wtorek, 12 stycznia 2010

Zasypał śnieg, zalała tandeta

Jeden nieuważny ślizg i … śnieg otula niczym puchowa kołdra. Narty nie czekały aż się z niego wygramolę, same się wypięły. Nad głową szumią sosny zdmuchując mi na twarz śniegową watę. Pies próbuje mnie zdopingować; radośnie merda ogonkiem i krótkimi łapkami wygrzebuje spod śniegu kijki. Głośnym szczekaniem namawia mnie na pozycję pionową. Jemu to dobrze ma cztery nóżki, poślizg mu nie grozi. Ale i on ma kłopot, co jakiś czas musi wygryzać sobie z nich śnieżne kule, które przeszkadzają w gonitwie za sarnami.
Patrzę w błękitne niebo, wciągam w płuca pachnące wilgocią powietrze. Zanosi się na odwilż czy jak? Zmarkotniałam, bo znowu narty pójdą do garażu, a mnie pozostaną kijki do udawania, że nordic working jest tak samo miłym sportem jak bieganie na nartach.

Rozmarzyłam się, zapatrzyłam w przeszłość. Ileż to już lat takiej frajdy? Podobna zima była wtedy, w 1978 r. Pięćdziesiąt metrów od nas morze śniegu i las, a my bezradni wróciliśmy z nieudanego spaceru. Zmywałam talerze po obiedzie i dumałam nad smutnym losem posiadacza nauczycielskiej pensji. W szufladzie leżały, co prawda, bony kredytu dla młodych małżeństw, ale niewiele ich było, a i one miały stać się kuchennymi meblami.
Desperacko machnęłam ścierką w miednicę wypełnioną wodą z pompy przed chwilą odmrożonej wiechciem palącej się słomy. (Do naszego wiejskiego mieszkania z nauczycielskiego przydziału cywilizacja w postaci wodociągu czy kanalizacji jeszcze wtedy nie zawitała. Zmywaka też nie było. Wtedy rozmyślało się nad miednicą, wiadrem lub szafelkiem ). I oświadczyłam niedawno poślubionemu.
- Jak sobie chcesz, ale ja sprzedaję sąsiadce bony i jutro jadę do miasta po narty. Meble będą musiały poczekać na odwilż.

Dwa razy nie musiałam powtarzać, niczego też nie musiałam wyjaśniać, ani do niczego przekonywać. Na małżeńskiej zgodności poglądów w tym temacie nie było najmniejszego pęknięcia czy zadrapania.
Tym sposobem sąsiadka mogła kupić sobie telewizor a my nasze drewniane, śladowe „polsporty”.

I tak jest do dziś. Każdego roku tęsknie wyglądamy obfitych opadów śniegu, które przykryłby korzenie na leśnych ścieżkach i górkach. Wieczorem z niepokojem obserwujemy za oknem termometr czy przypadkiem nie idzie ku odwilży.
Nie mogę się nadziwić. To nasze narty, buty wiązania, kijki mają już 32 lata?! Nic nie pękło, nic nie odpadło?!
Czy teraz też kupiłabym tak wytrzymały sprzęt sportowy?

Nie ma co zastanawiać się. Wyłażę z śniegowej zaspy i ku radości „dwarniaszki jamnikopodobnej” wracam do domu.
W przedpokoju potykam się o nowe buty, które nowymi pozostaną, jeśli nie chcę zbankrutować. „Salamander” sprzedał mi u progu zimy przepiękne kozaczki z miękkiej jedwabistej skórki. Noszę je jednak od wielkiego święta; fleki na obcasach wytrzymują tylko dwie wyprawy po sklepach. Ich wymiana kosztuje 15 zł. Obliczyłam, że do końca sezonu mogłabym sobie za nie z powodzeniem kupić kolejnego angielskiego bubla.
Odstawiam kozaczki i staram się odgonić niewesołe myśli gorącą pachnącą herbatą. „Biała dama” to ulubiona mieszanka zielonej herbaty. Ostatnio była niedostępna. Wreszcie przyszła nowa dostawa… Zapach i smak ten sam, tylko dlaczego wciąż pluję całymi gałązkami herbaty? O, o! ta to nawet na herbaciany konar wygląda. Czy to w ramach obniżania kosztów produkcji poczęstowano mnie nim?

Co tam buty, herbata. Ja mogę tu zacytować całą wielką listę bubli, tandety, którą obdarowują mnie już nie tylko zachodnie czy chińskie firmy. Polski znak jakości też już stał się jedynie symbolicznym znakiem.
Przekonuję się o tym za każdym razem, gdy próbuję wymienić nadwyrężone czasem garnki, łyżki, tarkę do warzyw, baterię w łazience… Kiedyś moje świąteczne obrusy były śnieżnobiałe, choć adamaszek pamiętał mój rodzinny dom. Kiedy postanowiłam je wymienić, okazało się, że dzisiejsze płótno nie wybielisz zwykłym gotowaniem. Syntetyczne dodatki szybko zamieniły biel na beznadziejną szarość.

Gorzko wzdychając nad tandetnym światem ludzi, szukam pozytywów. Wreszcie wszystko wróciło do normy, myślę sobie. Nie ma obaw; już żaden mebel, żaden sprzęt kuchenny, żadna zastawa, ręczniki, pościel nie przeżyją właściciela.
Wreszcie marketing jest na swoim miejscu. Nie po to bowiem powstała reklama, by nas przekonać do dobrego zakupu, poinformować o świetnej jakości towaru. Co to, to nie! Za to nikt specjalistom od wciskania kitu nie płaci. Im płaci się za ilość wciśniętej tandety.

Kiedyś, gdy nie można było otworzyć konserwy, żartowaliśmy; ruska stal, gniotsia, nie łamiotsia.
A dziś? Dziś mówią mi.
- Nie narzekaj, gdyby nasze „Franie” wciąż prały, kto kupiłby dzisiejsze „zanusko-boskie” pralki? Jeśli nie wierzyłabyś reklamie, to wiesz, ilu ludzi dziś byłoby bezrobotnych?! Przecież oni studia kończyli, byś ty mogła tandetą otoczyć się z własnej nie przymuszonej woli!

Może i racja, może niepotrzebnie trzymam w garażu trzydziestoletnie narty, może dawno powinnam szpanować w plastikowych „sanmarkach” i zamiast liczyć szyszki na moich sosnach, bywać na „bananowo-orczykowych” trasach zjazdowych przynajmniej w Zakopanem?
Niestety i z tym może być problem, bo do światowej tandety dołączyła polska kolej. By dostać się z Warmii do Zakopanego muszę czekać na odwilż. A jak będzie odwilż, to po co mi Zakopane?

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Bohater narodowy na służbie u polityków?



„Jest bohaterem, na którego zasługujemy, ale którego w tej chwili nie potrzebujemy” . Taką odpowiedź otrzymuje  dzieciak z filmu „Mroczny rycerz”.

