poniedziałek, 24 listopada 2008

Kim jest marszałek Bronisław Komorowski?

 
Od wczoraj emocje rozgrzane zostały do czerwoności w związku z incydentem w Gruzji. Dziennikarze prześcigają w się w domysłach i interpretacjach.
Mało tego, jest tak, jakby sobie tego życzyli  specjaliści od marketingu politycznego- emocje zeszły też na dół. Mama Katarzyna przy zmywaku o niczym innym nie  myśli.:) W kuchni radiowa jedynka, w pokoju tvn24 i info, w przerwie - salon24.
Niestety, nad myśleniem górę wzięły emocje, a wszystko za sprawą marszałka Komorowskiego, którego  wypowiedź, poszerzaną co jakiś czas o nowe zdanie, cytuje cyklicznie tvn24. 
Czytam w wiadomościach onetu :
„ Zachodnie media - BBC, CNN, "Daily Telegraph", "New York Times", telewizje Fox i CBS - publikują własne korespondencje i materiały agencyjne (AP, ITAR-TASS i Reuters).
- Okupanci, którzy nie maja legalnego, moralnego czy jakiegokolwiek prawa by tam być, stacjonują w sercu Gruzji - cytuje słowa Lecha Kaczyńskiego BBC".


A co ma do powiedzenia Marszałek Rzeczpospolitej Polski?
„...incydent choć był niepoważny, stawia nas w niewygodnej sytuacji i nasuwa wiele pytań do strony polskiej i gruzińskiej". - ubolewa  Bronisław Komorowski
I dodaje:
„- Jeśli to był zamach, to powiedziałbym: jaka wizyta, taki zamach. No, bo nie trafić z 30 metrów w samochód, to trzeba ślepego snajpera. Więc raczej wygląda to na coś bardzo niepoważnego, a jednocześnie przykrego, bo stawiającego polskiego prezydenta w dosyć niezręcznej sytuacji i prowokującego do niedobrych wypowiedzi" .

Kiedy "New York Times" cytuje Prezydenta RP - „  Nasi europejscy partnerzy powinni zwracać uwagę na to  i wyciągać wnioski zanim będzie za późno". - marszałek  już za Unię odpowiada (niestety cytuję z pamięci na podstawie tego, co usłyszałam w tvn24), że Unia ma ważniejsze sprawy na głowie niż niepoważny incydent w Gruzji.
Tu mogę tylko domyślać się, ze marszałek jako wytrawny polityk doskonale wie, że Sarkozy  ostatnio zapewniał wszystkich zainteresowanych o wykonywaniu przez Rosję  podpisanych zobowiązań w sprawie konfliktu w Gruzji.

Siłą rzeczy nie może być mowy o tym, by tam gdzie nie powinien być, znajdował się jakiś posterunek rosyjski. A jeśli ktoś wie, że znajduje się, tym gorzej dla tego, kto wie.

Jak więc  może Unia przejmować się jakimś tam niepoważnym prezydentem RP, skoro całkiem poważny marszałek zapewnia, że incydent był niepoważny?
Mało tego, B. Komorowski nie tylko wie, co zrobi Unia, on jest doskonale poinformowany o tym co sądzi Rosja w tej sprawie i w pełni się z tym stanowiskiem utożsamia. Ma nawet na to silne argumenty, przy których zapamiętane  przez prezydenta odgłosy kałasznikowa brzmią jak bajka przestraszonego kapiszonem dzieciaka.
„Byłem trochę ćwiczony ( zwierza się marszałek - p. mój) na okoliczność ewentualnego zamachu jako minister obrony narodowej i wiem, że w sytuacji jakiegokolwiek zagrożenia, osoba chroniona jest wciskana do samochodu i samochód natychmiast odjeżdża, albo jest rzucana na ziemię i na niej się kładą oficerowie ochrony. A tutaj widać zdjęcia, gdzie obaj prezydenci stoją, rozmawiają, zdaje się, że jeden się uśmiecha. No, tysiąc znaków zapytania".

Skoro sam marszałek ma tysiąc pytań, to czy ja - szary obywatel, nie mogę mieć tylko jednego?
Kim jest marszałek Komorowski i dlaczego od rana opowiada nam bajki godzące w rację stanu Polski i prestiż jej Prezydenta?
 _______________________
Cytaty pochodzą z :
-„Cały świat cytuje Kaczyńskiego - atak czy prowokacja? http://wiadomosci.onet.pl/1867961,12,item.html

- „Jaka wizyta taki zamach"

czwartek, 20 listopada 2008

Znudziły się nam bajki spin doktorów?

Mieszam w garnku zupę ogórkową, kolejny raz przecieram szmatką zaparowane od jesiennej szarugi szyby w kuchennych oknach, doglądam czy w piecu nie pogasło, macham „maniusiem" po dywanie... Codzienna krzątanina, która ma tę jedną zaletę, że można przy niej  zastanawiać się, nawet spierać  w myślach z cudzymi poglądami. Uwielbiam to, bo na złość feministkom potrafię wciąż być sprawną intelektualnie kurą domową.:) A przy tym jest nadzieja, że zanim zreformują służbę zdrowia, moje kości nie zesztywnieją i nie trzeba mi będzie wymieniać stawów na nowszy model.
Z tematami do rozmyślań też nie ma większego problemu. Od kiedy musiałam zarzucić dopalacze w postaci kawy i papierosów, rolę tę doskonale pełnią poranne wiadomości i dyskusje. Umysł działa więc na całkiem zadowalających obrotach.
A o czymże   ja dziś mogłabym myśleć przy zmywaku, jeśli nie o słupkach moich ulubieńców politycznych?
Jeśli prawdą jest, że to, co przenika do opinii społecznej ze świata polityki, jest jedynie umiejętnie sterowaną bajką, by wśród ludu mogła toczyć się emocjonująca narracja i rosły słupki, to chyba właśnie jesteśmy świadkami  pierwszych objawów znudzenia bajką. Słupki już nie tylko nie rosną, ale spadają. O ile PO ma jeszcze z czego tracić, o tyle PiS niebezpiecznie zbliża się, by powtórzyć los AWS, a prezydent - Lecha Wałęsy.

