązywała wersja band i bandytów. Marzeniem większości było nauczyć się żyć w miarę po ludzku, a nie obalać ludową władzę. Tego nauczyliśmy się bardzo szybko, choć nie obyło się bez krwawych ran.

Długo jeszcze po 1989r. rzeczywistość była czarno – biała; byliśmy MY i ONI, tzn. komuniści, a Zachód jawił się jako oaza wolności, sprawiedliwości i dobrobytu, zwłaszcza dla tych z nas, którzy wprawdzie mogli już rozjeżdżać się po świecie, bo mur padł, ale nie mieli na to pieniędzy. Gorzkie doświadczenia wyjeżdżających za pracą do Niemiec nie nastrajały do zwierzeń.
Masowe bezrobocie, bieda sprawiły, że scena polityczna zaczęła się dzielić niczym drożdże w cieście.

Tak opisuje okres transformacji w krajach demobaraku Roger Scruton.

W Europie Wschodniej po upadku komunizmu obowiązywała reguła, że grupa awanturników tworzy partię polityczną, wygrywa wybory dzięki szczodrym obietnicom, a potem uwłaszcza się na majątku narodowym i w następnych wyborach przepada z kretesem.

Niedawno zmarły angielski konserwatysta mimo poczynionych obserwacji podczas podróży do komunistycznej Czechosłowacji, Polski czy Węgier nie do końca jednak zdał sobie sprawę z przyczyn, dla których „Unia Europejska mimo to postanowiła rozszerzyć się na nowe demokracje” i kto tak naprawdę był założycielem tych partii awanturników. (Temat wiedzy intelektualistów zachodnich o prawdziwej sytuacji politycznej pod rządami komunistów zostawiam na inną okazję.)

Lata mijały, w Polsce bieda rosła wraz z bezrobociem, a polski premier „Karol” chwalił się, że dzięki taniej sile roboczej przybędą do Polski zachodni inwestorzy.
Gdzieś podzialiśmy się MY, a ONI wrócili do władzy. Nadal jednak po dziś dzień ze słownictwa nie wyrzuciliśmy tego MY - teraz to „prawacy” czy jak kto woli „prawica” i ONI – nadal komuniści tylko rzadziej, a częściej „lewacy” czy jak kto woli lewica. I tu zaczyna się problem, który narasta, bo wszystko nam się pomieszało i nie bardzo wiemy już czym jest prawica, a czym lewica. A tu jeszcze na dokładkę niektórzy nazywają siebie republikanami, a jeszcze inni konserwatystami, o monarchistach i skrajnej prawicy wolę już nie wspominać. I bądź tu szary obywatelu mądry, znajdź różnice.
Na ten brak pytań o to, kto jest kto, nie narzekają tylko politycy. Wszystkie niuanse programowe giną w ferworze emocji wyborczych. Każde zaprzeczenie własnym, głoszonym jeszcze niedawno poglądom, można wytłumaczyć potrzebą zdobycia elektoratu.
Pocieszyć może nas tylko, że na tym, jak mawiali nam komuniści, zgniłym Zachodzie też od nadmiaru dobrobytu pomieszało się i trudno dziś odróżnić CDU od SPD Partię Pracy od Partii Konserwatywnej, demokrację od demokracji liberalnej itd.

I niech by tak było, niechby ocena polityków i partii odbywała się w wyborach na podstawie rzeczywistych wyników rządów, gdyby nie to, że nikt już nie opisuje rzeczywistości, ani dziennikarze, ani też socjolodzy czy politolodzy, wykładowcy na uniwersytetach. Zamiast tego dociera do nas jedynie kreacja rzeczywistości, a zatomizowane społeczeństwo nie bardzo wie już jak wygląda rzeczywistość poza własnym podwórkiem.

Moje refleksje nad kondycją demokracji nie są odkrywcze, wiemy to od dawna. Rozumiemy coraz bardziej, że narzędzia, które wobec nas stosują politycy, to rozgrzewanie emocji, dezinformacja rozsiewana przez agenturę wpływu i pożytecznych idiotów, zwykłe kłamstwo obliczone na niewiedzę.
Dręczą mnie jednak wciąż pytania:
Czy tak musi być? Czym to grozi? Czy jest jakakolwiek szansa, by uporządkować przynajmniej wiedzę o społecznej i politycznej rzeczywistości?

Każdy zapewne ma swoją odpowiedź. Podzielę się więc i ja swoją.

Uważam, że pod żadnym pozorem nie wolno nam zatracić kontaktu z rzeczywistością, nie wolno nam dać sobie wmówić, że NASI nami nigdy nie manipulują, zawsze mówią prawdę i mają rację, a ONI to złodzieje, zdrajcy, którzy nas nienawidzą. Świat nie jest czarno – biały i należy opisywać go takim, jak go widzimy, jak go rozumiemy. Umiejętność rozróżniania taktyki wyborczej czy dyplomacji od rzeczywistości może choć w małym stopniu ograniczyć traktowanie wyborców jak idiotów.
Ostanie wydarzenia pokazują jak łatwo manipulować naszymi emocjami. I niestety robią to również „NASI”.

Wulgarne hasła, rynsztokowy język, profanacja świętości to nie tylko brak wychowania, a świadome wprowadzanie języka Lewicy, nazwanego przez Orwella nowomową.
Marksistowskie - zmieniając słowa, zmieniamy rzeczywistość - dla inżynierów społecznych zachowań to narzędzie do stygmatyzowania wrogów. Wrogiem walki o „równość i wyzwolenie” jest przeszłość; tradycja, historia, rodzina, religia. „My” stoimy na przeszkodzie wprowadzania postępu.
Nie wolno nam godzić się z taką oceną, z bezkarnym niszczeniem naszej tożsamości dla świętego spokoju czy taktyki wyborczej.
Moje pokolenie pamięta młodzieńczy peerelowski szpan chodzenia do teatru czy w filharmonii w swetrze. Teatr Wielki stał się proletariacki. Architektura, meble, przedmioty, ubiór, zachowanie, język dziś emanuje brzydotą, do której już przywykliśmy.
Nie wolno nam też dać sobie wmówić, że państwo nie musi bronić ludzkiej wartości, jaką jest każde ludzkie życie, bo jest to sprawa sumienia. Nikt nie nakazuje dokonania zabicia dziecka poczętego czy uśpienia starca, który cierpi na demencję, państwo daje tylko prawo wyboru w imię wolności - tłumaczą nam zwolennicy wolności od odpowiedzialności.
Można oczywiście wyłączyć się, żyć w swojej rzeczywistości, nie narzucać innym swoich przekonań, jest tylko jeden problem. Kiedy przyjmiemy postawę - „moja chata z kraja” już nie tylko uciekniemy od wolności, ale pozwolimy, by prawo stanowione nas ubezwłasnowolniło. Była dyktatura proletariatu, teraz mamy dyktaturę poprawności politycznej czy zamieni się ona w dyktaturę prawa?