Nie jestem w wieku fanów Christiana Bale, ale, przyznam, że ta  pointa mnie zaciekawiła.
Jakiż to skok. Dawny Joker, w którego wcielił się onegdaj Jack Nicolson, już teraz nie ginie z rąk Batmana, a Batman nie staje się bohaterem. Ratuje ludzi przed brakiem nadziei i wiary w zwycięstwo dobra biorąc na siebie hańbę zła czynionego z zemsty przez nieskazitelnego i niezłomnego dotąd prokuratora. Zamiast wdzięczności i pomników bohatera czeka go list gończy i pościg. Tego nie może pojąć dziecko, ale dorosły bez zmrużenia oka, bez protestu przyjmuje do wiadomości ów fakt.

Czy można sobie wyobrazić większy paradoks politycznej i moralnej schizofrenii społecznej?! Godzimy się na zło, nie wierzymy w możliwość całkowitego jego pokonania, a jednocześnie pragniemy ułudy zwycięstwa nad nim i dla tej ułudy gotowiśmy poświęcić bohaterów, którzy walczą ze złem.
Widać mam mentalność dziecka i chyba już nigdy nie dorosnę, bo nie przyjmuję tej logiki rozumowania. Doskonale mi ona jednak wyjaśnia  powojenne losy Żołnierzy Wyklętych, a wśród nich rotmistrza Witolda Pileckiego.

Jego życiorys przez dziesiątki lat był doskonałą ilustracją „bohatera, na którego zasługujemy, ale którego w tej chwili nie potrzebujemy”.
Nie był potrzebny nikomu, nawet   kombatantom AK czy NSZ. Był bowiem dla niektórych z nich bolesnym wyrzutem ich słabości w pogodzeniu się z losem ojczyzny sprzedanej komunistom.
Nie chciały go znać organizacje żydowskie, bo jego „Raport” nie pasował  do czarno-białego mitu  kata i ofiary, nie mieścił się w „ideologii przedsiębiorstwa” zbudowanego cynicznie na  Holokauście.

O jego świętości i niezłomnej wierze, która pozwoliła mu przetrwać więzienny koszmar i do ostatka bronić honoru polskiego żołnierza, nie wspominali duchowni hierarchowie w czasie patriotycznych nabożeństw, choć przykład jego życia doskonale nadawał się do krzewienia miłości do Boga, Kościoła  i Ojczyzny zarówno w mrocznych czasach PRL jak i w III Rzeczpospolitej.
Wszyscy jednak spaliśmy spokojnie, bo niepamięci winni byli nie Polacy, lecz system, który go osądził i zamordował. Dzięki, między innymi publikacji IPN, znamy już   nazwiska i twarze zleceniodawców i wykonawców mordu sądowego w starej kotłowni więzienia mokotowskiego wieczorem 25 maja 1948 strzałem w tył głowy. Wiemy też o roli, jaką odegrał Józef Cyrankiewicz w blokowaniu ułaskawienia,  a potem po roku 1956, rehabilitacji Rotmistrza.
Sporo nagromadziło się już informacji, wiedzy, publikacji na ten temat. Nadano Rotmistrzowi pośmiertne odznaczenia i imię Witolda Pileckiego  niektórym szkołom, ulicom i placom.

Coraz więcej ludzi ma świadomość, że rotmistrz Witold Pilecki to bohater, na którego zasługują nie tylko Polacy ale i Europa.

Nieocenione w tym zasługi położyła Fundacja Paradis Judaeorum i jej prezes Michał Tyrpa. Raport Witolda Pileckiego można dzięki Fundacji przeczytać również w języku angielskim. http://witoldsreport.blogspot.com/

Dzięki akcji tejże Fundacji „Przypomnijmy o Rotmistrzu”, której znaczek widnieje również na moim blogu, mogli zapoznać się z naszym niezłomnym bohaterem europarlamentarzyści nie tylko polscy.
Petycja w sprawie pomocy w  ustanowieniu rocznicy śmierci rtm. Pileckiego europejskim Dniem Bohaterów Walki z Totalitaryzmem – wciąż zmusza do działania i każe się posłom  określić. ( http://www.petycje.pl/4376 )
Nie da się bowiem udawać polskiego patrioty i jednocześnie milczeć w sprawie petycji, nie podpisać jej, nie wesprzeć działaniem.

Prezentem dla Polaków może być wiadomość, że moneta z wizerunkiem Witolda Pileckiego upamiętni 65 rocznicę oswobodzenia Auschwitz.

Głośna akcja wrocławskiego projektu obywatelskiego z inicjatywy radnych PiS „TAK dla Pileckiego!” http://takdlapileckiego.pl/, której logo widnieje na wielu internetowych stronach i portalach (także u mnie  i na stronie www.radiopl.pl )  również jest papierkiem lakmusowym polskich patriotów.

W czym więc problem, gdzie widzę dziurę w całym? Powinnam się cieszyć z  tych faktów. Pamięci narodowej nie przywróci się przecież z dnia na dzień. Wymaga to wspólnego wysiłku wszystkich patriotycznych i naukowych środowisk nie tylko w sprawie Witolda Pileckiego.  Na przywrócenie polskiej historii wciąż czekają inni Żołnierze Wyklęci. http://podziemiezbrojne.blox.pl/html


Podkreśliłam „wspólnego”, bo coraz bardziej jest mi smutno i coraz więcej mam wątpliwości czy w akcjach polityków chodzi o przywrócenie Polakom bohatera, na jakiego zasługują, czy też może tylko o instrumentalne jego wykorzystanie , bo już go niektórzy potrzebują.
To, że naród Go potrzebuje, nikt nie powinien mieć wątpliwości, ale dlaczego nagle politycy tak bardzo Nim się interesują?

Mam swoją na ten temat teorię. Witolda Pileckiego potrzebują politycy, bo zauważyli, że Polacy coraz więcej o nim wiedzą i coraz częściej wyrażają swoje oburzenie, że do tej pory nie przywrócono mu w narodowej pamięci należytego miejsca.
Ale jak to w polityce bywa, bardzo chcą jednocześnie, by to oni byli autorami pomysłów na przywracanie tej pamięci. (Przekonał się o tym Michał Tyrpa o czym pisze choćby w najnowszej notce http://mementomori.salon24.pl/147810,publicystom-rzeczpospolitej )

Dwoją się i troją nad ich urzeczywistnianiem, nieustannie sprawdzając czy im słupki już podrosły, czy jeszcze muszą wymyślić coś nowego. Bywa, że wykorzystują do tego instytucje, które powinny służyć pamięci narodowej, jak choćby IPN.

Czy moja teoria jest słuszna? A jeśli tak, to czy to źle, że bohaterstwo tego Niezłomnego Żołnierza służy również polskiej polityce?
Nie wiem, jeszcze nie wiem, ale tak sobie rozmyślam, że moją niepewność wkrótce rozwieją  zbliżające się wybory prezydenckie.

wtorek, 15 grudnia 2009

Związkowcy w Warszawie


Tysiące członków „Solidarności” ciągnie na Warszawę. Kiedy czytam takie wiadomości, myślę o początkach prawdziwego, nie bankowego, kryzysu.
Jasne jest, że za kryzys odpowiada ten, kto wziął na siebie odpowiedzialność, komu powierzono w demokratycznych wyborach władzę w państwie.
Nie dziwię się więc, że związkowcy raz po raz wyruszają na Warszawę.