Wcale się temu nie dziwię, bo niby jak długo można denerwować się kolejnymi rewelacjami,  czyje dni w pałacu zostaną policzone. Nie wiem czy Stasiak był dobrym fachowcem i lojalnym pracownikiem. Skoro prezydent chce go koniecznie wymienić, jego sprawa. Można oczywiście bawić się w przepowiednie, kto go zastąpi, ale jak znam oddanych  przyjaciół prezydenta z pewnością będzie to ktoś, kto lubi robić karierę. Czy np. A. Szczygło będzie lepszy od Stasiaka? Może i tak, a może i nie. Przyznam, że mało mnie to obchodzi.
Ale obchodzi mnie i to bardzo, kto doradził prezydentowi, by w lipcu wycofał swój patronat z obchodów upamiętniających ludobójstwo na Wołyniu. Wciąż też bardzo interesuje mnie  zachowanie się pewnego „misia" na festiwalu kultury ukraińskiej w tym samym czasie, gdy Wołyniacy  obchodzili 65 rocznicę tragedii ich bliskich. Czy to nie on był przypadkiem jednym z tych doradców? Czy to nie za jego sprawą wprost nie mogę wyjść z podziwu dla dalekowzrocznej polityki prezydenta w stosunku do Ukrainy?
Tak, przyznaję rację Andrzejowi Chojnowskiemu „- Polityka zagraniczna prowadzona przez pana prezydenta względem Ukrainy czy Litwy ma charakter długofalowy i przynosi dobre efekty".
Problem polega na tym jednak, że jest to polityka długofalowa, a jak Pan Prezydent tak będzie bezwzględnie kosztem wiernego mu elektoratu, jakim są kombatanci i Kresowiacy, ją realizował, to raczej na jej dokończenie nie będzie miał szans.
Opinia Zygmunta Mogiły-Lisowskiego, prezesa Towarzystwa Miłośników Wołynia i Polesia.
„- Myśmy byli przyjaciółmi Lecha Kaczyńskiego. Po tym jak nas potraktował, stracił bardzo duży elektorat na wschodzie Polski. Wielu ludzi uważa, że prezydent jest przyjacielem ukraińskich nacjonalistów". - może się okazać bardzo trafna.
Prawda o tym, że to właśnie Lech Kaczyński  zaczął  skutecznie realizować politykę historyczną, staje się powolutku mało wiarygodna, bo jakoś dziwnie przypomina wybiórczą politykę Moskwy i Zachodu w stosunku do historii Polski.
Mało tego, jest bardzo niebezpieczna, bo opiera się o tolerowanie coraz bardziej jawnego nacjonalizmu ukraińskiego.
Czy o to chodziło doradcom prezydenta? Jeśli tak to właśnie odnoszą sukces. Gratuluję.:(

Mnie pozostaje podziwiać determinację Ukraińców, którzy wcale nie martwią się ani o dobrosąsiedzkie stosunki z Polską, ani z  Rosją. Nie martwią się też o los swoich rodaków w Polsce, krzywda im się u nas nie dzieje, a wpływy rosną i nikt „Słowu" nie śmie wytknąć nacjonalistycznych kłamstw. Nie to co taki „Mały Gość Niedzielny", tu poprawność polityczna czuwa. Obrońców koloru skóry Obamy też nie brakuje, a poseł Górski lekcję, którą teraz przerabia, zapamięta do końca życia.
Niby niewiele mogą Ukraińcy, a jednak zdołali przeforsować uznanie głodu na Ukrainie w latach  1932 - 1933 za ludobójstwo. Nam nawet rocznicy ludobójstwa na Wołyniu we własnym kraju przez demokratycznie wybrany parlament i prezydenta  nie udało się uznać. O uznanie mordu katyńskiego za ludobójstwo walczy za nas „Memoriał", my już do tego głowy nie mamy.
 Czy mogę uznać to za pragmatyzm polityczny prezydenta, rządu i posłów? Bardzo chciałabym, ale niestety żadnymi karkołomnymi wygibasami w rozumowaniu, nie potrafię tego dowieść.
Jeśli rzeczywiście chodzi tylko o słupki i pozyskiwanie elektoratu, to tenże elektorat mógł doznać szoku już nie tylko w związku z rocznicą mordu na Kresach.  Jak bowiem wytłumaczyć nieobecność samego prezesa PiS przy głosowaniu w sprawie Święta Trzech Króli?
 A takich kwiatków podkopujących wiarygodność partii, która jako jedyna w historii po 1989r., przegrywając walkę o władzę, zdołała powiększyć swój elektorat, każdy z nas znalazłby więcej.
Trudno się z takim samobójstwem politycznym pogodzić i może dlatego wielu z nas coraz głośniej krytykuje z nadzieją, że i słupki i nasza krytyczna ocena otrzeźwi i Lecha i Jarosława. Może nie jest jeszcze za późno, by przestać biadolić na nieprzyjazne media i układy ?
Nic tu nie pomoże szukanie winnych i łykanie uspokajających bajek o zmowie sił zła.
Pora zabrać się za wychodzenie z dołka, a nie usilne szukanie winnych i zmuszanie swoich członków do przypinania spadochronu, tak na wszelki wypadek.
 Jeszcze nikt nigdy nie został uzdrowiony wskutek źle postawionej diagnozy czy unikania terapii.

Tak się zastanawiam czy w PiS są jeszcze odpowiedzialni ludzie, którzy zastanawiają się, co będzie z Polską, gdy równowaga sił politycznych, jaka się wytworzyła, między innymi za sprawą brutalnego wycięcia  LPR i Samoobrony, zostanie zachwiana?

Panowie, czas bajek, mimo usilnych zapewnień spin doktorów,  kończy się. Słuchacze są już zniecierpliwieni monotonnością powtarzających się wątków, pora na zmianę fabuły.

poniedziałek, 17 listopada 2008

Feng shui Donalda Tuska i seppuku PiS?

Od pewnego czasu obserwuję dziwne ruchy na politycznej scenie. Nie odzywałam się, bo prawdę powiedziawszy, nie bardzo wiem jeszcze, o co w tym wszystkim chodzi.
Dziś jednak nie wytrzymałam; poranny przegląd prasy ostatecznie wyprowadził mnie z równowagi. Najpierw rewelacyjne doniesienia  Eryka Mistewicza w „Dzienniku" o sukcesach rządu Tuska  - „Tusk stosuje zasady feng shui”.

Jak się ma planowanie przestrzeni, sięgające chińskiej starożytności do Public Relations  rządu Donalda Tuska, to naprawdę dla mnie wielka tajemnica. No, chyba że do końca zastosuję zasady feng shui i zawartą w nich symbolikę:
Feng (wiatr), którego nie można zobaczyć, shui (woda), którą nie można uchwycić, a wszystko razem nieuchwytne i niewidzialne, ale zgodne z naturą.:)
Wtedy rzeczywiście wszystko się zgadza; niewidzialne sukcesy, nieuchwytne reformy ale wszystko zgodne z naturą „tych, którzy o polityce dowiadują się z wieczornych wiadomości, jedząc naleśniki i przyswajając - według badań - ledwie 20 - 30 proc. telewizyjnych treści”.

Może dlatego, że wieczorem nie jadam już naleśników, nie widzę podwyżek dla nauczycieli, które byłyby satysfakcjonujące, ani robionej z głową reformy oświaty czy samorządów. Boiska w mojej wsi chyba też nieprędko się doczekam, a i na placach wokół blokowisk olsztyńskich również nie zauważyłam tłoku na kortach i boiskach., bo ich po prostu nie ma. Widać i boiska, i PR rządu Tuska są feng shui.
Czy niewidzialny wiatr i nieuchwytna woda wystarczą zjadaczom naleśników?
 
W jednym na pewno autorowi tej ciekawej tezy przyznaję rację. „Polityk, który robi dużo dobrego, ale nie potrafi o tym opowiedzieć, wypada z gry”.  Tu nie mam żadnych wątpliwości pod warunkiem, że czytam ze zrozumieniem tylko to, co jest napisane i ściśle się tego trzymam. Nie mogę sobie jednak odmówić przyjemności zapytania.
Co dzieje się z politykiem, który nic nie robi, a potrafi jedynie dobrze gadać?