_______________________________________________

Ilustracja: http://www.politykaglobalna.pl/2009/02/dyktatura-sedziow/

Zapraszam do słuchania
audycja 1199 (czwartkowa)

wtorek, 10 listopada 2020

Ślepa wiara w sukces kompromisu

„Wiceprzewodniczący Trybunału Stanu zwrócił się do ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego o zbadanie czy protesty po orzeczeniu TK ws. aborcji inspirowane są z zagranicy – podaje Nasz Dziennik”, a zanim TVP info, onet, wp.

Sędzia Piotr Łukasz Andrzejewski w swoim wniosku zwraca uwagę na naruszanie przez protestujących prawa karnego, cywilnego i administracyjnego, narażanie kraju na szerzenie się epidemii.
Za szczególnie groźne uznaje podważanie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego jako uderzenia w fundamenty prawne państwa.

Jak podaje Nasz Dziennik, w piśmie swoim stwierdza, między innymi: charakter tych działań wskazuje na zaplanowane ich wcześniejsze przygotowanie organizacyjne, strukturalne o wymiarze terenowym i ogólnokrajowym, a zakres treści materiałów przygotowanych w tym celu oraz sprzętu wymagało struktur nie tylko w Polsce ale i zagranicą.

Tę informację powtórzyły media publiczne i niektóre portale, nie wzbudziła jednak większego zainteresowania w komentarzach na Twitterze. Prawdę powiedziawszy, nie dziwię się, bo nie trzeba wielkiej przenikliwości, by zauważyć reżyserię podobną do tej w innych krajach i kosztowne wydatki związane z realizacją protestów.

Zdziwienie budzi, że dopiero teraz taki wniosek sędziego TS pada. Można tylko mieć nadzieje, że i bez tego listu były i są prowadzone działania kontrwywiadowcze i rozpoznawani są prawdziwi mocodawcy protestów w Polsce i zagranicą.
Wszystkich nas zdumiewała bierność policji i negatywna reakcja ze strony Episkopatu, opozycji jak i przemilczenia rządu, na wezwanie wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego do obrony kościołów. Zapewnienie min. Mariusza Kamińskiego o zdecydowanych działaniach wobec protestujących nie potwierdziły się.

Ulice wielkich miast i małych miasteczek opanowała wulgarna wrzeszcząca dzicz spod znaku runa sig (Siegrune) przypominając najczarniejszy czas rozwścieczonych bojówek Hitlerjugend w III Rzeszy.
I ten właśnie znak wywołał we mnie skojarzenia z niemieckimi działaniami dywersyjnymi na Śląsku i w Gdańsku przed wybuchem II wojny światowej. Dywersanci przerzucali i organizowali magazyny broni, klamer do wykolejania pociągów, tzw. wybuchowych konserw „Pudliszek”, odbiorników radiowych, które miały przekazać rozkaz Hitlera o rozpoczęciu napadu na Polskę itp.
Władze polskie tropiły i aresztowały dywersantów, a niektórych przyłapanych później z bronią w ręku, rozstrzelano. I tu podnosił się wrzask na cały świat w prasie niemieckiej, jak to nieludzko Polska traktuje niemiecką mniejszość.
Niestety, nasi sojusznicy z naciskiem interweniują, by nie drażnić Niemców. Na rozkaz Becka wypuszcza się z więzień aresztowanych dywersantów. Z tysiąca pięciuset wolno było zatrzymać tylko pięćdziesięciu.

Kiedy nastąpiło w sierpniu odprężenie i ludzie wrócili do swoich zajęć wierząc, że nie wybuchnie wojna, piekło zaczęło się w Gdańsku. Melchior Wańkowicz w książce Wrzesień żagwiejący tak opisuje:
"Ulice Gdańska zaroiły się mundurami, ludność niemiecka została powołana pod broń. Ludność polska poddana terrorowi”, między innym, przez rozszalałe puszczone ze smyczy bojówki Hitlerjugend.
Tak, z takimi samymi znakami, jakie mają maseczki protestujących kobiet dziś w Polsce.
Dlaczego po przeczytaniu artykułu Scenariusz napisany zagranicą? skojarzył mi się on z przygotowywaniem pretekstu do napaści na Polskę we wrześniu 1939 r?
Wiem, że historia nie powtarza się dosłownie, ale mechanizmy działań w polityce są takie same i cel też. Podporządkowanie sobie krajów Środkowej Europy.
Każdy kto obserwuje to, co dzieje się w kraju i w Brukseli w Komisji Europejskiej za prezydencji niemieckiej nie może mieć wątpliwości, o co w tym wszystkim chodzi.

Hitler zakładał przejmowanie państw rozsadzając je wewnętrznie poprzez dywersję, chaos, poczucie zagrożenia i wysyłanie fałszywych obrazów sytuacji w świat. Niemcy byli ofiarami i bronili swoich obywateli, mieli według strategii Hitlera prawo do interwencji. Tak o zrozumienie prosił führer ambasadora Francji.
Żaden kraj, mający poczucie honoru, nie mógłby tolerować polskich prowokacji. Francja, będąc na miejscu Niemiec, już dawno wypowiedziałaby wojnę.

Dziś nie o napaść zbrojną na Polskę chodzi, a o podporządkowanie sobie jej nękaniem, oskarżaniem o łamanie wartości europejskich, obalenie polskich instytucji, w tym TK, wywoływanie chaosu, załamania gospodarki i zmęczenia Polaków.

Wiceprzewodniczący TS zwraca uwagę, że scenariusz jest taki sam jak przy protestach Black Liwes Matter, atakuje się świętości, tradycję i wartości.

Przed 71 laty Polska po interwencji sojuszników odwołała mobilizację, a kiedy ją powtórzyła, było za późno. Dziś ślepa wiara, że trzeba rozmawiać i negocjować, bo wszystko da się ustalić na zasadzie kompromisu, może nas drogo kosztować.
Nie łudźmy się, agentury mamy w Polsce w bród i to nie tylko z Niemiec. Celem protestów nie jest prawo do zabijania na życzenie. Ten cel zostanie osiągnięty, gdy uda się obalić legalnie wybrany rząd. Reszta samo już przyjdzie.
Zapraszam do słuchania
audycja 1197 (czwartkowa)

piątek, 20 marca 2020

Pytania graniczne

Pojawiają się w przestrzeni publicznej próby oceny sytuacji, w której znaleźliśmy się z powodu niewidzialnego koronawirusa. Najczęściej powtarzane:
- Nic już nie będzie takie jak dotąd.
Tych, którzy z takim przekonaniem już dziś definiują przyszłość, nie można nie zapytać:
- Jak zatem będzie, gdy pandemia się zakończy? Co zmieni się, a co powróci? Czego zmiany będą dotyczyć; polityki, ekonomii, kultury, w tym nauki, filozofii, etyki, religii? Co do życia społecznego powróci? I może jedno z ważniejszych, choć nie najważniejsze pytanie:
- Kto dziś układa nam odpowiedzi na nie?