Związki pracownicze nie są zbędnym balastem postkomunistycznym, jak to nam próbują wmówić pracodawcy. To są teorie pod publikę i chwytają je zwykle młodzi ludzie, którym jeszcze wydaje się, że sami góry przenosić mogą, jeśli nauczą się spolegliwej pracy zespołowej, dobrze rozpoznają swoje miejsce w szeregu i będą dyspozycyjni. (Jest to mantra wbijana pracownikom na licznych korporacyjnych kursach).
Tymczasem za tymi mantrami  dla maluczkich i naiwnych  kryją się  potężne organizacje korporacyjne i związki pracodawców.

 Demokracja polega na równowadze sił. Zrzeszają się pracodawcy, muszą się zrzeszać pracownicy, bo sprzedają swoją pracę. A skoro już pogodziliśmy się, że praca jest towarem takim samym jak inne, to oczywistym staje się skuteczna walka o to, by sprzedać ją jak najdrożej, a do tego potrzebne są związki. W pojedynkę bowiem tylko pies i to bezskutecznie, na grzbiecie pchły łapie.
Potrzeba zrzeszania się jest stara jak nasza cywilizacja. A od kiedy zaczęliśmy budować cywilizację przemysłową, związki dla zdrowia jej organizacji są niezbędne. Problem w tym, że wraz ze zmianą warunków na rynku pracy, muszą się zmieniać również i związki pracownicze.

Po roku 1989 skutecznie Polaków zniechęcono do zrzeszania się. (To też jest temat na długie Polaków rozmowy).
Zamiast wykorzystać wolność i z takim trudem wywalczone prawo zrzeszania się, Polacy głównie zaczęli oszczędzać na związkowych składkach. Dlaczego?  A to jest pytanie do działaczy związkowych i samych Polaków. Nie mnie za wszystkich odpowiadać.
Nie ma co jednak udawać, że jest inaczej. - Ta sytuacja jest na rękę zarówno  władzom związkowym jak i pracodawcom. Jedni zrobią zadymę, drudzy tę zadymę wykorzystają w kampanii wyborczej dla swoich polityków. I tak to się od lat kręci.

Czy jest szansa, żeby  pracownicy  obudzili się? Zorganizowali się w silne związki, ustalili składki, uniezależnili się od pracodawców, wyszli  z miejsc pracy zakładając struktury prawdziwych central, a nie ich atrapy, zbudowali fundusz dla bezrobotnych i strajkujących, odkleili się od partii i polityków?
Tak mi się marzy dzień, w którym przeczytam, że na taczkach  wywieziono, razem z nieudolnymi dyrektorami i zarządami padających spółek, przewodniczących komisji zakładowych i prezesów kół związkowych, jakże często osobistych  przybocznych, ich  klakierów.

Do tego, by nie były to tylko życzenia, potrzebne są  nie tyle „skoki przez płot” ile rzetelne szkolenia związkowców oraz obecnych i przyszłych pracowników.  Może zamiast lekcji wychowania seksualnego  bardziej przydałyby się młodzieży  zajęcia ze skutecznej ochrony praw pracowniczych?

Może pora na prawdziwe podręczniki ekonomii i socjologii, zanim kolejny manifest napisze nowy Marks czy Engels?

PS. Zapraszam do dyskusji na czacie po jutrzejszej wieczornej audycji . www.radiopl.pl

wtorek, 8 grudnia 2009

„A pan nam raczył przebaczyć”



Czy czwarty odcinek w tvp „Gier wojennych” Dariusza Jabłońskiego nie pozostawi już miejsca na dowolność interpretacji odpowiedzialności Jaruzelskiego za wojnę przeciwko polskiemu narodowi?

Ci, którzy jeszcze rok temu osądzenie generała i członków „Wrony” uważali za niemożliwe, dziś tłustym drukiem cytują wypowiedzi wydające wyrok skazujący. Jest zdrajcą – krzyczy Wałęsa. Litościwie nie będę cytować wszystkich jego wypowiedzi sprzed lat na ten temat. Nie strzela się do przestrzelonej bramki. Szkoda energii.

Nie mogę jednak zapomnieć o tych wszystkich rocznicach 13 grudnia, kiedy to tylko samotni młodzi ludzie z uporem godnym najwyższego szacunku, zabierali generałowi poczucie dobrze spełnionego obowiązku pikietując pod jego domem.

Nie umiem też pogodzić się z faktem, że jedynym rozliczeniem tamtego okresu jest łaskawe ogłoszenie przez generała abolicji dla internowanych i więzionych. Co solidarnościowy bard skwitował ironicznym „A pan nam raczył przebaczyć”.
I wreszcie; nie umiem zrozumieć ustawy, która skazuje internowanych i więzionych na dochodzenie prawdy o represjach nierzadko przed tymi samymi sędziami, którzy wydawali wówczas na nich wyroki.


Tymczasem niektóre media nadal prześcigają się w relatywizowaniu przestępstwa, jakie popełnił Zwierzchnik Polskich Sił Zbrojnych wobec własnego narodu.

Oto żołnierze powołani do obrony ojczyzny nie tylko za sprawą zgody tego pana musieli przysięgać na wierność i posłuszeństwo wobec obcej armii, ale wyruszyć kolejny raz czołgami przeciwko swoim rodakom,  by strzelać do nich jak do wroga.
Nic to, sprowadzanie faktów do poziomu dyskusji i wolności do własnych poglądów przyniosły pożądane efekty.
Klikam do googli i z przerażeniem odnajduję pomysł z 2006 r .na referendum internauty z Przemyśla:

Czy generał Wojciech Jaruzelski powinien przyjąć na siebie polityczną i moralną odpowiedzialność za wprowadzenie stanu wojennego?
To dokładnie tak jakbyśmy we wrześniu ogłosili referendum:
Kto powinien wziąć moralną i polityczną odpowiedzialność za wybuch II wojny światowej. Niemcy czy Polska? Argumenty za i przeciw.
 
Absurdalny i nieadekwatny przykład? Może jednak dla Przemka z Przemyśla wcale nie byłby to taki absurdalny temat do referendum, bo przecież II wojnę światową zna tylko z historii.
Bez emocji i na podstawie racji niemieckich, polskich dochodziłby zapewne do swoich wniosków i głosował tak, jak mu światopogląd dyktuje. Identycznie, jak w sprawie stanu wojennego i odpowiedzialności generałów.

Za sprawą dokumentu Dariusza Jabłońskiego i artykułu Antoniego Dudka znowu mamy szał dyskusji zamiast oceny faktów, z którymi przecież mądry a nade wszystko przyzwoity człowiek nie dyskutuje. Fakty po prostu trzeba przyjąć z pokorą i nie tylko ich wagę publicznie ocenić ale i sądowy wydać wyrok, gdy dotyczą przestępstwa.