Niezależnie od tego czy wygrywa polityk, który pracuje i potrafi tym się pochwalić, czy tylko ten, który umie dobrze gadać, życzę premierowi, by jednak  za bardzo doradcy politycznemu nie ufał i zabrał się w końcu do roboty, tak na wszelki wypadek, gdyby Polakom przejadły się naleśniki zjadane przed telewizorem.:)

O ile opinie Eryka Mistewicza w „Dzienniku” przyjęłam zgodnie z sztuką  feng shui zaplątaną we współczesną politykę, o tyle  Jego artykuł zamieszczony w „Rzeczpospolitej” zmusił mnie do pytania.
O co w tym wszystkim chodzi?!

„Kaczyńscy lecą w płomień świecy”. A lecą na zatracenie, bo „akceptują reklamową wolnoamerykankę” i  nie chcą zrozumieć, że w „reklamowym wyścigu zbrojeń” nie mają szans z PO.

Powinni wziąć przykład z Francuzów, gdzie reklama polityczna została zabroniona i kampanii Sarkozy'ego, która obyła się bez wielkich billboardów  na wieży Eiffla i nie tylko tam.

Ustawa 1990 r.  ubiegającym się o mandat lub wybieralną posadę w merostwie czy regionie dała równe prawa i równe możliwości. Wielkie plakaty i billboardy zostały zakazane. Nie ma też mowy o prywatnych reklamach w mediach i kupowaniu czasu antenowego. Wszyscy otrzymują go równo, a zaoszczędzone pieniądze komitety wyborcze przeznaczają na wspaniałe mitingi przedwyborcze, które mogą nas Polaków ze swymi spotkaniami przedwyborczymi nabawić poważnych kompleksów. A najważniejsze w tym wszystkim jest to, że dzięki temu we Francji wzrosłą znacząco frekwencja wyborcza.

http://www.rp.pl/artykul/9157,220381_Kaczynscy_leca_w_plomien_swiecy__.html

Nie pierwszy raz czytam na ten temat. Między innymi, w tym samym duchu ukazał się niedawno artykuł na stronie

http://www.polskaxxi.pl/Projekty/Konstytucja-Panstwo/SZACHY-NIE-BEJSBOL-francuskie-prawo-zakazu-reklamy-politycznej

Argumentacja ta sama, ale wymowa znacznie bardziej optymistyczna, bo wówczas wydawało się, że pomysł zakazu reklam politycznych znajduje dosyć szerokie poparcie wśród polityków i publicystów.

Co się takiego stało, że dziś  wypowiedź konsultanta politycznego brzmi niczym kasandryczna przestroga?

„Błąd strategii braci Kaczyńskich, opowiadających się dziś twardo przeciwko wprowadzeniu zakazu reklamy politycznej w Polsce, nie tylko dewastuje dopiero kiełkującą demokrację. Ugruntowuje na dobre prymat pieniądza w polityce. Jest akceptacją wejścia w spiralę, w której z kampanii na kampanię wydawać będziemy na reklamę więcej i już nigdy – jak Amerykanie – z tego wyścigu nie wyjdziemy. Ale to ten mechanizm sprawi, że bracia Kaczyńscy przegrają, zanim poważniejsza kampania prezydencka czy parlamentarna na dobre się rozpocznie. Zanim dotrze do nich, ile pieniędzy tym razem przewidziano na ich zmiażdżenie. ”.

Tak jak na początku napisałam, nie bardzo rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi, a głównie, komu zależy na zakazie, bo zyska i dlaczego PiS tak zdecydowanie odcina się od tego pomysłu? Niestety, Autor artykułu tego nam nie wyjaśnia, a szkoda.

Z jednej strony doskonale pamiętam, jaką rolę odegrały  ulotki, plakaty, zdjęcia z Wałęsą, naklejki na szyby czy ściągi do głosowania w czasie wyborów w 1989 r. Z drugiej strony wyrosłam już ze śledzenia treści billboardów czy plakatów, nawet hasła już nie docierają do mnie w takim stopniu jak kiedyś i  kusi mnie myśl, że mogłoby tego wreszcie nie być na naszych ulicach. Czyściej, piękniej i zdecydowanie taniej.

Nie uważam jednak, by fakt zakazu reklam zadecydował o wynikach wyborów, tak samo, jak nie wierzę, że ich obecność znacząco wpływa na sukcesy wyborcze partii. Dziś walka wyborcza nie toczy się już na ulicach lecz głownie poprzez Internet i telefonię komórkową.

Czyżby ustawa zakazująca reklamy miałaby  obejmować SMS-y i na przykład  blogi?!

Póki co, pozostaje mi niecierpliwie  czekanie na wyjaśnienie ze strony PiS, dlaczego jest tak bardzo przeciwne już nie tylko okręgom jednomandatowym ale również ograniczeniu wydatków na reklamę wyborczą. Czy się doczekam?

środa, 12 listopada 2008

Dziś wszystko jest możliwe?

Kiedy zbliżają się urodziny Lecha Wałęsy, dziennikarze mają swoje pięć minut. Nie ma gazety, nie ma informacji telewizyjnych bez relacji, kto został zaproszony, jak się bawił i jak miło czas spędził.
Nie to co Gala u Prezydenta Rzeczpospolitej z okazji Święta Niepodległości. Tu media głównie skupiły się na tym, kogo nie było i dlaczego. A jeśli już relacja, to najwiarygodniejsza - z ust Kwaśniewskiego, inni znamienici goście wywiadu widać nie udzielali.
W „ministerstwach propagandy" ustalono obowiązującą interpretację. Wymiana ciosów trwa od rana. Chlebowski - „Z prezydenckiego balu zrobiła się wiejska potańcówka."  Joachim Brudziński w odpowiedzi bardzo żałuje,  „że w politologii nie ma terminu wiejski głupek", bo na pewno poseł PO na taki tytuł zasługuje.
A w ogóle Maryla i Rynkowski całkiem kiepsko śpiewali prezydentowi. Co do tego, że kiepsko, całkowicie się zgadzam, ale że był to śpiew dla prezydenta, to już czysty zabieg pomniejszania znaczenia uroczystości. Ale też się temu specjalnie nie dziwię, bo niby dlaczego "Der Dziennik" miałby promować polskie Święto Niepodległości.
 Jeśli już gazeta stawiała sobie jakiś cel, to z pewnością była to potrzeba  zatarcia śladu po wizycie Angeli Merkel. Tego chyba  Tusk pięknie witającej się z warszawiakami  Angeli nie wybaczy.  Nawet po części została już ukarana. Zamiast wywiadu z panią kanclerz oraz  pytań o jej wrażenia  i refleksje, czytamy o różnych ciekawostkach, które spychają na margines tę wizytę. Oto znacznie ważniejszy od wrażeń  gości i kuluarowych rozmów okazał się news na temat tego, jak czule Lech Kaczyński zwraca się do żony.