Nie mam ambicji futurologa politycznego, więc nie będę na nie odpowiadać. Interesuje mnie bardziej, co dziś wkłada się nam w głowy, abyśmy łatwiej przełknęli odpowiedzi wcale nie nasze.

A jakie są te nasze, indywidualne, wynikające z wiedzy, obserwacji i własnego doświadczenia?
No właśnie, co wiemy tak naprawdę o sytuacji, która każe nam siedzieć w domu, powodując lęk o siebie i bliskich.

Mogę mówić tylko za siebie.

Mówią mi, że jestem w grupie ryzyka. Nagle dostrzegam, że nie tylko ja się martwię o swoją rodzinę, ale bliscy martwią się o mnie. Nie powiem, żeby było to przykre doświadczenie, wprost przeciwnie.
Z przerażeniem natomiast odbieram informacje o eugenicznych pomysłach walki z wirusem typu: zaniechania leczenia ludzi w hiszpańskich domach opieki społecznej czy czteromiesięcznej kwarantannie dla Brytyjczyków po siedemdziesiątce.
Jakże inaczej brzmią apele władz w Polsce o troskę i opiekę nad ludźmi starymi, chorymi i samotnymi. I nie ma dla mnie znaczenia czy jest to do końca możliwe. Ważne, że daje mi nadzieję.
Wiedza pozwala mi też w miarę rozsądnie rozpoznawać fake newsy i dezinformację. Znam słynne powiedzenie - na wojnie pierwsza umiera prawda - i staram się oddzielać plewy od ziarna. O tym, jak skutecznie to robię, dowiem się zapewne, gdy zaraza minie, jeśli oczywiście, jak wielu z nas, nie padnę łupem niewidzialnej drapieżnej kulki.
Padają mity o sytej, bogatej cywilizacji zachodniej. Dramat włoskich lekarzy, którzy nie są w stanie ratować wszystkich zarażonych koronawirusem powodującym zapalenie płuc. Sami też umierają.
Kiedy to piszę, padł kolejny mit. Umierają również młodzi ludzie, którzy uwierzyli, między innymi w Belgii, że wirusa można pokonać ibupromem. Nie ma już podziałów na ludzi starych i młodych, każdy z nas może śmiertelnie zachorować.

A co wynika z moich obserwacji?

Zdumienie. Zdumienie reakcjami na kwarantannę czy pozostawanie w domu.
Pamiętam doskonale, jak ciężko mi było przetrwać trzymiesięczny pobyt w szpitalu w stanie wojennym, braku odwiedzin rodziny, aresztowanego męża. Pamiętam, jak ciężko było nam pogodzić pracę z wychowaniem synów; gonitwa, bieda, kolejki, strach przed skutkami napromieniowania po przejściu chmury radioaktywnej z Czarnobyla. I może dlatego zupełnie nie rozumiem skarżących się ojców na brak miejsca odosobnienia przed rozbrykanymi potomkami.
Jeszcze niedawno wszelkie problemy wychowawcze tłumaczono brakiem czasu zapracowanych rodziców. Dziś, okazuje się, że to chyba nie do końca było tak, skoro potrzebny jest niektórym instruktaż, jak przetrwać ten trudny czas z rodziną.
Niektórzy zapewne sięgają po notatki z kursów coachingu, by stawiać sobie graniczne pytania, jak dalej żyć? Mam nadzieję, że odkryją, jak głupie i naiwne były te pytania, jakich idiotów korporacyjnych robili z nich trenerzy i jak bardzo nie przystają one do zaistniałej sytuacji.

Zawsze znajdujemy się w jakieś sytuacji i staramy się ją wykorzystać lub zmienić, walczyć z przeciwnościami. Jest jednak zasadnicza różnica między byciem w określonej sytuacji, a sytuacją graniczną.
Według Karla Jaspersa, który był twórcą tego pojęcia, sytuacja graniczna jest czymś, co dosięga człowieka, a on nie ma na nią wpływu, ale może mieć wpływ na sposób przeżywania jej.
Czy dziś mamy taką sytuację?
Ile w niej potwierdzenia, że nasze życie jest wartościowe, że dokonywaliśmy właściwych wyborów, a ile kontestacji, że nie wszystko miało sens? Ile świadomości, że nie wszystko zależy od nas, że musimy sobie odpowiedzieć, jak dalej chcemy żyć? Co wybieramy? Co dla nas jest naprawdę ważne i w kim, w czym pokładamy nadzieję, która nadaje naszemu życiu sens? Bez czego możemy się obejść, bo straciło swoją wartość, swój urok?
Bez odpowiedzi na te graniczne pytania stwierdzenie – nic już nie będzie takie jak dotąd – staje się pustym frazesem.

_______________________________________________

Ilustracja:To, za co byłbyś w stanie umrzeć...

Zapraszam do słuchania
audycja 1131 (niedzielna)

środa, 9 października 2019

Warto odzyskać słuch

Ostatnie popisy Lecha Wałęsy nie zasługują na poważne komentarze. Analizę jego psychiki, zdeprawowanej przez współpracę z SB, cwaniactwo, pazerność i zwyczajną głupotę, zostawiam psychoanalitykom. Chcę jednak zwrócić uwagę na pewne zjawisko, którym manipulują z powodzeniem spin doktorzy przy każdych wyborach. Jest nim głuchota elektoratów na merytoryczne argumenty i okopywanie się przy swoim.

Wiele osób uważa, że, gdybyśmy wiedzieli o Wałęsie to, co dziś wiemy, nikt by na niego nie zagłosował w wyborach prezydenckich.
Czyżby?
Pomijam tu fakt, że wybieraliśmy w II turze między Wałęsą a Tymińskim, ale nie znaczy to, że nikt nie wiedział, kim jest Wałęsa. Wiedzieli, nawet mówili głośno i wielu z nas, zwykłych wyborców, wiedziało.
Zaufanie do wodza z ludu było jednak silniejsze. Wszystko to, co o nim szeptano, rozpuszczano pocztą pantoflową, przypisywaliśmy komunistom i agenturze, która chciała nam go obrzydzić.
Udało się jednak nas podzielić na zwolenników Tadeusza Mazowieckiego i Lecha Wałęsę. I nie jest ważne, że wówczas frant franta był wart, choć tego wówczas nie dostrzegaliśmy, ale to, że pierwszy raz po stanie wojennym nastąpił w Solidarności tak głęboki rów nie do zakopania. To było jedno z najważniejszych zwycięstw Kiszczaka po magdalenkowej zdradzie.
SB już nie ma, PZPR przeszła mutacje w SLD i inne popłuczyny komuny, ale nie zaginęły metody działania.
Czy można wymyślić jeszcze większe absurdy niż program gospodarczy od wyborów do wyborów głoszony przez Janusza Korwina- Mikke? Stek wykluczających się haseł, z którymi żaden poważny ekonomista nie chce dyskutować.