Faktem jest, że Jaruzelski domagał się pomocy radzieckiej w pacyfikowaniu Polaków. Czy ten fakt znowu zostanie zrelatywizowany? Sprowadzony do referendum, jakie się Polakom funduje każdego grudnia?

Niestety, patrząc na to, jak szybko z internetowych niektórych gazet zniknęły poranne rewelacje o cytowanym, w filmie i artykule, fragmencie zeszytu generała Anoszkina, niewielką mam szansę dożyć takiego skutecznego procesu.

Póki co, zamiast o zdradzie junty generalskiej WRON kolejni Przemkowie nie tylko z Przemyśla będą zapewne na lekcjach historii odgrywać sąd nad Ryszardem Kuklińskim, a w Internecie ogłaszać referendum w sprawie jego odpowiedzialności moralnej za zdradę ojczyny.

Ponieważ obawiam się, że nie tylko nie doczekam za swego ziemskiego żywota sprawiedliwego wyroku i pozbawienia odznaczeń wojskowych oraz degradacji generałów, to śpieszę donieść, że kiedy myślę o roku 1980 i planach wkroczenia trzech armii Układu Warszawskiego do Polski oraz o 13 grudnia 1981, nieodmiennie dziękuję Bogu za odwagę i poświęcenie Ryszarda Kuklińskiego.

Niczego nie jestem tak pewna, jak tego, że to dzięki Opatrzności i Niemu żyję. Mogłam urodzić synów, wychować ich i dziś czekać na kolejne wspólne Święta Bożego Narodzenia.
Bywają wydarzenia, których bieg zależy nie od milionów, lecz decyzji i determinacji jednego człowieka.

PS.
Tytuł notki pochodzi z ballady Władysława Walca „Abolicja” dedykowanej jednemu z internowanych w Kwidzynie Władkowi Kałudzińskiemu z Olsztyna
Słuchaczy niepoprawnego radia odsyłam do notki zamieszczonej w blogu www.mamakatarzyna.blogspot.com
Można tam wejść również przez stronę Nieznudzeni Polską www.nieznudzeni.pl


Umieszczam pod nią linki do tematu. Może uzupełnimy je razem? Może jakiemuś „Przemkowi” rozjaśnią w głowie i wyprostują kręgosłup?
________________________________________
Film „Gry wojenne” Dariusza Jabłońskiego

Artykuł Antoniego Dudka IPN „Bez pomocy nie damy rady”

Wypowiedź L. Wałęsy:
roty przysiąg żołnierskich

Moja poprzednia notka na temat Jaruzelskiego:

Przykład typowej dyskusji młodych o Ryszardzie Kuklińskim:

Książka, którą warto przeczytać:
Benjamin Weiser, Ryszard Kukliński Życie ściśle tajne, Świat Książki, Warszawa 2009

piątek, 4 grudnia 2009

Wszystko ma swój koniec


Moje pisanie w salonie 24 również dobiegło końca .

Znikam z salonu i zapraszam tu: http://nieznudzeni.pl/
Stamtąd jest wejście do mego salonu :-)
http://mamakatarzyna.blogspot.com/
A wszystko dzięki pomocy tego "AGREGATA" :-)
http://markd.pl/?p=18
Marku, dziękuję Ci. :-)


Swoją opinię na temat tego, co się stało, już wyraziłam. Jak można było się domyśleć, nie byłam ani czerwona, ani zielona, tylko niebieska, więc nie zasługiwałam na odpowiedź.
Pozdrawiam wszystkich moich Gości. Dzięki dyskusji z Wami moje widzenie świata znad zmywaka znacznie się poszerzyło.
Nie zmieniło się tylko jedno;
WARTO BYĆ SOBĄ, WARTO CENIĆ SIĘ. NIE WARTO IŚĆ NA KOMPROMIS ZE ZŁEM.

ŚWIAT JEST ZBYT PIĘKNY, A ŻYCIE ZBYT KRÓTKIE, BY GODZIĆ SIĘ NA TO, ŻE INNYCH BIJĄ, BO JESZCZE NIE MNIE.
Staram się, by mój zmywak był czysty i przezroczysty.
Czy mi się to udało ? Nie do mnie ocena należy.
mama Katarzyna

wtorek, 1 grudnia 2009

Nie pójdę do wyborów, bo nie będę miała wyboru

Długo to trwało, ale dotarła do mnie wreszcie świadomość, że moje poglądy nikogo tak naprawdę nie obchodzą.
Mogę myśleć, co chcę, robić też w miarę wolno mi wszystko pod warunkiem, że nie będę czepiać się Żydów za budowanie osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu i nie będę chciała leczyć homoseksualizmu. Wolno mi też wierzyć i wielbić Boga pod warunkiem, że nie będę się domagać krzyży w miejscu pracy i w szkole.
Ujdzie mi na sucho kilka wykroczeń drogowych, nawet, kto wie, może i jakie oszustwo podatkowe, ale nie wybaczą mi nazywanie aborcji zabijaniem dzieci poczętych, a eutanazję pozbywaniem się problemu ludzi starych i chorych. Szukanie źródeł tego prawa w nazizmie i komunizmie wywoła ostry sprzeciw i kto wie czy nie odbierze moim potomkom możliwości kariery w instytucjach Europy.

Warunków, pod jakimi mogę czuć się wolna w Unii, jest jeszcze kilka. Zatrzymam się przy jednym, najważniejszym, na razie, dla konstruktorów nowego porządku w świecie, bo stwarzającym pozory demokratycznego ładu.

Będę wolnym i prawym obywatelem już nie tylko Polski, ale i całej UE, jeśli wezmę udział w wyborach.
Tu nie ma wyjątków, jeśli odważę się powiedzieć głośno, że zbojkotuję proponowaną mi farsę wyborczą, oberwie mi się z każdej strony; i z prawa, i z lewa.

Niech tam. Bijcie mnie już dziś prawym czy lewym sierpowym, mnie tam już wszystko jedno. Nie jest mi natomiast, tak jak za komuny, wszystko jedno, kto i dlaczego robi ze mnie tępe narzędzie do osiągania politycznych celów.

Zniosłam już wiele zawodów i upokorzeń. Mam kaca moralnego do dziś wobec ludzi, których przekonywałam do głosowania na Wałęsę czy AWS.

Nie zrobię już nic więcej, mało tego, innym głośno powiem, dlaczego nie idę do wyborów. Mówię o tym już dziś i zdania nie zmienię, chyba że stanie się cud i zmieni się stosunek polityków do mnie.

Jako wyborca czuję się oszukana i zmanipulowana przez partię, na którą dwukrotnie głosowałam. Czuję się oszukana, bo zrobił ze mnie wała również prezydent. Między kim a kim będę więc wybierać?! I jakie ma znaczenie mój wybór, skoro w ważnych nie tylko dla mnie ale i moich wnuków sprawach po prostu okłamano mnie?