Taak, taka opowieść na pewno ma szansę na rozważania przy biurowej porannej kawie Polek i Polaków.
Dla wzmocnienia  wagi informacji  „Dziennik" poprosił nawet o opinię eksperta http://www.dziennik.pl/opinie/article264239/Mistewicz_Prezydent_jest_szarmancki.html
Na wszelki wypadek, gdyby ktoś zbyt poważnie podszedł do tematu i w dyskusji przy tejże kawie próbował wykazać, że prezydent zyskał w jego oczach, a do tego jeszcze próbował podeprzeć się opinią specjalisty od marketingu politycznego, przygotowano zimny prysznic.
 Zamieszczony w opinii  link prowadzi do poprzednich informacji, w tym wersji dźwiękowej. A kiedy już ją wysłuchamy i zamkniemy, wtedy mamy możliwość obejrzenia niezwykle „dowcipnego" zdjęcia
 Są sytuacje, w których każde zachowanie jest niefortunne. Przemilczeć, nie pisać, nie podawać linka i tym sposobem nie robić reklamy? Oznaczałoby to jednak, że jest nam wszystko jedno, a dzięki naszemu milczeniu granica narracji politycznej znowu może się przesunąć na dowolnie wybrane przez propagandę miejsce.
A że to jest  miejsce Goebbelsa i podlega ściganiu z urzędu, to już całkiem inny problem, którym jak widać www.patrz.pl wcale się nie przejmuje.
Nie jestem ani dziennikarzem, ani specjalistą PR, nie muszę więc martwić się o to, jak odebrana będzie moja reakcja.  A ta jest jednoznaczna; w normalnym kraju takim „żartem" zająłby się prokurator!
Nie mam jednak pewności czy będzie miał na to czas, bo właśnie dziennikarze, mocno wyczuleni na rasistowskie treści, wzięli w obronę Murzynka Bambo, któremu nie podoba się własny kolor skóry i chciałby, aby Pan Bóg dzięki modlitwie nieco ją rozjaśnił.
Mam też  dziwne przeczucie, że narracja przy porannej kawie nie będzie dotyczyła ani czułych słówek prezydenta do żony, ani skandalicznego zdjęcia, które przecież pałęta się bezkarnie  po Internecie już od czasu wściekłej nagonki na PiS w poprzedniej kadencji i jakoś dziennikarzom wyczulonym na rasistowskie treści  nie przeszkadza.
Myślę sobie, być może naiwnie, że znacznie ważniejszą okaże się informacja dotycząca  znacznych podwyżek cen energii i przyszłość emerytur pomostowych.
A swoją drogą, bardzo ciekawi mnie, jak premier pozbędzie się robotników  „Solidarności 80" ze swego biura. Nie mogę się już wprost doczekać dziennikarskich komentarzy na ten temat. Czy  pisać będą w podobnym tonie jak wtedy, gdy pielęgniarki koczowały w gabinecie Jarosława Kaczyńskiego?
A  Jola Kwaśniewska, czy z różą w dłoniach wybierze się do protestujących związkowców?

A może, gdy ja się tu głowię nad przewodnim tematem narracji Polaków, Ministerstwo Propagandy Tuska szykuje nam już całkiem nowe, jeszcze ciekawsze wiadomości i zdjęcia?
Dziś wszystko jest możliwe i nic już nie jest w stanie nas zaskoczyć?

środa, 5 listopada 2008

Kowel czy Monte Cassino?

Kiedy czasem okoliczności ściągają cię do poziomu i nawet zmywać nie musisz, jest dużo czasu na przemyślenia. Nie powiem, bym przepadała za tego rodzaju formą kontemplacji, ale i do tego z wiekiem trzeba się będzie przyzwyczaić.:)
Za oknami szaro, buro; ni słonka, ni gwiazdy nie zoczysz , nawet liście przestały się kurczowo trzymać  klonowych witek. Nie jest jednak tak, że wszystko zamarło. Wróble każdego ranka oddają się swoim plebejskim koncertom, a i sikorki też, zadowolone z życia, do okna zaglądają.
A ja wdycham sobie eteryczne kropelki sosnowo tymiankowe z mojego inhalatora i dumam nad przemijaniem, bo o czym tu innym można myśleć w listopadowe dni?
Obok na stoliku leżą moje skarby, które jeszcze nie zdążyłam przeczytać. Skarby  owe mają pożółkłe kartki i mocno nadgryzione czasem okładki.
Lubię, ba, mało lubię, kocham odwiedziny w antykwariacie. Kiedyś, przed wielu laty cieszyłam się jak małe dziecko, kiedy miałam okazję odwiedzić antykwariat na Świętokrzyskiej w Warszawie. Czy jeszcze istnieje?
Jest coś magicznego w starych księgach. Poza treścią kryją w sobie historię swoich właścicieli.  Ktoś je składał do druku, poprawiał, oprawiał, rozwoził po księgarniach. Ktoś kupował, czytał, rozmyślał, może dyskutował nad treścią... A może nigdy je nie przeczytał i tylko z półki kolejne tomy brała  służąca, by kiścią piórek zmieść kurz...  Kto ostatni zdecydował, że już mu niepotrzebna i oddał do antykwariatu?

Biorę do ręki... przewracam kartki; Michał Bobrzyński, Dzieje Polski w zarysie, wydanie czwarte uzupełnione, tom I II III, nakład Gebethnera i Wolfa Warszawa - Kraków -Lublin -Łódź -Paryż -Poznań -Wilno -Zakopane, drukarnia: Piotr Pyz i S-ka, Warszawa, Miodowa 8, 1927, 1931.
Trzeci tom wydany na cztery lata przed śmiercią ostatniego Stańczyka - prof. M. Bobrzyńskiego.
Nie umiem oprzeć się zdziwieniu. Jak to wtedy było? Przeszło sto lat zaborów, spory i kłótnie o to, co ważniejsze; państwo czy naród. Rusyfikacja, germanizacja, szaleńcze zrywy powstańcze, brak wiary w odzyskanie niepodległości. Między jednym zwątpieniem, a drugim, między jedną zdradą  a drugą starczyło jeszcze wiary i entuzjazmu, by pisać i wydawać historię Polski?

Komu ten podręcznik był potrzebny? Przewracam następną kartkę i czytam treść fioletowej pieczątki: BIBLJOTEKA PAŃSTWOWEJ SZKOŁY MIERNICZEJ i DROGOWEJ w KOWLU Nr 39 29
Cyferki wpisane stalówką maczaną w kałamarzu z czarnym atramentem. Dziewiątki fikuśnie wydłużone. Czyja ręka tak pieczołowicie je wpisała? I po co szkole zawodowej na rubieżach Rzeczpospolitej taki podręcznik? Kto z niego korzystał? Jak to się stało, że w końcu  trafił do  olsztyńskiego antykwariatu ? Czy moja biblioteczka to już końcowy etap tych trzech tomów?

Wrzucam do googli nazwę szkoły i miasta.
Czytam:
Jednym z uczniów tej szkoły był KOZŁOWSKI TADEUSZ EUGENIUSZ, ps. Jan (1904-1941), technik dro­gowo-wodny, oficer rez. WP, instruktor harcerski, harcmistrz, komendant Chorągwi Lubelskiej Harcerzy. /.../ W okresie po­bytu w Kowlu był m.in. drużynowym 2. Kowelskiej Drużyny Harcer­skiej, członkiem Komendy Hufca Kowelskiego oraz administratorem pisma „Harcerz Wołyński".
Po powrocie do Lublina w 1928 r. wszedł w skład Komendy Chorągwi Lubelskiej. W 1. 1932-1933 był komendantem Hufca Harcerzy w Lublinie, a od jesieni 1933 r. przybocznym komendanta Cho­rągwi i kierownikiem Wydziału Organizacyjnego. W okresie 1935-1938 pełnił funkcję komendanta Chorągwi. W czerwcu 1939 r. mianowany zo­stał komisarzem Pogotowia Chorągwi Lubelskiej, w sierpniu zaś zmobili­zowany. W stopniu ppor. rez. odbył kampanię wrześniową w 8 PP Leg. Wziął m.in. udział w bitwie pod Tomaszowem Lub., gdzie dostał się do niewoli, z której uciekł i powrócił do Lublina. Podjął ponownie pracę w Zarządzie Miejskim i jednocześnie dostał od konspiracyjnych władz ZHP nominację na komendanta Chorągwi Lubelskiej „Szarych Szeregów". Are­sztowany 31 marca 1941 r. w Lublinie wywieziony był do Oświęcimia, gdzie zginął we wrześniu tego samego roku. Symboliczny grób znajduje się na cmentarzu przy ul. Lipowej w Lublinie.
 http://www.tnn.pl/rozdzial.php?idt=63&idt_r=2208&f_2t_rozdzialy_trescPage=11

Zwyczajny, niezwyczajny technik z dyplomem szkoły w Kowlu...