Korwin poszedł jednak dalej, cynicznie prowokuje tekstami, które żaden polityk, nawet gdyby był święcie przekonany, że ma rację, nie wyjawiałby w obawie, że straci wyborców.
Zakłada stronę na rosyjskim propagandowym Sputniku, udziela też tam wywiadów. Mówi, że car Aleksander II był dla Polski dobrym królem i na jego cześć śpiewano pieśń, wywózki na Sybir nie były straszne, bo niewolnikom płacono za pracę.
Jego program polityczny to połączenie z Rosją, wystąpienie z NATO, UE, wypędzenie wojsk amerykańskich z Polski. Łaskawie dodaje, że rubla na razie nie będziemy musieli przyjmować.

Jest rubikon, za który nie można w Polsce wyjść nie tracąc twarzy, honoru i zwolenników. Taką granicą jest Rosja; ta dawna, z czasów zaborów i ta obecna.
A jednak cyniczny, spasiony, drań, śmieje się w nos. Mówi niemal wprost; ja wszystko mogę powiedzieć. Możecie mi naskoczyć, nazwać agentem, żaden z „konfederatów” mi nie podskoczy, bo to ja mam kasę. Chcecie subwencję, chcecie mieć pieniądze? To pokorniutko łykajcie moje bezczelne hasła, umieszczajcie na stronie „Sputnika” swoje twarze, wywiady, teksty, róbcie, co wam każę. Każdego, kto pokazuje wam, że głoszę bzdury ekonomiczne i program polityczny pisany w Moskwie, lżyjcie, wyzywajcie, nazywajcie durniami, nie podejmujcie politycznej, merytorycznej dyskusji. Bądźcie głusi na argumenty, a wygracie.
Zobaczcie! Umieszczam na listach wyborczych całą swoją rodzinę, głoszę program Targowicy, a i tak znajdą się chętni, by na mnie zagłosować. Polacy to durnie, skubać ich można do woli. Robię to przy każdych wyborach i z tego żyję.

Czy przypadkiem nie taką logiką kierował się Kiszczak posługując się Wałęsą?

Dla zwolenników Konfederacji nic nie znaczy, że Polakom żyje się lepiej, że odbudowywana jest poprzez inwestycje suwerenność kraju na wschodnich i zachodnich granicach, że odzyskaliśmy stocznie, uniezależniamy się od Rosji Przekopem Mierzei, że budujemy drogi z północy na południe, a nie tylko z zachodu na wschód, że odbudowujemy armię, tworzymy Wojskową Obronę Terytorialną. Dla nich to tylko pisowska propaganda.

Czy nie jest to ta sama głuchota, na którą zachorowaliśmy przy wyborze Wałęsy „Bolka” na prezydenta Polski i pozwoliliśmy, z malutkimi przerwami, rządzić postkomunie przez 30 lat? I czy nie te same służby, tym razem działające nielegalnie, prowadzą z Polakami grę wyborczą według utrwalonego schematu? Choroba korwinizmu to margines, choć mocno denerwuje i oburza. Trochę jednak wstyd, gdy młodzi ludzie ulegają cynicznej propagandzie pajaca z siekaczami pod muszką.
Odpowiedź na pytanie, dlaczego kolejną partię, uformowaną jedynie na potrzeby wyborów, tak właśnie prowadzi wódz, by nie wygrać wyborów, pozostawiam kontrwywiadowi i służbom specjalnym. Nie mnie to rozstrzygać.
Odpowiedzi wymaga też i inne pytanie czy chodzi tylko o dezinformację, zamęt czy również liczenie przez GRU, gdzie szukać potencjalnych współpracowników?

Warto odzyskać słuch, by nie dać się zatrudnić wrogom Polski.

Zapraszam do słuchania

_______________________________________________

Ilustracja:https://fabrykamemow.pl/memy/81916

Zapraszam do słuchania
audycja 1086 (czwartkowa)

czwartek, 18 lipca 2019

Pamiętamy o skutkach, zapominamy o przyczynach

Kresowiakom uciekającym przed banderowcami z Wołynia, Podola i Małopolski Wschodniej do głowy chyba nigdy nie przyszło, że na stare lata będą słuchać o rzezi ich rodzin jako o „historii kontrowersyjnej” i będą tacy, również w Polsce, a nie tylko na Ukrainie, którzy zechcą im wmawiać, że Stefan Bandera nie miał nic wspólnego z rzezią na Wołyniu.

„Kontrowersja” to takie ulubione słowo polityczne i publicystyczne, by nie nazwać faktów po imieniu.
O ile politycy są zmuszani strategią działania do wypowiedzi bardziej zrównoważonych, o tyle samocenzura dziennikarzy i publicystów (nie śmiem posądzać o brak wiedzy) jest niewybaczalna.

Tak jest, między innymi, w przypadku rocznic ludobójstwa popełnionego przez OUN i UPA. Wieńce, kwiaty, okolicznościowe mowy, artykuły rozmowy w mediach, wywiady, wspomnienia, poruszające filmy i co? I nic. I nadal większość przekazywanych obrazów czy informacji dotyczy tylko ofiar, a nie wiedzy historycznej o OUN i UPA. Nadal ktoś, kto nie zgłębia tematu, nie wie, jak możliwa była taka zbrodnia, okrucieństwo, przy którym strzał z pistoletu wydawał się łaską. Nadal nie wie, kim byli mordercy.
Fakt ten skrzętnie wykorzystuje Rosja do szczucia na Ukraińców. Dlatego też trudno dziś o merytoryczną dyskusję o historii ludobójstwa na okupowanych przez Niemców Kresach II Rzeczypospolitej.

Zakłamanie i ideologiczne wypieranie faktów ma jednak swoje granice. Mogę zrozumieć nawet przyczyny odradzającego się nacjonalizmu odwołującego się do Stefana Bandery na Ukrainie Zachodniej, ale nie pojmę w żaden sposób prób wybielania odpowiedzialności tego zbrodniarza za ludobójstwo na ludności polskiej.
Pokolenie pamiętające tę straszną tragedię odchodzi, a my wciąż zatrzymujemy się tylko na ofiarach, a nie na całej historii tragicznego roku 1943.
Kolejne lata miną, kolejne kwiaty zostaną rzucone, przemówienia wygłoszone, a rodziny ofiar będą pomagać, by Ukraińcy w Polsce dobrze się czuli, bo przecież to już historia i trzeba wybaczyć.
Historia wybaczenia i pojednania z Niemcami właśnie przechodzi bolesną weryfikację i pokazuje, że nie można budować pojednania na kłamstwie czy politycznej poprawności. Warto wyciągnąć wnioski.