Nie zamierzam już przypominać punkt po punkcie kłamstw i obiecanek dotyczących traktatu lizbońskiego zarówno prezesa PiS jak i prezydenta. (O kłamstwach marszałka i premiera z PO nie wspominam, bo na nich nigdy nie liczyłam i na nich nie głosowałam, w niczym mnie więc nie zawiedli).
Każdy, kogo ten temat interesował, zna na pamięć kolejne wersje; staniemy się województwem, umowa w Juracie, podpiszę jak będzie ustawa kompetencyjna, oddamy do TK, by orzekł w sprawie zgodności traktatu z polską konstytucją… część posłów PiS zamierza oddać traktat do TK, ale prezes nie… itp itd.
Niedobrze się robi nie tyle od tych kłamstw, ile od pogardy wobec wyborców, których cynicznie ma się za idiotów z ostatnim stadium Alzheimera.

Skoro szef kancelarii prezydenta – Władysław Stasiak 28 listopada 2009 roku po prostu jakby nigdy nic ocenia skierowanie Traktatu Lizbońskiego do Trybunału Konstytucyjnego jako dobry pomysł i jednocześnie ubolewa, że pomyślano o tym zbyt późno,
to mamie Katarzynie pozostaje przy zmywaku już tylko bierny opór wobec tego, z czym się nie zgadza, co uważa za zdradę ojczyzny i demokracji, ale na co nie ma już żadnego wpływu.

Zbyt dobrze pamiętam farsę wyborów w PRL, abym teraz mogła sobie pozwolić na powtórkę. Jeśli mnie jako wyborcę nie szanuje się, to ja przynajmniej muszę szanować i cenić swój głos. Nie będę więcej maszynką do głosowania, którą odstawia się na strych zaraz po wyborach.

Dlaczego więc nie pójdę do wyborów? To proste i jasne.


NIE PÓJDĘ DO WYBORÓW, BO NIE BĘDĘ MIAŁA WYBORU

środa, 25 listopada 2009

My - Oni, a bohaterowie niemodni

Wystarczy podzielić i wszystko gra. Podział stary jak świat. Moje pokolenie na tym budowało swój patriotyczny kręgosłup. Każdy, kto mienił się opozycjonistą, słusznie czy nie, był „MY”. Każdy, kto wspierał służbą, działalnością polityczną, przynależnością do partii, ORMO, TPPR itd., komunistów, PRL, był „ONI”
My - patrioci, polska prawica, antykomuniści, monarchiści, tradycjonaliści, narodowcy.
Oni – komuchy, TW, esbecy, ubecy, sądowi mordercy, partyjne sprzedawczyki.
Oni – Żydzi, Niemcy, Ruscy.
My – Polacy
Oni – świat, który nie rozumie polskiej duszy, zdradził, oszukał
My – wiecznie między wrogami, biedni i cierpiący

Zakłócę społeczny mir, gdy stwierdzę, że podziały wcale nie są takie proste i jednoznaczne?

Mogłabym wiele przykładów dać ze swego otoczenia i swego życiorysu. Może jednak nie warto swojej miarki wielkości zmywaka przykładać do historii? :)

Historia naszego MY – ONI skupia się jak w soczewce w losach Emila Fieldorfa, Witolda Pileckiego czy Ryszarda Kuklińskiego.

Każda z tych postaci to złamany stereotyp podziału na MY –ONI. Każdy z nich był patriotą, ale żaden z nich nie doczekał się uznania całego narodu, ani też wszystkich jego przedstawicieli w wolnej, suwerennej podobno Polsce.
Gesty raczej wymuszone i teatralne, takie trochę czasem na odczepnego.
Warto natomiast przypomnieć, jaki naprawdę jest stosunek do polskich patriotów na przykładach z ostatnich miesięcy, a nawet dni.

Generał „Nil” – brak osądzenia katów. Nieważne, że zamordowano polskiego generała służącego Ojczyźnie w walce z okupantem. Istotne jest to, że trzeba by było w procesie ujawnić, iż oprawcami byli Żydzi - komuniści. Tak jakby Polacy o tym nie wiedzieli. :-)
„Przeważnie to byli sędziowie i prokuratorzy pochodzenia żydowskiego. Więc właściwie ja twierdzę, że gdyby mój ojciec był Żydem i Polacy by go tak skazali, to Polacy byliby już dawno osądzeni. A ponieważ jest odwrotnie, to niestety mamy to, co mamy”.
– powie córka Maria Fieldorf – Czerska w filmie „On wierzył w Polskę”.
Słowa te zmanipulował Ryszard Bugajski czyniąc z Pani Marii antysemitkę i musiał przeprosić.
http://wyborcza.pl/1,76842,6532430,Ryszard_Bugajski_do_Marii_Fieldorf_Czarskiej.html


Rotmistrz Witold Pilecki – Owszem, zrehabilitowany, odznaczony pośmiertnie, IPN wydał album z listą tych, którzy wydali na niego wyrok. W ostatnich dniach do zainteresowanych czytelników trafiła też książka Wiesława Jana Wysockiego „Rotmistrz Witold Pilecki 1901-1948”. Nadal jednak budzi niepokój i nie jest osobą, z której wszyscy Polacy są dumni. Czego symbolicznym dowodem niech będzie brak odpowiedzi większości europosłów na petycję Fundacji Paradis Judeorum
http://mementomori.salon24.pl/128730,numery-z-auschwitz-prosza-o-twoj-gest

oraz wrocławskiego skandalu. Dlaczego Wrocław nie chce Pileckiego? http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,78999,7277591,Rotmistrz_Pilecki_a_wroclawski_patriotyzm___polemika.html

Ryszard Kukliński – ta postać wydawałoby się nie powinna budzić żadnych emocji. Wprost przeciwnie. Można było oczekiwać od „Gazety Wyborczej” i całego salonu poprawnego politycznie entuzjastycznych artykułów na temat patriotyzmu w Ludowym Wojsku Polskim. Tam też walczono z komunizmem i o suwerenną Polskę.
Śledząc losy Ryszarda Kuklińskiego nie można temu zaprzeczyć.
A jednak. Z trudem wymuszony na polskich władzach proces rehabilitacyjny. Naciskom Brzezińskiego, ambasadora USA w Warszawie, głośnemu apelowi Zbigniewa Herberta nie oparł się jednak ani Miller, ani Kwaśniewski, choć to można by było jakoś jeszcze wytłumaczyć, ale nie kto inny tylko legenda, wódz, ten który podobno obalił komunizm -prezydent Lech Wałęsa.
A wielki „opozycjonista”, Adam Michnik pisze w czasie pierwszej wizyty Ryszarda Kuklińskiego w Polsce:
„Jeśli ten cały festiwal [towarzyszący wizycie Kuklińskiego] ma oznaczać, że stosunek do Kuklińskiego i amerykańskich służb specjalnych stanie się testem na patriotyzm Polaków, będzie to żałosny finał polskiego marzenia o wolności”
.

Michnik nie musiał się obawiać ostracyzmu ani w środowisku dziennikarskim, ani w opinii społecznej. W jednym z sondaży 46% respondentów uznało, że Kukliński „zdradził interesy państwa polskiego”, podczas gdy 16% uważało, że „zachował się jak patriota”. W sondażu tym 59% respondentów uznało wprowadzenie stanu wojennego za czyn patriotyczny, a tylko 15% za zdradę interesów Polski.