Czytam dalej i  pytam.
Komu w tej szkole chciało się wysyłać gratulacje i składać hołd  z okazji  150 - lecia USA?
 http://memory.loc.gov/cgi-bin/query/r?intldl/pldec:@field(NUMBER+@od1(pldec+008_0033))
 Jakie były drogi  innych uczniów? Może niektórzy z nich podzielili losy  7 tys.  Polaków, którzy zginęli tam w czasie II wojny światowej?. Może ich doczesne szczątki znajdują się w bezimiennych mogiłach blisko połowy z tych 7 tys. - wymordowanych przez nacjonalistów ukraińskich?
 http://rzecz-pospolita.com/kowel0.php3

Myśli jak to myśli; wybiegają przed szereg i nieuporządkowane krążą nie tam, gdzie powinny. Tak się zastanawiam... Jaką odpowiedź dałby kard. St. Dziwisz Polakom z Wołynia, gdyby zaprosili go na uroczystości odsłonięcia pomnika ofiar ludobójstwa dokonanego przez siepaczy UPA w Kowlu? Czy wysłałby tam ks. Zaleskiego, a sam poleciał jak każdego roku na wzgórze czerwonych maków?
A może szeptem i na ucho wytłumaczyłby swemu  prezbiterowi, że nie wypada drażnić abp Martyniaka?
Żyję już tak długo, a  nie mogę zrozumieć, dlaczego nasza pamięć i hołd składany ofiarom wojen  wciąż musi być tak wybiórczy?  Dlaczego nadal wolno nam pisać niecałą polską historię a tylko jej zarys? I co na to pytanie odpowiedziałby Michał Bobrzyński?

poniedziałek, 20 października 2008

Ciszej nad mogiłą ks. Jerzego Popiełuszki!

Ks. Jerzy Popiełuszko miał odwagę domagać się prawdy.
„Aby pozostać człowiekiem wolnym duchowo, trzeba żyć w prawdzie. Życie w prawdzie to dawanie świadectwa na zewnątrz, to przyznawanie się do niej i upominanie się o nią w każdej sytuacji. Prawda jest niezmienna. Prawdy nie da się zniszczyć taką czy inną decyzją, taką czy inną ustawą. Nie tym polega w zasadzie nasza niewola, że poddajemy się panowaniu kłamstwa, że go nie demaskujemy i nie protestujemy przeciw niemu na co dzień. Nie prostujemy go, milczymy lub udajemy, że w nie wierzymy".
Każdy z nas może w tym miejscu powiedzieć - Święte słowa.
Tak dalece święte, że w rocznicę Jego śmierci gotowiśmy w imię tej prawdy oczy sobie powybijać i zakrzyczeć nawet prawdę. Z pasją szukamy prawdziwych sprawców zbrodni, snujemy przypuszczenia, łączymy fakty i zdarzenia. A z tych zestawień czarno na białym widać, że na ławie oskarżonych nie zasiedli najważniejsi - decydenci.
Trzeba nam koniecznie ich odnaleźć i osądzić, jesteśmy to winni ks. Jerzemu. Kto to ma zrobić; dziennikarze, blogerzy, historycy, a może prowadzący proces beatyfikacyjny? 
Każdy ślad, każdy najmniejszy dokument może nam prawdę przybliżyć. Prawda jest nam potrzebna, bo słowa ks. Jerzego są wciąż aktualne. Ulegamy zniewoleniu, gdy nie prostujemy kłamstw, milczymy lub udajemy, że w nie wierzymy.

Nie wolno nam więc wierzyć, ani ufać tym, którzy już osądzili sprawców i wypuścili ich na wolność.
Dociekać prawdy nie znaczy jednak opierać się na tezach wymyślonych, podsuwanych przez anonimy naszego życia publicznego. Wierność prawdzie to fakty. By je zebrać, opisać i uznać za wiarygodne trzeba determinacji, uporu i obiektywizmu. To zadanie dla IPN i historyków, pomóc mogą ci, którzy mają dostęp do archiwów.
Piszę o tym, bo krew mnie zalewa, kiedy od kilku dni przewalają się przez prasę i blogi sensacyjne odkrycia i jedyne prawdy.
 Ciszej, Panowie nad mogiłą ks. Jerzego Popiełuszki, bo w tym ferworze dociekania esbecy gotowi są nam przysłonić wszystko, co ma nam do powiedzenia ks. Jerzy  zza grobu.  Chcemy tego jeszcze słuchać? Czy może już jest tak jak z „Solidarnością". Było pięknie, solidarnie, ale się zmyło. Nie ma już ani związków solidarnych, ani idei solidarności. Nierealna, utopijna, nie przystająca do naszych czasów?
Jeśli tak to i słowa ks. Jerzego do lamusa też odłóżmy. Po co mamy się dołować czytając:
„(...) W dużej mierze sami jesteśmy winni naszemu zniewoleniu, gdy ze strachu albo dla wygodnictwa akceptujemy zło, a nawet głosujemy na mechanizm jego działania. Jeśli z wygodnictwa czy lęku poprzemy mechanizm działania złą, nie mamy wtedy prawa tego zła piętnować, bo my sami stajemy się jego twórcami i pomagamy je zalegalizować.
Egzamin z męstwa zdali robotnicy w sierpniu 1980 roku, a wielu z nich zdaje go nadal.
Okazali męstwo uczniowie szkoły w Miętnem, którzy odważnie stanęli w obronie krzyża Chrystusowego.
Egzamin z męstwa zdali w ostatnim czasie nasi więzieni bracia, którzy nie wybrali wolności za cenę zdrady swoich i naszych ideałów.
Niech na koniec będzie nam ostrzeżeniem świadomość, że naród ginie, gdy brak mu męstwa, gdy oszukuje siebie, mówiąc, że jest dobrze, gdy jest źle, gdy zadowala się tylko półprawdami.
Niech na co dzień towarzyszy nam świadomość, że żądając prawdy od innych, sami musimy żyć prawdą. Żądając sprawiedliwości, sami musimy być sprawiedliwi. Żądając odwagi i męstwa, sami musimy być na co dzień mężni i odważni".