Ale nie chodzi tu wcale tylko o pamięć, a o zasadnicze pytania, na które władze ukraińskie powinny nam odpowiedzieć, by historia się nie powtórzyła w kolejnej odmianie. Adam Podhajecki w swojej książce Pod skrzydłami III Rzeszy wymienia powstałe na Ukrainie organizacje, które od lat 90. odwołują się do nacjonalistycznej doktryny.
Należą do nich: OUN Melnika oraz OUN Bandery pod nazwą „Kongres Ukraińskich Nacjonalistów” (KUN).
Nie licząc ich, na Ukrainie dzisiaj, według politologów z Moskwy, otwarcie działają radykalne transformacje rewolucyjnej OUN – „Ukraińska Republikańska Partia, OUN-UNSCO, „Ukraińska Konserwatywna Republikańska Partia” „Ukraińska Narodowa Asambleja (UNA), i jawnie faszystowska „Państwowa Niepodległość Ukrainy”(Dierżawna Samostijnis Ukrainy /DSU) oraz radykalna partia „Swobody” – pisze autor (str. 30)

Nie wiem, czy wiedza politologów Moskiewskich jest wiarygodna, czy wsadzanie ich wszystkich do jednego worka nacjonalizmu ukraińskiego jest zasadne, ale mamy prawo pytać i żądać odpowiedzi na pytanie:
Czy organizacje ukraińskie, które odwołują się do dziedzictwa OUN i UPA mają w swoim programie lub w działaniu i głoszonych hasłach odwołania do ideologii nacjonalizmu integralnego Doncowa?
Dla każdego, kto choć powierzchownie poznał tezy integralnego nacjonalizmu Dymytra Doncowa i jego program nie ma wątpliwości, że był to nazista.
Naczelne hasło zawarte w książce „Nacjonalizm” to:
„Naród (nacja) ponad wszystko”.
A to oznaczało według jego teorii: ponad Bogiem, ponad wszelkimi zasadami moralnymi. W imię tego hasła należało unicestwić inne nacje zamieszkujące Ukrainę i tych Ukraińców, którzy sprzeniewierzyli się walce o czystość rasową, zdradzili swój naród i nie podporządkowali się nowym przywódcom.
To na takich fundamentach Stefan Bandera budował program OUN i rozkazy dla UPA.
Sam fakt, że przy okazji kolejnych rocznic banderowskich zbrodni pomija się tę ideologię śmierci, powinien nas niepokoić i powinniśmy pytać, co z ideologii Doncowa jest na Ukrainie nadal aktualne, skoro politykom ukraińskim banderyzm nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, próbują z Bandery czynić bohatera.
Próba wybielania udziału w mordach rewolucyjnej frakcji OUN oraz UPA Stefana Bandery jest nadużyciem. Spór na ten temat jest usprawiedliwianiem pomników Bandery i próbą wymazywania z pamięci historycznej jego współpracy jako agenta z niemieckim okupantem.

To do nas, do polskich historyków, autorów podręczników do historii, nauczycieli w szkołach i na uczelniach należy podawanie faktów, a nie bawienie się w półprawdy, przemilczenia umacniające przekonanie mieszkających w Polsce Ukraińców, że rzeź na Wołyniu to była wojna domowa, a Polacy tam mieszkający byli okupantami.
Politycy im tego nie powiedzą, bo stracą wyborców, niełatwo bowiem przyjmuje się prawdę, ale ktoś to musi głośno mówić, przedstawiać fakty, opisywać nie tylko mordy, poruszać serca męczeńskimi obrazami bestialstwa rzeźników spod znaku Tryzuba, ale również ideologię, która do tego doprowadziła.

Czas przestać nadgorliwie używać terminu „kontrowersja” i zamiast tego pisać prawdę. Czas, by o tę prawdę pytać nie tylko Siemaszków ( przy całym chwalebnym dorobku ich pracy dokumentującej zbrodnie) ale sięgać do źródeł, do autorów dziwnie w Polsce przemilczanych, jak choćby do Wiktora Poliszczuka, którego książek nie zoczysz na półkach księgarskich. Dziś wygląda to tak, jakbyśmy odfajkowywali kolejne rocznice i zbywali je pod pomnikami. Na uroczystościach coraz mniej uczestników i żadna lekcja historii dla młodego pokolenia nie wynika. Mówimy o skutkach, ale nie chcemy pamiętać o przyczynach w imię polityki międzynarodowej. A za błędy się płaci.

Ps.

Prezydent Andrzej Duda po spotkaniu z prezydent Słowacji Zuzanną Czaputową powiedział:
Obydwoje mamy przekonanie, że trzeba wspierać Ukrainę zarówno w jej dążeniu do stabilności, do tego, aby zachować pełną suwerenność, pełną niepodległość, a więc do zakończenia także okupacji Donbasu, Ługańska i Krymu, ale przede wszystkim także, żeby były realizowane działania reformatorskie, działania proeuropejskie Ukrainy. To jest bardzo ważne, żeby Ukraina zbliżała się pod każdym względem do państw UE i wspólnoty euroatlantyckiej.

Tak sobie myślę, że czas też wreszcie otwarcie zapytać władze ukraińskie wprost:
Czy na pewno tego chcą skoro zachowują się wobec władz polskich i wszelkich prób przyjaznej współpracy wrogo?

Zapraszam do słuchania

_______________________________________________

Ilustracja: Ideologia ukraińskiego nacjonalizmu

Zapraszam do słuchania
audycja 1062 (czwartkowa)

sobota, 8 czerwca 2019

Kto lepiej wierzy

W 2017 r. papież Franciszek ogłosił, że chciałby zmienić tekst modlitwy "Ojcze nasz". Chodziło o fragment "i nie wódź nas na pokuszenie". Zdaniem papieża, tekst opiera się na błędnym tłumaczeniu. - To nie Bóg popycha mnie ku pokusie, by patrzeć, jak upadam - mówił papież. - Ojciec tak nie postępuje, ojciec natychmiast pomaga wstać. To Szatan prowadzi nas na pokuszenie – dodał.
Nowa wersja tekstu modlitwy ma brzmieć "nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie".
- doniosła Rzeczpospolita
.
I zaczęło się; papież niszczy Kościół, papież zmienia modlitwę, którą podyktował sam Bóg.
Posypały się tytuły, które podgrzały emocje. Każdy, kto przeczytał treść komunikatu, musiał zauważyć różnice między tytułami:
Stało się! Papież zmienił tekst modlitwy „Ojcze nasz” – donosi Super Ekspres
Papież Franciszek zaakceptował zmiany w modlitwie Ojcze nasz - radio Zet
Czy papież ma prawo zmienić „Ojcze nasz”? – pyta Fronda i odpowiada stanowczo – NIE!

Właściwie to nie wiem, po co papieżowi Kongregacja Wiary, zespół biblistów, znawców Ojców Kościoła, Doktorów Kościoła, historii Kościoła? Czy nie byłoby lepiej, gdyby zamiast tego pytali się Frondy? I taniej, i szybciej byłyby podejmowane decyzje?