Nie mogę odmówić Michnikowi zdolności prorokowania. Tak. To prawda.
Ryszard Kukliński stał się testem polskiego patriotyzmu i miarą stopnia urzeczywistnienia marzeń o wolności. Podobnie jak generał Emil Fieldorf i rotmistrz Witold Pilecki.
Nie wiem, jakich dziś udzieliliby Polacy odpowiedzi na jego temat, ale wiem, że wciąż nie jesteśmy wolni, również dlatego, że tak do końca tej wolności wcale nie pragniemy. Film „Gry wojenne” Dariusza Jabłońskiego nie przebił się do powszechnej świadomości Polaków. Mimo zapowiedzi w wielu miastach nie mieli oni możliwości zapoznania się z tym dokumentem. Czy byliby jednak chętni do jego obejrzenia? A może przyniósłby kinom straty?

Podobnie jest z serialem. W okolicach godz. 23 Polacy na TVP 1 mogą w poniedziałki obejrzeć serial w pięciu odcinkach „Gry wojenne”,(pozostały jeszcze trzy).
Godziny jego emitowania nasuwają nieuchronnie pewne podejrzenie; wciąż o tym, kto jest bohaterem a kto nie, kto patriotą a kto zdrajcą nie decydują sami Polacy.

W tym wszystkim dręczy mnie szczególnie jedno pytanie. Czy podział na MY – ONI w tej sprawie przebiega na linii NARÓD – KOMUNIŚCI i ICH SPADKOBIERCY?

W jednej z przesyłek Ryszard Kukliński doniósł, że do generałów dotarła wreszcie świadomość, iż nie da się wprowadzić stanu wojennego i zlikwidować „Solidarności” bez choćby częściowego przyzwolenia społecznego.
Na to przyzwolenie ciężko pracowali reżimowi dziennikarze, politruki i agenci SB w strukturach „Solidarności”.
I przyzwolenie trwa do dziś, niestety, już nie tylko po „ICH” stronie ale i „NASZEJ”.

Czyżby bohaterowie byli już niemodni?

wtorek, 17 listopada 2009

Jak teraz wyglądacie, przyjaciele

Tak śpiewa Tadeusz Sikora. Treść ballady dotyczy najnowszej historii Polski i  gorzko podsumowuje postawy moralne Polaków. A ja zapamiętałam refren i  wciąż nucę go myśląc o pewnym salonowym faux pa. – „I jak teraz wyglądacie, przyjaciele”?
Jakoś nie mogę się otrząsnąć po awanturze wokół utworzonego przez MarkD „Hyde Parku” i w konsekwencji likwidacji przez salon blogu Niepoprawnego www.radiapl.pl.

Potrafię zrozumieć, że komuś może nie podobać się taka krytyka, że czuje się właścicielem portalu i nie ma zamiaru tolerować tego, co uważa za obraźliwe  czy krzywdzące. Przecież każdy z nas robi to samo w swoich blogach.

Tylko nieliczne portale pozwalają sobie na luksus natychmiastowego umieszczania komentarzy.(Takiej formule wierni są na przykład niepoprawni.) Niektóre  z nich do tego stopnia troszczą się o czystość poglądów, że tylko wtajemniczeni potrafią tam umieścić komentarz. Mnie  nigdy nie udało się wyrazić swojej opinii  na  www.niezalezna.pl . Albo jestem taki tępak informatyczny, albo moje komentarze są nic nie warte. Nie wnoszę reklamacji, bo w końcu niby dlaczego wszyscy mają mnie cenić i lubić. Ja też nie wszystkich cenię, i nie wszystkich lubię. Staram się jednak szanować, nawet najbardziej prymitywnego trolla, przynajmniej do czasu.

Nie wnosiłam też głośnych reklamacji, kiedy bez mojej wiedzy cięto mi komentarze gości. (Choć swoje zdanie listownie wyraziłam. Nawet nie wiem jednak czy je uwzględniono.) To jest salon publicystów, a ja jestem tylko autentyczną nie udawaną „mamą Katarzyną”, emerytką, belferką, która lubi wiercić dziury w całym.

Dlaczego dziś postanowiłam  zabrać głos?
Są granice, których nikt nie powinien przekraczać, nawet właściciel czy administrator tak znanego portalu, jakim jest www.salon24.pl A to właśnie stało się w przypadku niezadowolenia z blogu MarkD.
Furia, z jaką zaatakowano Jego blog może niektórych, co bardziej zrelaksowanych i zdystansowanych do blogosfery, nawet rozśmieszyć. Bo jak tu nie śmiać się, kiedy ktoś, niby dorosły i poważny człowiek, wycina wszystko, jak leci, z zakładki i nawet funkcje formatowania blokuje, a licznik kasuje?
Skoro ma taką władzę i wszystko może, to uczciwość nakazywałby po prostu w to miejsce umieścić informację:
TO JA, ADMIN, BYŁEM TU I ZROBIŁEM WRESZCIE PORZĄDEK. JESTEM TU U SIEBIE I WOLNO MI ROBIĆ, CO ZECHCĘ.

Święta racja. Mam pieniądze, mogę być wydawcą, administratorem i mogę pisać, co chcę. Znajdą się „pożyteczni idioci”, tacy jak np. MarkD, mama Katarzyna, czy wielu innych nie odznaczonych na czerwono czy zielono, którzy bezinteresownie i bez pieniędzy nagonią nam trochę czytelników. Prowadzą blogi w różnych miejscach, tam umieszczają linki, między innymi, prowadzą one do salonu, wypełniają przestrzeń wirtualną radiem, w którym też czytają to, co opublikowali w salonie.
Nie są na świeczniku blogerów. Choć pióro czasem cięte i pożyteczne, to im jednak przede wszystkim zależy na pisaniu tu. Mamy na nich bicz, jak będą niegrzeczni, możemy ukarać. Dzięki temu nie musimy sami prowadzić kampanii reklamowej. „Pożyteczni idioci” zrobią to za nas. Będzie więcej reklam i więcej możliwości tworzenia salonu politycznego w stałej gotowości wyborczej. Salon to miejsce, o które powinni się bić piarzy, dziennikarze, bo tu „pożyteczni idioci” wydobędą z niebytu  ich artykuły czy podsunięte do wałkowania tematy.

MarkD żegnając się z gośćmi swego/”nieswego” blogu
 http://markd.salon24.pl/137967,pozegnanie-z-s24  próbował dociec przyczyn ukarania za jego nieprawomyślność niepoprawnego radia.
Ja znajduję tylko jeden powód. 
Ktoś bardzo ważny i bardzo nerwowy miał trochę czasu i wysłuchał kilku audycji radiowych. Niby szumiało, niby trzeszczało jak dawniej przy słuchaniu Wolnej Europy, czasem przynudzają zbyt długimi tekstami, ale… no właśnie ale…co mogło tak zdenerwować naszego wirtualnego słuchacza, że postanowił, co postanowił?;)
Przecież nie robi się awantury wokół czegoś, co nie ma żadnej wartości!