Jeśli pamięć o Kapelanie hutników przetrwa, to na pewno nie będzie to zasługą wrzeszczących nad Jego mogiłą, ale między innymi nauczycieli i uczniów maleńkiej wiejskiej szkoły pod Bartoszycami.
Zajrzyjcie, proszę, na stronę tej szkoły, a może dowiecie się, jak wychowuje się w prawdzie i do szukania prawdy.
Losy ks. Jerzego z tą szkołą splotły się raz na zawsze. Kleryk Jerzy budował ją w 1966 wraz z innymi przyszłymi duchownymi, którym komunistyczna władza chciała zohydzić drogę powołania.
Jestem spokojna o prawdę Jego nauczania. Uczniowie szkoły w Rodnowie poniosą w życie jego przesłanie „Zło dobrem zwyciężaj". A dobrem niewątpliwym dla tego środowiska była sobotnia uroczystość poświęcenia sztandaru Szkoły Podstawowej im. Ks. Jerzego Popiełuszki, przed którym przyklęknęła dyrektorka, pokłonili się rodzice i uczniowie. Dobrem niewątpliwym było zjednoczenie się  nauczycieli, uczniów, wójta, radnych, sołtysa, proboszcza i mieszkańców wsi we wspólnym działaniu.
To wspólne budowanie dobra widać na każdym kroku; kościół, szkoła i dom kultury są ośrodkiem życia jej mieszkańców, a nie kolejny pub czy knajpa. Kiedy jest się w takich miejscowościach można uwierzyć, że Polska jest i będzie. Nie zniszczą jej kłótnie na górze, ani reformy oświaty ograniczające wychowanie patriotyczne, manipulowanie przy lekturach i programie nauczania historii. Na peryferiach Polski żyją, pracują i tworzą historię ojczyzny, poprzez przygotowywanie  młodych ludzi do sprostania wyzwaniom czasów na trwałych fundamentach, zwykli nauczyciele i zakochani w swojej małej ojczyźnie mieszkańcy Rodnowa.
Uciszcie się więc, panowie, nie wrzeszczcie nad mogiłą ks, Jerzego Popiełuszki, że odkryliście prawdę, bo to nie wy ją odkrywacie. Jak się uciszycie i otworzycie szeroko oczy, to może zauważycie, że Polska jest tam, w Rodnowie i tam żyje ks. Jerzy.

sobota, 18 października 2008

Komu było do śmiechu?

Salom przygotowuje się do jutrzejszego świętowania. Zżera mnie zazdrość, bo niestety nie mogę tam być.
W porannej prasie widowiska ciąg dalszy. I jakby mało tego było, wszystkiemu winni prezydent i premier, z ciążeniem na tego pierwszego. Panowie zamiast spotkać się  i dać sobie buzi,  wciąż, niczym obrażone panny, dąsają się na siebie. Brzydki Kownacki kłamie jak z nut i szykuje sobie śmierć polityczną. A tu rzeczywistość, smutna rzeczywistość - dodajmy. Kryzys ogarnia również środkowo- wschodnią Europę i marne szanse, by ominął nasz kraj.
A ja nie umiem ani czytać, ani słuchać ze zrozumieniem. We wczorajszej jedynce Michał Ziemkiewicz właśnie o tym rozmawiał z redaktorami; „Polski" i „Newsweeka". Nie chcę strzelać, a z wrażenia zapomniałam nazwisk, więc niech mi będzie to wybaczone.
Pierwsze pół godziny było o tym, co naprawdę ważnego dzieje się w świecie i czego szanowni dyskutanci oczekiwaliby od obu najważniejszych osób w państwie. Druga połowa rozmów,  to dyskusja, kto winien całej rozrubie.
Już myślałam, ze pijara dość i panowie, zdążą jeszcze porozmawiać, np. z prezesem NBP na temat zagrożenia naszych lokat. Nic z tego. Prezesa nie zaproszono. Czasu i tak  by nie starczyło.
Nie mam jednak żalu, bo wesoło było, szczególnie ta zaskakująca pointa wesołości przydała. Okazuje się, że prezydent znowu nie trafił i suszył zęby w uśmiechu, gdy innym przywódcom wcale nie było do śmiechu, kryzys mieli na głowie.
Problem, kto się śmiał, a kto nie, jednak pozostał.  Obejrzałam sobie na wp.pl zdjęcia i sama już nie wiem, kto ma rację.





czwartek, 16 października 2008

Panie Eryku, dlaczego psuje Pan nam igrzyska?

Dramaturgia narracji sięgnęła... . No właśnie czego; dna czy zenitu? A no, tu nie ma zgodności. Jedni grzmią, że już gorzej być nie może, a polityka sięgnęła dna. Przy okazji  wojny o krzesła na szczycie niszczy się autorytet Głowy Państwa, demoluje się demokratyczne zasady, ośmiesza Polskę próbuje się manipulacji przy najważniejszym dokumencie, jakim jest Konstytucja Rzeczpospolitej Polski.
(Trochę mnie ten ostatni argument śmieszy, bo jeszcze nie tak dawno usilnie wmawiano mi, że Konstytucja to taki papierek deklaratywny, nie mający większego wpływu na konkretne realia życia politycznego czy społecznego. Dziś wszyscy są konstytucjonalistami).
Inni, że spór między prezydentem a premierem to zenit. Firmament polskiej polityki jest za sprawą „kaczyzmu" i „słonka Peru" rozpalony do czerwoności . By co nieco schłodzić upał, potrzebne jest trzecie rozwiązanie. W szczelinę między PO a P i S próbuje się wciskać SLD, Naprzód Polsko, Ruch z Dudkiewiczem na czele. O miejscu dla narodowców i skrajnej lewicy mowy być nie może, nawet nie warto wspominać, bo w tym tłoku nie mają żadnych szans.
I tylko jeden człowiek, który z racji uprawianego zawodu powinien podgrzewać i polaryzować nasze opinie tak, by podział był wyrazisty, a do wyborów poszły tłumy, ze stoickim spokojem niszczy osiągnięcia PR. 
Eryk Mistewicz studzi, zamiast troszczyć się o swój spin doktorski portfel, nasze emocje. Spokojnie powtarza;  nic takiego się nie dzieje to tylko taka narracja, opowieść skrzętnie budowana z odpowiednią dramaturgią i kompozycją;  z nawiązaniem akcji, wątkami i punktem kulminacyjnym. Pointa też jest do przewidzenia. W naszej pamięci ze szczytu pozostanie wizerunek dwóch silnych przywódców, którzy mają za sobą swój wierny elektorat. Czym są słupki  sondaży? Czy oceną wystawioną politykom za ten pracowity show?
Skądże! One tylko pokazują, kto jest za kim. Próżno by tu doszukać się racjonalnych argumentów. Liczą się tylko nasze emocje.
Panie Eryku, nie dość, że popsuł Pan z takim poświęceniem budowaną narrację dziennikarzy TV24, to jeszcze zniweczył Pan i moją ciężką pracę.
Chciałam przypomnieć Gościom mojego blogu zapomniane przez polityków nie tylko Polski ale i Europy przemówienia Jana Pawła II w siedzibie Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (Bruksela, 20 maja 1985) i do parlamentarzystów Zgromadzenia Rady Europy ( Strasburg, 8 października 1988).
Wydawało mi się, że zamiast narracji Tusk - Kaczyński warto wrócić do tego, co naprawdę ważne dla przyszłości Europy. Zerwałam się wczesnym rankiem, by przekuć swój zamiar w czyn, ale narracja jednak zwyciężyła, włączyłam  TVN24. A tam Pan, Panie Eryku, ze swoją nieznośną tezą, że klepanie po ramieniu premiera nie jest niczym zdrożnym. To tylko gest, który w języku migowym polityków świadczy  o tym, kto tu naprawdę rządzi.
Mało tego, chwyta się Pan argumentów poniżej pasa i winą za ten stan rzeczy obarcza   nie spin doktorów, tylko widza, twierdząc, że jest tak na nasze życzenie. Bo gdyby ktoś z dziennikarzy chciał nam wyjaśniać pakiet klimatyczno energetyczny, to po prostu przełączylibyśmy nasze wirtualne okienko na inny kanał ziewając z nudów.
Od czasu, kiedy Eryk Mistewicz z uporem psuje nam igrzyska, minęło  trochę czasu. Przestałam  już burzyć się i toczyć z Nim dyskusje, a zaczęłam sprawdzać czy przypadkiem ten uśmiechnięty spin doktor  nie ma racji. Wciąż mam wątpliwości. Na wszelki wypadek jednak zamiast przypominać „nudne" przemówienia Jana Pawła II, przytoczę za radiową jedynką anegdotę, która jak ulał pasuje do medialnej narracji  i jej wpływu na naszą świadomość polityczną.
Kiedyś dziennikarz nawiązując rozmowę z Janem Pawłem II zapytał.
- Jak się Ojciec św. czuje u nas?
Odpowiedź była krótka.
- A jeszcze nie wiem, bo nie czytałem dzisiejszej prasy.