Aż dziw, że do tej pory Fronda nie wpisała do indeksu książek heretyckich Biblii Tysiąclecia, bo tam od dziesiątków lat modlitwa „Ojcze nasz” zawiera zwrot „i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie i zachowaj nas od złego”. Podobnie jest w Biblii Jerozolimskiej.

Nie będę się spierać. Mam tylko pytanie:
Czy zgodnie z wiekową tradycją uznają dogmat nieomylności papieża w sprawach wiary i moralności?
Na pocieszenie dodam, że Papież nie wykorzystał tego dogmatu, nie zmienił modlitwy, a jedynie zaakceptował zmianę w języku włoskim. Tę zmianę mogą, ale nie muszą wprowadzić kościoły w innych krajach w językach narodowych.

Wszystkim nam potrzeba trochę pokory, zanim wypowiemy się jak „Święte Oficjum”.
Nade wszystko potrzebna jest wiedza i przyznanie, że nie wszystko wiemy.
Peter Seewald, niemiecki dziennikarz i pisarz, biograf papieża Benedykta XVI, w wywiadzie - rzeka z ówczesnym prefektem Kongregacji Nauki Wiary, kardynałem Josephem Ratzingerem zadając pytanie, dzieli się spostrzeżeniem, które niestety wciąż jest aktualne.
Jak się zdaje, zaginęła również wiedza o tym, czym właściwie jest i czym winien być Kościół. Prawdziwe znaczenie znaków i słów tej wiary skryło się w gęstej mgle. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że bez jakiejkolwiek nauki i bez wysiłku można zrozumieć na przykład buddyzm zen.
Kardynał odpowiada:
Można by powiedzieć, że znów musi się pojawić zaciekawienie religią chrześcijańską, pragnienie jej rzeczywistego poznania. Musimy wyprowadzić wiernych poza to uczucie, że wszystko od dawna znają, że wszystko już zwietrzało, i obudzić zaciekawienie bogactwem, które kryje się w chrześcijaństwie i które należy traktować nie jako ciężar systemów, lecz jako życiodajny skarb, który opłaca się poznawać.

Pół biedy, kiedy brak wiedzy dotyczy historii obrazów wiszących w kościele parafialnym, gorzej, gdy wypowiadamy się autorytatywnie niczym członkowie Kongregacji Nauki Wiary.
Internet sprawił, że każdy z nas może się wypowiadać na dowolny temat bez względu na posiadaną wiedzę. Ulubionym tematem, budzącym emocje jest Kościół Katolicki. Nie wypowiadają się ani prawosławni, ani, np. luteranie, którzy wiernie służyli w Niemczech Hitlerowi, za to każda okazja jest dobra, by dołożyć Kościołowi Katolickiemu.
Nie dostrzegłam, np. na twitterze żadnej parafii protestanckiej, nie czują potrzeby roztrząsania publicznego swoich spraw prawosławni, ani grekokatolicy. Tylko nam, katolikom, dziką satysfakcję sprawia walenie patetycznymi z wrotami: kościół ginie!

Nie mam nic przeciwko krytyce, reagowaniu na niepokojące wiernych zjawiska; tak dotyczące wyznania wiary, dogmatów czy hierarchii. Nie przymykam oczu na to, co się dzieje.
Kto czynnie uczestniczy w życiu Kościoła w swojej parafii czy we wspólnocie charyzmatycznej, ten łatwo rozpozna fałszywych proroków i wrogów Kościoła.
Wrogowie zwykle liczą pieniądze rzucane na tacę, opłaty za chrzest, ślub czy pogrzeb. Tropią niepoprawnych politycznie księży, nagrywają kazania jak za dawnych ubeckich czasów, szukają skandali i wykorzystują do ataku księży. Któż w Internecie nie zna popisów ks. Lemańskiego, ks. Sowy czy tzw. nowoczesnego teologa o. Kramera?!

Wiernych zwyczajnie bolą ujawniane skandale, nieczyste ręce wznoszące Hostię w chwili najważniejszej, podczas Przeistoczenia.
Nie rozumieją, dlaczego posłanka, wojująca feministka, mogła dotrzeć do papieża z kimś, kto podawał się za ofiarę pedofilii, choć był zwykłym przestępcą, ośmieszyć autentyczne współczucie Franciszka całującego w geście pokory i przeproszenia jego dłoń?
Przecież ktoś tę posłankę rekomendował, udzielił poręczenia?

Czym innym jest jednak zgorszenie, którego jesteśmy czasem bezsilnymi świadkami, a czym innym zwyczajne nabieranie się na narracje rozbijające naszą jedność w Kościele.
Pół biedy jeśli ulegamy emocjom, a mimo to umiemy dyskutować merytorycznie. Niestety, im mniej niektórzy wiedzą, tym głośniej krzyczą.

Przeżyliśmy już niejedną medialną awanturę; a to o modlitwę za Żydów, a to o mszę trydencką i nadzwyczajną formę rytu rzymskiego, o Komunię św. na rękę i na stojąco, podważanie postanowień Soboru Watykańskiego Drugiego, komunii św, dla małżeństw niesakramentalnych. Czy coś tym zwojowaliśmy, coś naprawiliśmy, czemuś zapobiegliśmy?
Te gorące dyskusje z jednej strony wypływają z troski i obaw o to, by Kościół nie roztopił się w magmie synkretyzmu, z tęsknoty do Kościoła, który od nas wymaga, z drugiej z formalizmu, by nie powiedzieć faryzejskich dysput.
Bywa, że prześcigamy się w sporach, kto lepiej wierzy.
Nie ma w tym tylko jednego; troski o istotę naszej wiary.
A ona jest niezmienna. W centrum jej jest Jezus Chrystus. Nigdy dość przypominania, że w kruszynie chleba Bóg ukryty. Czy pamiętając o tym, sięgnę po Hostię rękoma, nie padnę przed Nim na kolana?
W dyskusjach teologicznych, sporach formalnych o tradycję Kościoła nigdy nie wolno zapominać o tym, co tak żarliwie przy każdej okazji podkreśla Joseph Ratzinger. W centrum Kościoła jest Bóg, który chce,
żebyśmy stali się ludźmi, którzy miłują - bo wtedy jesteśmy na Jego podobieństwo. Bóg jest bowiem, jak powiada św. Jan, miłością i chciałby, aby istniały istoty, które są doń podobne i które dzięki temu, wolne w swej miłości, stają się takie jak On, i łączą się z Nim, i krzewią Jego światłość.
Tylko w takiej perspektywie wolno nam roztrząsać czy trafniejsze jest tłumaczenie z wulgaty Ojcze nasz – „i nie wódź nas na pokuszenie”, czy też „ "nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie".
Zapraszam do słuchania

_______________________________________________

Ilustracja:Jerozolima, kościół Pater Noster, tablice ceramiczne z modlitwą Ojcze Nasz (m.in. w języku kaszubskim)

Zapraszam do słuchania
audycja 1051 (niedzielna)

piątek, 31 maja 2019

Powyborcze pytania

Mam kilka pytań, na które nie mam pewnych odpowiedzi.