Każdy ma możliwość wyrobienia sobie własnej opinii, radia można słuchać na okrągło, również audycji minionych. Każdy też ma możliwość wyrażenia własnego zdania, jeśli ma życzenie, we współpracy z radiem, we własnym blogu lub na własnej stronie.
Tak, dokładnie, jak w salonie robią to blogerzy z ważnymi tekstami publicystów i dzięki temu salon do niedawna był  politycznym HYDE PARKIEM. Piszę: do niedawna, bo to się już „ne wrati”.;
( Nie będzie nam „konkurencja pluła w blog, nie będą czepiali się nas sponsorzy. DOŚĆ! BASTA! FORA ZE DWORA!
Czy tak, Panie Igorze Janke, mam rozumieć potraktowanie  MarkD  i przy okazji obrażenie pozostałych współpracowników radia?
Czy gdyby  komentarz,  adresowany do Radosława Krawczyka, taki jak mój http://markd.salon24.pl/137330,do-markd-od-radoslawa-krawczyka#comment_1896931

napisał znany bloger czy dziennikarz, mógłby pozostać bez odpowiedzi?

Dla sprawdzenia czy mam  rację, czy może  bez potrzeby zajarzyłam się, umieszczam tekst tego komentarza tu. Może się jednak doczekam odpowiedzi?
Tymczasem nieskromnie powtórzę pytanie z ballady Tadeusza Sikory - „I jak teraz wyglądacie, przyjaciele”?

środa, 11 listopada 2009

Nie zdążyliśmy na spotkanie


Czekaliśmy przed wejściem do kościoła Najświętszego Serca Jezusowego w Olsztynie na trumnę z ciałem Grażyny Langowskiej.
 
W gęstniejącej gromadzie raz po raz odzywały się entuzjastyczne okrzyki: Witaj! Boże, jak ja cię dawno nie widziałam! Pięknie wyglądasz. Co porabiasz? Popatrz, znowu spotykamy się na pogrzebie… To stara „gwardia”, kombatanci „Solidarności”, pierwsi pracownicy Kuratorium Oświaty  po wyborach 1989 r., nauczyciele olsztyńskiej samochodówki, gdzie pracowała Grażyna jako nauczycielka języka polskiego, zakładała „Solidarność”…Ilu w gęstniejącym tłumie było Jej uczniów? To wiedzą oni sami. Przyszli, pożegnali swoją nauczycielkę.
 
Gdzieś tam raz po raz trzaskały drzwi od samochodów służbowych. Z jednego z nich wysiadł sam Jarosław Kaczyński. Przyjechał pożegnać koleżankę z PC. Szkoda, że dopiero teraz, że nie zainteresował się, jak Jej się wiedzie po śmierci męża…
 
Wszystko jeszcze przed tobą, szefie. Gorycz osamotnienia nie omija nikogo, a wobec cierpienia i śmierci jesteśmy równi. Niektórzy nazywają to sprawiedliwością. A ja tak na własny użytek nazywam to ostatnią lekcją pokory.
 
Kiedy odchodzą najbliżsi, przyjaciele, znajomi nieodmiennie powracają wspomnienia.
 
Zamykam na chwilę oczy, wciskam głowę w kaptur, chronię się przed wiatrem i dojmującym zimnem. Znikam w mojej przestrzeni.
Mroźny wieczór 15 grudnia. Msza św. w Sercu Jezusowym. Gorączkowe rozglądanie się po ławkach i kątach kościelnego mroku. Kto jest? Kogo nie zabrali? Potem „Boże coś Polskę” przez łzy i zaciśnięte gardła, ale z podniesionymi w znaku zwycięstwa palcami. Niewielu idzie do wyjścia, większość przemyka chyłkiem do zakrystii… tam wiadomości. Strajk w OZOS „Stomil”. Nie wszystkich internowano, niektórych teraz aresztują, biuro zdemolowane…
 
Bezładne  rozmowy,  przerywa Rysiek Langowski. Już się dowiedzieli…jadą.... Rozchodzimy się, każdy do swojej rzeczywistości…
Niektórzy do tej mrocznej, zamkniętej zobowiązaniem do współpracy. Siądą po powrocie przy stole, może z kieliszkiem „moskowskoj”, a może tylko z herbatą i napiszą swój pierwszy raport ze stanu wojennego.
 
Wychodzę z mężem na dziedziniec kościelny. Idziemy w kierunku plebanii. Przed wejściem gromadka ludzi. Na schodach skulona Grażyna. Opowiada o tym, co działo się w „Ozosie”. W głosie i zachowaniu wyczuwamy lęk. Już wkrótce okaże się, jak bardzo uzasadniony. Co stanie się z małą Lenką, gdy ich aresztują?
Przez moment niezłomna Grażyna, która nigdy nie cofała się przed wypowiedzeniem i zrobieniem tego, co uważała za słuszne, była zwykłą, zagubioną mamą, przerażoną niewiadomą przyszłością.
 
Przyjeżdża samochód pogrzebowy.
Brązowa trumna z bukietem kwiatów, na progu abp Edmund Piszcz, ks. infułat Julian Żołnierkiewicz. Któż, jak nie oni, najlepiej Ją znali. Tyle  godzin rozmów … i z tych lat konspiracji, więzienia, beznadziei i tych triumfu; poselskich, kuratoryjnych, kiedy było się na lokalnym i krajowym świeczniku, a potem poczucie przegranej, choroba męża, jego śmierć.
 
A ja spinam swoje osobiste wspomnienia.
Koniec sierpnia bieżącego roku. Jedziemy do Warszawy na kolejną rozprawę z przeszłością. Zeznaje Grażyna. Nie ma najmniejszych oporów, by opowiedzieć przed młodymi, nie pamiętającymi w pełni tamtych czasów; sędzią i prokuratorem wojskowym, jak to było z tym ludowym wojskiem w stanie wojennym. Z torebki wygrzebuje tomik wierszy więziennych Władka przepisanych przeze mnie ręcznie z grypsu dla Niej. Czyta:
„Był taki dzień
Myślałem
Że zostałem sam
Bo wszystko zgasło /../
Ale dostałem wiadomość
Świat przestał milczeć… / „Rondo spacerowe” Grażynie Langowskiej ZK Barczewo 1984/
 
O dziwo, sędzia nie przerywa, słucha z uwagą, każe notować i tylko prokurator powątpiewa. Przecież wojsko to nie SB! Czy zdaje  sobie sprawę, że ta krucha starsza pani opowiadająca o wyrokach wydawanych przez wojskowe sądy w czasie wojny Jaruzelskiego z własnym narodem, to KTOŚ, legenda olsztyńskiej „Solidarności”, a nie zwykły świadek?
 
Wracamy.  W autobusie przysypiam ze zmęczenia. Pod powiekami wciąż obraz Grażyny robiącej prokuratorowi przyspieszony kurs z wiedzy na temat współdziałania LWP z SB.
 