Czy trzeba jeszcze coś do tej odpowiedzi dodawać i kłócić się z Erykiem Mistewiczem  o sens zafundowanych nam igrzysk?
Jeśli nawet dziś abp Kazimierz Nycz ma rację mówiąc, że  z pewnością Jan Paweł II powiedziałby nam, „co po 20 latach znaczy żyć w wolności. Dokonałby podsumowania, na ile sprawdziliśmy się w ciągu tych lat". (http://www.rp.pl/artykul/10,205349.html), to czy chcielibyśmy tego słuchać? Czy przypadkiem nie przełączylibyśmy telewizora na kanał z igrzyskami?

Nie wiem jeszcze, dlaczego spin doktor psuje nam świetną zabawę, ale co do mnie, to ja nie mam o to do niego pretensji, wręcz przeciwnie. Jeśli już takie czasy, że muszą się one odbywać, to przynajmniej niech wiem, w co jest grane.


poniedziałek, 13 października 2008

Między prawem a moralnością

Jeśli przyznasz się do współpracy z SB, nie skłamiesz w oświadczeniu lustracyjnym, możesz być nawet prezydentem, bo ostatecznej oceny  twego czynu dokonuje wyborca.
 Na co liczył ustawodawca tak rozprawiając się z przeszłością PRL? 
 W programie  Waldemara Wiśniewskiego „Świadkowie" Kazimierz Ujazdowski stwierdził, że ustawodawca liczył na consensus narodowy w tej sprawie. Sądził, że ocena moralna donosicielstwa będzie jednoznaczna i to sami wyborcy zweryfikują takich gości. Z żalem dodał, że to nie zadziałało.
Ależ,  panie Ujazdowski, zadziałało i to doskonale! Czy Pan tego nie dostrzegł, a może nie wie do tej pory, jakie były prawdziwe intencje  zwolenników takiej niby lustracji?
To ja Panu znad zmywaka, stąd najlepiej widać, wytłumaczę, dlaczego zadziałało, choć niekoniecznie tak, jak nam wmawiano.
Proszę sobie przez moment wyobrazić dowolnego TW, którego mimo wiedzy o przeszłości partia wystawia do wyborów. Wydawać by się mogło, że ten fakt powinien pozbawić szans wyborczych, a jednak przechodzi on sito wyborcze.
Niemoralny, głupi wyborca?
Niemoralny na pewno, ale nie głupi. Co mu po pośle, który jest uczciwy, o nieposzlakowanej przeszłości? Czy taki będzie uległy na jego lobbowanie w sejmie, czy pomoże mu załatwić przetarg, prezesowanie w spółkach, w porę zawiadomi o toczącym się dochodzeniu w jego sprawie? Co możnym tego świata po takim pośle?  Trzeba więc było wszystko zrobić, by „Alek" był wybrany na prezydenta, a w ławie sejmowej zasiadło przynajmniej kilku, z którymi można się dogadać. Wszak umiejętna kampania wyborcza  wszystkie moralne dylematy potrafi pokonać.
Rzekoma wiara ustawodawcy, że szereg się oczyści wskutek społecznego ostracyzmu czy wolności wyboru, to bajka dla naiwnych, którą opowiada się przy każdej okazji, gdy wścibscy ujawniają kolejnego kapusia. Rozlega się wrzask, który ma zagłuszyć prawdę. Szermuje się niebezpieczeństwem polowania na czarownice, utratą wspaniałych naukowców, niszczeniem symboli narodowych itp. itd. Ech, szkoda czasu na przytaczanie argumentów, bo społeczeństwo zna je na pamięć.
 Wszelkie próby rozwiązania tego problemu, zdaniem dyskutujących w programie, świadczą o bezradności ustawodawcy. Nawet prof. Kulesza rozłożył bezradnie ręce, choć Janusz Kruk TW „Nowak",  dawny student profesora, donosił z ochotą również na niego.
I tak się nam przez prawie 20 lat ciągnie ten smród i niszczy Polskę, a nikt nie chce zająć się skuteczną dezynfekcją, bo podobno nie ma na to dobrego dezodorantu, choć ja naiwnie sądzę, że to strach  i układy paraliżują wszelkie próby rozliczenia się z przeszłością.
Dobrze, że choć w opinii, iż  problem ten trzeba jakoś rozwiązać, goście Wiśniewskiego byli zgodni. Na bezrybiu i rak ryba.
Wcale mnie to jednak nie cieszy, ponieważ zapamiętałam też opinie młodych ludzi, których pytano czy ujawniliby nazwisko donosiciela, gdyby to ich dotyczyło. Co prawda, cieszyć się można, że nie było żadnego głosu rozgrzeszającego donosiciela, ale bić na alarm powinniśmy z innego powodu. Nie  wszyscy bowiem rozmówcy z ochotą upubliczniliby nazwisko takiej osoby.
Podane uzasadnienie powinno stać się ostatnim dzwonkiem dla ludzi mediów, którym jeszcze na Polsce zależy.
Rośnie nam  pokolenie, które na szczęście jeszcze wie, że współpraca z SB była czynem haniebnym, ale gotowa jest milczeć, bo  boi się potępienia i posądzenia o brzydkie intencje czerpania własnych korzyści z faktu ujawnienia swego TW.
Młodzi ludzie nie są, okazuje się, tak podatni na argumentację salonów broniących Wolszczanów.  Potrafią wyciągać wnioski i widzą, że tak jak w przypadku „Piwnicy pod baranami" winien był nie TW, lecz  Leszek Długosz, który ośmielił się potępić donosiciela. To jego spotkał towarzyski ostracyzm, a nie Michała Ronikiera. On  dla Nyczka „pozostał dobrym człowiekiem, niezależnie od tego, że jest świnią".