Jeśli spotykam się z podejrzanymi typami, robią mi zdjęcia w kraju powszechnie uznawanym za wroga Polski, zakładam stronę na jego propagandowej tubie, wygłaszam teksty, które kwalifikują mnie jednoznacznie jako prowokatora nawołującego do puczu w wojsku, żądam postawienia prezesa partii rządzącej przed Trybunał Stanu za politykę wobec Rosji i startuję po raz enty w wyborach zakładając kolejną formację, która zwinie się zaraz po nich, to kim jestem i jaki cel chcę osiągnąć? Na pewno chcę wygrać wybory?


Pewną jest tylko jedna odpowiedź; nie liczę na wysoką wygraną. Dzięki temu nie muszę się tłumaczyć, skąd pieniądze na kampanię ani też ze sposobu realizacji haseł wyborczych.
Właściwą odpowiedź zapewne znają służby bezpieczeństwa państwa. Jeśli nie reagują jawnie na prowokacyjne wypowiedzi Korwina, to znaczy, że nie mamy czym się zbytnio przejmować.

Blogerowi jednak wolno snuć przypuszczenia.

Nikt, zdawałoby się logicznie myślący, nie może posądzać o agenturalne powiązania, skoro otwarcie ktoś przyznaje się do prorosyjskich sympatii, niechęci do Amerykanów i NATO. To przecież tylko poglądy polityczne i wynikający z nich program polityczny. Można oczywiście pytać czy nie kłócą się hasła wolnego rynku z ręcznie sterowaną i oligarchiczną strukturą Rosji, ale nikt takich pytań kandydatom Konfederacji nie zadawał i nie zadaje. Nikt nie pyta o logikę deklaracji. A sprzeczności i pustosłowia jest bez liku.

I o to chodzi. To jak z tym wojskiem rosyjskim w Donbasie. Jest, ale go nie ma i co nam zrobicie. A w całym tym socjotechnicznym chwycie chodzi o policzenie, ilu Polaków na tę narrację się nabierze. Ilu jest tęskniących za opieką Rosji? Czy możliwe jest założenie liczącej się w Polsce partii na wzór Frontu Narodowego obecnie Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen?

Odpowiedź padła w wyborach, była do przewidzenia. Po co więc tyle zachodu i wydanych na kampanię pieniędzy?

Mącenie zawsze w cenie. Odebrali głosy partii rządzącej, wsparli nimi w ten sposób Koalicję Europejską. Teraz zapewne nastąpi kolejna roszada i kolejna próba budowania partii prorosyjskiej w Polsce. O tym świadczy, po chwilowej zadyszce, aktywność w Internecie. Z tym, że prorosyjskie wypowiedzi znowu są przykrywane mantrą o wolnym rynku i atakowaniem „rozdawnictwa” Prawa i Sprawiedliwości”. Przy czym powtarza się na forach stały sposób argumentowania; obelgi.

Czy pomysł Konfederacji, która miała zebrać głosy z różnych środowisk powstał spontanicznie i tuż przed wyborami?

Najpierw warto przyjrzeć się środowiskom, jakie zostały uaktywnione.
Największe i budzące zaufanie wśród zwykłych moherów, jak zwykło się obrażać słuchaczy i widzów, to Radio Maryja i TV Trwam. Od lat stałym felietonistą jest tam Stanisław Michalkiewicz. Znany fan wolnego rynku i tropiący powiązania polskiego establishmentu z Żydami.Staje się aktywnym guru w Konfederacji.
Forma jego felietonów trafia do słuchaczy. Nikt nie pyta go o źródła informacji i wiarygodność ogłaszanych tez. Rzuca dowcipne pointy , które szybko wędrują w świat i urabiają opinię w stylu:
Tymczasem gdy my tu jesteśmy zajęci wprowadzaniem demokracji na Ukrainie i Białorusi, od tyłu zachodzą nas Judejczykowie, próbując wymusić na naszym rządzie zapłatę haraczu, zwanego dla niepoznaki rewindykacjami.
Dalej ciągną narodowcy. Walczą z komunizmem, twierdzą, że światem rządzą Żydzi, którzy chcą z Polski zrobić Polin i z torbami nas puszczą, bo chcą odszkodowań za mienie bezspadkowe.
Wierzących kochających Polskę, tropiących Żydów wspiera monarchista Grzegorz Braun. Nawrócił się, odmawia różaniec, wita się jak Wojciech Cejrowski – Szczęść Boże. I wszędzie widzi Żydów, szczerze ich nienawidząc.
Kiedyś na początku drogi politycznej Grzegorza Brauna w rozmowie w niepoprawnym radiu pl zapytałam, kogo widzą monarchiści na tronie Polski, kiedy już demokracja padnie. Nie było odpowiedzi. Sądząc po ostatnich jasnych deklaracjach o potrzebie zwrotu w kierunku Rosji, być może byłby to namiestnik Putina.

Oczywiście, w takim spektrum konserwatywnym nie może zabraknąć Kai Godek, która nagle z obrończyni życia walczącą z prawem do aborcji eugenicznej, przeistacza się w polityka.
Po kolei dołączają inni, jak choćby Marek Jakubiak, który mógłby przyciągnąć wojskowych emerytów i biznesmenów z kręgu browarów i Palikota.
Elektorat Kukiz15 miał zagospodarować nie tylko sam Marek Jakubiak, ale i jego towarzysz projektu Federacji dla Rzeczpospolitej - Liroy. Skończyło się na tym, że przegrali wybory; i Konfederacja, i Kukiz15.
I tak każdy, przyglądając się członkom i doradcom Konfederacji, może snuć przypuszczenia, o jaki elektorat chodzi.

Nie trzeba być wyjątkowo spostrzegawczym, by zauważyć, że obszar szukania elektoratu jest bardzo szeroki i ma na celu wyłapać niezdecydowanych i niezadowolonych z różnych powodów.

Odpowiedź na postawione pytanie czy projekt Konfederacji był spontaniczny musi być w tym kontekście negatywna. Nie tylko nie jest spontaniczny, ale jego konstrukcja została głęboko przemyślana. Czy wszyscy zaproszeni do tej zabawy uczestnicy zdawali sobie z tego sprawę?

Warto teraz przyjrzeć się jakimi metodami pozyskiwano owych potencjalnych zwolenników?
Naczelnym sposobem jest wrzucanie nośnych problemów. Nie jest to żadna nowość, tak robią wszystkie partie w mniejszym lub większym stopniu. Rzecz nie w tematach a w tym, komu podnoszenie ich i walenie nimi 24 godziny na dobę służyło i służy.
Zanim jeszcze powołano Konfederację przez miesiące grzany był temat banderowców, a potem emigracji ukraińskiej i emigracji zarobkowej z Azji, a skończyło się na Żydach.
Łatwo sprawdzić, jakie w tym czasie ważne wydarzenia w polityce międzynarodowej towarzyszyły tym narracjom. W każdym nagłaśnianym temacie brakowało konkretów, propozycji rozwiązania problemów.