Umawiamy się, że spotkamy się po uprawomocnieniu wyroku…*
 
http://www.encyklopedia-solidarnosci.pl/wiki/index.php?title=Gra%C5%BCyna_Langowska                                                                

środa, 4 listopada 2009

Polaków ucieczka od wolności


 Raz po raz polską opinię publiczną prowokują zagraniczne media. Lista gazet używających określenia „Polish death concentration camps" (polskie obozy koncentracyjne) robi się coraz dłuższa; New York Times, The Guardian, The Australia.
Kiepskim „żartem”,  który szczególnie powinien boleć, wydają się takie sformułowania w niemieckiej prasie.
"Der Spigel”, "Bild", "Der Tagesspigel, "Stern", "Focus”, „Die Welt”…by wymienić tylko niektóre z nich.
 
Jeśli dołączymy do tego amerykańskie najważniejsze stacje telewizyjne ABC News CBS News, które użyły zwrotów "Sobibór – Polish Nazi death camp" i "Poland's Treblinka death camp" czy choćby portal internetowy niemieckiej telewizji NTV – to nie możemy faktów tych już tłumaczyć nieuctwem dziennikarzy czy niefortunnym przejęzyczeniem.
 
Nazi Polandnie nie zabrakło w hiszpańskiej „Publico”, ani w izraelskim dzienniku "Haaretz". Polskie obozy – to termin użyty również przez Centrum Szymona Wiesenthala. A my  wciąż problem ten bagatelizujemy. Bagatelizują go również ci, którzy za ochronę polskich dóbr i dobrego imienia Polaków biorą na placówkach dyplomatycznych ciężkie pieniądze. Dodajmy; nasze pieniądze.
 
Kiedy Żydzi i państwo Izrael reaguje na choćby najmniejszy, prawdziwy czy domniemany przejaw antysemityzmu, nasze władze ograniczają się do żądań sprostowania i to nie zawsze.
 
Czy tym razem będzie inaczej?
"<> – tak o hitlerowskim obozie Auschwitz napisał włoski dziennik „La Repubblica” w relacji z wizyty na terenie obozu grupy ponad 200 studentów z Rzymu wraz z burmistrzem Giannim Alemanno" – doniósł „Wprost” na stronie internetowej. Nie był to bynajmniej news, skoro wielu z nas dowiedziało się o tym z blogu „memento morii” Michała Tyrpy.  Zdążyliśmy się już przyzwyczaić?A czy kiedykolwiek nasze reakcje były inne?
 
Zeźlony bierną postawą Polaków Rafał Ziemkiewicz napisał to, co dla nas powinno być oczywiste.
„Nie liczmy, że ktoś na świecie zada sobie za nas trud wojowania z fałszywym stereotypem, /…/ Świat powie: sami Polacy, ci światlejsi (światlejszych poznaje się na świecie po tym, że się odcinają i deklarują wstyd za polski antysemityzm, ciasny katolicyzm i konserwatywnego papieża) o tym mówią, a poza tym, skoro wszyscy o Polakach tak piszą i ci nigdy nie zaprotestowali, nigdy nie wytoczyli procesu, to najlepszy dowód, że to wszystko prawda”.
 
Na tej samej internetowej stronie odnajduję informację o tym, że Polak ze Świnoujścia pozwał „Die Welt”  za sformułowanie tej gazety “polski obóz koncentracyjny Majdanek”.
Czy tylko 43-letniego Zbigniewa Osewskiego dotykają sformułowania naruszające dobre imię Polaków w świecie i umacniające kłamstwa o „polskich obozach”?
 
Nieodmiennie reaguje na nie publicysta Michała Tyrpa i Jego Fundacja Paradis Judaeorum http://mementomori.salon24.pl/134338,polski-oboz-koncentracyjny-znow-w-europejskiej-prasie
W liście do Ambasadora Nadzwyczajnego i Pełnomocnika Rzeczypospolitej Polskiej w Rzymie domaga się „ zdecydowanej akcji prawnej przeciwko autorom aktu zniesławienia dobrego imienia Polski - redaktorom i wydawcy dziennika "La Repubblica".
 
Tym razem nie potrafiłam dodać otuchy Panu Michałowi w Jego zdecydowanej wojnie, jaką wydała Fundacja szkalowaniu Polaków. Prędzej zrobią z Pana czy ze mnie oszołoma,  niż będzie jakakolwiek reakcja na ten list. Smutne. Widać nie wszystkich Polaków to obraża. – napisałam w komentarzu.
 
A no, widać nie wszystkich. Więcej szczęścia mają Niemcy, którzy dochodzą swoich majątków przed polskimi sądami. Tu o ich sprawy wojują z determinacją polscy (sic!) adwokaci.
 
Michał Tyrpa robi swoje. Doskonale wie, że postać Witolda Pileckiego mogłaby wiele krzywdzących stereotypów o Polakach wyprostować. Zamknąć też usta tym, którzy na tragedii Holokaustu próbują zbijać kapitał nie tylko polityczny. Wiedzą o tym wszyscy, którzy nie wahali się podpisać w tej sprawie petycję do polskich eurodeputowanych.
 
Ale przecież nie wystarczy popularyzować wiedzę i dobijać się w zniewolonych mózgach europosłów prawdy o polskiej racji stanu w uznaniu przez Europę Rotmistrza za bohatera II wojny światowej.  Polakom zwyczajnie potrzebna jest ochrona prawna dóbr osobistych. Nic tak nie wychowuje jak kieszeń. Tymczasem kolejne gazety śmieją się nam w nos.
 
Żaden Polak nie poczuł się obrażony „polskimi obozami koncentracyjnymi” oprócz Zbigniewa Osewskiego? Żadna kancelaria adwokacka nie chce pomóc w sformułowaniu pozwu i pokierowaniu sprawą w kolejnych przypadkach arogancji zachodnich mediów?!Aż tak uciekliśmy od wolności, że nic nie jest nas w stanie obudzić, nawet pieniądze ?! O dumie narodowej i patriotyzmie boję się już nawet wspominać.
 
W mroczny czas  II wojny światowej  Erich Fromm napisał:
„Mimo pozorów optymizmu i inicjatywy, człowiek współczesny przepojony jest głębokim uczuciem niemocy, która sprawia, że martwym wzrokiem wpatruje się w zbliżającą się katastrofę, jak gdyby był tknięty paraliżem”.
 
Tak widział człowieka współczesnego psycholog amerykański pochodzenia niemieckiego w 1941 r. Wydaje się, że niewiele od tamtego czasu się zmieniło. A powtórka z historii nie jest wcale wykluczona. Odradzający się faszyzm, rasizm  i ciągoty młodych ludzi do idola Che może być dowodem, że niczego nie nauczyła zachodnią cywilizację ani rewolucja październikowa i komunizm zaprowadzany na bagnetach Armii Czerwonej, ani I, ani II wojna światowa. Niczego nie nauczyli się też Polacy.
 
„Martwy wzrok i społeczny paraliż” dręczy również nas i sprawia, że zatraciliśmy jako naród nawet instynkt samozachowawczy.
Może i ucieczka od wolności to wygodny sposób na życie, ale czy bezpieczny?