Kiedy o tym wszystkim myślę,  powraca w moich myślach Epilog z „Innego świata" Gustawa Herlinga Grudzińskiego.
Syn bogatego kupca z Grodna - komunista z przekonania - „Jewriej", jak go czule nazywali więźniowie, by ratować się przed śmiercią przy wyrębie lasu w syberyjskiej tajdze, składa fałszywe donosy na czterech współwięźniów, Niemców. Oni zginęli, utalentowany architekt przeżył.  Liczył na zrozumienie u autora, bo ten przecież cudem tylko przeżył piekło Jercewa. Wierzył, że usłyszy tylko jedno słowo od Grudzińskiego - ROZUMIEM- a jednak nie usłyszał. To jeden z powodów, dla których książka „Inny świat" czekała na publikację we Francji przez 35 lat, a w Polsce nigdy salon  Grudzińskiemu tego „Epilogu" nie wybaczył.
Po latach w wywiadzie udzielonym Włodzimierzowi Boleckiemu Herling Grudziński powie:
„Dla nas wszystkich łagierników, donos był zbrodnią potworną. /.../świat totalitarny został co prawda pokonany , ale bardzo głęboko wniknął w ludzi i pozostawił w nich swoje ślady"/.../Moja nadzieja w tym, że młodzi ludzie, którzy kształtują się w wolnym świecie, nie będą mieli tego garbu, że będą innymi ludźmi. Słowem, że ich system wartości będzie normalny, że potrafią ocenić, czym jest donos i nie będą go relatywizować, bo w tym jest największe niebezpieczeństwo."
Wydaje się, że z oceną donosicielstwa młodzi ludzie radzą sobie niezgorzej, ale kto im pomoże, by mieli odwagę mówić o tym głośno i nie bać się  nagonki, jaką rozpętano wobec  Cenckiewicza i Gontarczyka?

czwartek, 9 października 2008

Dziennikarskie "merdanie ogonkiem"

Widać mój organizm broni się przed potokiem wypowiadanych przez polityków słów, bo ostatnio przy moim zmywaku wolę spoglądać na zamglone jesienne niebo, podziwiać złote liście zaglądających do kuchni gałązek winogrona i ucinać sobie „dyskusje" z moim jamnikowatym  kundelkiem, niż rozmyślać o czymś, o czym jako zwykły przedstawiciel demos nie mam bladego pojęcia.
Ten przynajmniej ze wszystkim, co mówię, zgadza się, merda ogonem i za kąsek mięsopodobnej kiełbasy gotowy jest uznać, że jestem od niego mądrzejsza. A jeśli nawet tak nie myśli i swoje wie, to w niczym się z tym nie zdradza, bo rozumie, że i tak nie ma ze mną szans, po co więc miałby tracić swoje pyszności z pańskiego talerza?

Niestety, o ile merdanie ogonkiem mojej psiny z krzywymi nóżkami całkiem mi odpowiada, a nawet sprawia  przyjemność, o tyle podobne zachowanie u ludzi, zwłaszcza jeśli są to usłużni  dziennikarze, nie tylko wyprowadza mnie z równowagi, ale wręcz budzi, delikatnie mówiąc, odrazę.
Przedwczoraj Prezydent ogłasza, że zwróci się do senatu w sprawie referendum na temat służby zdrowia, a już następnego dnia usłużny dziennikarz w Teleekspresie daje popis swych umiejętności manipulowania opinią społeczną. Odwiedza szpital, który chyba już jest spółką (tego dokładnie niestety dziennikarz nie zdążył mi wyjaśnić) i dzięki temu nie jest zadłużony.  Pacjenci zadowoleni z leczenia nie wiedzą czemu jest im tak dobrze i tkwią w zupełnie irracjonalnym lęku przed prywatyzacją służby zdrowia. (Wiem, wiem, to nie prywatyzacja, to komercjalizacja.)  Oświecony reporter w  ekspresowym skrócie wykazał, jak głupim może być pacjent i dlaczego nie warto pytać się go o zdanie.
Rzeczywiście, przyznaję mu całkowicie rację, pacjent, ten obecny i ten przyszły to skrajny idiota. Niczego nie rozumie. Jak mu wytłumaczyć, że spółka handlowa, jaką stanie się przechodnia, szpital stacja krwiodawstwa, Sanepid, wreszcie nie będzie topić jego pieniędzy w jakieś tam przeszczepy, skomplikowane operacje, naświetlania chorych na raka czy zakładanie bajpasów? Nigdy już nie zabraknie krwi dla umierających, bo stacji jak każdej handlowej instytucji będzie zależeć, by sprawnie obracać darem życia. A jak zabraknie limitów na igły - jednorazówki to przyoszczędzi. Bank pochwali a starosta poradzi, by zamiast zajmować się zawałem i tracić społeczne pieniądze, lepiej operować wady nosa i odsysać tłuszcz ze zbyt grubych pośladków. A w ogóle, jak się nie uda, to zawsze będzie można się pozbyć udziałów i po kłopocie.
Skoro pacjent jest głupi, można by go poinformować, wytłumaczyć, wyjaśnić, ale po co? W kolejce do udziałów stoją już przecież kolesie Sawickiej, więc i może dziennikarzowi też jakieś uznanie będzie się należało za refleks i celną argumentację. Nie jestem aż tak złośliwa, by nazywać to „merdaniem ogonkiem",  nie skądże znowu, gdzieżbym śmiała!
Machnęłam ręką, a piesek łapką, z całkowitym zrozumieniem i zabrałam się za ćwiczenie oddechów, by z nadmiaru emocji nie narazić przyszłej zdrowotnej spółki handlowej na pogłębione zadłużenie.
Niestety, dziś też nie było mi dane oddychać spokojnie. Diabeł podkusił i zajrzałam na stronę Rzepy. A tam czarno na białym, jasno i klarownie wyjaśnia mi  Marek Migalski, że referendum to szkodliwa głupota, której on stanowczo jest przeciwny. http://www.rp.pl/artykul/9157,202084_Marek_Migalski__Referendum__czyli_jak_podzielic_Polakow_.html
„Czy naprawdę większość z nas jest kompetentna, by sensownie wypowiedzieć się w sprawie traktatu lizbońskiego, prywatyzacji służby zdrowia czy też zalet i wad wprowadzenia w Polsce euro? Przecież jasne jest, że są to tak skomplikowane zagadnienia, iż wyborcy w swych decyzjach nie będą się kierować wiedzą na ten temat (bo jej mieć nie będą), ale wskazaniami swoich ulubionych polityków i mniemaniami wypracowanymi na podstawie swych politycznych sympatii".

Panie Migalski, zgadzam się z Panem całkowicie! Nie jestem kompetentna, by tak uczone wywody na temat szkodliwości demokracji bezpośredniej komentować,  przecież ona nie dla baby przy zmywaku. Biorę sobie mocno do serca moją niekompetencję i zapisuję godny Nobla wniosek demokratycznej myśli wykutej przy redakcyjnym komputerze:
„Choć wiem, jak kontrowersyjnie to zabrzmi, ale oddajmy sprawy rządzenia w ręce polityków - zrobią to bardziej kompetentnie i mniej konfrontacyjnie. My zaś, jako demos, bacznie się im przypatrujmy, kontrolujmy i głosujmy w wyborach na najlepszych".
                             
Zawstydzona moim demokratycznie wybujałym ego, pocałowałam psa w czarny nosek,  a merdanie ogonkiem wynagrodziłam  podwójną porcją kiełbasy i zajęłam się podziwianiem jesiennych róż w sprywatyzowanym ogrodzie.