Dla wyborcy nie to jest jednak najgroźniejsze.
Największym niebezpieczeństwem są półprawdy, przekłamania i dezinformacja z nich wynikająca.
Jestem za obroną życia, ale PiS nie procedował ustawy zakazującej aborcji eugenicznej, więc pójdę zagłosować na Kaję Godek.
Jestem za wolnym rynkiem i przeciwnikiem socjalu, zagłosuję na Sośnierza.
Jestem przeciwna emigrantom, bo obniżają płace polskim pracownikom, zagłosuję na narodowców.
Jestem przeciwna robieniu z nas współodpowiedzialnych za Holokaust i próbie wymuszania na nas rekompensat za mienie bezspadkowe, ufam doniesieniom Michalkiewicza i głosuję na Konfederację.
Jestem przeciwna cackaniu się z rządem ukraińskim, wspierającym ruchy nacjonalistyczne, zagłosuje na któregoś z „kresowiaków”... itd, itp.
Jeśli nie zapytam o prawdziwe intencje, jeśli nie rozpoznam półprawd i manipulowania informacjami prawdziwymi, wpadam w pułapkę dezinformacji, choć wydawać się będzie, że świadomie wybieram.
I tu wchodzimy już na poletko agentury wpływu Kremla, od której zaczęłam stawiać pytania.
Marek Jakubiak po przegranych wyborach rozżalony biadolił, że to Sakiewicz i Gazeta Polska wszystkiemu winna. Jedna z jego wypowiedzi może posłużyć studentom politologii jako klasyczny przykład manipulowania opinią. Można by ją zatytułować: Udowodnij mi, że nie mówię prawdy
Marek Jakubiak nie odpowiada na zrzuty, na fakty, od których aż huczało w Internecie. Buduje wypowiedź tak, jakby to było oczywiste, że Gazeta Polska zrobiła z Konfederacji ruskich szpiegów, a to nie jest prawdą.
W sytuacji takiej, kiedy Konfederacja startuje, a z dnia na dzień stajemy się ruskimi szpiegami, najgorszym, co może być, dywersantami, antyPolakami [...] to ja nie słyszałem o czymś podobnym.

Dzięki takiemu zabiegowi nie musi już odpowiadać za udzielanie wywiadów w Sputniku niektórych członków Konfederacji, nie musi udowadniać celów wyjazdów na Krym Liliji Moszeczkowej, jej sympatii do Samotnych Wilków czy obecności na listach Konfederacji Włodzimierza Osadczego i Andrzeja Zapałowskiego. Wszystko jest jasne. Konfederacja wygrałaby, gdyby nie Sakiewicz.

Winny jest, więc zabieramy się do pracy i wygramy wybory do Parlamentu.

Pozostaje już tylko ostatnie pytanie. Czy strona Janusza Korwina - Mikke w Sputniku zniknie, czy też Korwin szykuje nową formację, a Konfederaci będą uzdrawiać Polskę?
Czas pokaże, jak będzie, już jesienią.
Jednego jestem pewna, że z prób budowy partii prorosyjskiej w Polsce Kreml nie zrezygnuje. I gdzieś tam roi się już plan kolejnej jej odsłony.

Zapraszam do słuchania

_______________________________________________

Ilustracja:Konfederacja

Zapraszam do słuchania
audycja 1049 (niedzielna)

poniedziałek, 20 maja 2019

Zobaczyła żaba, że konia kują i sama nogę nadstawia

To znane przysłowie jak ulał pasuje do Konfederacji. Struktura, naprędce zmontowanej do europarlamentu grupy od Sasa do Lasa, to taka żaba, która usilnie chce podkuć sobie buty podkową na miarę Prawa i Sprawiedliwości.

Nie traktuję poważnie tego zlepka chętnych do diety europosłów, a poza tym, jeśli komuś może podkraść elektorat, to nie Prawu i Sprawiedliwości a Kukizom, bo ostatnio wydzierają sobie hasła i prześcigają się w porównywaniu partii rządzącej z Platformą Obywatelską. Skrzętnie omijają wszystko, co do tej pory partia zrealizowała, posługują się okrągłymi hasłami, a przyciśnięci w internetowych dyskusjach, oponenta obrzucają błotem. A gdy to nie pomaga, ogłaszają, że jest to Żyd, albo Żydówka i kończą rozmowę.

Wiem, że zaczadzonych nic nie jest w stanie przekonać. To jest choroba wieku młodzieńczego niczym trądzik. Jedni z tego wychodzą, inni lepią korektorem wżery po wyniku wyborczym w granicach kilku procent, by znowu ulec argumentom bojowników o „prawdziwą polską prawicę” przy następnej kampanii.
Zmieniają się tylko hasła. Raz to jest prywatyzacja państwa w imię wolnego rynku, innym razem likwidacja Unii Europejskiej.

W obecnej kampanii zaczęto od walki z „Ukrami” (tak zwykli nazywać Ukraińców pracujących w Polsce), emigrantami z Europy Zachodniej i Azji.
Teraz aktualnie wszędzie widzą Żydów i gotowi obalać na ulicy i w polskim parlamencie ustawy Kongresu Amerykańskiego. Tu, niestety, inicjatywę wydziera im Kukiz15.

Jak wreszcie te wybory wygrają i zaczną rządzić, to pokażą, że żaden Żyd w Polsce się nie ostoi. Ciupasem wyrzucą, jak onegdaj, Jaruzelski, do Izraela. Potem ustawią wszystkich mężczyzn w rządku i będą sprawdzać w rozporkach czy nie ukrył się jaki obrzezany.

Kpię sobie trochę, ale też próbuję posługującym się logiką wyjaśnić, że panu z muszką pod siekaczami nie chodzi ani o Polskę, ani o Żydów, a jedynie, by zabezpieczyć rodzinkę i przy okazji może kto z kręgu sponsorów Sputnika pochwali, jak jesienią zabierze znienawidzonemu "PiSowi" większość pozwalającą na samodzielne rządy. Dobrze bowiem wiedzą, że każdą bajkę można opowiadać zakładając coraz to nową partię.
Żaba też przechodzi mutacje, zanim zapragnie być koniem. Tylko wódz nie zmienia się od lat. Żaba nigdy nie podkuje swoich nóżek, co najwyżej zmieni nazwę. Za udawanie konia nikt jej nie ukarze.

Zapraszam do słuchania

_______________________________________________

Ilustracja:https://www.wiocha.pl/1579495,No-Korwin...-przebiles-nawet-Biedronia

Zapraszam do słuchania
audycja 1045 (niedzielna)